II — Południe
Siedział zatopiony w niepokojących rozmyślaniach, tylko przyczajone źrenice, jak rozwścieklone płowe lwy, szarpały się w ciasnym kręgu, rzucając się niekiedy przez okna z rozgorzałą toń, w ukrop białego wrzącego powietrza i powracały oślepłe od żarów i oszalałe z bezsilności…— Pan dzwonił? — pytała Bretonka.— Dzwoniłem? Być może, a tak… opuścić żaluzje.— Straszny upał, już niektóre łodzie wracają z morza…— Wracają z morza? — Nic jej nie rozumiał.— Przed burzą, bo na pewno przyjdzie na wysokiem morzu…— Burza!— Już słychać było dalekie grzmoty… — szeptała z trwogą.— A niechaj przyjdzie, ochłodzi się powietrze.— Mój Boże, tylu naszych na morzu, a o nieszczęście nietrudno…— Wszystko mi jedno, byle się tylko ochłodziło — rzucił twardo.Spojrzała na niego ze zgrozą i odeszła.Przez żaluzje kładły się na pokój poprzeczne pręgi białego światła.Cisza leżała zupełna, martwa, dom był ogłuchły.Jan położył się na kanapie, aby przyciszyć w sobie te ukropy namiętnych pożądań, jakie w nim wrzały coraz potężniej.Leżał bez ruchu i prawie bez myśli, drętwiał zwolna, jak drzewo, opite słoneczną pożogą, że już chwilami na oczy mu padały senne bielma, i pogrążał się w rozpalonej ciszy omdlałego południa, jak kamień w toni, ale nagle, niespodziewanemi wytryskami żarów, buchał w nim strach, że ona odjedzie, chwytał go za gardło i wlókł na jaźnie dzikich, nienasyconych pożądań!— Nie, nie! — krzyczał w sobie, wyciągając drapieżne ręce.Padł znowu w płomienne marzenia, poczuł szarpiący głód jej ciała, wyprężał ręce głodne jej kształtów, ręce oszalałe z tęsknoty i błądzące w pustce marzeń za niepochwytnym, kuszącym majakiem, wołał jej warem krwi, niemym krzykiem straszliwej żądzy, oślepłej z chciwości, całą potęgą rozszalałej, nienasyconej namiętności… pragnął jej aż do nienawiści — i prawie z nienawiścią wywoływał jej obraz z pamięci… jej smukłe, miękkie linje i spadek ramion przejmował go obezprzytomniającym dreszczem, zarys bioder i piersi wyrywał mu zduszone jęki, a te usta palące, te usta, nabrzmiałe rozkoszą, przepalały go nawskróś, a te oczy dziwne, oczy ciche i zagadkowe, palące otchłanie obietnic pełne, oczy święte, oczy grzechu, nie wiedzącego o swej potędze i rozkoszy… ach, piłby ją do dna, żeby ugasić straszne pragnienie i nasycić ten głód, rozrywający mu wnętrzności, tę straszliwie łaknącą spiekotę napoić i choćby przepaść potem.Upalne południe wrzało w nim płomieniami, żarem, który się sam spalał w straszliwej, głodnej żądzy…I znowu leżał martwo, jak kamień, prawie nieprzytomny od tej wewnętrznej spiekoty, machinalnie śledząc posuwające się leniwie wskazówki zegara…— Panie proszą do siebie na kawę — powiedziała pokojówka, wchodząc do pokoju, i uciekła z krzykiem, bo rzucił się do niej, jak tygrys!Na jedno krótkie, jak błyskawica, mgnienie, wydało mu się, że to ona, że to Mery, że przyszła na jego namiętne, nieme wołanie!