Akt czwarty

Traducido del inglés por Leon Ulrich

Perykles

Gower. Niech z Peryklesem myśl wasza pobieżyDo upragnionych tyryjskich wybrzeży.Kiedy w Efezie biedna jego żonaŻyje w świątyni, Cyntyi poświęcona.Niech potem waszej wyobraźni oczyZachwyci córki jego blask uroczy,Gdy pod Kleona karmi się przewodemChlebem mądrości i muzyki miodem.Jej też urody sława i rozumuZachwyconego podziwem jest tłumu.Lecz potwór zazdrość, której krwawe ramięWszystkie zasługi cnoty nieraz łamie,Szalona wdzięków Maryny widokiem,Na pierś jej sztylet mściwem mierzy okiem.Kleon miał córkę Filotena zwaną,Burzami myśli zazdrosnych miotaną,Do bitw małżeńskich dojrzałą już jędzę,Która, jak w starej wyczytałem księdze,We dnie i w nocy ni jednej godzinyNie chciała pięknej opuścić Maryny,Czy to gdy dłonią liliowej rękiTkała jedwabiu malowane pęki,Czy, gdy palcami ze słoniowej kościSzyjąc, batystom sporzyła białości,Lub, gdy przy lutni, pieniem swej gardzieliWstydziła nocne żale Filomeli,Lub kiedy piórem, w uniesieniu myśli,Na cześć Dyany swojej hymny kreśli,Zawsze Filoten, którą próżność ludzi,Walczy z Maryną o chwałę u ludzi,Jakby kruk pragnął węglem swego skrzydłaZaćmić pafijskich gołębi bielidła.

Maryna wszystkie odbiera pochwały,Jak dług należny nie jak dar wspaniały.Chwałą Maryny zaciemnione jasnąWszystkie przymioty Filoteny gasną.Tak, że w ostatku małżonka Kleona,Zazdrości ogniem nad miarę palona,Łotra znalazła, co za jej rozkazemWszystko ma skończyć zbrodniczem żelazem,By choć na grobie Maryny jej dziecięW blasku bez cienia zajaśniało przecie.By tem łatwiejsze były zbrodni dzieła,Już Lichoryda w swym grobie spoczęła,A Dyoniza znalazła człowieka,Którego sztylet na znak tylko czeka.Co dalej będzie, zamilczam przed wami,Za chwilę wszystko zobaczycie sami.Ja tylko w rymów kulawych ramocieChciałem o czasu uprzedzić was locie;Lecz i w tym nawet omdleję zapędzie,Gdy mi pomocą wasza myśl nie będzie.Więc Dyonizę na scenie ujrzycieZ zbójcą kupionym na Maryny życie (wychodzi).

Dyoniza. Przysiągłeś, wiernie dotrzymaj przysięgi;Twój cios pokryje wieczna tajemnica.Nicbyś nie zdołał łatwiej, prędzej zrobić,Coby ci równą mogło przynieść korzyść.Niechaj sumienie, zimny ten towarzysz,Niecąc miłości ogień w twojem łonie,Głupich zarazem nie budzi skrupułów;Niech litość, którą i kobiety gardzą,Niewcześnie serca twojego nie miękczy,Lecz bądź żołnierzem w przedsięwzięciu stałym.

Leonin. Zrobię to. Piękne jednak to stworzenie.Dyoniza. Tem więc godniejsze z bogami się złączyć.Widzisz, przychodzi, płacząc po swej mamce.Czy w przedsięwzięciu trwasz zawsze?Leonin.  Trwam wiernie.

Maryna. Obedrę ziemię z jej szat, by kwiatamiTwoją zieloną osypać mogiłę;Złote nagietki, niebieskie fiolkiJak dywan będą wisieć na twym grobie,Póki nas letnie nie opuści słońce.Matka, konając, wśród burz mnie powiłaI świat mi odtąd wieczną tylko burzą,Od mych przyjaciół mnie odrywającą.Dyoniza. Czemu, Maryno, samotną cię widzę?Czemu ci córka ma nie towarzyszy?Swej krwi daremnym nie przepalaj smutkiem;Ja mamką twoją będę. Wielki Boże,Jak cię zmieniły łzy te nieustanne!Daj mi te kwiaty, nim morze je zwarzy,A z Leoninem idź przejść się nad brzegiem,Ostre powietrze zbudzi twój apetyt.No, Leoninie, bądź jej towarzyszem,Podaj jej rękę.Maryna.  Przebacz, dobra pani,Nie chcę cię sługi twojego pozbawiać.Dyoniza. Nie troszcz się o to. Kocham twego ojcaI ciebie kocham macierzyńskiem sercem.Przybycia jego lada dzień czekamy,A gdy zobaczy za swojem przybyciemNiegdyś piękności cud tak dziś zmieniony,Będzie żałował swej długiej podróży,Wyrzuty robił mnie i memu panu,Żeśmy o ciebie niedość mieli troski.Idź, proszę, przejdź się, wypogódź znów czoło,Odzyskaj znowu tę cudowną cerę,Kradnącą oczy młodzikom i starcom.Nie troszcz się o mnie, mogę sama wrócić.

