Dziady część III — całość

Pókim był w okuciach,Pełzając milczkiem jak wąż, łudziłem despotę,Lecz wam odkryłem tajnie, zamknięte w uczuciach.

......Zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,Ale wtłoczą na duszę......Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumieJa śpiewak, — i nikt z mojej pieśni nie zrozumieNic, oprócz niekształtnego i marnego dźwięku......Żywy.... zostanę dla mej Ojczyzny umarły.

Rozumie ludzki! Tyś mały przed Panem,Tyś kroplą w Jego wszechmogącej dłoni —

Pan maluczkim objawia, czego wielkim odmawia.

Jabym dni wszystkich rozkosz za nic ważył,Gdybym noc jedną tak jak ty przemarzył.

Gdzie stąpisz, jest wszędzie nad tobąPewna istota, która z oczu cię nie traci.

Gdyby z twych oczu ziemskie odpadło nakrycie,Obaczyłbyś niejedno wkoło siebie życie,Umarłą bryłę świata pędzące do ruchu...

Ledwie dobra myśl zaświeci,Brałem duszę twą za rękę,Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci...

W niewielu słowach objawił przed ludemI całą swoich myśli i dzieł księgęSam wytłumaczył głosem, czynem, cudem...

Kiedy rozumne, gromowładne czołoZgiąłem przed Panem, jak chmurę przed słońcem,Pan je wzniósł w niebo, jako tęczy koło,I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczeć na świadectwo wierze,Gdy luną klęski z niebieskiego stropu,I gdy mój naród zlęknie się potopu,Spojrzy na tęczę i wspomni przymierze...

Niedobre, nieczułe dziecie!Ziemskie matki twej zasługi,Prośby jej na tamtym świecieStrzegły długo wiek twój młody,5  Od pokusy i przygody:

Jako róża, anioł sadów,We dnie kwitnie, w noc jej wonieBronią senne dziecka skronieOd zarazy i owadów.

10  Nieraz ja na prośbę matkiI za pozwoleniem bożem,Zstępowałem do twéj chatki,Cichy, w cichej nocy cieniu:Zstępowałem na promieniu15  I stawałem nad twém łożem.

Gdy cię noc ukołysała,Ja nad marzeniem namiętnémStałem, jak lilija biała,Schylona nad źródłem mętném.20  Nieraz dusza mnie twa zbrzydła:Alem w złych myśli naciskuSzukał dobréj, jak w mrowiskuSzukają ziarnek kadzidła.

Ledwie dobra myśl zaświeci,25  Brałem duszę twą za rękę,Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci,I spiéwałem jej piosenkę,Którą rzadko ziemskie dzieciSłyszą, rzadko i w uśpieniu,30  A zapomną w odecknieniu.

Jam ci przyszłe szczęście głosił,Na mych rękach w niebo nosił:A tyś słyszał niebios dźwięki,Jako pjanych uczt piosenki.

35  Ja, syn chwały nieśmiertelnéj,Przybierałem wtenczas postaćObrzydłéj larwy piekielnéj,By cię straszyć, by cię chłostać;Tyś przyjmował chłostę Boga,40  Jak dziki męczarnie wroga;I dusza twa w niepokoju,Ale z dumą się budziła;Jakby w niepamięci zdrojuPrzez noc całą męty piła.45  I pamiątki wyższych światówW głąb’ ciągnąłeś: jak kaskada,Gdy w podziemną przepaść wpada,Ciągnie liście drzew i kwiatów.

Na ten czas gorzko płakałem,50  Oblicze tuląc w me dłonie;Chciałem i długo nie śmiałemKu niebieskiej wracać stronie,Bym nie spotkał twojej matki:Spyta się, jaka nowina55  Z kuli ziemskiej, z mojéj chatki,Jaki sen był mego syna?

Nocy cicha, gdy wschodzisz, kto ciebie zapyta,Skąd przychodzisz; gdy gwiazdy przed sobą rozwiejesz,

Kto z tych gwiazd tajnie przyszłéj drogi twej wyczyta?60 Zaszło słońce, wołają astronomy z wieży:Ale dlaczego zaszło, nikt nie odpowiada;Ciemności kryją ziemię i lud we śnie leży:Lecz dlaczego śpią ludzie, żaden z nich nie bada,Przebudzą się bez czucia, jak bez czucia spali. —65 Nie dziwi słońca dziwna lecz codzienna głowa,Zmienia się blask i ciemność jako straż pułkowa:Ale gdzież są wodzowie, co jéj rozkazali?

A sen? — Ach, ten świat cichy, głuchy, tajemniczy,Życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi!70 Któż jego miejsce zmierzy, kto jego czas zliczy!Trwoży się człowiek śpiący, — śmieje się, gdy zbudzi.Mędrcy mówią, że sen jest tylko przypomnienie —Mędrcy przeklęci!Czyż nie umiem rozróżnić marzeń od pamięci?75 Chyba mnie wmówią, że moje więzienieJest tylko wspomnienie!

Mówią, że senne czucie rozkoszy i kaźniJest tylko grą wyobraźni:Głupi, zaledwie z wieści wyobraźnią znają,80  I nam wieszczom o niéj bają!Bywałem w niej, zmierzyłem lepiéj jéj przestrzenie,I wiem, że leży za jej granicą — marzenie.Prędzéj dzień będzie nocą, rozkosz będzie kaźnią,Niż sen będzie pamięcią, mara wyobraźnią.

85 Nie mogę spocząć: te sny to straszą, to łudzą;Jak te sny mię trudzą!

Puch czarny, puch miękki pod głowę podłóżmy;Śpiewajmy, a cicho: nie trwóżmy, nie trwóżmy

Noc smutna w więzieniu: tam w mieście wesele,90  U stołów tam muzyki huczą,Przy pełnych kielichach śpiéwają minstrele,Tam nocą komety się włóczą,Komety z oczkami i z jasnym warkoczem,

Kto po nich kieruje łódź w biegu,95  Ten zaśnie na fali, w marzeniu uroczem,Na naszym przebudzi się brzegu.

My uprosiliśmy Boga,By cię oddał w ręce wroga.Samotność mędrców mistrzyni:100  I ty, w samotnem więzieniu,Jako prorok na pustyni,Dumaj o twém przeznaczeniu.

W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesele,W noc późną próżniaki się tuczą,105 I w nocy swobodniej śpiewają minstrele,Szatany piosenek ich uczą.Kto ranną myśl świętą przyniesie z kościoła,Kto rozmów poczciwych smak czuje:Noc-pjawka wyciągnie pobożną myśl z czoła,110  Noc-wąż w ustach smaki zatruje.Śpiéwajmy nad sennym, my nocy synowie,Usłużmy, aż będzie nam sługą:Wpadnijmy mu w serce, biegajmy po głowie,Nasz będzie — ach, gdyby spał długo!

115 Modlono się za tobą na ziemi i w niebie;Wkrótce muszą tyrani na świat puścić ciebie.

Ty, co bliźnich katujesz, więzisz i wyrzynasz,I uśmiechasz się we dnie i w wieczór ucztujesz;Czy ty z rana choć jeden sen twój przypominasz?120 A jeśliś go przypomniał, czy ty go pojmujesz?

Ty będziesz znowu wolny: my oznajmić przyszli.

Będę wolny? — Pamiętam, ktoś mi wczora prawił;Nie... Skądże to? Czy we śnie, czy Bóg mi objawił?

Pilnujmy tylko, ach, pilnujmy myśli:125  Między myślami bitwa już stoczona!

Podwójmy napaść!