…Umył się i oprzytomniał nieco, ale upał był tak duszący, że każdy ruch wyczerpywał, każdy wysiłek był męką, przebierał się jednak dość śpiesznie i poszedł napoły pijany od tych żarów nieugaszonych.Mery siedziała przy pianinie, palce jej błądziły po klawiszach, że niekiedy jakiś ton, podobny do namiętnego westchnienia, zrywał się w upalnej ciszy.Usiadł przy niej z jakiemś bezsilnem, banalnem słowem.Matka grała z księdzem w szachy.Rozmowa się rwała, słowa padały, jak suche liście, lub gasły niedopowiedziane, pobladłe oczy błądziły bez celu.Przez otwarte okna lała się ulewa rozpalonego, suchego powietrza, uwiędły cień araukarji przesłaniał, jakby pajęczyną, cały pokój.Pokojówka przygaszała maszynkę na bocznym stoliku.— Nie pojedzie pani z mamą do groty, błagam! — szepnął.Nie odezwała się, ogarniając jego twarz badawczem, cichem spojrzeniem i, spotkawszy jego oczy namiętnie rozgorzałe, zadrżała w głębokiem westchnieniu, rumieniec owiał bladą twarz.— Błagam o to na wszystko! — dodał ciszej i goręcej.— Pojadę… pojadę… — odpowiedziała, uderzając mocno w klawisze.Zerwał się zdumiony i już chciał mówić o pewnej burzy na przypływie i niebezpieczeństwie, gdy siwa pani jęła zapraszać do kawy.Mery zajęła się rozlewaniem, krążąc dokoła stołu.— Straszny upał! — westchnął ksiądz, wycierając twarz spoconą.— Tak, dosyć ciepło… — odparł, śledząc jej poruszenia i usiłując spotkać się z jej oczami.— Dosyć! Ależ w Afryce nie pociłem się do tego stopnia!— Nie miał też ksiądz jeszcze takiej tuszy… — żartował, czując, iż, przechodząc mimo, dotknęła jego pleców.— To prawda, chociaż to chorobliwe… od tylu lat się leczę…Nie dosłyszał, bo tuż przy twarzy wysunęła się z szerokiego rękawa jej biała, obnażona ręka z filiżanką, wypukłe piersi wsparły się przez mgnienie o jego ramię i krótki, dyszący oddech owiał mu twarz, ale, nim podniósł oczy, już odeszła.— Będziemy mieli ciężką drogę do groty — odezwała się matka.— Wyjedźmy później nieco, przed samym wieczorem…— Zostań! — błagał ją oczami.Mery odwróciła się nagle i, przechodząc ztyłu krzesła, dotknęła końcami palców jego karku, że drgnął, jak oparzony.— Możemy jechać zaraz po kąpieli, koło piątej! — powiedziała.— Pojadą panie drogami zacienionemi, tam upał nie przenika i jest dziwnie chłodno… — dodał z naciskiem, przypominając jej oczami chłód dróg, któremi szli przed południem.Zrozumiała, spoglądając nań wyzywająco.— Często pan błądzi po tych drogach?— Bardzo, bo są cudowne do samotnych spacerów i do zwierzeń…— Przed samym sobą? — zaśmiała się nerwowo.— Chodzę po nich codziennie z brewjarzem… — odezwał się ksiądz.— A jest tam niedaleko szosy kapliczka, granitowa nisza, zakryta prawie bluszczami, jakby umyślnie stworzona dla schadzek zakochanych. Spotkałem tam któregoś dnia dwoje całujących się ludzi!…Mery upuściła filiżankę na ziemię, ręce opadły jej bezradnie, spojrzała na niego z wyrzutem bolesnym i uciekła do drugiego pokoju.Ale, powróciwszy, miała zmatowaną od łez twarz, wyzywające oczy i dziwnie sponsowiałe, nabrzmiałe usta.Skończyli kawę i Jan podniósł się do wyjścia.— Spotkamy się na plaży, nieprawdaż?— Jak zwykle, o czwartej, będę już na stanowisku…— Ostatnia kąpiel! — westchnęła cicho.— Ale, jeśli pani jedzie do groty, na kąpiel nie będzie czasu…— Nie wiem jeszcze… Powinnam jechać — szepnęła.Spojrzał na nią prosząco, żałośnie i wyszedł.Wybiegła za nim, gdy już wchodził na most.