Akt drugi
Traducido del inglés por Józef Paszkowski
Makbet
SCENA PIERWSZA.
Inwernes. Dziedziniec zamkowy.
Wchodzą Banko i Fleance — przed nimi sługa z pochodnią.
Banko. Jak późno już w noc, chłopcze?Fleance. Księżyc zaszedł;Bicia zegara nie słyszałem.Banko. KsiężycZachodzi teraz około dwunastej.Fleance. Musi już później być, mój ojcze.Banko. WeźnoMój miecz. Tam w niebie spać się, widać, kładąPo gospodarsku; zgaszono już światła.Sen mi się ciśnie do oczu, a przecieżZasnąćbym nie chciał. Dobroczynne mocy!Umorzcie we mnie te okropne myśli,Które się budzą, gdy ciało spoczywa!Daj mi miecz!
Makbet wchodzi — przed nim sługa z pochodnią.
Kto tam?Makbet. Przyjaciel.Banko. Co widzę?Ty, panie, jeszcze na nogach? Król śpi już,W niepospolicie dobrym był humorze,I szczodre dary posłał twoim ludziom;Małżonce twojej, w dank za jej uprzejmość,Kazał mi pierścień ten doręczyć: słowem,Zadowolony był zupełnie.Makbet. DobraChęć nasza była niewolnicą brakuPrzygotowania; gdyby była mogłaSwobodnie działać, byłoby inaczej.
Banko. O, i tak wszystko było jak najlepiej.Myślałem tego wieczora o owychTrzech widmach: wróżba ich już się poczęściSprawdziła.Makbet. Ani pomyślałem o nich,Wartoby jednak w wolnej chwili znowuO tem pomówić. Oznacz czas, kochanyBanko.Banko. Zostawiam ci go do wyboru.Makbet. Jeżeli zechcesz wybór mój potwierdzić,Wypadek jego będzie ku tem większejCzci twojej.Banko. Żebym jej tylko nie stracił,Chcąc ją powiększyć, a zachować zdołałCzyste sumienie i wiarę niezłomną.Służyć ci będę.Makbet. Dobranoc, tymczasem.Banko. Dziękuję, życzę ci nawzajem dobrej.
Wychodzi Banko.
Makbet. Idź, powiedz pani, żeby zadzwoniła,Skoro ów napój dla mnie będzie gotów.Możesz się potem położyć.
Wychodzi sługa.
Jeśli to sztylet, co przed sobą widzę,Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią,Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednakCiągle cię widzę. Fatalne widziadło!Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,Tylko dla zmysłu widzenia dostępnym?Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?Rozpalonego tylko mózgu tworem?Widzę cię jednak tak samo wyraźnie,Jako ten, który właśnie wydobywam.Ty mi wskazujesz, jak przewodnik, drogę,Którą iść miałem; takiego też miałemUżyć narzędzia. Albo mój wzrok błaznem
Jest w porównaniu z resztą moich zmysłów,Albo jest więcej wart niż wszystkie razem.Ciągle cię widzę, a na twojej klindzeI rękojeści znamiona krwi, którychPierwej nie było. Niema ich w istocie;Moja to krwawa myśl jawi je oczom.Na całym teraz półobszarze świataNatura zdaje się martwą i straszneMarzenia szarpią snu cichą zasłonę.Terazto władza czarodziejska święciOfiary bladej Hekacie i dzikiMord podniesiony z legowiska wyciemCzujnego swego czatownika, wilka,Którego odgłos jest dlań ekscytarzem,Chyłkiem jak złodziej lub duch mknie do celu.O, ty spokojna, niewzruszona w swoichPosadach, ziemio, nie słysz moich kroków,Aby kamienie nie wypowiedziały,Gdzie idę, i nie zdradziły alarmemTej zgrozy, co ma nastąpić.Ja się odgrażam, a on jeszcze żyje:Żar czynu ziębią słów jałowe chryje.
Odgłos dzwonka słyszeć się daje.
Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanieDaje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,Bo tego dzwonka melodya straszliwaDo nieba ciebie lub do piekła wzywa.
Wychodzi.
SCENA DRUGA.
Tamże.
Wchodzi Ledy Makbet.
