Poeta Łukasza ze Bnina Opalinskiego, Marſzałka Nadwornego Koronnego
Ktożkolwiek z Was ieſt co Poetą ſłynie,Komu udatny Rym iak zechce płynieKto piorem leie, tak że mu uczonyWierſz snadno idzie y nie przymuſzony,Zdrow niechay piſze y wieniec laurowyNiech ma (pozwalam) Koroną swey głowy:Jednakże przecie niech wie że też y myMożem mieć mieyſce między Pisorymy.Tegoć nie pomnę bym HelikonowąWodę miał piiać, albo ParnaſsowąGorę nawiedzał, gdzie kto przemieſzkiwaChoć nic nie umie ſnadź Poetą bywa.
Nie znam ſię nawet y z tymi Muzami,Które tych wſzyſtkich czynią Poetami,Co ich wzywaią. Ja to mam za baśnieAby co darem przyiść mogło y właśnieJakobyś znalazł. Za pracą BOG dawaWſzyſtko, iako to ktoś mądry przyznawa.Chyba żeby ten miał być Pisorymem,Co ſobie głupiey fantazyi dymemGłowę zaraził, y iuż tak rozumieZe wierſze piſać bardzo dobrze umie:A on nieborak płonne chwyta ſłowa,Z których pochodzi prożna sensu mowa;Jedno ſię zgoła drugiego nie dzierżyChoć wierſz nie rowny niemal nicią mierzy.Y acz ná palcach syllaby rachuie,Prożno ſię iednak biedzi y morduie,Prożno łeb drapie, y coraz zębamiStrzyże paznokcie nad złemi wierſzami.Bo co przypiſze, to zmaże, to kryśliA nic godnego przecie nie wymyśli.Nie to Poeta co zliczył syllabyY ná to tylko pilno patrzy abyJako pod cyrkuł wſzyſtkie rowne były,Więc by ſię Rymy iednako kończyły:Ani ten ma być Poetą mym zdaniemKtóry powiada że iednym piſaniem
Tyſiąc y drugi wierſzow wnet zgotuieY przed wſzyſtkiemi tym ſię popiſuieProżno ieżeli ſłow ſiła á wątkuMało, y ieźli rzecz nie ma rozſądku.Lecz y ten znowu nie może być zwanyDobrym Poetą, który żart podanyY fraſzkę piſać ale nic długiegoWywieść nie może z dowcipu miałkiego.Ten ieſt Poetą moim rozumieniemCo doſkonałym rzeczy uważeniemPrzenika wſzyſtko, á co chce prawdziwie,Gładko, łagodnie, miękko y ſzczęśliwieWymowi, álbo tak ładnie wyleieZe z czytaiących każdy ſię zdumieie,Y nie tylko ſię uznawa wzruſzonymAle iuż prawie niemal zachwyconym:Którego dowcip, lub iakiś wyſokiDuch, rzecz swą pędzi z uwagi głęboki,Który affekty iakowe chce ſprawiGdy czytelnika ſłodkim rymem bawi,A bawi długo bo dyſkurs prowadzi,Lub chwali, ſzydzi, ſtrofuie, y radzi,Podaie koncept pełna rzeczy głowa,Za tym poſłuſzne naſtępuią ſłowa,Które zaś tak są potrzebnie ſadzone,Ze nie może być żadne opuſzczoneBez zguby sensu, y tyle rymowiSłużą, wielkiemu ile rozsądkowi.Bo to uſtawnie ma ná dobrey pieczyAby ile ſłow, tyle było rzeczyZgoła cokolwiek przed ſię wezmie piſaćNie potrzeba mu ni ſzukać ni chwytać:
