Dziady część I

Świeco niedobra! właśnie pora była zgasnąć!I nie mogłam doczytać… czyż podobna zasnąć?Waleryo! Gustawie! anielski Gustawie!Ach, tak mi często o was śniło się na jawie,A przez sen — będę z wami, Pan Bóg wie, dopóki!Smutne dzieje, jak smutnej są źródłem nauki!

Po co czytam? Już koniec przezieram z daleka!Takich kochanków! tutaj (wskazuje ziemię) cóż innego czeka?Waleryo! ty przecież z pomiędzy ziemianekZazdrości godna! Ciebie ubóstwiał kochanek,O którym inna próżno całe życie marzy.Którego rysów szuka w każdej nowej twarzyI w każdym nowym głosie nadaremnie badaTonu, który jej duszy brzmieniem odpowiada.Bo ich twarze tchną głazem jak Meduzy głowa,Nad słotny deszcz jesienny zimniejsze ich słowa!

Codzień z pamiątką nudnych postaci i zdarzeńWracam do samotności, do książek — marzeń:

Jak podróżny, śród dzikiej wyspy zarzucony,Co rana wzrok i stopę niesie w różne strony,Ażali gdzie istoty bliźniej nie obaczy,I co noc w swą jaskinię powraca w rozpaczy.Szalony! niech ukocha swe samotne ścianyI nie targa łańcucha, by nie drażnić rany!

Witajże ma jaskinio! — na wieki zamknięci,Nauczmy się więźniami stać się z własnej chęci —Czyż nie znajdziem zatrudnień? Mędrce dawnych wiekówZamykali się szukać skarbów albo lekówI trucizn: my, niewinni młodzi czarodziejeSzukajmy ich, by otruć własne swe nadzieje;A jeżeli do grobu wstęp...... zawarty,Pochowajmy swą duszę za życia w te karty!Można pięknie zmartwychwstać i po takim zgonie;I przez ten grób jest droga na Elizu błonie.Zamieszkałym śród cieniów zmyślonego świataNudnej rzeczywistości nagrodzi się strata.Cieniów? Nigdyż nie było między ziemską braciąTakich cieniów, śmiertelną więzionych postacią?Dusze ich wzięłyż bytność z poetów wyroku,Kształty odlaneż tylko z pięknych słów obłoku?Nie mogę przyrodzenia tą myślą obrażać,Nie mogę bluźnić Twórcy — i siebie znieważać.

W przyrodzenia powszechnej ciał i dusz ojczyźnieWszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony,Harmonią ogłasza przez farby i tony;Pyłek, błądzący śród istot ogromu,Padnie w końcu na serce bliźniego atomu:A tylko serce czułe, z dozgonną tęsknotąW rodzinie tworów jedną ma zostać sierotą?Twórca mi dał to serce; choć w codziennym tłumieNikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie:

Jest i musi być kędyć, choć na krańcach świata,Ktoś, co do mnie myślami wzajemnemi lata.O, gdybyśmy dzielące rozerwawszy chmury,Choć przed zgonem tęsknemi spotkali się pióry,Lub słowem tylko, wzrokiem, dosyć jednej chwili,Dosyć, by się dowiedzieć tylko, żeśmy żyli!Wtenczas dusza, co ledwie czucia swe ogarnia,W której rozkosze truje samotna męczarnia,Z ciemnej, głuchej jaskini stałaby się rajem!Jakby miło poznawać, zwiedzać ją nawzajem;I, cokolwiek pięknego w myślach zajaśnieje,Co szlachetnego mają tajne serca dzieje,Rozświecić przed oczyma kochanej istoty,Jak wyłamane z piersi kryształów klejnoty!Wtenczas przeszłość do życia moglibyśmy wcielićSpomnieniem; możnaby się z przyszłości weselićW przeczuciu, a obecnem chwil lubych użyciemŁącząc wszystko, żyć całem i zupełnem życiem;Bylibyśmy jak lotne tchnienia, co je rosaWiosennym zionie rankiem, dążące w niebiosa,Lekkie i niewidome, — lecz kiedy się zlecą:Spłoną i nową iskrę pośród gwiazd rozświecą.