L. Makbet. Co ich uśpiło, to mnie ocuciło,Co ich zniemogło, we mnie zmogło siły.Cóżto jest? Cicho! To puszczyk zahuczał,
Złowrogi ten stróż nocny, który groźnieWoła: dobranoc. On tam jest; podwojeNa wpół otwarte; pijane pachołkiSzydzą chrapaniem z swego obowiązku.Taki im napój dałam, że naturaI śmierć spór teraz wiodą o ich życie.Makbet za sceną. Kto tu? hej!L. Makbet. Biada! pewnie się ocknęli,I wszystko za nic. Zamach to, nie zbrodniaZgubi nas. Cicho! Pokładłam sztyletyTuż przecie przy nich; nie mógł ich nie znaleźć.Gdyby był we śnie nie tyle podobnyDo mego ojca, byłabym się byłaNiechybnie sama na to odważyła.Ha! I cóż? Wchodzi Makbet.Makbet. Stało się. Słyszałaś hałas?L. Makbet. Słyszałam sowy krzyk i poświerk świerszcza.Cóżeśto mówił, mężu?Makbet. Kiedy?L. Makbet. Teraz.Makbet. Kiedym tu wchodził?L. Makbet. Tak.Makbet. Cicho! Czy słyszysz?Kto tam śpi w tamtym pokoju?L. Makbet. Donalbein.Makbet przypatrując się swoim rękom.Żałosnyż to jest widok!L. Makbet. Wstydź się mówić:Żałosny widok; niemężny tak mówi.Makbet. Jeden się zaśmiał przez sen, drugi krzyknął:Ratunku! aż się przebudzili wzajem;Jam stał i słuchał, ale oni cichoZmawiali pacierz i znów się spokojnieDo snu pokładli.L. Makbet. Tam ich dwóch jest.Makbet. Jeden
Zawołał: Boże! zmiłuj się nad nami!A drugi: Amen! jakby mię widzieliZ temi rękami kata stojącegoI śledzącego ich trwogę. Jam nie mógłPowiedzieć: Amen, wtenczas kiedy oniMówili: Boże, zmiłuj się nad nami!L. Makbet. Nie zastanawiaj się nad tem tak pilnie.Makbet. Dlaczegoż tego nie mogłem powiedzieć?Potrzebowałem bardzo zmiłowania,A jednak: Amen, zamarło mi w ustach.L. Makbet. Nie trzeba sobie takich rzeczy w takiemŚwietle wystawiać; inaczejby przyszłoOszaleć.Makbet. Zdało mi się, że słyszałemGłos wołający: Nie zaśniesz już więcej!Makbet zabija sen, niewinny sen,Który zwikłane węzły trosk rozplata,Grzebie codzienne nędze; sen, tę kąpielZnużonej pracy, cierpiących serc balsam,Odżywiciela natury, głównegoPosiłkodawcę na uczcie żywota.L. Makbet. Co wygadujesz!Makbet. Ciągle mi brzmiał w uszachTen głos: nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej.Glamis sen zabił, dlatego też KawdorNie zaśnie; Makbet nigdy już nie zaśnie.L. Makbet. Któżto tak wołał? O, szlachetny tanie,Rozmiękczasz w sobie tęgość ducha marzącTak chorobliwie. Idź, weź trochę wodyI obmyj rękę z tych plugawych znamion.Pocoś tu z sobą przyniósł te sztylety?Tam jest ich miejsce. Idź, odnieś je, pomażKrwią tamtych ludzi.Makbet. Już tam moja nogaNie wnijdzie. Wzdrygam się, kiedy pomyślęO tem, com zrobił; widok tego byłbyNad moje siły.
L. Makbet. Kaleko na duchu!Daj te sztylety. Śpiący i umarliSą obrazkami tylko; nikt, prócz dzieci,Malowanego nie lęka się dyabła.Sama ubarwię krwią ręce i szatyTych dwóch pachołków, bo oni się musząWydać sprawcami zbrodni. Wychodzi.
Słychać zewnątrz kołatanie.
Makbet. Skąd ten odgłos?Cóż się to ze mną stało, kiedy ladaSzmer, lada szelest przejmuje mię dreszczem?Co to za ręce? Ha! wzrok mi pożeraIch widok. Mógłżeby cały oceanTe krwawe ślady spłukać z mojej ręki?Nie, nigdy! raczejby ta moja rękaZdołała wszystkich mórz wody zrumienićI ich zieloność w purpurę zamienić.
Ledy Makbet wraca.
