Akt pierwszy

Traducido del inglés por Leon Ulrich

Perykles

Gower. Z mogiły stary Gower znów powrócił,Aby wam starą piosenkę zanucił,I znowu słaby jak śmiertelnik kroczy,By wasze uszy zabawić i oczy.Pieśń ta bawiła chłopców i dziewczętaPo wieczorynkach i we wszystkie święta;Damy, panowie, w pozłacanej saliDla swej rozrywki nieraz ją czytali.Jej celem ludzi godnych chwały robić,Et bonum quo antiquius eo melius.Jeśli wy, wieku późniejszego dzieci,W którym potężniej blask dowcipu świeci,Raczycie słuchać starego gęślarza,Co dawnych czasów piosnkę wam powtarza,Pragnąłbym z serca żywot jeszcze drugiCały poświęcić na wasze usługi.Antyoch Wielki zbudował przed latyJako stolicę swą ten gród bogaty,A jak to mówią stare moje księgi,Kwiat najpiękniejszy syryjskiej potęgi.

Gdy króla tego małżonka skonała,Córka jedyną dziedziczką została;Samo się niebo szczodrą zdało rękąWszystkich ją wdzięków odziewać sukienką.Blaskami swojej urody dziewicaGrzeszną myśl w sercu zbudziła rodzica,I niesłychaną zbrodnią, własne dzieckoWystępny ojciec śmiał uwieść zdradziecko.Co się w początku czarnym grzechem zdało,Z przyzwyczajenia grzechem być przestało.Nieporównane grzesznej pani wdziękiŚciągały zewsząd, by żądać jej ręki,Książąt i panów; chcąc przeszyć ich strachem,Córkę na zawsze pod swym trzymał dachem,Napisał prawo, że kto się pokusiRęki jej żądać, ten rozwiązać musiJego zagadkę, lub ginąć. NiemałoChciwych na piękność głów już pospadało,Jak wam to lepiej poświadczy niż słowoTen krwawy widok nad bramą zamkową.

Ujrzycie sami następny bieg sprawy,Wzrok niech wasz własny sąd wyda łaskawy.

Antyoch. Tyryjski książę, wiesz teraz dokładnieNiebezpieczeństwa myśli twej grożące.Perykles. Wiem, lecz widokiem jej olśniona duszaDość ma odwagi, aby bez wahaniaPoświęcić życie w takiem przedsięwzięciu. (Muzyka).Antyoch. Przywiedźcie córkę moją, ustrojonąJakby do ślubnej Jowisza komnaty.Gdy ją Latona na świat wprowadzała,

Natura piękność dała jej w posagu,A na soborze zebrane planetyDoskonałości wszystkie jej swe dały.

Perykles. Patrz, patrz, to ona! Patrz, piękna jak wiosna,Gracye jej służą, myśli jej królująNad każdą cnotą, która sławę daje!Jej twarz piękności jest księgą, w tej księdzeTylko rozkoszy można czytać dzieje,Bo wymazany wszelki był z niej smutek;Nigdy złośliwość gniewna a upartaSłodkim jej myślom nie towarzyszyła.Miłości boże, coś mężem mnie stworzył,Ognistą żądzę w mych zapalił piersiach,Niebieski owoc z drzewa tego uszczknącLub umrzeć, przybądź na pomoc mi teraz,A posłusznego woli twojej sługęDo tego szczęścia bez granic poprowadź!Antyoch. Książę Perykles —Perykles.  Który z duszy pragnieSynem wielkiego zostać Antyocha.Antyoch. Stoi przed tobą piękna HesperydaZe złotem jabłkiem, którego strach dotknąć,Bo groźnych smoków pilnują go straże.Twarz jej, jak niebo, przyciąga twe oczyNiepoliczone blaski jej podziwiać,Które zasługa może tylko zyskać;Jeśli jej nie masz, głowa twa zapłaciZarozumiałych oczu twych zuchwałość.Jak dziś ty, sławni ci niegdyś książęta,Wieścią zwabieni, a zuchwali żądzą,Niemym językiem bladego obliczaPod firmamentu gwiaździstego dachemNiech ci powiedzą, jak męczennikamiPolegli wszyscy w Kupidyna wojnie;Niechaj ci będą głowy ich przestrogą,Byś sam zuchwałą na smierć nie biegł nogą.Perykles. Dzięki ci, królu, że mnie nauczyłeś