— Zostanę! — zawołała, wyciągając przez drzwi rękę.Ucałował ją gorąco, musnęła mu palcami po ustach i uciekła.Schodził nadół do hotelowej kawiarni, pełen radosnego wzruszenia, oczekiwań i niepokojów gorączkowych. W sklepionej sali było nieco chłodniej, na werandzie, przysłoniętej przejrzystą ścianą zieleni, leżał cień; długo patrzył na morze dziwnie omdlałe i nieruchome.Malarze grali w bilard w drugim końcu sali.Wybrzeże było zupełnie puste, buchało upałem.Usiadł w zacienionym kącie werandy i, spoglądając niekiedy na ocean, pogrążał się w senną kontemplację.— Moja partja! Stawiaj likiery! — zakrzyczał naraz któryś z malarzy.Jan ocknął się, była już trzecia, powlókł sennemi oczami po rozżarzonych do białości obszarach. Ocean już budzić się zdawał, ruch jakiś drgał w przepalonych pustkach.— Nic się jej nie stanie, choćby i burza przyszła… przeczekają w grocie do odpływu, a w rezultacie gorętsze pacierze, trochę strachu i może katar… Mery ze mną zostanie. Ostatni dzień i jutro rozjedziemy się na zawsze w dwie strony świata… na zawsze i może już nigdy się nie spotkamy, nigdy!…Opadł w siebie, jak fala wyrzucona na skały, stoczył się znowu w głąb półsnu, w nierozplątane strzępy marzeń i obrazów niepochwytnych, w odrętwienie upalne.Nie chciało mu się otworzyć oczu, ktoś nawet mówił do niego, ale nie wiedział, czy to nie sen, myśli snuły się leniwie, strzępami, jak niepochwytne, pajęcze nici, a całego przejmowała dziwna apatja i takie znużenie, że zapomniał o wszystkiem, ale gdy wreszcie powstał, w sali już nie było nikogo.Dochodziła czwarta.Pierwszy wiatr, jeszcze słaby i upalny powiał z morza.Słońce leżało na olbrzymiej, rudawej chmurze.Przypływ zaczynał się już na dobre.Ocean poszarpał słoneczną, cichą maskę, leżał teraz jak zielonawe, nieobjęte pole, i kołysał się leniwie; szum cichy, jednostajny płynął z głębin z pod wysokiego i czarniawego horyzontu, niby rozproszone stado owiec, wychylały się białawe grzywy fal, szło ich coraz więcej, bieliły się zewsząd, wstawały wszędzie, podnosiły się na każdem miejscu, zwierały się w rozdrgane ławice, w nieprzeliczone chmury i szły coraz prędzej, prędzej, prędzej.O wybrzeże biły coraz dłuższe i mocniejsze fale, rzucały się z gruchotem na ostre żwiry, z sykiem szorowały białemi jęzorami po sypkich, rozpalonych piachach, przeskakiwały głazy, rzucając się postrzępionemi, spienionemi wargami na wyschłe łożysko i marły wyczerpane, ale już za niemi spadały drugie, wznosiły się nowe, narastały zielonemi zwałami dalsze i szły nieprzeliczoną i krzykliwą ciżbą.Wiatr naraz zaświstał, skłębił się w kurzawie i pognał jak rozszalały rozpalonem wybrzeżem.Słońce zwaliło się za rdzawą chmurę i przygasło, posępny cień padł na ziemię i pokrył ocean mętną, brudnawą płachtą, w której wody zakotłowały gwałtowniej.Ocean potężniał coraz groźniej, nabrzmiewał, jak ciężka, sinawa chmura, przewalając się z gniewną wrzawą, poradlone wody chwiały się nieskończonemi zagonami, stada olbrzymich fal wychlustywały z głębin, rozpryskując się w spienione bryzgi…Jan z pewną trwogą przyglądał się oceanowi, wygięty olbrzymi łuk wody wrzał coraz mocniej, kłębił się i miotał; nabrzmiałym, spienionym wałem kołysał się, wyginał i bił z hukiem o wybrzeża!Zaczynał się niestrudzony i groźny bój z ziemią, złość zdawała się wzbierać w otchłaniach, jakiś mus nieodgadniony wypierał fale i bił niemi w granity z nieubłaganą zawziętością.Przypływ wznosił się coraz burzliwiej, że wystraszone mewy, z