Akt piąty
Traducido del inglés por Leon Ulrich
Wszystko dobre, co kończy się dobrze
Helena. Ta nagła podróż i we dnie i w nocyMęczy was pewno, ale niema rady.Lecz bądźcie pewne, że gdy dla mej służbyWe dnie i w nocy swe męczycie członki,Nic was i nigdy z mej wdzięcznej pamięciWyrwać nie zdoła. (Wchodzi Sokolnik).Szczęśliwe spotkanie!Człowiek ten byle swych chciał użyć wpływówŁatwo mi zyska posłuchanie króla. —Bóg z tobą, panie!Sokolnik. I z tobą Bóg także!Helena. Kiedyś na króla widziałam cię dworze.Sokolnik. Prawda, że tam mnie widziano czasami.Helena. Myślę, że dobroć, z której byłeś znany,Z twojego jeszcze nie uciekła serca,
Ja też naglona smutną koniecznością,Formy światowe bez trwogi odrzucam,Do twej się tylko odwołuję cnoty,A wiecznie będę wdzięczną za usługę.Sokolnik. Czego więc pragniesz?Helena. Błagam cię, mój panie,Biedną tę prośbę racz wręczyć królowi,I całym swoim wyrób mi to wpływem,Bym otrzymała jego posłuchanie.Sokolnik. Króla tu niema.Helena. Niema króla?Sokolnik. Niema.Ostatniej nocy to miasto opuściłZ większym jak zwykle pośpiechem.Helena. O, Boże!Nie, wszystko dobre, co się kończy dobrze,Choć wszystko spikać przeciw nam się zdaje.Powiedz mi, proszę, dokąd król się udał?Sokolnik. Do Roussillonu, ile wnosić mogę,Gdzie i ja spieszę.Helena. Skoro się więc zdaje,Że króla ujrzysz przed nami, mój panie,Racz dać to pismo miłościwej ręce;Gniewu to jego na ciebie nie ściągnie,Za kłopot raczej na dzięki zarobisz.My też za tobą przybędziem z pośpiechem,Na jaki nasze zdobędą się środki.Sokolnik. Chętnie się twego podejmę poselstwa.Helena. Cobądź wypadnie, licz na wdzięczność naszą.Lecz spieszmy, spieszmy! Czas nagli, na konie!
Król. Tracąc ją, perłę straciliśmy drogą,I blask nasz bledsze rzuca odtąd światło;Twój syn szalony dosyć zmysłu nie miał.Żeby ją cenić wedle jej wartości.Hrabina. Wszystko minęło; dziś, błagam cię, królu,Racz to uważać za bunt przyrodzony,Szałem młodości nagłe wywołany,Gdy olej z ogniem, nad rozum silniejszy,Wszystko ogarnął i w popiół obrócił.Król. Wszystkom przebaczył, wszystko zapomniałem,Choć żądza zemsty w sercu mem płonęłaI tylko chwili czekała wybuchu.Lafeu. Przebacz mi, panie, lecz powiedzieć muszę,Że pan ten młody pokrzywdził głębokoSwojego króla, swą matkę i żonę,Ale najgłębiej sam pokrzywdził siebie,Bo stracił żonę, której piękność była
Podziwem oczu karmionych pięknością,Której głos wszystkich słuchaczy zachwycał,A której czystą, drogą doskonałośćSerca do żadnej służby nie przywykłeW pokorze swoją nazywały panią.Król. Drogiem wspomnieniem straconych pochwała.Niech się tu stawi; przy pierwszem spotkaniuNiech łaska moja słuszny gniew zabije.O przebaczenie niechaj mnie nie prosi,Jego wystąpku umarła przyczyna,Drogie jej szczątki w sercu mojem grzebię,Głębiej niż winy jego zapomnienie.Niechaj się zbliży nie jak winowajca,Lecz jak człek obcy; taka moja wola,Powiedz mu o tem.Szlachcic. Wykonam rozkazy (wychodzi).Król. Czy już o twojej mówiłeś mu córce?Co o tem myśli?Lafeu. Rozkazem dla niegoKrólewska wola.Król. Więc wkrótce ślub będzie.Mam listy, których treścią jego chwała.