Poznać śmiertelnej natury mej kruchość,Żeś mnie przymusił krwawym tym widokiemDo podobnego gotować się losu;Bo w myśli śmierci jak w zwierciedle czytam:Tchnieniem jest życie, głupi, kto mu wierzy.Więc mój testament napiszę: jak chory,Co życie poznał, ku niebu pogląda,A gdy konania poczuje boleści,Do ziemskich, jak wprzód, nie wzdycha rozkoszy;Tak ja szczęśliwy pokój przekazuję,Jak powinnością każdego jest księcia,Tobie i wszystkim dobrym świata ludziom,Skarby me ziemi, z której łona wyszły,(Do córki Antyocha) A tobie czysty miłości mej ogień.Przygotowany tak na śmierć lub życieSpokojnie czekam na cios najstraszniejszy.Antyoch. Gdy radą gardzisz, czytaj tę zagadkę:Jeśli nie zdołasz odkryć jej tajników,Podzielisz losy twoich poprzedników.Córka. Obyś od innych szczęśliwszą miał dolę!Oby cię moje zbawiły życzenia!Perykles. Wstępuję w szranki jako śmiały rycerz,A za doradców mych jedynych bioręWierną mą miłość i moją odwagę.

Nie jestem żmiją, a karmię się przecieCiałem tej matki, której jestem dziecię;Szukałam męża, a po trudach wieluZnalazłam serce męża w rodzicielu.On ojca, syna i męża obrazem,Jam matką, żoną i córką jest razem;Jak w dwóch osobach wszystko to się wiąże,Jeśli żyć pragniesz, odpowiedz mi, książę.Twarde to słowa. — O Boże, coś niebuÓcz dał tysiące ludzkie sprawy śledzić,Czemuś ich wiecznym nie zaciągnął kirem,Jeśli to prawda, co czytając, blednę?

Ty dnia zwierciadło, którą ukochałem,Którąbym jeszcze kochał duszą całą,Gdyby w szkatułce pięknej złe nie spało,Wyznać ci muszę w serca oburzeniu,Że mąż to grzeszny, co wiedząc, że stoiPrzy wrotach grzechu, tknąć się ich nie boi.O, prawda, pięknym jesteś instrumentem,Którego zmysły twoje są strunami,Którego cnoty ręką ton zbudzonyZ niebios na ziemię bogówby sprowadził,Ale przed czasem tknięty, tylko wołaPiekielne duchy do tańczących koła.Wszelkiej o ciebie wyrzekam się troski,Antyoch. Jeśli ci drogie życie, Peryklesie,Nie waż się ręki jej dotknąć, bo prawoI to zuchwalstwo śmiercią także karze.Twój czas ubiega; lub rozwiąż zagadkę,Albo się poddaj twojemu losowi.Perykles. Mało jest ludzi chętnie słuchającychSłowa o grzechach, które chętnie pełnią;Mówić ci o nich byłoby obrazą.Kto trzyma czynów monarszych rachunek,Bezpieczniej chowa księgę swą zamkniętą.Grzech powtórzony jest jak wichru powiew,Co kłęby prochu w ludzkie oczy miota,A w końcu drogo swój płaci wysiłek;Wiatr przeszedł, oko bolące przejrzało,Aby się zamknąć przed groźną zamiecią,ślepy kret ziemię podrzuca ku niebuNa znak, że ziemia pod człeka uciskiemJęczy, i biedny robak ginie za to.Królowie ziemi są bogami, w grzechuIch wola prawem dla nich jest jedynem.A jeśli Jowisz swe prawa przeskoczy,Kto się odważy grzech mu rzucić w oczy?Ty wiesz, dość na tem. Lepiej złe przydusićNiż rozgłoszeniem na gorsze się kusić.Wszystko, co żyje, gniazdo kocha swoje,

I mój też język głowę kocha moję.Antyoch (na str.). O, gdybym miał ją! Zagadkę rozwiązał!Łudźmy go jednak. (Głośno). Młody książę Tyru,Choć wedle całej prawa surowościZa mej zagadki błędne rozwiązanieMógłbym dni twoich zagasić pochodnię,To przecie pamięć na wspaniałe drzewo,Którego piękną jesteś latoroślą,Miłosierniejszą natchnęła mnie myślą.Jeszcze ci daję czterdzieści dni zwłoki;Jeśli przed końcem znajdziesz tajemnicę,Z radością mianem syna cię zaszczycę.Tymczasem znajdziesz przyjęcie tu godneMego honoru i twojej wartości.