Maryna. Więc dobrze, idę, chociaż nie mam chęci.Dyoniza. Idź, bom jest pewna, że ci to na zdrowie.Idź, Leoninie, a nie zapominaj.Leonin. Zaręczam, pani.Dyoniza.  Żegnam cię, kochanko,A idź powoli, krwi zbyt nie rozgrzewaj,Bo widzisz, że cię muszę pielęgnować.Maryna. Dzięki ci, pani. (Wychodzi Dyoniza).Czy to wiatr zachodniWieje nam teraz?Leonin.  Południo-zachodni.Maryna. Wiatr był północny przy mem urodzeniu.Leonin. Czy tak?Maryna.  Mój ojciec, jak mówiła mamka,Nie tracił serca, lecz wołał do majtków:„Śmiało, a żwawo!“ Królewskie swe ręceKaleczył, ciągnąc liny okrętowe,A przyczepiony do masztu wytrzymałCios potężnego bałwana, co prawieZdruzgotał pokład.Leonin.  A kiedy to było?Maryna. W dniu mych urodzin. Z podobną wściekłościąWichry i fale nigdy nie szalały.Wiatr porwał majtka z bocianiego gniazda,„Ha!“ ktoś tam krzyknął, „chcesz od nas odlecieć?“I wszyscy pędzą od sztaby do rufy,A bosman świszczę, a kapitan krzyczy,I troją nieład i tak już niemały.Leonin. Zmów teraz pacierz.Maryna.  Co słowa te znaczą?Leonin. Jeśli na pacierz potrzeba ci chwili,Dam ci ją, modl się, tylko nie przewlekaj;Ostry albowiem bogowie słuch mają,A ja przysiągłem spiesznie wszystko skończyć.Maryna. Czy mnie chcesz zabić?Leonin.  Na mej pani rozkaz.Maryna. Czemużby ona chciała mojej zguby?Przez całe życie, ile zapamiętam,

Nigdy i w niczem jej nie obraziłam.Niema stworzenia, coby mnie skarżyłoLub o złe słowo lub o zły uczynek.Wierzaj mi, nigdy nie zabiłam myszy,I nigdy biednej muchy nie skrzywdziłam.Gdym rozdeptała niechcący robaka,Płakałam rzewnie nad mem okrucieństwem.Cóż jej zrobiłam? Jaką dla niej korzyśćŚmierć moja przynieść może, lub me życieJakiem zagraża jej niebezpieczeństwem?Leonin. Mojem zleceniem jest nie rozumowaćO tym uczynku, ale go dokonać.Maryna. Nie, nie, nie zrobisz tego za świat cały!Twoje oblicze dobrocią oddycha,A z ócz twych widać miłosierne serce.Czyż nie widziałam, jak, temu niedawno,Dostałeś cięcie, gdy chciałeś rozdzielićWalczących parę? Czyn to był szlachetny,Okaż mi równą i teraz szlachetność;Na życie moje twoja godzi pani,Więc stań w pośrodku i ocal słabszego.Leonin. Przysiągłem, muszę dotrzymać przysięgi.

1 Korsarz. Stój, łotrze! (Leonin ucieka).2 Korsarz.  Zdobycz! zdobycz!

Leonin. To są złodzieje sławnego korsarzaWaldesa, oni porwali Marynę.Niech ją trzymają; nie wróci już pewno;Przysięgnę, żem ją zabił, w fale rzucił.Poczekam jednak, bo jeszcze być może,

Że na zabawie tylko z nią przestaną,Potem zostawią. Jeśli to przeżyje,Co po korsarzach zostanie, zabiję (wychodzi).

Maryna. Ach, czemuż tak był leniwym Leonin.

Zamiast słów, czemu na raz nie uderzył!Albo dlaczego nie dosyć okrutniByli korsarze, by mnie w morze rzucić,Abym tam poszła matki mojej szukać!