Lafeu. Godna jej postać.Król. Dnie moje, jak widzisz,Są dnie marcowe — grad i słońce razem.Lecz jasny promień chmury już rozpędził,Stań więc przede mną — wróciła pogoda.Bertram. Niech żal głęboki zyska przebaczenieGrzechów minionych, królu mój łaskawy!Król. Ni słowa więcej o ubiegłych czasach!Chwilę obecną uchwyćmy w przelocie,Bośmy już starzy, a czas cichą stopąNasze najszybsze unosi zamiary,Zanim jesteśmy w stanie je wykonać.Czyli pamiętasz córkę tego pana?Bertram. Królu, pamiętam o niej z uwielbieniem;Na nią mój pierwszy padł wybór, nim serce
Śmiałe poselstwo dało językowi.Pod silnym wpływem pierwszego wrażeniaWzgarda mi swego pożyczyła szkiełka,Co wszelką inną oszpeciło piękność,Lic innych róże nazwało kradzieżą;Przeistoczoną innych rysów piękność,Zmieniło w obraz wstrętnej szkaradności.Dlatego, królu, ta, którą świat wielbił,Którą ja także po stracie kochałem,Była w mych oczach pyłkiem, co je raził.Król. Dobra wymówka. Żeś ją w końcu kochał,Niemało zmniejsza ciężki twój rachunek.Miłość jednakże, co za późno wschodzi,Jest jak za późno dane przebaczenie,Które dla dawcy gorzkim jest wyrzutemI wiecznie woła; niewinny mąż zginął!Skarbem bez ceny gardzim nierozumnie,Płaczem dopiero, kiedy leży w trumnie.Gniew nasz okrutny przyjaciół morduje,A martwy popiół gorzko opłakuje;Miłość za późno zbudzona łzy leje,Z których się zemsta nasycona śmieje.Niech to pogrzebny będzie dzwon Heleny:Zapomnij o niej, pięknej MagdaleniePoślij co prędzej miłości zadatek.Już otrzymałeś główne przyzwolenie,My tu zostaniem czas, myślę, niedługiNaszego wdowca ślub zobaczyć drugi.Hrabina. A Bóg niech lepsze losy mu przeznaczy,Lub w cichym grobie wprzód zamknąć mnieLafeu. Przyszły mój synu, w którym ma utonąćMojego rodu słynne niegdyś imię,Zwierz mi dar jaki, któryby w mej córceGorętszy ogień swym rozpalił blaskiem,Do spieszniejszego skłonił ją przybycia.
Na moją brodę i siwe jej włosy,Nasza Helena, to słodkie stworzenie,
Podobny pierścień na swym miała palcu,Gdym ją na dworze ostatni raz żegnał.Bertram. To nie jej pierścień.Król. Daj mi go zobaczyć;Często w rozmowie mój wzrok nań upadał.To mój był pierścień, dałem go Helenie,A dając rzekłem: jeśli kiedykolwiekLos twój pomocy będzie potrzebował,Znak ten wystarczy, bym ci w pomoc spieszył.Miałżeś dość sztuki, by od niej wyłudzićRzecz, co tak wielkiej była u niej ceny?Bertram. Racz mi przebaczyć, miłościwy panie,Pierścień ten nigdy własnością jej nie był.Hrabina. Przysięgam, synu, że na własne oczyWidziałam pierścień ten u niej, słyszałam,Jak go ceniła na równi z żywotem.Lafeu. I jam jest pewny, żem go u niej widział.Bertram. Zwodzą cię oczy, ona go nie znała;On mi w Florencyi rzucony był z okna;A papier, który ten owijał klejnot,Zawierał podpis tej, co go rzuciła.Była to dziewka szlachetnego rodu;Myślała, że mą będzie narzeczoną,Lecz gdym jej moje losy opowiedział,Otwarcie