Perykles. Jak dworność umie grzech pięknie osłonić!Lecz zawsze w każdym obłudnika krokuTylko to piękne, co leży na oku.Gdybym naprawdę mylnie odpowiedział,To niewątpliwie nie byłbyś tak grzesznym,Byś kazirodztwem twą pokalał duszę,Gdy jesteś teraz i ojcem i synemPrzez twoje z własnem twojem dzieckiem związki,Nie ojcu ale mężowi przystojne;Ona się matki swojej karmi ciałem,Kalając matki swej małżeńskie łoże;Wspólnie, jak węże co wśród kwiatów żyją,Truciznę sączą, chociaż nektar piją.Żegnaj mi, królu! bo mądrość mnie uczy,Że kto popełnia czarne jak noc czyny,Gotów na wszystko, by ukryć swe winy;Grzech płodzi grzechy: śladem rozpustnikaJak dym za ogniem rozbój się pomyka;Rękami grzechu zdrada i trucizna,I tarczą jego niesławę kryjącą;By swych tajemnic w mej nie schował trumnie,Mknę się przed jego sztyletem rozumnie (wychodzi).

Antyoch. Odgadł; zapłaci za to odgadnienieGłową mi swoją. Nie mogę pozwolić,By żyjąc, trąbił hańbę mą przed światem,I grzech mój sprośny ludziom rozpowiadał.Musi więc zginąć, zginąć bez spóźnienia;Śmierć jego zbawi blask mego imienia.Hola, służbowy! (Wchodzi Taliard).Taliard.  Co pan mój rozkaże?Antyoch. Taliardzie, z dawna moim jesteś sługąWtajemniczonym do wszystkich mych myśli,Za twą też wierność rachuj na zapłatę.Patrz, tu trucizna, a tutaj jest złoto;Musisz mi zgładzić tyryjskiego księcia;Nie twoją sprawą o powody pytać —To moja wola. Czy to rzecz spełniona?Taliard. Spełniona, królu. (Wchodzi Posłaniec).Antyoch.  Dość na tem. Odetchnij,Nim powiesz powód twojego pośpiechu.Posłaniec. Tyryjski książę uciekł, groźny panie.Antyoch. Leć i ty za nim, jeśli kochasz życie.Jak strzała ręką ćwiczoną popchniętaDo wskazanego okiem wpada celu,Tak ty nie wracaj, póki nie potrafiszRzec za powrotem: Perykles nie żyje.Taliard. Gdybym na długość mego pistoletuRaz go mógł spotkać, będzie kwita z nami.Żegnam cię, królu! (Wychodzi).Antyoch.  Bądź mi zdrów, Taliardzie!Póki Perykles na ziemi tej zdrowy,Nie jestem panem ni serca ni głowy (wychodzi).

Perykles. Niech nikt rozmyślań naszych nie przerywa.Czemu myśl czarna, czemu melancholia,

Smutny towarzysz, tak nieodstępnymiSą u mnie gośćmi, że ani godzinyW jasnym dnia biegu, lub w spokojnej nocy(Tym grobie, w którym troski spać powinny)Nie mogę znaleźć słodkiego pokoju?Tu rozkosz wabi oczy me daremnie,Niebezpieczeństwo, któregom się lękał,Jest w Antyochii; króla AntyochaPotężne ramię zdaje się za krótkie,By mnie tu dosiądź; mojej przecie duszySztuki rozkoszy nie mogą pocieszyć,Ani odległość usunąć obawy.Tak zawsze bywa: myśli niespokojne,Pierwotnie w błędnej obawie poczęte,Następnie żyją i karmią się troską;Co było trwogą, że zdarzyć się może,Dojrzewa w troskę, żeby się nie stało.Tak jest i ze mną; wielki Antyochus(Z którym się mierzyć nazbyt jestem mały,Bo on ma siłę, co w czyn zmienia wolę)Myśli, że powiem, choć milczeć przysięgam;Daremno mówię, że go czczę głęboko,Bo wie, że słowem mogę go zbezcześcić,Coby rozsiane rumienić go mogło;Poszuka środków, by się nie rozsiało.Tłumami zbrojnych me zaleje ziemie,A groźnym swojej potęgi rozwojemW duszy mych ludów zgasi ogień męstwa;Będą pobite, zanim opór stawią,Za grzech chłostane, o którym nie śniły.O nie to troska, nie własna bezpieczność(Bom drzewa tego tylko jest wierzchołkiem,Który korzenie broni i ocienia)Osłabia ciało, zbezwładnia mi duszę,I wprzód już karze to, co on chce karać.1 Pan. Piersi twej, panie, radość i pociecha!2 Pan. A pokój duszy, gdyś do nas powrócił!Helikanus. Pozwólcie teraz mówić doświadczeniu;