Samo przychodzi ſnadnie y tak miłoZe ſię zda iakby ſię to urodziło.Nad to takowe ieſt uczonych zdanieZe ma Rym dobry być iak malowanie,Jako to bowiem żywemi farbamiNaturę, tak on właſnemi ſłowamiIſtotę rzeczy powinien wysadzić,Nigdzie nie uwiąść, nigdzie nie zawadzić.A tak y pędzel y pioro tęż maiąWłaſność, gdy dobrze swą powinność znaią.Y ten sam może godnie imie noſićPoety, który uczyniwſzy doſyćTemu com wſpomniał, piſze tak udatnieZe ſię na żadnym ſłowku ani zatnie.Jeźli chce spiewać miłoſtki pieſzczone,Grzeczne zaloty, ofiary y onePodchlebne pieśni, ſłowa pełne chęci,Służby, ukłony, którymi więc nęciMłode Dziewczyny, młodzian urodziwyOpowiadaiąc affekt swoy prawdziwy,Wzaiemne kładąc y biorąc okowyY serce wiążąc w łańcuch coraz nowy:To gdy opiewa, y kiedy przeczytaLub męſka, lub płeć ſkromnością pokrytaBiała, choć tai, choć nie pokazuieJednak przychylność niewymowną czuie:Wkrada ſię ogień w serca, á wznieconyJuż nie może być płomień utaiony,Niewoli duſzę, choć raz zniewolonaPanuie miłość miłością zwabiona.Jeźli opiſać chce rycerſkie znoiePrz ważne woyny y okrutne boie,Furye, á z nich bitwy zapalczywe,Z nich znowu mordy y śmierci ſtraſzliwe;
Takim to kſztałtem ładnie udać umieZe czytaiący tak właśnie rozumieIż na to patrzy. Tu Woyſka ſzykuie,Obozy toczy y ſzturmy gotuie;Tu bohatyrów dwoch na plac wywodziNa poiedynek albo h rce zwodzi,Stawia utarczkę a Monomachią,Gdzie ſię sami dway tylko z ſobą biią,Gdzie wielkie męſtwo y krew opiſuie,Za którą śmiała młodź sławę kupuie.Albowiem iako ſzczenie zaiuſzone,Choć będzie z zwierzem nierownym ſpuſzczone,Siły nadſtawia swą zapalczywościąY wiąże ſię z nim wielką zawziętością,Tak dzielny młodzian wielkiey ſławy chciwyY o honor swoy gorąco żarliwy,Nic ſię nie trwoży y nic nie uważa,Gdy ſię na dzieła wyſokie odważa,Umierać gotow, byle tylko mężnie.A tak naciera śmiele y potężnie,Pragnie mieć rany, y potężne bliznyO chwałę Bożą y dobro Oyczyzny.Troſkliwa Matka widząc kochanegoSyna tak bardzo do woyny ſkłonnego,Boi ſię by mu młodość popędliwaZbytnią odwagą nie była ſzkodliwa,By nie przywiodła do ciężkiego razuNiepamiętnego proźby y zakazu,Który mu dała z płaczem go żegnaiącY BOGU pilnie w op ekę oddaiąc.Lecz y dziewczyna kochaiąca ſkrycieCicho gdzieś wzdycha y niemal obficie
Łzy leie aby chłopiec ulubionyNie odnioſł ſzwanku od ręki ſzalony.Nieſtetyż mowi na to głupie męſtwo,Co krwią, ba zeyściem częstokroć zwycięſtwoUgania, á śmierć wſzyſtkim nieuchronnąJeſzcze przyśpieſza ſławą iakąś płonnąJednakże tuſzy w Boſkiey OpatrznościY dobrze wrożąc pełna ieſt ufnościZe ozdobiony w Tryumfalny wieniecWitać ią będzie w krotce cny młodzieniec.Takto o Woynach.Jeżeli zaś daieSłuſzną naganę, albo obyczaieOſtrą Satyrą ſądzi y ſtrofuie,Przymawia, albo drwi, ſzydzi, żartuie,To tak wlot czyni, tak piorem maluieZe prawdziwſzego nic ſię nie znayduie.Naprzykład kiedy chce rady seymoweAlbo taiemne opiſać, y oweWota, któremi nas tak długo bawiąCi, którzy sami nie wiedzą co baią.Ten się nad mową biedzi y zaiąka,Ow zaś poważnie coś mądrego krząkaTen cicho ſzepce y pod nosem prawi,Słuchacze drzymią, y on sam naiawi,Czy przez sen mowi nie wie, lecz ſtworzonyRecytuie pens doma nauczony.Ten zaś ſłow nazbyt y ſnadnie prowadziLecz dyſkuruie raczey nizli radzi,Bo siła bardzo mowy, konkluzyiNie maſz nic á nic w iego oracyiZgoła u wſzyſtkich iedno ieſt ſtaranieProżna pochwała y popisowanie.