L. Makbet. Mam teraz ręce podobne do twoich,Ale się wstydzę, że jeszcze mam przytemTak białe serce. Kołatanie. Słychać kołatanieU południowej bramy: przejdźmy żywoDo naszych komnat. Kilka kropel wodyOczyści nas wnet z plamy tego czynu.Jakże on wtedy będzie lekkim! MęstwoCałkiem cię widzę opuściło. Kołatanie. Słyszysz?Znów kołatają. Przywdziej nocny ubiór,Ażeby, skoro wyjść potrzeba będzie,Nie pokazało się, żeśmy czuwali.Przestańże gubić się tak nędznie w myślach.Makbet. Obok uczucia takiej okropności,Lepiej byłoby utracić poczucieSamego siebie. Kołatanie. Zbudź tem kołataniemDunkana! Obyś mógł tego dokazać!
Wychodzą.
SCENA TRZECIA.
Tamże.
Wchodzi odźwierny. — Ciągłe kołatanie do bramy.
Odźwierny. To dopiero wybijanie! Gdyby przy bramie piekła był odźwierny, wiecznieby tylko musiał klucz obracać. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! — kto tam? W imię Belzebuba! To jakiś dzierżawca, co się obwiesił z rozpaczy, że mu zboże nie sypało. W porę waść przychodzisz, a czy masz przy sobie zapas chustek? bo się tu siarczyście napocisz. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! kto tam? W imię innego dyabła! To jakiś krętacz, co umiał na dwóch stołkach siadać i na każdym odprzysięgał się drugiego; co w imię Boże popełnił szkarad bez liku, a jednak nie mógł się wkręcić do nieba. Pójdź, pójdź, mości krętaczu. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! kto tam? Do wszystkich dyabłów! To angielski krawiec, co spekulował na odkrawkach z francuskich spodni. Pójdź tu, krawcze, a czy przynosisz z sobą żelazko do prasowania, bo tu będziesz mógł wybornie rozgrzać duszę. Kołatanie. Sztuk! sztuk! sztuk! Rychłoż się to skończy? Co ty za jeden? Ale tu za chłodno na piekło i nie chce mi się być dłużej odźwiernym u Lucypera. Kołatanie Zaraz! zaraz! Otwiera bramę.
Wchodzą Makduf i Lenox.
Makduf. Czyś się tak późno spać położył, mój przyjacielu, że tak późno wstajesz?Odźwierny. W rzeczy samej, do usług Waszej Wielmożności, piło się trochę tej nocy, już drugi kur piał, kiedyśmy się spać pokładli, a picie z przeproszeniem Waszej Wielmożności, jest ojcem trzech rzeczy.Makduf. Cóżto za trzy rzeczy, które piciu swój byt winny?Odźwierny. Czerwony nos, panie, śpiączka i uryna. Co się tyczy miłości, jest ono po części jej ojcem, a po części nie jest, bo pobudza żądzę, a wstrzymuje wykonanie; dlatego wielkie picie można nazwać przeniewiercą względem miłości, bo ją rodzi i uśmierca; podżega ją i ustudza, pociąga ją i odpycha, daje jej eksystencyę ale bez konsystencyi, kołysze ją do snu i kłamiąc jej rzeczywistością, upośledza ją w rzeczywistości.Makduf. Musiało ci ono dużo tej nocy nakłamać.Odźwierny. Nie inaczej, panie, miałem jego kłamstw aż po dziurki, ale mu się nie dałem i chociaż mię kilka razy z nóg ścięło, przecież w końcu udało mi się je zrzucić.Makduf. Czy twój pan wstał już? Nasze kołataniePrzebudziło go pewnie. Oto idzie.
Makbet wchodzi.
Lenox. Dzień dobry, wodzu.Makbet. Dzień dobry, wam wzajem,Mili panowie.Makduf. Czy król wstał?Makbet. Nie jeszcze.Makduf. Kazał mi wcześnie się zbudzić i tak jużSpóźniliśmy się o godzinę.Makbet. Chcecież,Bym was do niego zaprowadził?Makduf. Wiem ja,Szlachetny tanie, że podejmowaneW podobnych razach trudy są radosneWaszemu sercu, trudami jednakżeByć nie przestają.Makbet. Ochoczość usługiRzeźwi fatygę. Oto drzwi do króla.Makduf. Będę tak śmiały wejść, bo mam po temuWyraźny rozkaz. Wychodzi.Lenox. Czy król dziś odjeżdża?
Makbet. Tak postanowił.Lenox. Noc ta nadzwyczajnieByła burzliwą; gdzieśmy spali, wicherZerwał kominy i w powietrzu słychaćByło, jak mówią, żałosne jęczenia,Dziwne rzęzania jakby konających,I groźnym głosem zwiastowane wieszczbyStraszliwych pożog i różnych wypadków,Znamionujących opłakane czasy.Ptak nocny kwilił i ziemia podobnoTrzęsła się cała jak w febrze.Makbet. W istocie,Straszna to była noc.Lenox. Młoda ma pamięćNie może sobie przypomnieć podobnej.