Pochlebców język króla oszukuje;Jak miech, pochlebstwo grzech jego rozżarza;Co wprzódy wątłą, tylko iskrą było,W potężny ogień rośnie tchem pochlebstwa;Gdy napomnienie, byle czcią zaprawne,Przystoi królom, bo ludźmi są takżeI mogą błądzić. Łaskawy mój królu,Gdy pan Kusiciel o pokoju prawi,Schlebia ci, wojną na twe godzi życie.Przebacz, lub skarż mnie; w gniewu twego szaleNiżej od kolan moich się nie zwalę,Perykles. Zostawcie nas tu, a idźcie tymczasemWypytać, jakie nawy stoją w porcie,Wracajcie potem. (Wychodzą Panowie).Słuchaj, Helikanie,Do głębi słowa twoje mnie wzruszyły;Jakieś wyczytał z ócz mych tajemnice?Helikanus. Gniew czytam, panie, w zmarszczkach twego czoła,Perykles. Jeśli są króla zmarszczki błyskawicą,Jak śmiesz językiem piorun gniewu budzić?Helikanus. Jak śmią rośliny poglądać ku niebu,Które je żywi?Perykles.  Wiesz, mogę cię skruszyć.Helikanus. Własną ja ręką topór zaostrzyłem;Podnieś go, panie, cios zadaj śmiertelny!Perykles. Wstań, usiądź przy mnie; nie jesteś pochlebcą;Dzięki ci za to i nie daj, o Boże,Bym na me błędy zatykać chciał uszy!Dobry mój radco, sługo księcia godny,Który mądrością księcia w sługę zmieniasz,Co chcesz, bym zrobił?Helikanus.  Byś cierpliwie znosiłStrapienia, które sam sobie zadajesz.Perykles. Mówisz jak doktor: dajesz mi lekarstwo,Którego sambyś bez wstrętu nie zażył.Słuchaj mnie teraz: Byłem w Antyochii, —W obliczu śmierci kupić tam pragnąłemNadziemską piękność na matkę mych dzieci,

Podporę króla a poddanych radość.Nad wszystkie cuda było jej oblicze,Lecz reszta, tylko do ucha ci powiem,Była tak szpetna, jak jest kazirodztwo.Gdym to rozumem odkrył, grzeszny ojciecMiast groźby, słowa pochlebne mi szeptał;Lecz wiesz, że głowa ta najprędzej spada,Na której tyran pocałunek składa.Strach mnie ogarnął i tutaj uciekłem,Cieniami nocy odziany burzliwej,Która mym dobrym była opiekunem.Tu rozmyślałem nad tem, co się stało,Co stać się może. Wiem, że jest tyranem;Trwogi tyranów z każdą tylko wiosną,Od lat bujniejsze, nie schną ale rosną.Jeśli przypuszcza (a jak o tem wątpić?),Że ciekawemu wyszepczę powietrzu,Ilu szlachetnych książąt krew on wylał,By czarne łoża ukryć tajemnice,Chcąc koniec swojej położyć obawie,Mój kraj orężnych tłumami zaleje,Mszcząc niby krzywdę, którąm mu wyrządził.Za błąd mój, jeśli błędem zwać to można,Okrutnej wojny cios wszystkich dosięgnie.Troska o wszystkich, a i ty w ich rzędzie,Co mi te robisz zarzuty —Helikanus.  Niestety!Perykles. Sen z oczu, z twarzy zegnała rumieniec,W tysiącznych myślach błąkam się niepewny,Jakby odwrócić burzę tę, nim spadnie,A gdy nie mogłem wynaleźć ratunku,Choć smutkiem litość królewską objawiam.Helikanus. Skoro mi, panie, pozwoliłeś mówić,Myśl mą wypowiem z całą otwartością:Antyoch słuszną przeraża cię trwogą,Trwoży cię tyran, który jawną wojną,Lub tajną zdradą życie ci zabierze.Puść się więc w podróż daleką, dopóki