Ciemno szędzie, głucho wszędzie,Z czujnym słuchem, z bacznem okiemSpieszmy się w tajnym obrzędzie,Z cichem pieniem, wolnym krokiem;Wszak nie nucim po kolędzie,Nucimy piosnkę żałoby,

Nie do dworu z Nowym rokiem,Ze łzami idziem na groby.

Póki ciemno, głucho wszędzie,Spieszmy się w tajnym obrzędzie.

Spieszmy cicho i powoli,Poza cerkwią, poza dworem:Bo ksiądz gusłów nie dozwoli.Pan się zbudzi nocnym chorem.Zmarli tylko wedle woliSpieszą, gdzie ich guślarz woła:Żywi są na pańskiej roli,Cmentarz pod władzą kościoła.

Póki ciemno, głucho wszędzie,Spieszmy się w tajnym obrzędzie.

Nie łam twych rączek, niewiasto młoda,Nie płacz: i oczek i dłoni szkoda.Te oczy innym źrenicom błysną,Te rączki inną prawicę ścisną.Od lasu para gołąbków leci,Para gołąbków, a orlik trzeci:Uszłaś gołąbko, spojrzy do góry,Czy jest za tobą mąż srebrno-pióry?Nie płacz, nie wzdychaj w próżnej żałobie:Nowy małżonek grucha ku tobie,

Nóżki z ostrogą, szyję mu wieńczyWstążka błękitna w kolorze tęczy.Róża z fiołkiem, na letniej łące,Podają sobie dłonie pachnące:Pieszy robotnik kosi dąbrowę,Zranił małżonka, zostawił wdowę.Płaczesz i wzdychasz w próżnej żałobie.Wysmukły narcyz kłania się tobie;Jasną źrenicą, śród polnych dzieci,Jak księżyc między gwiazdami świeci.Nie łam twych rączek, niewiasto młoda,Nie płacz: i rączek i oczu szkoda.Ten, po kim płaczesz, wzajem nie błyśnieOkiem ku tobie, ręki nie ściśnie.On ciemny krzyżyk w prawicy trzyma,A miejsca w niebie szuka oczyma.Dla niego na mszę daj, młoda wdowo,A dla nas żywych piękne daj słowo.

Nie tęsknij, starcze, prosimy młodzi:Tęsknota sercu i myślom szkodzi;W tem sercu dla nas żyją przykłady,W tych myślach dla nas jest skarbiec rady.Stary dąb zruca powiewne szaty,O cień go proszą trawy i kwiaty:Nie znam was, dzieci nowego rodu,Czyliście warte cienia i chłodu?Nie takie rosły, dawnemi laty,Pod mą zasłoną trawy i kwiaty.Przestań narzekać, niesłuszny w gniewie!Jak było dawniej, nikt o tem nie wie.Uwiędną jedni, powschodzą inni;Chociaż mniej piękni, cóż temu winni?Strzeż naszej barwy, ciesz się z okrasy,A z nas dawniejsze wspominaj czasy!

Nie wzdychaj, starcze, w próżnej tęsknocie!Wielu straciłeś, zostały krocie.Nie całe twoje szczęście jest w grobie,Nie tam są wszyscy znajomi tobie:Weź trochę szczęścia od nas szczęśliwych,Szukaj umarłych pośród nas żywych.

Kto, błądząc po życia kraju,Chciał pilnować prostej drogi,Choć mu los, wedle zwyczaju,Wszędzie siał ciernie i głogi;Nareszcie, po latach wielu,W licznych troskach, w ciężkich nudach,Zapomniał o drogi celu,Aby znaleść wczas po trudach;Kto z ziemi patrzył ku słońcu,Myślą z orły szedł w przelotyI nie znał ziemi, aż w końcu,Kiedy wpadł w otchłań ciemnoty;Kto żalem pragnął wydźwignąć,Co znikło w przeszłości łonie;Kto poznał swój błąd niewcześnie,O gorszej myśli poprawie,Mruży oczy, by żyć we śnieZ tem, czego szukał na jawie;Kto, marzeń tknięty chorobą,Sam własnej sprawca katuszy,Darmo chciał znaleść przed sobą,Co miał tylko w swojej duszy;Kto wspominasz dawne chwile,Komu się o przyszłych marzy:Idź ze świata ku mogile,Idź od mędrców do guślarzy!Mrok tajemnic nas otacza,Pieśń i wiara przewodniczy!