Takie częſtokroć w Senacie bywaiąRady, w Poselſkiey Izbie za ſię maiąTryb ieſzcze gorſzy, bowiem tam niesforneSerca, ztąd mowy, y sfary uporne,Głosy przewrotne albo chytre zdaniaPretextem prawdy pełne oſzukania:Wrſzkomo praw ſtrzeże y swobod pilnuie,A ſkrycie dobro swoie upatruie.Niedbalſtwo Rzeczypoſpolitey, á taCo wſzyſtko pſuie nie zbędna prywataCne nie pozwalam, co ſtrożem wolnościPrzedtym bywało teraz przewrotnościIeſt inſtrumentem, gdy człek niecnotliwy,Przedawa głos swoy y ięzyk zdradliwy,Gdy mędrſzych zdania nic nie uważaiąc,Ale ſię swego upornie trzymai cGubi Oyczyznę, bo o niey nie radzi,Ale ſię tylko swarzy albo wadzi.Zgoła obrona RzeczypoſpolityNa dyſkrecyi ieſt Poſła z UpityY na zgubę iey dosyć ieden głupiLubo przewrotny gdy go kto przekupi.Po radach iezli dumną opiſuieJonakow poſtać y kiedy mianuieIch rożne fechty ktore wywieraiąW rozmowach albo gdy ſię napiiaią;Kędy więc coraz swe krwawe zaſługiLiczą, á BOG wie że częſtokroć drugiWoyny nie widział y nie był w potrzebieLecz uſtawicznie włoczył ſię po chlebie,
Służył on w prawdzie, y pięknie lecz w tańcuPrzy winie, ſkrzypkach, y łoiowym ſłońcuSmiać ſię potrzeba z trefney brawarii,Z hardych ſłow y zbyt płonney fantazyi,Kiedy ſię czyni bohatyrem w boiuZe miąſzo gada, á coś mieni w ſtroiu.Hazuka, tuzluk, burka, albo z Krymu,Cożkolwiek, zaraz rycerſkiego dymuPełną myśl czyni, nią Jonak piiany,Chcąc być za Marsa prawdz wego miany,Ztąd że ma wſzyſtko co raz nowym tokiemA sam zaś śmiesnie kieruie ſię bokiem,Cekory liczy, Chocim, Smoleńſk, ŁozyNiedzwiedzie albo Kumcyki, gdzie wozySnać na kopiie wielką siłą braliKiedy Kozacki Tabor rozrywali.Trudno dać wiarę by to przed ſię bodłoPodnieść cały woz iedną ręką mogłoLecz iakożkolwiek przecię się tam biliMocno, á teraz ci Rycerze mili,W koniu rączym swą wſzyſtkę dzielność maiąGdy uciekaią w zawod go puſzczaią.Proch śmierdzi bardzo, ledwie ſzyk zobaczyJuż się Jmć reytyrować raczy;Bo tak ucieczkę teraz nazywaiąY ten iey tytuł poſpolicie daią.Takowe tedy cnych Junakow męſtwoW rzeczy samey ieſt pośmiech y błazeńſtwo.Drudzy (to trefna) się poubieraliW pludry, á na to żeby zaciągaliKnaſtow, albo tych ktorzy drą á gonią,Oprocz muſzkietu żadną inſzą bronią
Nie opatrzeni, doſyć na tym byleZ kobietą siedział razem na kobyle,Łby ogolone iuż maią koſmateJako u Szycow tak kołtonowate:Kan er deutſch ſpytaſz: ja pono odpowieLecz nadto iuż się słowkiem nie odzowie,Więc Pan Oberſzter Leytnant Rotmayſtr ſtroynyChroniąc się wſzyſcy niewymownie woyny,Wolą ſię pytać o aſsygnacyiNiżeli ſię bić w iakiey okazyi.Bowiem to wſzyſcy zgodnie powiadaią,Że Cudzoziemcow nazbyt narażaią;A tak