jękliwym krzykiem, uciekały z zalewanych skał.Wybrzeże zaczynało się ożywiać, szereg kabin, namiotów i foteli, osłoniętych daszkami, wysuwano na rozpalone piaski, a gromady dzieci już wychodziły na codzienny bój z morzem.Plaża zaroiła się ludźmi.Upał się zmniejszył, ale parno było do niewytrzymania, nie było czem oddychać, nawet wilgotne tchnienie wód dusiło żarem, wiatr cichy i palący zawiewał z pól.Jakiś malarz siedział na skałach przed rozłożonemi sztalugami. Anglik wraz z paryżanką fotografowali przypływ.Jan, dojrzawszy Mery, zeszedł na brzeg i siedli razem na piasku przed ich kabiną, rozmawiając prawie szeptem, bo ryk morza tworzył już ogłuszającą muzykę, fale zwalały się z taką siłą, że ziemia drżała i strzępy pian wytryskiwały śnieżnemi pióropuszami.— Morze jest dzisiaj bardzo groźne — zauważyła matka.— Jak zwykle na przypływie…— Jakoś się dziwnie lękam tej wycieczki, morze takie straszne…— Zapewniali mnie rybacy, że burzy dzisiaj nie będzie…Odwrócił szybko oczy, bo Mery patrzyła w niego z niepokojem.— A podobno najwyższy przypływ nie zalewa ścieżki, wiodącej tam pod skałami — dodał śpiesznie, patrząc już w ich twarze.— Jednak ostrzegali nas dzisiaj, że nieraz już tam były wypadki…— Bo czemu pani nie odłoży tej wycieczki? Czemu się narażać choćby nawet na pozór niebezpieczeństwa? — powiedział z obawą, aby się nie cofnęła.— Mówiłam to samo, ale mama nie chce słuchać…Spojrzał na nią tak dziwnie, że dziewczyna się zmieszała.— Muszę, zrobiłam pewne wotum i nie mogę odkładać, bo nie wiem, kiedy będziemy po raz drugi w Bretonji, a zresztą ksiądz będzie strażą…— Intencja będzie najlepiej strzegła — wykrztusił ksiądz chmurnie.— Wolałabym, abyśmy nie jechali, głowa mnie boli, trochę się boję i…— To zostań, rozstroił cię upał!— Nie, pojadę, ale i mamaby wypoczęła przed podróżą, rano musimy wstać, upał i tyle godzin do Paryża. Niech mama zostanie! — prosiła gorączkowo, nie zważając na jego błagające, smutne spojrzenia.— Mery ma najzupełniejszą słuszność — przytwierdził ksiądz.— Rzeczy jeszcze nie spakowane, a Luiza nie da sobie rady.— Zostań, pomożesz jej, ale ja pojadę, tem bardziej, skoro nie grozi żadne niebezpieczeństwo, nieprawdaż?Zwróciła się do Jana, ale on tak gwałtownie zakrztusił się dymem, że nie odpowiedział na pytanie.— Czas już do kąpieli — zauważył spokojnie.— Niech pan Mery nie pozwala płynąć za daleko, fale są dzisiaj tak wielkie…— Ostatni raz dzisiaj, musi mi mama pozwolić użyć…— Będę panią srogo pilnował.— Zobaczymy, czy się pozwolę tyranizować.Odszedł do swojej kabiny, słysząc, jak matka prosiła ją, aby nie siedziała długo w wodzie.Wkrótce wyszli oboje z kabin, Mery, w czerwonym kostjumie, szła śmiało i pierwsza weszła do wody, za nią dopiero rzucił się Jan i poszli już razem, dygocąc lekko z chłodu, naprzeciw fali, co jak koń wspięła się przed nimi i runęła im na głowy, że padli oboje wśród śmiechu. Ujął ją silnie za rękę i, przechyleni nieco, dziwnie radośni, rozśmiani, szczęśliwi, szli w głąb naprzeciw olbrzymiej góry, która, niby stop wrzącego szkła, toczyła się na nich z krzykiem.Niezliczone skręty żył świetlistych grały w wodzie, dno mieniło się popręgowane złotem, białe, gładkie kamienie uginały się pod stopami, chłodzące fale obejmowały ich rozkoszną