My podwójmy straże!Czy zła myśl wygra, czy dobra pokona:Jutro się w mowach i w dziełach pokaże;I jedna chwila tej bitwy wyrzeka130  Na całe życie o losach człowieka.

Mam być wolny! — Tak! Nie wiem skąd przyszła nowina,Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina.Łotry, zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,Ale wtłoczą na duszę — ja będę wygnany!135 Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumie,Ja śpiéwak, — i nikt z mojéj pieśni nie zrozumieNic, — oprócz niekształtnego i marnego dźwięku.Łotry, téj jednéj broni z rąk mi nie wydarły;Ale mi ją zepsuto, przełamano w ręku;140 Żywy, zostanę dla mej ojczyzny umarły,I myśl legnie zamknięta w duszy mojej cieniu,Jako dyjament w brudnym zawarty kamieniu.

Człowieku! gdybyś wiedział jaka twoja władza!Kiedy myśl w twojéj głowie, jako iskra w chmurzeZabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,I tworzy deszcz rodzajny, lub gromy i burze;155 Gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz,Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,Tak czekają twej myśli — szatan i anioły:Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;A ty, jak obłok górny ale błędny, pałasz,160 I sam nie wiész gdzie lecisz, sam nie wiész co zdziałasz...Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.

Czy można? — obaczym się?

Straż gorzałkę pije;Kapral nasz...

Która biła?

Północ niedaleko.

Ale jak nas runt złowi, kaprala zasieką.

Tylko zgaś świécę! — Widzisz, — ogień w okna bije.

5 Runt, dzieciństwo! Runt musi do wrót długo pukać,Dać hasło i odebrać, musi kluczów szukać; —Potém, — długi kórytarz, — nim nas runt zacapi,Rozbieżym się, drzwi zamkną, każdy padł i chrapi.

Dobry wieczór.

I ty tu?

I wy tu?

I ja tu.

10 A wiécie co, Żegoto, idziem do twej celi!Świéży więzień dziś wstąpił do nowicyjatu,I ma komin: tam dobry ogień będziem mieli;A przytem nowość, — dobrze widziéć nowe ściany.

Żegoto! A jak się masz? I ty tu, kochany?

15 U mnie cela trzy kroki; was taka gromada.

Wiécie co, pójdźmy lepiéj do celi Konrada.Najdalsza jest, przytyka do muru kościoła;Nie słychać stamtąd, choć kto śpiéwa albo woła.Myślę dziś głośno gadać i chcę śpiéwać wiele;20 W mieście pomyślą, że to śpiéwają w kościele:Jutro jest Narodzenie Boże — Eh, koledzy,Mam i kilka butelek.

Bez kaprala wiedzy?

Kapral poczciwy, i sam z butelek skorzysta.Przytém jest Polak, dawny nasz legijonista,25 Którego Car przerobił gwałtem na Moskala.Kapral dobry katolik, i więźniom pozwalaPrzepędzić wieczór świętej Wigiliji razem.

Gdyby się dowiedzieli, nie uszłoby płazem.

I skądże się tu wziąłeś, Żegoto kochany:30 Kiedy?

Dziś mię porwali, z domu, ze stodoły.

I ty byłeś gospodarz?

Jaki! zawołany.Żebyś ty widział moje merynosy, woły!Ja, co pierwéj nie znałem co owies, co słoma,Mam sławę najlepszego w Litwie ekonoma.

35 Wzięto cię niespodzianie?

Od dawna słyszałemO jakiemś w Wilnie śledztwie; dom mój blisko drogi:Widać było kibitki latające czwałem,I co noc nas przerażał poczty dźwięk złowrogi.Nieraz, gdyśmy wieczorem do stołu zasiedli40 I ktoś żartem uderzył w szklankę noża trzonkiem,Drżały kobiety nasze, staruszkowie bledli,Myśląc, że już zajeżdża feldjegier ze dzwonkiem.Lecz nie wiedziałem, kogo szukają i za co,Nie należałem dotąd do żadnego spisku;

45 Sądzę, że rząd to śledztwo wynalazł dla zysku,Że się więźniowie nasi porządnie opłacą,I powrócą do domu.

Taką masz nadzieję?

Jużci przecież bez winy w Sybir nas nie wyślą:A jakąż winę naszą znajdą lub wymyślą?50 Milczycie, — wytłómaczcież, co się tutaj dzieje,O co nas oskarżono, jaki powód sprawy?

Powód, — że Nowosilcow przybył tu z Warszawy.Znasz zapewne charakter Pana Senatora,Wiesz, że już był w niełasce u Imperatora,55 Że zysk dawniejszych łupiestw przepił i roztrwonił,Stracił u kupców kredyt i ostatkiem gonił.Bo pomimo największych starań i zabiegów,Nie może w Polsce spisku żadnego wyśledzić;Więc postanowił świéży kraj, Litwę nawiedzić,60 I tu przeniósł się z całym głównym sztabem szpiegów.Żeby zaś mógł bezkarnie po Litwie plądrowaćI na nowo się w łaskę samodzierżcy wkręcić,Musi z towarzystw naszych wielką rzecz wysnowaćI nowych wiele ofiar Carowi poświęcić.

65 Lecz my się uniewinnim —

Bronić się daremnie —I śledztwo i sąd cały toczy się tajemnie:

Nikomu nie powiedzą, za co oskarżony,Ten, co nas skarży, naszéj ma słuchać obrony!On gwałtem chce nas karać — nie unikniem kary.70 Został nam jeszcze środek smutny — lecz jedyny:Kilku z nas poświęcimy wrogom na ofiary,I ci na siebie muszą przyjąć wszystkich winy.Ja stałem na waszego towarzystwa czele,Mam obowiązek cierpieć za was, przyjaciele;75 Dodajcie mi wybranych jeszcze kilku braci,Z takich, co są sieroty, starsi, nieżonaci,Których zguba niewiele serc w Litwie zakrwawi,A młodszych, potrzebniejszych z rąk wroga wybawi.

Więc aż do tego przyszło?

Patrz, jak się zasmucił,80 Nie wiedział, że dom może na zawsze porzucił.

Nasz Jacek musiał żonę zostawić w połogu,A nie płacze —

Ma płakać? Owszem — chwała Bogu!Jeśli powije syna, przyszłość mu wywieszczę —Daj mi no rękę — jestem trochę chiromanta,85 Wywróżę tobie przyszłość twojego infanta.

Jeśli będzie poczciwy, pod moskiewskim rządemSpotka się niezawodnie z kibitką i sądem;A kto wié, może wszystkich nas znajdzie tu jeszcze —Lubię synów, to nasi przyszli towarzysze.

90 Wy tu długo siedzicie?

Skądże datę wiedziéć?Kalendarza nie mamy, nikt listów nie pisze;To gorsza, że nie wiemy, póki mamy siedziéć.

Ja mam u okna parę drewnianych firanek,I nie wiem nawet, kiedy mrok a kiedy ranek.

95 Ale pytaj Tomasza, patryjarchę biedy;Największy szczupak, on też pierwszy wpadł do matni.On nas tu wszystkich przyjął i wyjdzie ostatni,Wié o wszystkich, kto przybył, skąd przybył i kiedy.

To Pan Tomasz! ja poznać nie mogłem Tomasza.100 Daj mi rękę. Znałeś mię krótko i niewiele:Wtenczas tak była droga wszystkim przyjaźń wasza,Otaczali was liczni, bliżsi przyjaciele;Nie dojrzałeś mię w tłumie, lecz ja ciebie znałem,Wiem coś zrobił, coś cierpiał, żebyś nas ocalił; —105 Odtąd będę się z twojéj znajomości chwalił,I w dzień zgonu przypomnę: z Tomaszem płakałem.