przy Domu zoſtawſzy PanowieY niemal wſzyſcy OfficyerowiePoślą na woynę kuse regimenty,A tu zbieraią nowe ſupplementy.To tak Rycerzow. Lecz złych ſłuſznie ganiPoeta, Dworſkich nie chce tykać aniIch śmie urażać, y lub miałby z czegoDrwić y naśmiać ſię, iednak milczy tego,Obawiaiąc się, by mu popędliwePioro na potym nie było ſzkodliwe.Arwonci Diabłu (mowi) lubo widzęBłazna y w ſobie ſłuſznie z niego ſzydzę,Lubo to frant ieſt; ten dureń mym zdaniemY figę trzeba pokazować za nimJednakże się mu kłaniam: bo faworuPańſkiego ſłyſzę pełen y u DworuTak rozumieią, że on promowuieGdy chce naprawi, á gdy chce zepſuie.Luboć częſtokroć ieſt bardzo omylneTo rozumienie, iednak mu przychylne
Szczęście ie dało, tak iako on prosiłBy Panu ſzeptał y wrzkomo donosiłCoś sekretnego, á na to patrzaiąY ztąd mniemanie łaſki Pańſkiey znaią.Promotor pewny BOG, ktory kieruieSerca Krolewſkie y one miarkuie.Potym zaś ſłuſzna do urzędu godnośćY w każdey ſprawie doświadczona zdolność.Lecz ia o Dworſkich tak ani śmiem gadać.Także o Xięży, bowiem się ſpowiadaćCzłek musi, y ztąd wielkiey się obawiaPokuty, zwłaſzcza kiedy nie rad mawiaNazbyt Pacierzy, ani siła pościSłuſznie nic niechce piſać o Ichmości.Aleć Satyra kąſze, ſzczypie, boli,Ztąd też Poeta coś lepſzego woliPiſać, y uczyć raczey niźli ganić,Radę dać iako życie swe poprawićProſtą ku dobru drogę pokazuiącZdrowy rozsądek y Cnoty ſmakuiąc.Toć (mowi) pewna że człowiek ſtworzonyY do pewnego końca urodzony,Ma kres którego całe doſtąpienieNiesie mu dobro y uſpokoienie.Bo ieźli rzeczy co duſzy nie maiąRozumney, w celach przyzwoitych trwaiąJeźli ſtworzenie wſzelakie y zgołaZwierzęta, ptaſtwo, ryby, drzewa, zioła,Każde z nich ma swe właſne przyrodzenieW ktorym uznaie całe nasycenie.Gdy rzeczy martwe, lub tylko żyiąceMaią dobro ſwey naturze ſłużące
Dalekoż wiecey w rozum ozdobionyCzłowiek mieć musi kres ſwoy przyrodzony,A pewnie inſzy od nierozumnegoStworzenia, bowiem nie ieſt zarownegoRodu, y ztądże inſzey ſzczęśliwościChce należytey do ſwoiey godności.W tym oto naſz błąd że nie uważamyCo wzdy za dobro przyzwoite mamy,Do czego sąśmy ſtworzeni; w czym prawy,Pokoy mieć moźem, y iak naſze ſprawyPrzywodzić by do celu ſzczęśliwegoPrzyſzły y kresu uſpokoionego,Ktory ieźli chcem mieć w roſkoſzach ciałaPragnąc by duſza w nich ſwe dobro miała,Jawnie to uznać możem że błądziemyGdy w takich rzeczach ſzczęśliwość kładziemy,W ktorych smak podły, prędkie naſycenie,A w naſyceniu zaraz obrzydzenie.Jakoż że tedy w ucieſze nie trwałyZnaleść się może pokoy doſkonały?Jako tam maſz mieć odpoczynek świętyGdzie twoie dobro ſpolne ieſt z bydlęty?Jeźli zaś zechcem ſzukać ſzczęśliwościW zbytniey ſkarbowych zbiorow obfitości,W doſtatkach, w tym co ſzczęściem ci mianuiąKtórzy ſobie świat tak bardzo ſmakuią:Proſzę iaką ztąd korzyść odnosiemyChociaż takiego ſzczęścia doſtąpiemy?Co za guſt albo co za naſyceniePrawdziwe mamy przez to dobre mienie?Jako się duſza do nieśmiertelnościStworzona cieſzyć z tak podłych marności