Dyoniza. Czyś rozum stracił? Czy można to zmienić?Kleon. O, Dyonizo, takiego morderstwa Słońce i księżyc nie widziały jeszcze!Dyoniza. Jak mi się zdaje, znów dzieckiem zostaniesz.Kleon. Gdybym był nawet wszystkich światów panem,Dałbym je wszystkie, by ten czyn odrobić.Szlachetna pani mniej rodem niż cnotą,Księżniczka sądem godna sprawiedliwymChoć najpiękniejszej korony na ziemi!Podły Leonin! Otrułaś go także.Gdybyś do niego z jednej piła czary,Jakby obliczu twemu toast przystał!Co powiesz, gdy się Perykles upomniO swoją córkę?Dyoniza.  Powiem, że umarła.Alboż to mamka Bogiem jest, by mogłaSwą wychowankę od śmierci wyzwolić?Powiem, umarła w nocy. Kto zaprzeczy?Chyba w bezbożnej ty sam niewinności,Aby zarobić na uczciwe imię,

Krzykniesz: zginęła od ręki mordercy!Kleon. Ze wszystkich grzechów pod niebem spełnionychGrzech ten największy gniew bogów rozbudza.Dyoniza. Bądźże z tych jednym, co myślą, że z TarsuCo prędzej piękne króliki polecąPeryklesowi wszystko wyświegotać.Wstyd mnie, że w mężu twego pochodzeniaTak bojaźliwa zamieszkała dusza.Kleon. Kto czyn podobny spełniony potwierdza,Chociaż poprzednio nie dał zezwolenia,Ten z prostej drogi honoru wyboczył.Dyoniza. Niech i tak będzie. Jednakże nikt nie wie,Wyjąwszy ciebie, jaki był jej koniec,I nikt się o tem na przyszłość nie dowie,Gdy usta zamknął na zawsze Leonin.Gardziła córką moją, zamykałaDrogę jej szczęścia, bo na moje dzieckoNikt spojrzeć nie chciał, a wszystkie źreniceNa twarz Maryny tyko się zwracały;Przy niej ma córka wszystkim się zdawałaKopciuchem, nawet spojrzenia niegodnym.To mi przeszyło serce. Choć, twym sądem,Nienaturalnym mój uczynek zowiesz,Ty co sam siebie, nie dziecko twe kochasz,Ja zawsze myślę, że twej jedynaczceWielką usługę oddał ten uczynek.Kleon. Odpuść ci Boże!Dyoniza.  A co nam PeryklesMoże zarzucić? Płakaliśmy po niej,Dziś jeszcze po niej nosimy żałobę;Prawie skończony jest już jej grobowiec,A na nim złoty napis opowiadaJej cnoty, nasze względem niej zasługi,Których był kosztem ten wzniesiony pomnik.Kleon. Jesteś jak harpia: anielskie obliczeTwej pokazujesz zwiedzionej ofierze,A potem chwytasz twym orlim ją szponem.Dyoniza. A tyś podobny jest do bezbożnika,

Klnącego bogom dlatego, że zimaZabija muchy. Ale z końcem zwadyWiem, że usłuchasz mojej dobrej rady. (Wychodzą).

Gower. Przestrzeń się ścieśnia i czas szybko płynie,Zbiegając morza w orzecha łupinie,Bo myśli waszej wędrowne źreniceWidzą kolejno wszystkich państw granice,A gdzie myśl zmianom sceny towarzyszy,Wszędzie bez gniewu jedną mowę słyszy.O chwilę teraz cierpliwości proszę,Bo wam ciąg dalszy tych dziejów przynoszę.Perykles, w licznym dworzan swoich gronie,Znowu kapryśne mórz przebiega tonie,By znów do piersi przycisnął swe dziecię,Jedyną swoją rozkosz na tym świecie.Stary Eskanes, na wielkie urzędyPrzez Helikana wyniesiony względy,Zarządza miastem, w tej bowiem podróżyI Helikanus za dworaka służy.Pomyślnych wiatrów pędzone tchem nawyDo Tarsu wbiegły, słuchaczu łaskawy,Do portu tego i tyś z nimi dobił,Jeśliś sternikiem wyobraźnię zrobił.Chciał córkę zabrać, lecz już jej nie było.Widzicie teraz, myśli waszej siłą,Krążących chwilę jak cienie przed zmrokiem.A teraz ucho pogodzę wam z okiem.