Ale dla Boga, po co te łzy, płacze, zgroza!Patrz: Tomasz, gdy był wolny, miał na swojém czoleWypisano wielkiemi literami: »koza«:

110 Dziś w więzieniu jak w domu, jak w swoim żywiole.On był na świecie, jako grzyby kryptogamy:Więdniał i schnął od słońca; — wsadzony do lochu,Kiedy my, słoneczniki, bledniejem, zdychamy,On rozwija się, kwitnie i tyje po trochu.115 Ale też wziął Pan Tomasz kuracyją modną,Sławną teraz na świecie kuracyją głodną.

Głodem ciebie morzono?

Dodawano strawy;Ale gdybyś ją widział! — Widok to ciekawy!Dość było taką strawą w pokoju zakadzić,120 Ażeby myszy wytruć i świérszcze wygładzić.

I jakże ty jeść mogłeś?

Tydzień nic nie jadłem,Potém jeść próbowałem, potem z sił opadłem;Potém jak po truciznie czułem bole, kłucia,Potém kilka tygodni leżałem bez czucia.125 Nie wiem, ile i jakiem choroby przebywał,Bo nie było doktora, coby je nazywał.

Wreszcie jam wstał, jadł znowu i do sił przychodził,I zdaje mi się, żem się do téj strawy zrodził.

Wierzcie mi, tam za kozą same urojenia;130 Kto tu był, sekret kuchni i mieszkań przeniknął:Jeść, mieszkać, źle czy dobrze, skutek przywyknienia.— Pytał raz Litwin, nie wiem, djabła czy Pińczuka:Dlaczego siedzisz w błocie? — siedzę, bom przywyknął.

Ależ przywyknąć, bracie!

Na tém cała sztuka.

135 Ja tu siedzę podobno od óśmiu miesięcy,A tak tęsknię jak pierwéj, nie mniéj —

I nie więcéj?Pan Tomasz tak przywyknął, że mu powiew zdrowyZaraz piersi obciąża, robi zawrót głowy.On odwyknął oddychać, nie wychodzi z celi —140 Jeśli go stąd wypędzą, koza się opłaci:Bo on potém ni grosza na wino nie straci,Tylko łyknie powietrza i wnet się podchmieli.

Wolałbym być pod ziemią, w głodzie i chorobieZnosić kije i gorsze niźli kije — śledztwo;145 Niż tu w lepszém więzieniu, miéć was za sąsiedztwo —Łotry! wszystkich nas w jednym chcą zakopać grobie.

Jakto? więc płaczesz po nas? — masz kogo żałować!Czy nie mnie, pytam, jaka korzyść z mego życia?Jeszcze w wojnie, — mam jakiś talencik do bicia,150 I mógłbym kilku Dońcom grzbiety naszpikować:Ale w pokoju! Cóż stąd, że lat sto przeżyjęI będę klął Moskalów, i umrę, — i zgniję?Na wolności wiek cały byłbym mizerakiem,Jak proch, albo jak wino miernego gatunku:155 Dziś, gdy wino zatknięto, proch przybito kłakiem,W kozie mam całą wartość butli i ładunku.Wytchnąłbym się jak wino z otwartéj konewki;Spaliłbym jak proch lekko, z otwartéj panewki;Lecz jeśli mię w łańcuchach stąd na Sybir wyślą,160 Obaczą mię Litwini bracia i pomyślą:Wszakci to krew szlachecka, to młódź nasza ginie,Poczekaj zbójco Caru, czekaj Moskwicinie! —Taki jak ja, Tomaszu, dałby się powiesić,Żebyś ty jednę chwilę żył na świecie dłużéj.165 Taki jak ja, ojczyźnie tylko śmiercią służy:Umarłbym dziesięć razy, byle cię raz wskrzesić —Ciebie, lub ponurego poetę Konrada,Który nam o przyszłości, jak cygan powiada —

Wierzę, bo Tomasz mówił, żeś ty śpiéwak wielki;170 Kocham cię, boś podobny także do butelki;

Rozléwasz pieśń, uczuciem, zapałem oddychasz,Pijem, czujem, a ciebie ubywa — usychasz.

Wy wiecie, że was kocham: ale można kochać,Nie płakać. Otóż, bracia, osuszcie łzy wasze;175 Bo jak się raz rozczulę i jak zacznę szlochać,I herbaty nie zrobię i ogień zagaszę.

Prawda, źle przyjmujemy nowego przybysza;

W Litwie zły to znak płakać we dniu inkrutowin...Czy nie dosyć w dzień milczym! — he? — Jak długa cisza.

180 Czy niéma nowin z miasta?

Nowin?

Żadnych nowin?

Jan dziś chodził na śledztwo, był godzinę w mieście;Ale milczy i smutny; i jak widać z miny,Niéma ochoty gadać.

No, Janie! nowiny?

Niedobre — dziś — na Sybir — kibitek dwadzieście185 Wywieźli.

Kogo? — naszych?

Studentów ze Żmudzi.

Na Sybir?

I paradnie! — było mnóstwo ludzi.

Wywieźli!

Sam widziałem.

Widziałeś? — i megoBrata wywieźli? — Wszystkich?

Wszystkich, — do jednego:Sam widziałem. — Wracając, prosiłem kaprala190 Zatrzymać się; pozwolił chwilkę. Stałem zdala,Skryłem się za słupami kościoła. W kościeleWłaśnie msza była, — ludu zebrało się wiele.Nagle lud cały runął przeze drzwi nawałem,Z kościoła ku więzieniu. Stałem pod przysionkiem,195 I kościół tak był pusty, że w głębi widziałemKsiędza z kielichem w ręku i chłopca ze dzwonkiem.Lud otoczył więzienie nieruchomym wałem;Od bram więzienia na plac, jak w wielkie obrzędy,Wojsko z bronią, z bębnami, stało we dwa rzędy;200 W pośrodku nich kibitki. — Patrzę, z placu sadziPolicmejster na koniu; — z miny zgadłbyś łatwo,

Że wielki człowiek, wielki tryjumf poprowadzi:Tryjumf Cara północy, zwycięzcy nad — dziatwą! —Wkrótce znak dano bębnem, i ratusz otwarty —205 Widziałem ich, — za każdym z bagnetem szły warty:Małe chłopcy, znędzniałe, wszyscy jak rekruciZ golonemi głowami, — na nogach okuci.Biédne chłopcy! — Najmłodszy, dziesięć lat, nieboże,Skarżył się, że łańcucha podźwignąć nie może210 I pokazywał nogę skrwawioną i nagą.Policmejster przejeżdża, pyta czego żądał:Policmejster człek ludzki, sam łańcuch oglądał:»Dziesięć funtów, zgadza się z przepisaną wagą«. —Wywiedli Janczewskiego; — poznałem: oszpetniał,215 Sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał.Ten przed rokiem swawolny, ładny chłopczyk mały,Dziś poglądał z kibitki, jak z odludnéj skałyÓw cesarz! — okiem dumném, suchém i pogodném.To zdawał się pocieszać spólników niewoli,220 To lud żegnał uśmiechem gorzkim, lecz łagodnym,Jak gdyby im chciał mówić: niebardzo mię boli.Wtém, zdało mi się, że mnie napotkał oczyma,I nie widząc, że kapral za suknią mię trzyma,Myślił, żem uwolniony: dłoń swą ucałował225 I skinął ku mnie, jakby żegnał i winszował; —I wszystkich oczy nagle zwróciły się ku mnie,A kapral ciągnął gwałtem, ażebym się schował.Nie chciałem, tyłkom stanął bliżej przy kolumnie.Uważałem na więźnia postawę i ruchy: —230 On postrzegł, że lud płacze, patrząc na łańcuchy,