Może? co w nich ieſt coby z nią zrownało,Albo appetyt iey naſycić miało?Zmyſłom cieleſnym to coś trochę ſlużyW ich iakożkolwiek podobaniu płuży,Lecz kto rozumem miarkować się będzie,Uzna dowodnie w iakowym ieſt błędzieGdy tego ſzuka czego doſtąpi nie,Nie ma pokoiu ale omamienie.Swiat ten obłudny y ſzczęście omylneDziś temu, iutro owemu przychylneRzuca doſtatki, ciſka honoramiY przez ſwe dary ludzi darmo mami,Bo ie chwytamy chciwie, lecz bez zyſkuY owſzem traciem w takowym igrzyſku:Traciem częſtokroć cnotę y sumienieChcąc mieć w tym wſzyitkim iakieś dobre mieniJeźli nie wierzem nawet rozumowiKtory wrodzony ma być człowiekowi:Jeżeli potym przez nadprzyrodzonąWiarę dowodnie z Nieba obiawionąNiechcemy poiąć, że nie w tey krotkościWieku, ani w tych światowych marnościIeſt naſze dobro, ale coś więkſzegoMamy od BOGA nam zgotowanego:Gdy ſłowom iego cudami ſtwierdzonymNie daiem wiary y niewymowionymŁaſkom, kiedy nam wieczność obiecuieY w niey prawdziwe roſkoſzy gotuieY wſzelkie ſzczęście y obfite daryW których y końca nie maſz ani miary,Jeźli to wſzyſtko człowieka nie ruſzyDo pociech iego obiecanych duſzy,
Przynaymniey niech da mieyſce przykładowiGdy niechce wierze ani rozumowi:Słuchayże tedy co do potomnościPodał ten co był pełen ſzczęsliwości,Uważay co ſam o ſobie wyznawaGdy z s ebie przykład y naukę dawa.Uwielbiłem (pry) wſzyſtkie moie ſprawy,P ń k e albo więc ucieſzne zabawyMiałem. Pałace przepyſzne buduiąc,Ogrody śliczne ſadząc, y gotuiącCożkolwiek oko lubi, co ſmakuieCzłeku, y w czym guſt y uciechę czuie;Wſzyſtkiego ſobie pozwolić umiałemY kſztałtnie zażyć, zwłaſzcza kiedy miałemSrebra y złota mnoſtwo niewidane,Do tatkow wſzelkich zbiory nieſłychane,Sprzęty nad wſzyſtkich Królow doſtatnieyſze,Muzyki wſzelkie y naypocieſznieyſze;Sług była liczba, koni przytym ſtada,Y Trzody zgoła wſzyſtkiego gromada,Gładkich Dam kupa, część oblubieniceCzęścią śpiewaczki albo ſłużebnice,Wſzyſtkie urodą prawie niezrownaną,Także grzecznością niewypowiedzianą;Przytym obfitym Pańſtwie niewzroſzonySpoczynek ſłodki, pokoy ulubiony,Nadto w czym koniec ieſt doſkonałości,Rozum głęboki y pełen mądrości,Ktorey się wſzyſcy prawie zdumiew liKiedy umyślnie do mnie przyiezdzali,Aby mię ſłuchać gdym o wſzech rozmawiałRzeczach, y o nich ſwoy rozſądek dawał.