wyznał, że jej oczekiwańNie mogę spełnić na drodze honoru,Z cichą rozpaczą poddała się losom,Ale pierścienia nie chciała odebrać.Król. Sam Plutus, w sztuce alchemicznej biegły,Nie zna dokładniej tajemnic natury,Niż ja ten pierścień; pierścień ten był moim,Potem Heleny, jakbądź doń przyszedłeś.Jeśli więc pamięć samego masz siebie,Wyznaj mi prawdę, powiedz: jakim gwałtemKosztowny klejnot z palca jej ściągnąłeś,Bo mi przysięgła na wszystko, co święte,Że się z nim nigdy, nigdy nie rozstanie,Chyba że w ślubnej izbie ci go odda,
(A w tej twa nigdy nie postała noga),Lub mi go przyśle w chwili niebezpieczeństw.Bertram. Nigdy pierścienia tego nie widziała.Król. Jak kocham honor, kłamstwem są twe słowa,I budzą we mnie trwogę podejrzliwą,Której do serca nie chciałbym przypuścić.Jeżeli miałeś dosyć okrucieństwa —To być nie może — a jednak — sam nie wiem —Śmiertelną miałeś w sercu do niej zawiść;Ona umarła — a widok pierścieniaŚmierć mi tę stwierdza, jakbym własną rękąZamknął jej oczy. Precz z nim do więzienia!
Cobądź wypadnie, znane już dowodyO lekkomyślność trwogi mej nie skarżą;Brak raczej trwogi był lekkomyślnością.Precz z nim! Tę sprawę musimy wyjaśnić.Bertram. Jeśli mi, królu, dowiedziesz, że pierścieńBył kiedykolwiek na Heleny palcu,Równie mi łatwo dowieść będziesz w stanie,Żem z nią w Florencyi ślubne dzielił łoże,Choć jej tam noga nigdy nie postała.
Król. Jakieś mnie straszne osiada przeczucie.Sokolnik. Łaskawy królu, może źle zrobiłem —List ci przynoszę florenckiej niewiasty,Która o kilka spóźniła się stacyi,Aby go własną oddać mogła ręką.Ujęty wdziękiem i słodyczą mowyPrzyjąłem pismo biednej suplikantki,Która tu czeka na twoje rozkazy.Z twarzy jej widać całą ważność sprawy,A ta, jak z tkliwym rzekła mi urokiem,Równie jest ważną dla niej jak dla ciebie.
Lękam się bardzo, że piękna HelenaPadła ofiarą grzesznych jego knowań.Hrabina. Niech słuszna kara dotknie winowajcę.
Król. Dziwi mnie, panie, że kiedy kobietyZwiesz potworami, gdy od nich uciekasz,Chociaż im wiarę i pomoc przysiągłeś,Chcesz jednak żony. (Wchodzi Sokolnik z Wdową i Dyaną).Co to za kobieta?Dyana. Jestem ubogą z Florencyi niewiastą,Choć ród mój wiodę z domu Capuletów.Ma prośba jest ci wiadoma już, królu,Więc wiesz, o iłem godną jest litości.Wdowa. To córka moja; wiek mój i mój honorNie zniosą krzywdy, którą nam wyrządził,Jeśli ty, królu, w pomoc nam nie przyjdziesz.Król. Przybliż się, hrabio. Czy znasz te kobiety?Bertram. Królu mój, nie chcę, nie mogę zaprzeczyć,Że znam je obie. Czy mnie o co skarżą?Dyana. Czemu tak dziwnie na twą żonę patrzysz?Bertram. To nie ma żona.Dyana. Jeśli pojmiesz żonę,Dasz jej tę rękę, lecz to ręka moja;Dasz jej przysięgi, to przysięgi moje;Dasz i mnie samą, jestem bowiem tobą,Boś mnie przysięgą twą tak w ciebie wcielił,
Że ta, co ciebie za męża chce pojąć,Musi mnie razem pojąć — lub nikogo.