Makduf wraca.
Makduf. O, zgrozo, zgrozo, nad wszelkie pojęcie,Nad wszelki ludzki wyraz!Makbet i Lenox razem. Co się stało?Makduf. Odmęt dokonał swego arcydzieła.Mord świętokradzki zgwałcił namaszczonąŚwiątynię Pana i wydarł z niej życie.Makbet. Co mówisz? życie?Lenox. Czyje życie?Makduf. IdźcieTam i osłupcie kamieniem na widokNowej Gorgony. Nie każcie mi mówić.Idźcie, zajrzyjcie tam i sami mówcie.
Makbet i Lenox wychodzą.
Hola! Wstawajcie! Przybywajcie! BijcieW dzwony na alarm. Mord! piekielna zdrada!Banko! Donalbein! Malkolm! Przybywajcie!Otrząście z siebie sen, tę maskę śmierci,By śmierć prawdziwą ujrzeć. PrzybywajcieCo tchu! i patrzcie na ostatecznegoSądu przedobraz! Hej! Malkomie! Banko!
Jak duchy z grobów wywołane śpieszciePrzypatrzeć się tej zgrozie!
Dzwon bije na gwałt.Ledy Makbet wchodzi.
L. Makbet. Co się stało,Że tak złowrogiej trąby odgłos wszystkichW domu rozbudza? Dla Boga, Makdufie,Mów, co się stało?Makduf. O, szlachetna Pani,Nie wam to słyszeć, cobym mógł powiedzieć;Wiadomość tego rodzaju trafiwszyNiewieście ucho, zabiłaby.
Banko wchodzi.
Banko!O, Banko! Król, nasz Pan, zamordowany!L. Makbet. Niestety! w naszym domu!Banko. W czyimkolwiek,Zbyt to okropne! O, kochany Dufie,Bądź z sobą samym w sprzeczności i powiedz,Że to fałsz.
Makbet i Lenox wchodzą.
Makbet. Gdybym był umarł godzinąPrzed tym wypadkiem, zamknąłbym był pięknyOkres żywota. Niema od tej poryNic szanownego na tym świecie; wszystkoJest tylko blichtrem; wielkość, świętość znikły.Scedzone wino życia, same tylkoMęty zostały w tym lochu marności.
Malkolm i Donalbein wchodzą.
Donalbein. Co za nieszczęście tu się stało? kogoDotknęło?Makbet. Naprzód was i wy ostatniDowiadujecie się o tem: cne źródło,Z którego wasza krew początek wzięła,Zatamowane na wieki.
Makduf. Wasz rodzicZamordowany został.Malkolm. O! przez kogo?Lenox. Sprawcami zbrodni byli, jak się zdaje,Dwaj pokojowcy: ręce ich i twarzeNosiły ślady krwi, toż ich sztylety,Któreśmy na ich posłaniu znaleźli.Wzrok mieli błędny, jakby obłąkany,Kiedyśmy weszli. Pod strażą tych ludziNiczyje życie nie było bezpieczne.Makbet. Żałuję teraz, żem ich w uniesieniuWściekłości zabił.Makduf. A to na co? na co?Makbet. Któż jednocześnie może być roztropnymI przerażonym, łagodnym i gniewnym,Wiernym i obojętnym? Nikt zaiste.Żarliwa moja przychylność stłumiłaZimną rozwagę. Tu Dunkan leżący,Z srebrnym krwią złotą powleczonym włosem,Okryty rany wyglądającemiJako wyłomy w naturze, przez któreSzerokie przejście otwarto zniszczeniu,A tu mordercy naznaczeni barwąSwego postępku, z świeżo zbroczonymiPuginałami: któż żywiący w sercuMiłość, a obok miłości odwagę,Byłby inaczej tej miłości dowiódł?L. Makbet. Pomóżcie mi wyjść, ach!Makduf. Ledy zasłabła!Wezwijcie ludzi na pomoc.Malkolm na stronie do brata. DlaczegożStoimy niemi my, których najbliżejTen cios dotyka?Donalbein. Cóż się nam odzywaćTu, gdzie ukryty wróg nasz niewidzialnie
Może gdzieś czyha, by nagle nas dosiądz.Precz stąd! Łzy nasze jeszcze niedojrzałe.Malkolm. I ciężka boleść nasza nie jest jeszczeNa czynnej stopie.Banko do sług nadchodzęcych. Odprowadźcie panię.