Wstrząsł nogą łańcuch, na znak, że mu niezbyt ciężył.A wtém zacięto konia: kibitka runęła;On zdjął z głowy kapelusz, wstał i głos natężył,I trzykroć krzyknął: »Jeszcze Polska nie zginęła!« —235 Wpadli w tłum; — ale długo ta ręka ku niebu,Kapelusz czarny jako chorągiew pogrzebu,Głowa, z któréj włos przemoc odarła bezwstydna,Głowa niezawstydzona, dumna, zdala widna,Co wszystkim swą niewinność i hańbę obwieszcza,240 I wystaje z czarnego tylu głów natłoku,Jak z morza łeb delfina, nawałnicy wieszcza:Ta ręka i ta głowa zostały mi w oku,I zostaną w méj myśli, — i w drodze żywotaJak kompas pokażą mi, powiodą gdzie cnota;245 Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże na niebieZapomnij o mnie!

Amen za was!

I za siebie.

Tymczasem zajeżdżały inne rzędem długimKibitki; — ich wsadzano jednego po drugim.Rzuciłem wzrok po ludu ściśnionego kupie,250 Po wojsku: wszystkie twarze pobladły jak trupie;A w takim tłumie taka była cichość głucha,Żem słyszał każdy krok ich, każdy dźwięk łańcucha.Dziwna rzecz! wszyscy czuli, jak nieludzka kara;Lud, wojsko czuje, milczy, — tak boją się cara.255 Wywiedli ostatniego: zdało się, że wzbraniał,Lecz on biedny iść nie mógł, co chwila się słaniał,Zwolna schodził ze schodów, i ledwie na drugiSzczebel stąpił, stoczył się i upadł jak długi.

To Wasilewski; siedział tu w naszem sąsiedztwie;260 Dano mu tyle kijów onegdaj na śledztwie;Że mu odtąd krwi kropli w twarzy nie zostało.Żołnierz przyszedł i podjął z ziemi jego ciało,Niósł w kibitkę na ręku, ale ręką drugąTajemnie łzy ocierał; — niósł powoli, długo.265 Wasilewski nie zemdlał, nie zwisnął, nie ciężał,Ale jak padł na ziemię prosto, tak otężał;Niesiony, jak słup sterczał, i jak z krzyża zdjęteRęce miał nad barkami żołnierza rozpięte;Oczy straszne, zbielałe, szeroko rozwarte. —270 I lud oczy i usta otworzył; — i razemJedno westchnienie, z piersi tysiąca wydarte,Głębokie i podziemne jęknęło dokoła,Jak gdyby jękły wszystkie groby z pod kościoła.Komenda je zgłuszyła bębnem i rozkazem:275 Do broni, marsz! Ruszono; a środkiem ulicyPuściła się kibitka lotem błyskawicy.Jedna pusta: był więzień, ale niewidomy;Rękę tylko do ludu wyciągnął z pod słomy,Siną, rozwartą, trupią; trząsł nią, jakby żegnał.280 Kibitka w tłum wjechała. — Nim bicz tłumy przegnał,Stanęli przed kościołem: i właśnie w téj chwili,Słyszałem dzwonek, kiedy trupa przewozili.Spójrzałem w kościół pusty, i rękę kapłańskąWidziałem, podnoszącą ciało i krew Pańską,285 I rzekłem: Panie! Ty, co sądami PiłataPrzelałeś krew niewinną dla zbawienia świata,Przyjm tę z pod sądów Cara ofiarę dziecinną,Nie tak świętą, ni wielką, lecz równie niewinną.

Czytałem ja o wojnach; — w dawnych, dzikich czasach,290 Piszą, że tak okropne wojny prowadzono,Że nieprzyjaciel drzewom nie przepuszczał w lasach,I że z drzewami na pniu zasiéwy palono:Ale car mędrszy, srożéj, głębiéj Polskę krwawi;On nawet ziarna zboża zabiéra i dławi;295 Sam szatan mu metodę zniszczenia tłumaczy.

I uczniowi najlepszą nagrodę wyznaczy.

Bracia, kto wie, ów więzień może jeszcze żyje;Pan Bóg to sam wić tylko i kiedyś odkryje.Ja, jak ksiądz, pomodlę się; i wam radzę szczérze300 Zmówić za męczennika spoczynek paciérze. —Kto wié, jaka nas wszystkich czeka jutro dola.

Zmówże i po Ksawerym paciérz, jeśli wola;

Wiész, że on, nim go wzięli, w łeb sobie wystrzelił.

Łebski! — To z nami uczty wesołe on dzielił:305 Jak przyszło dzielić biedę, on w nogi ze świata.

Nieźleby i za tego pomodlić się brata.

Wiész, Księże, dalibóg, że drwię ja z twojéj wiary:Cóż stąd, choćbym był gorszym niż Turki, Tatary,Choćbym został złodziejem, szpiegiem, rozbójnikiem,310 Austryjakiem, Prusakiem, carskim urzędnikiem:Jeszcze tak prędko bożéj nie lękam się kary:Wasilewski zabity, my tu — a są cary.

Toż chciałem mówić; dobrze, żeś ty za mnie zgrzeszył;Ale pozwól odetchnąć, bom całkiem osłupiał;315 Słuchając tych powieści, człek spłakał się, zgłupiał.Ej Feliksie, żebyś ty nas trochę pocieszył?Ty jeśli zechcesz, w piekle djabłabyś rozśmieszył.

Zgoda, zgoda, Feliksie, musisz gadać, śpiéwać!Feliks ma głos! Hej Frejend, hej wina naléwać!

320 Stójcie na chwilę. Ja też szlachcic sejmikowy,Choć ostatni przybyłem, nie chcę cicho siedziéć.Józef nam coś o ziarnkach mówił: na te mowyGospodarz winien z miejsca swego odpowiedziéć.Lubo car wszystkie ziarna naszego ogrodu325 Chce zabrać i zakopać w ziemię, w swojém carstwie:Będzie drożyzna, ale nie bójcie się głodu.Pan Antoni już pisał o tém gospodarstwie.

Jaki Antoni?

Znacie bajkę GoreckiegoA raczéj prawdę?

Jaką? Powiedz nam, kolego.

330 »Gdy Bóg wygnał grzesznika z rajskiego ogrodu,Nie chciał przecie, ażeby człowiek umarł z głodu;I rozkazał aniołom zboże przysposobić,I rozsypać ziarnami po drodze człowieka.Przyszedł Adam, znalazł je, obejrzał zdaleka,335 I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić.Aż w nocy przyszedł djabeł mądry i tak rzecze:Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze.340 Zrobił rogiem rów w ziemi i nasypał żytem,Naplwał, i ziemią nakrył i przybił kopytem; —

Dumny i rad, że boże zamiary przeniknął,Całém gardłem rozśmiał się i ryknął i zniknął.Aż tu wiosną, na wielkie djabła zadziwienie,345 Wyrasta trawa, kwiecie, kłosy i nasienie!...O wy! co tylko na świat idziecie z północą,Chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą:Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie,Myśli Boga oszukać — oszuka sam siebie«.