Bertram. Dziewki tej głowę miłość zawróciła.Prawda jest, królu, żem z nią śmiał się czasem;Myśl jednak lepiej o moim honorze,Niż żebym chciał się aż do niej poniżyć.Król. W myślach mych, wierzaj, nie masz przyjacieli,Chyba, że twoje przemienią je czyny,Że się twój honor jaśniejszym pokaże,Niż jest w mych myślach.Dyana. Miłościwy królu,Niechaj przysięgą stwierdzi, iż nie myśli,Ze został panem mojego dziewictwa.Król. Co jej odpowiesz?Bertram. Że bezczelna dziewkaByła igraszką całego obozu.Dyana. Krzywdzi mnie, królu. Gdyby prawdę mówił,Mniejszym zapewne kupiłby mnie kosztem.Nie wierz mu, panie, spojrzyj na ten pierścień,Równego ceną nie znajdziesz na ziemi;On obozowej dał go nierządnicy,Jeśli nią jestem.Hrabina. Rumieniec go zdradza.Przez sześć pokoleń klejnot ten przechodziłZ ojca na syna; to jest jego żona,Tego ten pierścień stokrotnie dowodzi.Król. Wszak mi mówiłaś, jeśli się nie mylę,Że tu widziałaś świadka całej sprawy.Dyana. Prawda, widziałam, lecz wstręt pewny czujęNa złej podstawie prawa me opierać.Zwie się Parolles.Lafeu. Widziałem go dzisiaj.Król. Szukać go zaraz i stawić przede mną.Bertram. Cóż to dowiedzie? Człowiek ten jest znany;To wiarołomny i podły niewolnik,Całego świata zbrodniami toczony;
Do prawdy czuje wstręt niepokonany;Jeśli więc teraz przeciw mnie co zezna,Mamże dlatego być tem albo owem?Król. Ona ma pierścień, co był twą własnością.Bertram. To prawda; prawda, żem czuł do niej pociąg,Że jej szukałem w młodocianym szale.Wiedząc, jak wielka dzieliła nas przepaść,Umiała zręcznie wędkę na mnie rzucić,Oporem żądzę do szaleństwa podnieść:Przeszkoda bowiem na miłości drodzeTylko jest nową miłości podnietą;Tak więc chytrością, przy powszednich wdziękachUmiała pierścień z ręki mej wyłudzić,Kiedyby inny za targową cenęKupić ją zdołał.Dyana. Muszę być cierpliwą.Kto tak szlachetną odepchnąć mógł żonę,Słowami także i mnie krzywdzić może,A więc cię proszę — nie trudno mi będzieWyrzec się męża bez cnoty i wiaryPrzyślij po pierścień, chętnie ci go zwrócę,A mój mi oddaj.Bertram. Już go nie posiadam.Król. Powiedz mi, proszę, co to był za pierścień?Dyana. Podobny temu na twym palcu, królu.Król. Czy znasz go? Pierścień jego był przed chwilą.Dyana. W ślubnej komnacie ode mnie go dostał.Król. A więc jest fałszem, żeś mu go rzuciłaZ okna swej izby.Dyana. Powiedziałam prawdę.
Bertram. Wyznaję, królu, że był jej własnością.Król. Lada cię piórko mąci w odpowiedziach. —Czy to jest człowiek, o którym mówiłaś?Dyana. Tak jest, mój królu.Król. Powiedz mi, mopanku,Mów tylko prawdę, jeśli chcesz być cały,A twego pana gniewu się nie lękaj.
Bo prawdę mówiąc, masz we mnie obrońcę,O tej kobiecie co wiesz, a co o nim?
Król. Dalej, dalej do rzeczy: czy kochał tę kobietę?Parolles. Wyznaję, najjaśniejszy panie, kochał ją, ale jak?Król. No jak? powiedz, proszę.Parolles. Kochał ją jak szlachcic kocha kobietę.Król. A jakże to szlachcic kocha kobietę?Parolles. Kochał ją, najjaśniejszy panie, i nie kochał jej.Król. Tak jak ty jesteś hultajem i nie jesteś hultajem.Parolles. Ja chudy tylko pachołek na usługi waszej królewskiej mości.Lafeu. Dobry z niego dobosz, mój królu, chociaż lichy mówca.Dyana. Czy wiesz, że mi przyrzekł małżeństwo?Parolles. Na uczciwość, wiem ja więcej niż powiem.