Dalej z nami, kto rozpacza,Kto wspomina i kto życzy!

Tu guślarz kazał młodzieżyStanąć na drogi połowie:Tam na wzgórku wioska leży,A tam mogilnik w dąbrowie.

Między kolebką i grobyMłody nasz wiek w środku stoi:Śród wesela i żałobyStójmyż w środku, bracia moi!

Nie godzi się do wsi wracać,Nie godzi się biedz w ich ślady:Tu będziemy święcić DziadyI piosnkami noc ukracać.

Będziemy idących witaćI powracających pytać,Lękliwym rozpędzać trwogę,Błędnym pokazywać drogę.

Zaszło słońce, biegą dzieci,Idą starce, płaczą, nucą;Lecz znowu słońce zaświeci,Wrócą dzieci, starce wrócą.

Nim dojdzie siwizny dziecię,Nim starego dzwon powoła,Jeszcze ich spotka na świecieNiejedna chwilka wesoła.

Ale kto z nas w młode lataNie działa rzeźwem ramieniem,Ale sercem i myśleniem:Taki zgubiony dla świata.

Kto jak zwierz pustyni szuka,Jak puhacz po nocy lata,Jak upiór do trumny puka:Taki zgubiony dla świata.

Kto w młodości pieśń żałobyRaz zanucił, wiecznie nuci;Kto raz zabłądził na groby,Już z nich na świat nie powróci.

Niech więc dzieci i ojcowieIdą w kościół z prośbą, z chlebem:Młodzi na drogi połowieZostaniem pod czystem niebem.

Wróćmy lepiej do chaty. Coś tam od kościołaBłysnęło: ja się boję; coś po lesie woła.Jutro pójdziem na cmentarz: ty swoim zwyczajemDumać, ja zdobić krzyże kwiatami i majem.Mówią, że dzisiaj w nocy umarłych spotkamy:Ja ich nie znam, ja własnej nie pamiętam mamy.Ty oczy w dzień masz słabe, pragnąłbyś daremnieDawno widzianych ludzi rozeznać po ciemnie;I słuch masz słaby. Pomnisz? — dwie temu niedziele,Zebrało się i krewnych i sąsiadów wieleUrodziny twe święcić; tyś w milczeniu siedział,Nic nie słyszał, nikomu nic nie odpowiedział.Zapytałeś nakoniec: po co ta gromadaZeszła się w dzień powszedni i czy mrok już pada?A my przyszli winszować, i od kilku godzinSłońce zaszło, i był to dzień twoich urodzin.

Od tego dnia, ach! jakżem daleko odpłynął,Wszystkiem znajome lądy i wyspy ominął,Wszystkie dziedziczne skarby znikły w czasu toniach:Cóż mnie po waszych twarzach i głosach i dłoniach?Twarze, którem z dzieciństwa ukochać przywykał,Dłonie, co mię pieściły, — głos, co mię przenikał:

Gdzież są? — Zgasły, przebrzmiały, zmieniły się, starły!Nie wiem, czym pośród trupów, czylim sam umarły;Ale inny świat rzucam, aniżelim zastał;Nieszczęsny, kto częściami do mogiły wrastał!

Twój jeszcze głos, mój wnuku, ostatnia pociecho,Jak po umarłej pieśni niemowlęce echo,Tuła się i głos matki powtarzając kwili.Lecz i ty mię porzucasz, jak inni rzucili.

Pójdę sam; kto w dzień błądzi i żywych nie słyszy,Widzi w nocy, zna język grobowej zaciszy.Nie zabłądzę: wszak co rok chodziłem tą drogą,Zrazu, jak ty, mój synu, z niemowlęcą trwogą;Potem, jak chłopiec, pełen ciekawej ochoty;Potem z tęsknotą; teraz nawet bez tęsknoty,Bez żalu. Cóż mię wiedzie? — Jakiś zapęd nowy,Ciemne przeczucie, może to instynkt grobowy.Znajdę cmentarz, i coś mi w głębi serca wróży,Że nazad już nie będę potrzebował stróży.Ale, nim się rozłączym, twe służby dziecięceNagrodzę. Pójdź, mój synu, uklęknij, złóż ręce:

Boże! coś mi rozkazał spełnić kielich życia,I zbyt wielki, zbyt gorzki dałeś mi do picia,Jeśli względów Twojego miłosierdzia godnaCierpliwość, z którą gorycz wychyliłem do dna,Jedynej, lecz największej śmiem żądać nagrody:Pobłogosław wnukowi, niechaj umrze młody!