Nie wywietrzeje gniew jego szalony,Lub Parki nici dni jego nie przetną.Zdaj innym władzę; jeśli mnie wybierzesz,Będę ci wiernie służył jak dzień światłu.Perykles O twej wierności nie wątpię, lecz jeśliW nieobecności mej na kraj mój spadnie —Helikanus. Ziemia ta naszej krwi wypije strugi,Co nas swą piersią żywiła czas długi.Perykles Więc Tyr opuszczam; do Tarsu się udam;Tam zgłoś się do mnie, bo od twego listuDalsze me kroki będą zależały.Troskliwość moją o dobro mych ludówTobie i twojej mądrości powierzam.Nie żądam przysiąg, daj słowo mi twoje;Kto łamie jedno, zgwałci i oboje.A niech z nas każdy w swej tak żyje sferze,Iż czas rozgłosi z naszym to honorem,Żeś poddanego, jam króla był wzorem. (Wychodzą).

Helikanus. Dłużej mnie badać o odjeździe królaŻadnych powodów nie macie, panowie,Ten list, pieczęcią jego opatrzony,

Starczy za wszystko: król w podróż się puścił.Taliard (na str.). Co? król odjechał?Helikanus. Jeśli jednakże chcielibyście wiedzieć,Czemu miłości waszej się pozbawiłTkliwych pożegnań, słów kilka dorzucę.Kiedy Perykles w Antyochii bawił —Taliard (na str.). Co on tam prawi o Antyochii?Helikanus. Antyoch, nie wiem, dla jakich powodów,Jak mu się zdało, wstręt powziął ku niemu;Myśląc, że może jaki grzech popełnił,Na dowód żalu, jakby na pokutęSam się na ciężką majtka pracę skazał,Któremu śmiercią każda chwila grozi,Taliard (na str.). Teraz nie będę wisieć, jak spostrzegam,Choćbym i pragnął. Lecz skoro odjechał,Króla zapewne wielce uraduje,Że ląd porzucił, by na morzu zginąć.Wystąpmy teraz. (Głośno). Pokój panom Tyru!Helikanus. Witaj nam, pośle, króla Antyocha!Taliard. On mnie do króla Peryklesa wysłał;Lecz skoro, jak to lądując, słyszałem,W nieznaną podróż puścił się Perykles,Poselstwo moje, skąd przyszło, odniosę,Helikanus. Pytać się żadnych nie mamy powodówO tajemnice nie nam przeznaczone;Lecz nim od naszych odbijesz wybrzeży,Znajdziesz przyjęcie, jakie ci należy. (Wychodzą).

Kleon. O, Dyonizo, spocznijmy tu chwilę;Opowiadając smutne innych dzieje,Może o własnych zapomnimy smutkach.Dyoniza. Chcesz więc dmuchaniem wielki ogień zgasić?Kto górę, że zbyt szczytna, podkopuje,

Z gruzów zwalonej szczytniejszą zbuduje;Drogi mój mężu, tak i smutki naszeUrosną cudzym smutkiem odświeżane,Jak bujniej rosną drzewa ostrzygane.Kleon. Kto łaknąc chleba nie powie, że głodny?Kto aż do śmierci głód może utaić?Niech język głośno smutki nasze woła,Niech oko płacze; całemi piersiamiChwyćmy powietrze, aby krzyk nasz głośnyDo nieba wzleciał, jeśli niebo drzymie,Kiedy stworzenia jego w ciężkiej biedzie,Pocieszyciela i zbawcę obudził.Więc będę nasze smutne prawił dzieje,A łzą dokończę, gdy język omdleje.Dyoniza. Zrobię, co będzie w mojej mocy, panie.Kleon. Tarsus, któregom jest gubernatorem,Obfitość niegdyś ręką swą pieściła.Siejąc bogactwa nawet po ulicach;Wież jego szczyty całowały nieboI były wszystkich wędrowców podziwem;Mieszkańcy blaskiem swych szat tak świecili,Że byli sobie zwierciadłem nawzajem;Obfitość stołów weseliła oczy,A wykwitnością ostrzyła apetyt;Wygnano nędzę, a duma tak wzrosła,Że słowo „pomóż!“ było w obrzydzeniu.Dyoniza. Ach, prawda!Kleon.  Ale patrz, co niebo może!W nagłej przemianie te gęby, dla którychMorze, powietrze i ziemia niedawnoByły za małe, aby je napełnić,Choć im stworzenia swoje mnogie słały,Jak dom użycia brakiem zrujnowany,Schną teraz brakiem ćwiczenia zgłodniałe.Zaprawie głodu obce podniebienia,Które podniecać sztuką było trzeba,Dziś darmo żebrzą o kawałek chleba;Matki, co znaleźć nie mogły przysmaków