Król. A kto ci dał go lub gdzieś go kupiła?Dyana. Nikt mi go nie dał, ani go kupiłam.Król. Kto ci pożyczył?Dyana. Nikt mi nie pożyczył.Król. Gdzieś go znalazła?
Dyana. Nie znalazłam nigdzie.Król. Gdyś go nie miała żadnym z tych sposobów,Jak dać go mogłaś?Dyana. Jam go też nie dała.
Król. To był mój pierścień, pierwszej jego żonieJa sam go dałem.Dyana. Mógł być twoją królu,Lub jej własnością, nie wiem o tem wcale.Król. Ta mnie kobieta gniewać rozpoczyna;Precz z nimi teraz, zamknąć ich w więzieniu.Jeśli nie powiesz, skąd miałaś ten pierścień,Umrzesz w godzinę.Dyana. Nie, nigdy nie powiemKról. Precz z nią!Dyana. Mój królu, dam poręczycielstwo.Król. Zaczynam wierzyć, żeś była towarem.Dyana. Przez Boga, królu, jeślim znała męża,To ciebie chyba.Król. Czemuż go oskarżasz?Dyana. Bo on jest winny razem i niewinny.On przysiądz gotów, żem nie jest dziewicą,Jak ja gotowa przysiądz, że nią jestem.Jeślim dziewicą nie jest nieskażoną,To chyba jestem starca tego żoną (wskazuje Lafeu).Król. Ona z nas szydzi. Precz z nią do więzienia!Dyana. Matko, śpiesz, wprowadź mego ręczyciela.
Przyjdzie jubiler właściciel pierścienia,On moją będzie przed sądem rękojmią.A paniczowi, któremu się zdaje,Że mnie pokrzywdził, choć palcem mnie nie tknął,Przebaczam z serca, on dziś jeszcze wierzy,Że uszczknął wianek z mojego ogrodu,Gdy został ojcem żony swojej płodu;W umarłem łonie młody puls już bije;
To ma zagadka: Kto umarł, a żyje?
Król. Czy to nie czary, co me zwodzą oczy?Czyliż co widzę, jest rzeczywistością?Helena. Nie, dobry królu, to cień tylko żony,Wyraz bez rzeczy.Bertram. Nie, to rzecz i wyraz,Przebacz mi, błagam!Helena. Dziwnie byłeś tkliwy,Gdy miałam formę tej młodej dziewicy.To jest twój pierścień i list, w którym piszesz:„Gdy z mego palca pierścień ten dostaniesz,I będziesz ze mną matką,“ i tam dalej.Wszystko się stało; czy chcesz mym być mężem,Teraz gdy dwakroć wygrałam twą rękę?Bertram. Gdy mi wyjaśnisz wszystkie tajemnice,Będę cię kochał jak ócz mych źrenice.Helena. Jeśli wszystkiego nie dowiodę, panie,Niech wieczny rozwód między nami stanie.O, droga matko, czy ciebie znów widzę?Lafeu. Ktoś mi cebulą oczy nasmarował,Łzy mi się kręcą.
Król. Całe nam twoje rozpowiadaj dzieje,Niech prawda strugi pociechy rozleje.(Do Dyany). Jeśli dziewicą jesteś nieskalaną,Wybieraj męża, a znajdzie się wiano,Bo się domyślam już, przez jaką psotęZbawiłaś żonę, zachowałaś cnotę.Wszystkie w szczegółach opowiesz nam czyny,Gdy swobodniejsze nadejdą godziny.Gdy po dniach smutku dobry koniec wschodzi,Obecność lepiej przeszłą gorycz słodzi.
Król zostaje żebrakiem, gdy sztuka przeminie,
Ale wszystko się dobrze skończy w tej godzinie,Jeśliśmy zarobili na waszą pochwałę.Na waszą służbę życie poświęcamy całe,Za nagrodę od waszej wymagamy łaski,Przyjmijcie serca nasze, a dajcie oklaski.
Comentarios
Cargando comentarios…