Bądź zdrów, stój, i raz jeszcze ściśniściśnij dziada rękę!Daj mi twój głos usłyszeć — zaśpiewaj piosenkęUlubioną i tyle powtarzaną razyO zaklętym młodzieńcu, przemienionym w głazy.

Wyłamawszy zamku bramy,Twardowski błądził śród gmachów,Biegł na wieże, schodził w jamy:Co tam czarów! co tam strachów!

W jednem sklepisku zapadłemJak dziwny rodzaj pokuty:Na łańcuchu, przed zwierciadłemStoi młodzieniec okuty.

Stoi, a z ludzkiej postaci,Mocą czarownych omamień,Coraz jakąś cząstkę traciI powoli wrasta w kamień.

Aż do piersi już był głazem,A jeszcze mu błyszczą licaMęztwa i siły wyrazem,Czułością świeci źrenica.

„Kto jesteś? — zaklęty rzecze —Coś te gmachy zdobył śmiało,Gdzie tak mnogie pękły miecze,Tylu wolność postradało?“

„Kto jestem? — o, drzy świat całyPrzed mą szablą, na me słowaWielkiej mocy, większej chwały:Jestem rycerzem z Twardowa.“

„Z Twardowa?... Za moich czasówNie słyszałem o nazwisku,Ni śród wojennych zapasów,Ni na rycerskiem igrzysku.

„Nie zgadnę, jak długie lataMogłem w więzieniu przesiedzieć;Ty świeżo wracasz ze świata:Musisz mi o nim powiedzieć.

„Czy dotąd Olgierda ramię,Naszą Litwę wiodąc w pole,Po dawnemu Niemcy łamie,Tratuje stepy mogole?“

Olgierd? — ach, już przeminęłoDwieście lat po stracie męża;Lecz z jego wnuków JagiełłoTeraz walczy i zwycięża.“

„Co słyszę?... Jeszcze dwa słowa:Może w twych błędnych obiegachByłeś, rycerzu z Twardowa,Na Świtezi naszej brzegach?

„Czy tam ludzie nie mówiliO Poraju silnej rękiI o nadobnej Maryli,Której on ubóstwiał wdzięki?“

„Młodzieńcze, nigdzie w tym kraju,Od Niemna po Dniepru krańce,Nie słyszałem o PorajuAni o jego kochance.

„Po co pytać? Czasu strata!Gdy cię wyrwę z tej opoki,Wszystkie ciekawości świataWłasnemi odwidzisz kroki.

„Znam czarodziejską naukę,Wiem dzielność tego zwierciadła:Wraz go na drobiazgi stłukę,By z ciebie ta larwa spadła.“

To mówiąc, nagłym zamachemDobył miecza i przymierza;Ale młodzieniec z przestrachem:„Stój!“ — zawołał na rycerza —

„Weźmi zwierciadło ze ścianyI podaj go w moje ręce;Niech sam skruszę me kajdanyI uczynię koniec męce.“

Wziął i westchnął; twarz mu zbladłaI zalał się łez strumieniemI pocałował zwierciadło —I cały stał się kamieniem.

Śród wzgórzów i jarówI dolin i lasów,Śród pienia ogarówI trąby hałasów:

Na koniu, co lotemSokoły zadumi,I z bronią, co grzmotemPioruny zatłumi;

Wesoły jak dziecko,Jak rycerz krwi chciwy,Odważnie, zdradziecko,Bój zaczął myśliwy.

Witajcież rycerza,Pagórki i niwy!Król lasów, pan zwierza,Niech żyje myśliwy!

Czy w niebo grot zmierza,Czy w knieje i smugi:Stąd leci grad pierza,Stąd płyną krwi strugi.

Kto w puszczy dojedzieOdyńca bez trwogi?Kto kudły niedźwiedziePodesłał pod nogi?

Czyj dowcip gnał rojemLataczów do sideł?Kto wstępnym wziął bojemSztandary ich skrzydeł?

Witajcież rycerza,Pagórki i niwy!Król lasów, pan zwierza,Niech żyje myśliwy!