pieszczotą, smagały twarze, chwytały rozwiewnemi grzywami, otaczając kręgiem ruchomym, rozdrganym, płynnym i rozkrzyczanym szumami.Szli nieustraszenie, zapatrzeni w rozkołysane, piętrzące się wody, rzucając niekiedy słowa bez związku i wymowne spojrzenia, pełni radosnej mocy, rozkołysani, jak ocean, i, jak ocean, pełni upojenia i bezwiednych, dzikich miotów siły, odwracając się czasami do brzegów; matka powiewała chustką, ludzie zaledwie czernieli, głosy już nie dochodziły, padając martwo, w spienionym huku, jak kamienie. Wzburzone wody obejmowały ich tysiącami ramion, nieprzeliczonością groźnych, zwełnionych grzbietów, przewalających się z krzykiem nad nimi…Ocean wstawał, podnosił się, spiętrzał i parł się wciąż ku brzegom, szedł niestrudzenie, szedł niepowstrzymanie, spienioną hordą fal, a z pod widnokręgu podnosiły się nowe zwały, szły nieprzejrzane, gwarliwe ciżby, tłoczyły się stada potężne i z szumem, krzykiem i z mocą niepojętą rzucały się na granitowe brzegi.Wszystko było już tylko ruchem, drganiem, prężeniem sił, wzbieraniem strasznych potęg otchłani, gniewną wrzawą chaosu. Nieobjęta, cicha topiel nieba wisiała nad nimi, słońce, jak blada hostja, zdawało się spadać z przerażających głębin, czuć było, iż leci w niezgłębionem milczeniu, że spada po prostej linji, w jakimś rozpalonym, strasznym bezładzie.Brakło im naraz ziemi pod stopami, porwał ją wpół i wyrzucił na nadbiegającą falę, sam wychlustując obok, że płynęli przy sobie, ramię w ramię, głowa w głowę, jak foki wśród wzburzonych odmętów, nadstawiając z rozkoszą rozpalone twarze na bolesno-pieściwe smaganie wód, przewalając się z lubieżnym dreszczem na rozkołysanych, aksamitnych trapezach fal, które co mgnienie wynosiły ich na grzbiety spienione i zwalały w nagie rozwarte otchłanie, rzucali się tam z okrzykiem uniesień i wśród dzikiej wrzawy oceanu, wśród wirów, tryskających pióropuszami pian, wśród spiętrzonych i rozwalających się w bryzgi wód i wśród krzyków mew, kołujących tuż nad nimi, przyciskali się do siebie, namiętnie chwytając wpół, że padali ciężko, aż w samą głąb oceanu; to uciekali od siebie w rozkrzyczane odmęty, aby się znów znaleźć, znów chwytać, znów opasywać rozgorzałemi ciałami i wrzeć rozszalałym warem radości.Ledwie już dyszeli z upojenia, przeniknięci szaloną mocą istnienia, pijani ruchem, oślepli od słonych bryzgów, rozkołysani, jak ocean, i tak pełni mocy i pożądań, że co chwila rzucali się głowami naprzód, pod każdą wstającą falę, aby prawie na dnie, w zielonawych ciemniach chwytać się oślizgłemi, głodnemi rękami, zwierać się w strasznych uściskach i z niemym krzykiem szaleństwa wychlustywać na powierzchnię.— Zostań! Nie jedź! — szeptał niekiedy resztkami świadomości.— Kocham cię, goń! — wołała, uciekając na jakąś skałę, jeszcze wystającą nad wodą i rzucając się z niej nurkiem, że skoczył za nią, pochwycił namiętnie i wyniósł z toni, jak trzepiącą się rybę.— Szaleję! — dyszał płomiennie nad jej twarzą, ale dziewczyna wyrwała mu się z ramion, chlusnęła wodą w twarz i uciekła ku brzegowi, gdzie matka czekała na nią z prześcieradłem.— Zobaczysz! — odkrzyknęła mu wreszcie, wychodząc na płytsze dno i przewracając się co chwila ze śmiechem, bo fale rozdrganemi górami zwalały się na nią.