Gower. Patrzcie, jak pozór może ludzi zwodzić,Żal pożyczany za szczery uchodzić!Z rozpaczą w duszy na cios niespodzianyPerykles, jęcząc i łzami zalany,

Ucieka z Tarsu; przysięgą się wiąże,Że nigdy twarzy nie umyje książę,Że nigdy włosa nie tkną mu nożyce.Zanim odpłynął, przywdział włosiennicę.Chociaż go długo burze kołatały,Wytrzymał wszystko i powrócił cały.Teraz słuchajcie, na Maryny grobieTaki był napis, w udanej żałobieRyty na rozkaz grzesznej Dyonizy:

„Najsłodsza, najpiękniejsza dziewica tu leży,Kwiatek zwiędły w żywota swego wiośnie świeżej;Nadobną córką była tyryjskiego królaTa, którą śmierć okrutna w tym grobie otula!Miała imię Maryna; w urodzin jej chwilęDumna Tetys połknęła lądów długie mile;Ziemia drżąc, by potopem nie zginęła cała,Piękne dziecię Tetydy do nieba posłała;Mszcząc się Tetys przysięgła na czas wiekuistyBić swoich wód taranem brzeg ziemi skalisty“.Łotrowstwu z masek, które sobie wkłada,Tkliwe pochlebstwo najlepiej przypada.Perykles myśląc, że Maryna w grobie,Zdał się na losy w duszy swej żałobie.Niechże tak myśli, ale wy na scenieUjrzycie biednej córki tej cierpienieW jej strasznej jamie; każcie więc łaskawieDo Mityleny płynąć myśli nawie (wychodzi).

Maryna. Jeśliś się rodził w honorach, dziś pokaż;Jeśli zasługi twe niemi odziano,Nie rób kłamcami tych, co osądzili,

Żeś ich jest godny.Lizymach.  A cóż to? A cóż to?Kontynuj, proszę, mądre przekładania.Maryna. Jestem dziewicą przez fortuny rękęW ten chlew obrzydły okrutnie rzuconą,W którym choroby sprzedają się drożej,Niźli lekarstwa. Oby Bóg łaskawyZ tego mnie domu przeklętego wyrwał!Choćby w najlichszą zmienił mnie ptaszynę,Wolno w powietrzu czystem latającą!Lizymach. Nigdym nie sądził, nigdy nie marzyłem,Byś rozumować mogła tak wymownie.Jeślim z popsutą przyszedł tutaj myślą,To słowa twoje zmieniły ją nagle.Przyjmij to złoto, idź dalej wytrwalePo czystej drodze, po której dziś idziesz,A niechaj bogi dodadzą ci siły!Maryna. Boże ci zapłać!Lizymach.  Co do mnie, bądź pewna,Że tu w złej żadnej nie przyszedłem myśli,Bo drzwi tu każde i każde tu oknoRobią mi tylko wstręt i obrzydzenie.Bądź zdrowa! Cnota mi twoja dowodzi,Że się w szlachetnym wychowałaś domu.Poczekaj jeszcze — zabierz i to złoto.Niech jak przeklęty, niech jak złodziej umrzeŁotr, który z twojej obedrze cię cnoty!Jeśli usłyszysz jeszcze kiedy o mnie,To będzie tylko dla twojego dobra.

Rygiel. Jeśli łaska i jabym prosił o sztukę.Lizymach. Precz z moich oczu, przeklęty odźwierny!Domby ten upadł, w gruzach się pogrzebał,Gdyby go cnota tej czystej dziewicyNie podpierała. Precz mi, precz mi z oczu!

Maryna. Żadne z nich przecie tak złe jak ty nie jest,Bo co najgorsze, spełniasz na ich rozkaz.Nie chciałby z tobą najnędzniejszy szatanNa uważanie i na miejsce mieniąc.Jesteś odźwiernym każdego hultaja,Co o hultajkę przychodzi swą pytać;Musisz cierpliwie słuchać lada łotra,Kiedy cię w gniewie od słów lży ostatnich;Twe są pokarmy tylko plwocinami,Wyrzuconemi przez płuca gnijące.

Maryna. Rób, co chcesz, byleś nie robił, co robisz,Czyść wszystkie stare ścieki i rynsztoki,Albo najemnym kata sługą zostań,Od twego lepsze będą te rzemiosła.Koczkodan nawet, gdyby mógł przemówić,Z pogardą tweby rzemiosło odrzucił.Oby Bóg stąd mnie wyratować raczył!Zabierz to złoto; jeśli twój gospodarzChce ze mnie ciągnąć zyski, to mu powiedz,Że umiem śpiewać, tańczyć, szyć, przetykać,Że mam talenta, z których się nie chełpię,Których nauczać chętnie się podejmę,A jestem pewna, że w tak wielkiem mieścieNa uczennicach zbywać mi nie może.

Maryna. Jeśli się sprawdzi, że kłamstwo mówiłam,Daj mnie na pastwę ostatniemu ciurze,Który przychodzi do waszego domu.

Comentarios

Cargando comentarios…