Dalejże, dalejże, z tropu w trop,Z tropu w trop, dalejże, dalejże!Dalejże, dalejże, z tropu w trop,Z tropu w trop, hop! hop!

„Dalejże, dalejże etc. etc.“

Spolowałem piosenkę! Nie będą się gniewaćMyśliwi, że do domu wracam bez zwierzyny:Jak tylko wrócę, zaraz muszę im zaśpiewać.

Lecz gdzież zaszedłem? Nigdzie śladu, ni drożyny.Hola! Jak w kniei głucho — ni trąby, ni strzału.Zbłądziłem — otóż skutek wieszczego zapału!Goniąc muzę, wyszedłem z obławy. Mróz ciśnie,Trzeba ogień nałożyć; gdy światło zabłyśnie,Nuż jaki spółtowarzysz z myśliwej czeladziBłądzi, jak ja: ten ogień razem nas sprowadzi,Łacniej drogę znajdziemy. O, mój przyjacielu!Takich, jak ty, myśliwych nie znalazłbyś wielu;

Oni z lasu nie zwykli spoglądać w obłoki,Ogarami na piękne polować widoki;Z jednym zawsze zamiarem i z jedyną żądząNa ziemi tropią zdobycz: tem lepiej — nie błądzą.Pewnie już z rzeźwem sercem i spoconem czołemDzienną zabawę kończą za biesiadnym stołem.Każdy chlubi się z przeszłych lub przyszłych zdobyczy,Każdy swe trafne strzały, cudze pudła liczy;Żartują z siebie głośno, lub szepcą do ucha;Wszyscy mówią, a jeden stary ojciec słucha;A jeśli się nakoniec uprzykrzyły łowy,Natenczas do sąsiadek — uśmiechy, rozmowy;Czasem strzelecka miłość, wędrowna ptaszyna,Serce przelotem zwiedzi. — Tak mija godzinaI tydzień i rok przeszły, — tak bywało wczora,Tak jest dzisiaj i będzie każdego wieczora.Szczęśliwi! — a ja czemu nie jestem jak oni?!Wyjechaliśmy razem, cóż mię w pole goni?Ach! nie zabawy ścigam: uciekam od nudy;Nie rozkosze myśliwskie lubię, ale trudy;Że się myśl, a przynamniej, że się miejsca zmieniaI że tu nikt mojego nie śledzi marzenia,Łez pustych, które, nie wiem, skąd w oczach zaświecą,Westchnień bez celu, które, nie wiem, kędy lecą —Nie do sąsiadek pewnie — na wiatry, na gaje,Ku marzeniom!... Myśl dziwna! Zawsze mi się zdaje,Że ktoś łzy moje widzi i słyszy westchnienia,I wiecznie około mnie krąży nakształt cienia...

Ileż razy, w dzień cichy szeleszczą na łąceJakoby nimfy jakiejś stopki latające;Spojrzę, chwieją się kwiaty i podnoszą głowy,Jakby z lekka trącone. Nieraz śród alkowySamotny, książkę czytam; książka z rąk wypadła,Spojrzałem, i mignęła naprzeciw zwierciadła

Lekka postać, szepnęła jej powietrzna szata.Nieraz dumałem w nocy; gdy się myśl rozlata,Wzdycham, i coś westchnieniem dawało znak życia,Serce biło i czułem drugie serca bicia,Słowo nawet częstokroć, niewyraźnie, głucho,Jak przelot nocnej muszki, pogłaska mi ucho.Zasnąłem we mgle jasnej... Z góry i z dalekaCoś błyszczy, choć widocznych kształtów nie obleka;I czuję promień oczu i uśmiech oblicza!Gdzież jesteś, samotności córo tajemnicza?

Niechaj się twój duch uwieńczyChoćby marnem, nikłem ciałem...Okryj się choć rąbkiem tęczy,Lub jasnym źródła kryształem!

Niechaj twojej blask obsłonyDługo, długo w oczach stoi!Niech twych ust rajskiemi tonyDługo, długo słuch się poi! —

Świeć mi! słońca niech źrenicaOlśnić, marnych twoje lica...Piej syreno! w lubych głosachUsnę, marząc o niebiosach!