350 Brawo Antoni! pewnie Warszawę nawiedzi,I za tę bajkę znowu z rok w kozie posiedzi.

Dobre to: lecz ja znowu do Feliksa wracam.Wasze bajki — i co mi to za poezyje,Gdzie muszę głowę trudnić, niźli sens namacam?355 Nasz Feliks z piosenkami niech żyje i pije!

A Lwowicz co? — On paciérz po umarłych mówi!Posłuchajcie: zaśpiéwam piosnkę Lwowiczżwi.

Mówcie, jeśli wola czyja,Jezus Maryja:360  Nim uwierzę, że nam sprzyjaJezus Maryja,Niech wprzód łotrów powybijaJezus Maryja!

Tam car jak dzika bestyja,365  Jezus Maryja!

Tu Nowosilcow jak żmija,Jezus Maryja!

Póki cała carska szyja,Jezus Maryja!370  Póki Nowosilcow pija,Jezus Maryja!Nie uwierzę, że nam sprzyjaJezus Maryja.

Słuchaj ty! — tych mnie imion przy kielichach wara!375 Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji,Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryji.

Dobrze, że Panu jedno to zostało imie —Choć szuler zgrany wszystko wyrzuci z kalety:380 Nie zgrał się, póki jedną ma sztukę monety;Znajdzie ją w dzień szczęśliwy: więc z kalety wyjmie,Więc da w handel na procent, Bóg pobłogosławi,I większy skarb przed śmiercią, niźli miał, zostawi.To imie, Panie, nie żart. — Więc mnie się zdarzyło385 W Hiszpaniji, lat temu — o, to dawno było...Więc byłem w legijonach, naprzód pod Dąbrowskim,A potém wszedłem w sławny pułk Sobolewskiego.

To mój brat!

O mój Boże! pokój duszy jego!Walny żołnierz — tak — zginął od pięciu kul razem;390 Nawet podobny Panu. — Otóż — więc z rozkazemBrata Pana, jechałem w miasteczko Lamego —Jak dziś pamiętam — więc tam byli Francuziska:Ten gra w kości, ten w karty, ten dziewczęta ściska —Nuż beczéć; — każdy Francuz, jak podpije, beczy —395 Jak zaczną tedy śpiewać wszyscy nic do rzeczy,Siwobrode wąsale takie pieśni tłuste!Aż był wstyd mnie młodemu! — Z rozpusty w rozpustę,Daléj bredzić na świętych. — Otóż, z większych w większeGrzechy laząc, nuż bluźnić na Pannę Najświętszę —400 A trzeba wiedzieć, że mam patent sodalisa,I z powinności bronię Maryji imienia —Więc ja im perswadować: stulcie pysk do bisa!Więc umilkli, nie chcąc miéć ze mną do czynienia.

Ale-no Pan posłuchaj, co się stąd wyświęci.405 Po zwadzie, poszliśmy spać, wszyscy dobrze cięci —Aż w nocy trąbią na koń, zaczną obóz trwożyć;Francuzi nuż do czapek — i nié mogą włożyć:Bo nie było na co wdziać, bo każdego główkaByła ślicznie odcięta nożem, jak makówka:410 Szelma gospodarz porznął jak kury w folwarku. —Patrzę: więc moja głowa została na karku!W czapce kartka łacińska, pismo nie wiem czyje:»Vivat Polonus, unus defensor Mariae«.Otóż, widzisz Pan, że ja tém imieniem żyję.

415 Feliksie, musisz śpiéwać! Nalać mu herbaty,Czy wina —

Jednogłośnie decydują braty,Że muszę być wesoły. Chociaż serce pęka,Feliks będzie wesoły i będzie piosenka.

Nie dbam, jaka spadnie kara:420  Mina, Sybir, czy kajdany;Zawsze ja wierny poddany,Pracować będę dla cara.

W minach, kruszec kując młotem,Pomyślę, ta mina szara,425  To żelazo, — z niego potemZrobi ktoś topór na cara.

Gdy będę na zaludnieniu,Pojmę córeczkę Tatara:Może w mojém pokoleniu430  Zrodzi się Palen dla cara.

Gdy w kolonijach osiędę,Ogród zorzę, grzędy skopię,A na nich co rok siać będęSame lny, same konopie.

435  Z konopi ktoś zrobi nici: —Srebrem obwita nić szara

Może się kiedyś poszczyci,Że będzie szarfą dla cara.

Zrodzi się Palen dla cara.440  ra — ra — ra — ra — ra — ra —

Lecz cóżto Konrad cicho zasępiony siedzi,Jakby obliczał swoje grzechy do spowiedzi?Feliksie, on nie słyszał zgoła twoich pieni.Konradzie! Patrzcie: zbladnął, znowu się czerwieni.445 Czy on słaby?

Stój cicho! — zgadłem, że tak będzie —O, my znamy Konrada, co to znaczy, wiemy.Północ jego godzina. — Teraz Feliks niemy;Teraz, bracia, piosenkę lepszą posłyszemy.Ale muzyki trzeba. — Ty masz flet, Frejendzie,450 Graj dawną jego nutę; a my cicho stójmy,I kiedy trzeba, głosy do chóru nastrójmy.

Bracia! duch jego uszedł i błądzi daleko,Jeszcze nie wrócił: może przyszłość w gwiazdach czyta,Może się tam z duchami znajomemi wita,455 I one mu powiedzą, czego z gwiazd docieką.Jak dziwne oczy: błyszczy ogień pod powieką,A oko nic nie mówi, i o nic nie pyta;Duszy teraz w nich niéma; błyszczą jak ogniskaZostawione od wojska, które w nocy cieniu

460 Na daleką wyprawę ruszyło w milczeniu:Nim zgasną, wojsko wróci na swe stanowiska.

Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, —Krew poczuła: z pod ziemi wygląda,I jak upiór powstaje krwi głodna,465  I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,Z Bogiem — i choćby mimo Boga!

I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem;Naprzód braci rodaków gryźć muszę;470 Komu tylko zapuszczę kły w duszę,Ten jak ja musi zostać upiorem.Tak! zemsta, zemsta, etc., etc.

Potém pójdziem, krew wroga wypijem!Ciało jego rozrąbiem toporem,475 Ręce, nogi gwoździami przybijem:By nie powstał i nie był upiorem.

Z duszą jego do piekła iść musim,Wszyscy razem na duszy usiędziem,Póki z niej nieśmiertelność wydusim:480  Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.Tak! zemsta, zemsta, etc., etc.

Konradzie, stój dla Boga! to jest pieśń pogańska.

Jak on okropnie patrzy! To jest pieśń szatańska!

Wznoszę się, lecę, tam! na szczyt opoki!485  Już nad plemieniem człowieczem,Między proroki.Stąd ja przyszłości brudne obłokiRozcinam moją źrenicą, jak mieczem:Rękami, jak wichrami, mgły jéj rozdziéram —490 Już widno — jasno. — Z góry na ludy spoziéram:Tam księga sybilińska przyszłych losów świata!Tam na dole!Patrz, patrz, przyszłe wypadki i następne lata,Jak drobne ptaki, gdy orła postrzegą,495  Mnie orła na niebie!Patrz, jak do ziemi przypadają, biegą,Jak się stado w piasek grzebie —Za niemi, hej za niemi oczy me sokole,Oczy błyskawice!500  Za niemi szpony moje! — Dostrzegę je, schwycę.Cóż to? Jaki ptak powstał i roztacza pióra,Zasłania wszystkich, okiem mię wyzywa?