Ledy Makbet wychodzi wsparta na sługach
My zaś przywdziejmy zbywające szaty,I ochłonąwszy nieco z przerażenia,Zbierzmy się celem jak najściślejszegoZbadania tego strasznego wypadku.Każdym z nas miota niepewność; co do mnie:Oświadczam w obec Majestatu Boga,Że walczyć będę przeciw skrytym planomTej niecnej złości.Makbet. I ja.Wszyscy. I my wszyscy.Makbet. Idźmyż się przebrać, jak przystoi mężom.W głównej się sali zgromadzimy.Wszyscy. Zgoda.
Wszyscy wychodzą prócz Malkolma i Donalbeina.
Malkolm. Cóż ty zamyślasz? Nie łączmy się z nimi.Udawać żałość, jestto rola łatwaDla dusz nasiąkłych fałszem. Ja natychmiastJadę do Anglii.Donalbein. A ja do Irlandyi.Odosobnieni bezpieczniejsi będziem!Tu każdy uśmiech jest nożem.Im kto krwią bliższy, tem bliższy krwotoku.Malkolm. Jeszcze ten pocisk ukrytego strzelcaNie padł na ziemię; najbezpieczniej będzieZejść z celu. Na koń więc! nie traćmy czasuNa pożegnalnych formach, ale chyżoWynośmy się z tych miejsc. Gdzie grozi zdrada,Godziwie kradnie, kto sam się wykrada.
Wychodzą.
SCENA CZWARTA.
Za obrębem zamku.
Wchodzą Rosse i Starzec.
Starzec. Kopę lat z górą pamiętam, widziałemWiele widowisk, wiele okropności,Ale dzisiejsza noc wszystko dawniejszeW śmiech obróciła.Rosse. Patrz, poczciwy starcze,Jak samo niebo w gniewie na złość ludzkąZdaje się grozić jej krwawej widowni.Podług zegaru to dzień, a jednakżeGruby mrok tłumi wschodzącą pochodnię.Jestli to przemoc nocy, czyli wstyd dnia,Że ciemność kryje tak oblicze ziemi,Kiedy ją miało ucałować słońceOżywcze?Starzec. Jestto tak nienaturalne,Jak ów czyn świeżo teraz dokonany.Przeszłego wtorku widziałem sokołaMajestatycznie się unoszącego,W tem nędzna sowa napadła go z bokuI zadziobała.Rosse. A konie Dunkana(Rzecz nie do wiary, a jednak istotna),Owe rumaki tak piękne i rącze,Prawdziwe w swoim rodzaju pieścidła,Zdziczały nagle, stargały uwięzie,I z bram stajennych wypadły, jak gdybyChciały wojować z ludźmi.Starzec. Powiadają,Że się pożarły.Rosse. W istocie tak było,Ku osłupieniu moich oczu, które
Na to patrzały. Oto zacny Makduf.
Makduf wchodzi.
Cóż tam na świecie słychać?Makduf. Czyliż nie wiesz?Rosse. Wiadomoż, kto był sprawcą tego czynuPrzechodzącego wszelką nazwę zbrodni?Makduf. Ci, których Makbet zabił.Rosse. O, nieszczęśni!Cóż ich do tego skłoniło?Makduf. Namowa.Synowie króla, Malkolm i Donalbein,Uszli, to rzuca na nich podejrzenie.Rosse. Oni! Natura nie ma już rękojmi!O, marnotrawna wyniosłości, samaNiweczysz własne środki życia! Tak więc,Według wszelkiego prawdopodobieństwaWładza królewska na Makbeta spadnie.Makduf. Już go obrano i ruszył do SkonyNa koronacyę.Rosse. Gdzież złożono zwłokiDunkana?Makduf. W Kolmes-hill, w świętych podziemiach,Gdzie spoczywają kości jego przodków.Rosse. Udajeszli się do Skony?Makduf. Nie, bracie;Do Fajfu.Rosse. A ja do Skony.Makduf. BogdajbyśWszystko tam znalazł po myśli, inaczejByłoby prawdą, że się w starej szacieWygodniej chodzi, niż w nowym szkarłacie.Rosse. Bądź zdrów, mnie zwodny pozór nie omami.Bywaj zdrów, starcze.Starzec. Niech Bóg będzie z wamiI z każdym, który w imię ZbawicielaZłe mieni w dobre, wroga w przyjaciela! Wychodzi.
Comentarios
Cargando comentarios…