Ach, gdzie cię szukać?... Od ludzi ucieknę,Ach, bądź ty ze mną, świata się wyrzeknę!

Latasz, mój ptaszku, za wysoko latasz!A czy znasz dzielność swoich skrzydełek?Spojrzyj na ziemię, którą tak pomiatasz:Co tam wabików, co tam sidełek!

Hola! słychać śpiewania... Hej! wszelki duch żywy!Ozwij się, bracie, kto jesteś?

Myśliwy,Równej jak ty ochoty, większej trochę mocy.Obadwa polujemy: chociaż ty w porankiJedziesz na świat, ja łowy rozpoczynam w nocy;Ty czyhasz na zwierzęta, a ja na kochanki.

Nie wiem, czy dobre miejsce wybrałeś na łowy;Ale nie chcę przeszkadzać: więc szczęśliwej drogi.

Hola, kolego! nie bądź taki raptusowy.Jestże to grubiaństwo, albo skutek trwogi?Pierwej mię sam zawołał, a teraz ucieka.

Ja miałbym cię wołać?

Słyszałem z daleka,Żeś wołał; kogo, na co? nie wiem doskonale:Dosyć, że posłyszałem westchnienia i żale.Jestem jak ty myśliwcem, byłem kiedyś młody:Znam więc twego rzemiosła i wieku przygody.Musisz coś mieć na sercu, rozmówmy się szczerze!Pewnie cię zabłąkało w kniei jakie zwierze?Bracie, ja sam błądziłem: znam zwierzęta różne,Skrzydlate i piechotne, czworo- i dwunożne.

A jeśli nic nie gonisz, pewnie radbyś gonił?Ej! czy cię widok pustej torby nie zapłonił?Wstyd młodemu niczego dotąd nie ustrzelić?Przyznaj się, — ja ci mogę w potrzebie udzielić.

Dzięki, od nieznajomych nie żądam pomocy,Nie zabieram przyjaźni tak rychło i w nocyI nie rozumiem, co twe słowa mają znaczyć?

Jeżeliś niepojętny, będę się tłumaczyć;Jeżeli mi nie ufasz, będę szczerszy z tobą.Wiedz naprzód: iż, gdzie stąpisz, jest wszędzie nad tobąPewna istota, która z oczu cię nie traci,I że chce ciebie w ludzkiej nawiedzić postaci,Jeżeli to, coś przyrzekł, zachowasz niezłomnie.

Przebóg! co to ma znaczyć? nie zbliżaj się do mnie!

Nie do sąsiadek pewnie — ich twarze, rozmowyPrędzej i gorzej nudzą, aniżeli łowy.Okrzyczano mię wszędzie, żem dziwak nieczuły,I któż, jeśli nie one z czucia mię wyzuły?Pomnę, gdy każda piękność młodzieńczemu oku,Jak duch senny, jaśniała w marzenia obłoku;Gdym pod zewnętrznym blaskiem zgadywać był gotówMiliony tajemnych wdzięków i przymiotów.Z trwogą do cudownego spieszyłem obrazu:Przyszedłem, przemówiłem: dość było wyrazu,

Ażeby postać, godna równać się z niebiany,Zamieniała się w posąg z lodu uciosany!Ileż razy, gdy dusza ku ustom wylata,Chce odkryć tajnie mego wewnętrznego świata,Kiedy źrenica w oczach dno myślenia śledzi,Mowa serca serdecznej czeka odpowiedzi:Natenczas nieme bóstwo oczu mych się boi,Słów mych nie słyszy, bo jej słyszeć nie przystoi,Lub ich końce powtarza tylko nakształt echa,I albo się rumieni albo się uśmiecha;I chce mię znowu ściągnąć w rozmowy potoczne,Wczorajsze, zawczorajsze i zaprzeszło-roczne!A, niechajże ją krewni poradą i władząZalotnemu kupcowi ślubem zaprzedadzą!Niewinna, nieznająca, niewidząca, głucha,Jaką będzie? Wstyd mówić, choć mię nikt nie słucha!

O, dusze miałkie, raczej bezduszne szkielety!Czerpające moralność całą z etykiety;Których żale, radości, zapały i chłodyStosują się do nowych kalendarzów mody;Grzeczności i rozmowy najlepszego tonu,Jak cukierki przybrane z podłogi, z salonu.

Comments

Loading comments…