Skrzydła ma czarne jak burzliwa chmura,A szerokie i długie nakształt tęczy łuku,505  I niebo całe zakrywa —

To kruk olbrzymi! Ktoś ty? — ktoś ty, kruku!Kłoś ty? — Jam orzeł! — Patrzy kruk — myśl moję plącze.Ktoś ty? — Jam gromowłady! —Spójrzał na mnie: w oczy mię jak dymem uderzył,510  Myśli moje miesza, — plącze —

Co on mówi? — co? — co to? Patrz, patrz, jaki blady,

Uspokój się...

Stój! stójcie! Jam się z krukiem zmierzył —Stójcie! Myśli rozplączę —Pieśń skończę — skończę —

515 Dosyć tych pieśni.

Dosyć.

Dosyć. Pan Bóg z nami.Dzwonek! słyszycie dzwonek? Runt, runt pod bramami!

Gaście ogień — do siebie!

Bramę odemknęli —518 Konrad osłabł — zostawcie — sam, sam jeden w celi!

Samotność! — Cóż po ludziach, czym śpiéwak dla ludzi?Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:5 Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,A słowa myśl pochłoną, i tak drżą nad myślą,Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką;

Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb’ nurtów docieką,10 Gdzie pędzi, czy się domyślą? —

Uczucie krąży w duszy, rozpala się, żarzy,Jak krew po swych głębokich, niewidomych cieśniach;Ile krwi tylko ludzie widzą w mojéj twarzy,Tyle tylko z mych uczuć dostrzegą w mych pieśniach.

15 Pieśni ma, tyś jest gwiazdą za granicą świata!I wzrok ziemski, do ciebie wysłany za gońca,Choć szklanne weźmie skrzydła, ciebie nie dolata,Tylko o twoję mleczną drogę się uderzy;Domyśla się, że to słońca,20  Lecz ich nie zliczy, nie zmierzy.

Wam pieśni, ludzkie oczy, uszy niepotrzebne!Płyńcie w duszy mej wnętrznościach,Świećcie na jej wysokościach,Jak strumienie podziemne, jak gwiazdy nadniebne.

25 Ty Boże, Ty naturo, dajcie posłuchanie!Godna to was muzyka i godne śpiéwanie. —Ja mistrz!Ja mistrz wyciągam dłonie!Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie30 Na gwiazdach, jak na szklannych harmoniki kręgach.

To nagłym, to wolnym ruchem,Kręcę gwiazdy moim duchem;Milijon tonów płynie; w tonów milijonieKażdy ton ja dobyłem, wiem o każdym tonie;35  Zgadzam je, dzielę i łączę,I w tęczę i w akordy i we strofy plączę,Rozlewam je we dźwiękach i błyskawic wstęgach. —

Odjąłem ręce, wzniosłem nad świata krawędzie,I kręgi harmoniki wstrzymały się w pędzie.40  Sam śpiéwam... słyszę me śpiéwy:Długie, przeciągłe, jak wichru powiéwy,Przewiéwają ludzkiego rodu całe tonie,Jęczą żalem, ryczą burzą,I wieki im głucho wtórzą;45 A każdy dźwięk ten razem gra i płonie,Mam go w uchu, mam go w oku,Jak wiatr, gdy fale kołysze,Po świstach lot jego słyszę,Widzę go w szacie obłoku.

50  Boga, natury godne takie pienie!Pieśń to wielka, pieśń-tworzenie,Taka pieśń jest siła, dzielność,Taka pieśń jest nieśmiertelność!Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,55 Cóż Ty większego mogłeś zrobić — Boże?Patrz, jak te myśli dobywam sam z siebie,Wcielam w słowa: one lecą,Rozsypują się po niebie,Toczą się, grają i świecą;60  Już dalekie; czuję jeszcze,Ich wdziękami się lubuję,Ich okrągłość dłonią czuję,Ich ruch myślą odgaduję:Kocham was, me dzieci wieszcze!65  Myśli moje! gwiazdy moje!Czucia moje! wichry moje!W pośrodku was jak ojciec wśród rodziny stoję,Wy wszystkie moje!

Depcę was, wszyscy poeci,70 Wszyscy mędrce i proroki,

Których wielbił świat szeroki!Gdyby chodzili dotąd śród swych dusznych dzieci,Gdyby wszystkie pochwały i wszystkie oklaskiSłyszeli, czuli, i za słuszne znali,75 I wszystkie sławy każdodziennéj blaskiPromieniami na wieńcach swoich zapalali:Z całą pochwał muzyką i wieńców ozdobą,Zebraną z wieków tyla i z pokoleń tyla,Nie czuliby własnego szczęścia, własnéj mocy,80  Jak ja dziś czuję, w téj samotnéj nocy,Kiedy sam śpiéwam w sobie,Śpiéwam samemu sobie.Tak! Czuły jestem, silny jestem i rozumny! —Nigdym nie czuł, jak w téj chwili;85  Dziś mój zenit, moc moja dzisiaj się przesili,Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny;Dziś jest chwila przeznaczona,Dziś najsilniej wytężę duszy mej ramiona —To jest chwila Samsona,90  Kiedy więzień i ślepy dumał u kolumny.Zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra —Potrzeba mi lotu!Wylecę z planet i gwiazd kołowrotu,Tam dójdę, gdzie graniczą stwórca i natura.

95 I mam je, mam je, mam — tych skrzydeł dwoje;Wystarczą: od zachodu na wschód je rozszerzę,Lewém o przeszłość, prawem o przyszłość uderzę,I dójdę po promieniach uczucia — do Ciebie!I zajrzę w uczucia Twoje.100  O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie!Jam tu, jam przybył, widzisz, jaka ma potęga!Aż tu moje skrzydło sięga!Lecz jestem człowiek, i tam, na ziemi me ciało;Kochałem tam, w ojczyznie serce me zostało. —

105  Ale ta miłość moja na świecie,Ta miłość nie na jednym spoczęła człowieku,Jak owad na róży kwiecie,Nie na jednéj rodzinie, nie na jednym wieku:Ja kocham cały naród! Objąłem w ramiona110  Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,Przycisnąłem tu do łona,Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec;Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,Chcę nim cały świat zadziwić,115 Niémam sposobu — i tu przyszedłem go dociec,Przyszedłem zbrojny całą myśli władzą,Téj myśli, co niebiosom Twe gromy wydarła,Śledziła chód Twych planet, głąb’ morza rozwarła;Mam więcéj: tę Moc, któréj ludzie nie nadadzą,120  Mam to uczucie, co się samo w sobie chowaJak wulkan, tylko dymi niekiedy przez słowa.

I Mocy téj nie wziąłem z drzewa Edeńskiego,Z owocu wiadomości złego i dobrego,

Nie z ksiąg ani z opowiadań,125 Ani z rozwiązania zadań,Ani z czarodziejskich badań,Jam się twórcą urodził!Stamtąd przyszły siły moje,Skąd do Ciebie przyszły Twoje,130 Boś i Ty po nie nie chodził:Masz, nie boisz się stracić — i ja się nie boję.Czyś Ty mi dał, czy wziąłem, skąd i Ty masz, okoBystre, potężne? w chwilach méj siły, wysokoKiedy na chmur spojrzę ślaki,135 I wędrowne słyszę ptaki,Żeglujące na ledwie dostrzeżoném skrzydle:Zechcę, i wnet je okiem zatrzymam jak w sidle —Stado pieśń żałośną dzwoni:Lecz póki ich nie puszczę, Twój wiatr ich nie zgoni.140 Kiedy spojrzę w kometę z całą mocą duszy,Dopóki na nią patrzę, z miejsca się nie ruszy.Tylko ludzie skazitelni,Marni, ale nieśmiertelni,Nie służą mi, nie znają — nie znają nas obu:145  Mnie i Ciebie!Ja na nich szukam sposobuTu, w niebie.