Spotkał się z niemi dopiero przed zamkiem, matka wraz z księdzem sadowiła się do powozu, Mery stała obok.Poszli oboje przy powozie wolno jadącym.— A jednak poczyna się coś złego — mruknął ksiądz, wskazując na posiniałe niebo i słońce, otoczone czerwoną obręczą.— Jeszcze jest czas zawrócić!— Za godzinę skończy się przypływ, będziemy już wracali z groty. Na obiad wrócimy z pewnością! — dodała, wychylając się do nich.Rozstali się z powozem na skraju lasu.Patrzyli długo za nimi, nie śmiejąc spojrzeć sobie w oczy.— Dziękuję! — szepnął dziękczynnie, ściskając jej dłoń rozpaloną.— Boję się czegoś… za długo byłam w kąpieli… — uśmiechnęła się boleśnie, wyprzedzając go nieco, jakby bezwiednie chcąc uciec.— Mery! — Przysunął się bliżej, zaglądając jej w oczy.Położyła palec na ustach tak tajemniczo, że się obejrzał, nikogo jednak nie dojrzał, tylko las kołysał się ciężko, przez wybrzeżne skały i araukarje, ocean czerniał, niby chmura spiętrzona i rozchwiana, wicher zamiatał coraz potężniej, dzika wrzawa fal huczała pod skałami.Nie mogli mówić, radość, przesycona lękiem, oczekiwaniem, drżała w nich tak potężnie, że szli coraz wolniej, przysuwając się do siebie, i już ręce się chwytały bezwiednie i parły się ramiona, gdy ona odsuwała się szybko, odwracając zmieszaną twarz i rozgorzałe oczy, wzdychała przeciągle, trwożnie znowu wysuwając się naprzód.Ale nie uciekła, nie zdołała, nie miała sił, szła prawie nieprzytomna i tak wyczerpana, jak te drzewa rozprażone upałem, i tak bezwolna, ociężała w sobie, jak te kwiaty hortensji, po których wlokła rozpaloną dłonią, tajemniczym zgiełkiem przepełniona i wirami boleśnie prężących się sił, jak ocean. Jakiś niemy a potężny krzyk wzbierał w jej sercu i wrzał w każdym nerwie, krzyk życia, krzyk sił rozpętanych, jak te fale, przewalające się z hukiem na wybrzeżach, iż zapomniała o wszystkiem, zasłuchana w siebie, przerażona i porywana jednocześnie, ale szelest kroków i jego oczy palące budziły ją.Doszli do zamku, nie wymówiwszy ani jednego słowa, dopiero na podjeździe przystanęła nagle z jakąś prośbą w pobladłych i łzawych oczach, usta jej drżały, a w twarzy rył się niepokój, ale gdy spotkała się z jego oczami, odwróciła się śpiesznie i poszła do mieszkania.W wieży nie było nikogo.— Luiza! Luiza! — wołała przestraszona, ale Luiza nie przyszła, mieszkanie było puste, okna pootwierane, wiatr miotał firankami, chodziła bezradnie z pokoju do pokoju, jakby szukając służącej, a czując, że on chodzi za nią jak cień, a jego rozgorzałe, czyhające oczy obmotują ją w nierozerwalne węzły.Stanęła przy oknie, biegając oczami po wzburzonym oceanie; z pod widnokręgu wypływały rybackie barki, szły jak ptaki ogromne długim kluczem, z rozpostartemi skrzydłami, podrywając się na falach i ginąc co mgnienie w otchłaniach.— Chyba burzy nie będzie, jakoś spokojniej…— Tak, nie będzie… — wyszeptał, stojąc tuż przy niej i obejmując ją namiętnie.Zadrgała mu w ramionach, jak ptak, i pobladła straszliwie.— Mery!— Jan!Oto jak błyskawice skrzyżowały się krzyki, a jak nieme, rażone pioruny spadły na siebie głodne, czyhające usta…
Pociemniało nagle na świecie, ocean przycichł na chwilę, tylko gdzieś w dali, w pożółkłem, mętnem niebie zaczęły huczeć gromy i wiły się skręty oślepiających błyskawic…
Comentarios
Cargando comentarios…