To tedy wſzyſtko tak obficie miawſzy,Tak wiele dobra ſzczęśliwie posiadłſzy,Spytałem się też umyſłu ſwoiegoJak wiele ma w tym ſmaku prawdziwego?Jakie w tym serca ukontentowanie?Jakowy pokoy? aż na to ſpytanieTak mi odpowie, źe wſzyſtko marnościąObłudą krotką y iawną prożnością.Zgoła mię, mowi, ſamo doświadczenieNauczyło że żadne naſycenieW tym być nie może, owſzem nieſmak ſkrytyPrzynosi Duſzy, y pokarm nie syty.Y wierzaycie mi utęſknienie wſzędzieByś wſzyſtko posiadł znaydować się będzie.To maſz dowodnie prawdę powiedzianąY doświadczeniem ſamymże przyznaną,Którą ztwierdzili ci wſzyſcy co mieliSwiat, á przecie toż o nim powiedzieli.Nakoniec ieźli ieſzcze y przykładyNie dadzą w tym ci doſkonałey rady,Da ią śmierć ſama, bo ta pokazuieZe człowiek ten Swiat daremno ſmakuie,Ponieważ ona wſzyſtko tu odbieraGdy przez nię wſzego każdy odumiera,Trunna pomiarem rzeczy, á światoweSzczęście się wali w ciemności grobowe,Czas wſzyſtko niſzczy, wſzyſtkie wynioſłościPodlegać muſzą iego śmiertelności,A po coż tedy tych uciech pragniemy,Które tak prędko porzucić musiemy?Ná coż z tak wielką chęcią zdobywamyWſzyſtkiego gdy tak krotko gościć mamy?
Czemu nie raczey do inſzego wiekuGotuiemy się, kędy właſne człekuSzczęście y pokoy pewny naznaczonyNa w eki wieków nigdy nieſkończony?Jak Macedończyk widząc Syna ſwegoUmyſtu nadeń daleko wyżſzego,Szukać inſzego Pańſtwa roſkazował,Bo te, pry, małe które mu zgotował;Także nam Duſza mowi, rozumieymyA ciało za nią prowadzić umieymy;Precz ztąd pociechy y ſzczęścia mniemane,Któremi ludzkie ſerca oſzukane,Każdy ſam ſobie doſyć, gdy obcegoNie pragnie, ale zna co ma właſnego;Gdy doſkonale y dobrze uznawaJak mu wiele BOG w nimże ſamym dawa,Kiedy to właśnie ſwoim być mianuieNá czym ſam tylko beſpiecznie panuie,To ieſt nad ſobą; to bowiem ſzerokaWłość: to ieſt władza prawdziwie wyſoka:Bo siebie prozen, prozen ieſt wſzyſtkiegoY serca nie ma uſpokoionego.A tak to czyńmy aby pożądliwośćWſzyſtkę okrzeſać, á prawą ſzczęśliwośćPołożyć w ſobie, albo w Bogu raczeyBo trudno nabyć pokoiu inaczey.Przytym kto się chce ſpoſobić do NiebaTak mu na świecie poſtępować trzeba,Jak poſtępuie będąc zaproſzonyGość obyczayny; bowiem poſadzony
Na ſwoim mieyſcu, nim się kontentuie,Co przedeń kładą powoli koſztuie,Y nie łakomo łapa, chwyta, siąga,Y nazbyt chciwie ręki nie wyciąga,Ale dyſkretnie co poſtawią bierze,Trzymaiąc zawſze appetyt w ſwey mierze,A iako prędko będzie po obiedzieSyt wſtawſzy chętnie ku Domowi iedzie;Tak też w tym życiu mamy poſtępować;Co komu BOG da tym się kontentować,Skromnie nabytych rzeczy używaiącY nazbyt chciwie nic nie pożądaiąc.A gdy wſtać każą iść nieomieſzkanieGdzie Dom prawdziwy, wieczne pomieſzkanie.Aleć ia nazbyt unoſzę się piorem,A także kończę ten lichy wierſz, którym,Chciałem naukę, y oraz dowodnyDać przykład, iaki ma być rym łagodny.Co wywiodłemli, chwalić się nie umiem,Atoli przecie podobno rozumiem,Ze przeczytawſzy przyznaią, że y myMożem mieć mieyſce między Pisorymy.
Comments
Loading comments…