Tę władzę, którą mam nad przyrodzeniem,Chcę wywrzéć na ludzkie dusze,150 Jak ptaki i jak gwiazdy rządzę mém skinieniem,Tak bliźnich rozrządzać muszę.Nie bronią — broń broń odbije,Nie pieśniami — długo rosną,Nie nauką — prędko gnije,155  Nie cudami — to zbyt głośno.Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie!Rządzić, jak Ty, wszystkiemi zawsze i tajemnie: —Co ja zechcę, niech wnet zgadną,Spełnią, tém się uszczęśliwią:160  A jeżeli się sprzeciwią,Niechaj cierpią i przepadną!Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; —Mówią, że Ty tak władasz!165 Wiész, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,Jabym mój naród jak pieśń żywą stworzył,I większe, niźli Ty, zrobiłbym dziwo:Zanóciłbym pieśń szczęśliwą!

170 Daj mi rząd dusz! — Tak gardzę tą martwą budową,Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,Żem nie probował dotąd, czyli moje słowoNie mogłoby jéj wnet zwalić;Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę175 Ścisnął, natężył i razem wyświecił,Możebym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił!Bo jestem nieśmiertelny! — i w stworzenia koleSą inni nieśmiertelni; wyższych nie spotkałem;Najwyższy na niebiosach! — Ciebie tu szukałem,180 Ja, najwyższy z czujących na ziemnym padole.Nie spotkałem Cię dotąd — żeś Ty jest, zgaduję;Niech Cię spotkam i niechaj Twą wyższość uczuję —

Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niéj drogę;O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem,185 I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę,Ja chcę miéć władzę, jaką Ty posiadasz,Ja chcę duszami władać, jak Ty niemi władasz.

Z ironją:Milczysz, milczysz! Wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. —190 Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością,Ty jesteś tylko mądrością!Ludzie myślą, nie sercem, Twych dróg się dowiedzą,Myślą, nie sercem, składy broni Twéj wyśledzą. —Ten tylko, kto się wrył w księgi,195  W metal, w liczbę, w trupie ciało,Temu się tylko udałoPrzywłaszczyć część Twéj potęgi;Znajdzie truciznę, proch, parę,Znajdzie blaski, dymy, huki,200  Znajdzie prawność i złą wiaręNa mędrki i na nieuki.Myślom oddałeś świata użycie,Serca zostawiasz na wiecznéj pokucie.Dałeś mnie najkrótsze życie205  I najmocniejsze uczucie.

Czém jest me czucie?Ach iskrą tylko!Czém jest me życie?Ach jedną chwilką!210 Lecz te, co jutro rykną, czém są dzisiaj gromy?Iskrą tylko.Czém jest wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy?Jedną chwilką.

Z czego wychodzi cały człowiek, mały światek?215  Z iskry tylko.Czém jest śmierć, co rozprószy myśli mych dostatek?Jedną chwilką.Czém był On, póki światy trzymał w swojém łonie?Iskrą tylko.220 Czém będzie wieczność świata, gdy On go pochłonie?Jedną chwilką.

głos z lewéj strony głos z prawéjWsiąść muszę Co za szał!Na duszę Brońmy go, brońmyJak na koń. Skrzydłem osłońmy225 230  Goń! goń! Skroń.W cwał, w cwał!

Chwila i iskra, gdy się przedłuża, rozpala:Stwarza i zwala.Śmiało, śmiało! tę chwilę rozdłużmy, rozdalmy,Śmiało, śmiało! tę iskrę rozniećmy, rozpalmy! —235 Teraz — dobrze — tak. Jeszcze raz Ciebie wyzywam,Jeszcze po przyjacielsku duszę Ci odkrywam.Milczysz? — Wszakżeś z Szatanem walczył osobiście?Wyzywam Cię uroczyście!Nie gardź mną: ja nie jeden, choć sam tu wzniesiony.240 Jestem na ziemi sercem z wielkim ludem zbratan,Mam ja za sobą wojska i mocy i trony:

Jeśli ja będę bluźnierca,Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan:On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca!245 Jam cierpiał, kochał, w mękach i miłości wzrosłem;Kiedyś mnie wydarł osobiste szczęście,Na własnej piersi ja skrwawiłem pięście,Przeciw Niebu ich nie wzniosłem.

głos głosRumaka Gwiazdo spadająca!250 255 Przedziérzgnę w ptaka. Jaki szałOrlemi pióry! W otchłań cię strąca!Do góry!W lot!

Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony,Ciałem połknąłem jej duszę:Ja i ojczyzna, to jedno;260  Nazywam się Milijon: bo za milijonyKocham i cierpię katusze.Patrzę na ojczyznę biedną,Jak syn na ojca wplecionego w koło;Czuję całego cierpienia narodu,265  Jak matka czuje w łonie bole swego płodu.Cierpię, szaleję. — A Ty, mądrze i wesoło,Zawsze rządzisz,Zawsze sądzisz,I mówią, że Ty nie błądzisz!

270 Słuchaj! Jeśli to prawda, com z wiarą synowskąSłyszał, na ten świat przychodząc:Że Ty kochasz; — jeżeliś Ty kochał świat rodząc,Jeśli ku zrodzonemu masz miłość ojcowską;

Jeżeli serce czułe było w liczbie źwierząt,275 Któreś Ty w arce zamknął i wyrwał z powodzi;Jeśli to serce nie jest potwór, co się rodziPrzypadkiem, ale nigdy lat swych nie dochodzi; —Jeśli pod rządem Twoim czułość nie jest bezrząd,Jeśli w milijon ludzi, krzyczących »ratunku!«,280 Nie patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku; —Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną,I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną...

głos głosOrła w hydrę! Z jasnego słońcaOczy mu wydrę. Kometo błędu!285 290  Do szturmu daléj! Gdziekoniec twego pędu?Dymi! pali! Bez końca, bez końca!Ryk, grzmot!

Milczysz! — Jam ci do głębi serce me otworzył,Zaklinam, daj mi władzę: — jedna część jéj licha,Część tego, co na ziemi osiągnęła pycha,295 Z tą jedną cząstką ileż jabym szczęścia stworzył!Milczysz! — Nie dasz dla serca, dajże dla rozumu!Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,Że Cię znam lepiéj, niźli Twoje archanioły,Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły —300 Jeślim nie zgadł, odpowiedz — Milczysz! Ja nie kłamię.Milczysz i ufasz, że masz silne ramie —Wiédz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie —Widzisz to moje ognisko: uczucie!Zbieram je, sciskam, by mocniej pałało,305 Wbijam w żelazne woli mej okucie,Jak nabój w burzące działo.

głos głosOgnia! pal! Litość! żal!

Odezwij się: bo strzelę przeciw Twéj naturze!310 Jeśli jéj w gruzy nie zburzę,To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia,Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale...

Carem!

315 Depc, chwytaj!

Jeszcze dysze.

Omdlał, omdlał, a nimPrzebudzi się, dodusim.

Precz! — modlą się za nim.

Widzisz, odpędzają nas.

Ty bestyjo głupia!Nie pomogłeś mu słowo ostatnie wyrzygnąć,Jeszcze o jeden stopień w dumę go podźwignąć!320 Chwila dumy — ta czaszka już byłaby trupia.Być tak blisko tej czaszki! i nie można deptać!Widziéć krew w jego ustach, i nie można chłeptać!Najgłupszy z djabłów, tyś go wypuścił w pół drogi.