Dla swoich dzieci, gotowe są terazPożreć te małe, kochane stworzenia;Ząb głodu ostry sprawia, że mąż z żonąNa losy ciągną, kto pierwszy ma umrzeć,By nędzne życie drugiego przeciągnąć;Tu mąż, tam stoi płacząca niewiasta;Tłumy padają, ale braknie siłyŻyjącym, by je ponieść do mogiły.Czy to nie prawda?Dyoniza.  Świadkami są tego:Twarz nasza wyschła i zapadłe oczy.Kleon. O, niech szczęśliwe, bogate dziś miasta,Pijące z pełnej czary obfitości,Wśród świąt swych wrzasku i jęk nasz usłyszą!Bo nędza Tarsu i na nie spaść może. (Wchodzi Pan)Pan. Gdzie gubernator?Kleon.  Tu jest. Powiedz śmiało,Z jaką bolesną przybywasz nowiną,Bo darmo czekać na pociechy słowo.Pan. Na brzegach naszych ujrzeliśmy w daliKu murom naszym żeglującą flotę.Kleon. Tegom się lękał, bo nigdy samotnyNie zbiega smutek, lecz prowadzi z sobąSwego następcę i swego dziedzica.Tak z nami dzisiaj; jakiś lud sąsiedni,Z naszej obecnej korzystając nędzy,Orężnym tłumem wypchał swe okręty,By już upadłych do reszty zadeptać,I żeby podbić mnie nieszczęśliwego,Nad którym chwałą nie będzie zwycięstwo.Pan. Lękać się tego nie mamy powodów,Bo białe flagi na masztach ich świadczą,Że nam przynoszą pokój a nie wojnę.Kleon. Jeszcześ za młody, lecz dowiesz się w porze,Że większa zdrada w piękniejszym pozorze.Lecz niech przynoszą, co chcą i co mogą,Bo czegóż jeszcze możemy się lękać?Już na dnie nędzy nie możem spaść głębiej.

Idź do ich wodza, niech się tu przybliży,Niechaj nam powie, skąd, po co przychodzi,I czego żąda.Pan.  Idę spełnić rozkaz.Kleon. Aby z pokojem przybywał, daj, Boże!Bo któż mu opór stawić tutaj może?

Perykles. Niech me okręty i wojsk moich liczbaGubernatorze, bo mnie nauczono,Że to twa godność, dla twych ócz nie będzieJak rozpalone na postrach ognisko.O waszej nędzy zaszła wieść do Tyru,O spustoszeniu waszych pięknych ulic;Nie przybywamy smutków waszych zwiększać,Ale boleści waszych zmniejszyć ciężar;A moje nawy (które w twojej myśliMoże trojańskim zdawały się koniem,Niosącym zbrojne w bokach swoich tłumyPrzygotowane na zagładę waszą).Przynoszą zboże, by znów chleba siłaNapół umarłym życie przywróciła.Wszyscy. Niech Grecyi bogi twą będą obroną!Będziem się za was modlić.Perykles.  Wstańcie, proszę,Czci nie wymagam, lecz tylko przyjaźniI dla mych ludzi dobrego przyjęcia.Kleon. A kto wam tego chętnem nie da sercem,Niewdzięczną myślą za dobroć zapłaci,Choćby to były nasze dzieci, żony,My nawet sami, niech przekleństwo niebaI dobrych ludzi nikczemników skarze!Lecz póki to się nie spełni (a tegoNikt nie zobaczy, w Bogu mam nadzieję)Moim i miasta mego jesteś gościem.Perykles. Z wdzięcznością waszą przyjmuję ofiarę,Przeczekam u was, aż się w uśmiech zmieniGniew, który dzisiaj gwiazdy me czerwieni. (Wychodzą).

Comentarios

Cargando comentarios…