Wróci się, wróci —

Precz stąd, bo wezmę na rogi,325 I będę cię lat tysiąc niósł, i w paszczę samąSzatana wbiję.

Cha! Cha! straszysz ciociu! mamo!Ja dziecko, będę płakać — (płacze) — masz —(uderza rogiem) A co, nie chybił?Leć i nie wyłaź z piekła! — Aha, do dna przybił! —Rogi me, brawo, rogi —

Sacrédieu!

Masz.

W nogi.

330 Pop, klecha! Przyczajmy się i schowajmy rogi.

W imie Ojca i Syna i Świętego Ducha.

On zapewne osłabiał, — Konradzie! — Nie słucha.

Pokój temu domowi, pokój grzesznikowi.

Dla Boga, on osłabiał, patrz, miota się, dąsa:5 To jest wielka choroba, patrz, on usta kąsa.

Mój Panie, idźcie sobie, a nas tu zostawcie.

Ale dla Boga! próżnych modlitew nie prawcie;Podejmijcie go z ziemi, połóżmy do łóżka;Księże Pietrze!

Tu zostaw!

Oto jest poduszka.

10 E, ja wiem, co to znaczy — Czasem nań napadaTakie szaleństwo: długo śpiéwa, potem gada,A jutro zdrów jak ryba. Lecz kto wam powiedział,Że on osłabiał?

Panie, otbyś cicho siedział.Niech brat Piotr pomodli się nad waszym kolegą;15 Bo ja wiem, że tu było coś — tu niedobrego.Gdy runt odszedł, w téj celi hałas posłyszałem.Spojrzę dziurką od klucza: a co tu widziałem,To mnie wiedziéć. Pobiegłem do mojego kmotra,Bo on człowiek pobożny, do braciszka Piotra —20 Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje —

Dalibóg nie pojmuję nic, i oszaleję.

Oszaleć? — Ej, panowie, strzeżcie się, panowie!U was usta wymowne, wiele nauk w głowie,A patrzcie, głowa mądra w prochu się taczała,25 I z tych ust, tak wymownych, patrzaj — piana biała;Słyszałem, co on śpiéwał, ja słów nie pojąłem,Lecz było coś u niego w oczach i nad czołem.Wierz mi, że z tym człowiekiem niedobrze się dzieje —Byłem ja w legijonach, nim wzięto w rekruty;30 Brałem szturmem fortece, klasztory, reduty;

Więcéj dusz wychodzących z ciała ja widziałem,Niźli Wać Pan przeczytał książek w życiu całem:A to jest rzecz niemała widziéć, jak człek kona.Widziałem ja na Pradze księży zarzynanych,35 I w Hiszpaniji żywcem z wieży wyrzucanych;Widziałem matek szablą rozrywane łona,I dzieci konające na kozackich pikach,I Francuzów na śniegu, i Turków na palu;I wiem, co w konających widać męczennikach,40 A co w złodzieju, zbójcy, Turku lub Moskalu;Widziałem rozstrzelanych, co patrzyli śmieleW rurę broni, nie chcieli na oczy zasłony:A jak padli na ziemię, widziałem w ich cieleStrach, co za życia wstydem i pychą więziony,45 Wyszedł z trupa jak owad i pełzał wokoło;Gorszy strach, niż ten, który tchórza w bitwie nęka,Taki strach, że dość spojrzeć na zamarłe czoło,Aby widziéć, że dusza dąsa się i lęka,Gardzi bolem i cierpi, i wieczna jéj męka.50 A więc, mój Panie, myślę, że twarz umarłegoJest jak patent wojskowy do świata przyszłego;I poznasz zaraz, jak on tam będzie przyjęty,W jakiej randze i stopniu, święty czy przeklęty.A więc tego człowieka i pieśń i choroba55 I czoło i wzrok wcale mi się nie podoba.Otóż Wać Pan spokojnie idź do swojéj celiMy z bratem Piotrem będziem przy chorym siedzieli.

Przepaść — tysiąc lat — pusto — dobrze — jeszcze więcéj!Ja wytrzymam i dziesięć tysiąców tysięcy.60 Modlić się? — tu modlitwa nie przyda się na nic —I byłaż taka przepaść bez dna i bez granic? —Nie wiedziałem — a była.

Słyszysz, jak on szlocha.

Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.

Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził,65 I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.

Nie! — oka mi nie wydarł! Mam to silne oko;Widzę stąd i stąd nawet, choć ciemno, głęboko.Widzę ciebie, Rollison! Bracie! cóż to znaczy?I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,70 I ciebie Bóg nie słuchał i tyś już w rozpaczy,Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany:»Ratunku!« — Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę!Oko mam silne: spojrzę, może cię zabiję —Nie — ale ci pokażę okiem — śmierci drogę.

75 Patrz, tam masz okno: wybij, skocz, zleć i złam szyję,I ze mną tu leć w głębie, w ciemność — lećmy na dół —Otchłań — otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;Tu niéma braci, matek, narodów, tyranów —Pójdź tu.

Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie!80 Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów.Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,W Imie Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął.Exorciso...

Stój, nie klnij — stój, odstąp od progu,85 Wyjdę —

Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.Lew z pokolenia Judy, tu Pan: on zwycięża.Sieć na lwa zastawiłeś, i w twym własnym wnikuZłowiłeś się: Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.W jego ustach chcę tobie najsroższy cios zadać:90 Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.

Parle-moi donc français, mon pauvre capuciu!J’ai pu dans le grand monde oublier mon latin;Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues —Vielleicht sprechen Sie deutsch? was murmeln Sie so bang?95 What is it? — Cavalleros, rispondero Io...

Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna żmijo!

C’est juste. Dans ce jeu, uous sommes de moitié;Il est savant, et moi, diable de mon métier.J’étais son précepteur et je m’en glorifie;En sais-tu plus que nous? parle, je te défie.

W Imie Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Ale stój, stój mój księże, stój, już dosyć tego!Tylko, księżuniu, nie męcz napróżno: Czyś szatan,Żeby tak męczyć?

Ktoś ty?

Lukrecy, Lewjatan,Voltaire, aller Fritz, Legio sum.

Coś widział?

Źwiérza.

Gdzie?

W Rzymie.

Nie słucha mię. — Wróćmy do paciérza.

Ale słucham.

Gdzieś widział więźnia?

Mówię, w Rzymie —

Kłamiesz.

Księże, na honor, na kochanki imie,Mój kochanki czarniutkiéj, co tak do mnie wzdycha —110 A wiész ty, jak się zowie moja luba? — Pycha.Jakiś ty nieciekawy!

Przeciwią się duchy:Upokórzmy się Panu i zróbmy akt skruchy.

Ale co tam masz robić, ja sam stąd wyruszę.Przyznaję się, że wlazłem niezgrabnie w tę duszę.115 Tu mnie kole: ta dusza jest jak skóra jeża,Włożyłem ją na wywrót, kolcami do kiszek.

Aleś bo i ty majster, choć prosty braciszek;Osły, powinni ciebie obrać za Papieża.Głupstwo stawią w kościele naprzód, jak kolumny,120 A ciebie kryją w kątku: świecznik, gwiazdę blasku!

Tyranie i pochlebco, i podły i dumny,Żebyś pierś ugryzł, u nóg wleczesz się po piasku!

A ha! gniewasz się, paciérz przerwałeś — da capo —Żebyś sam widział, jak ty śmiesznie kręcisz łapą:125 Istny niedźwiadek, gdy się broni od komarów. —On trzepie swoje. — No, więc — dosyć już tych swarów:Znam twoję moc i chcę się tobie wyspowiadać,Będę ci o przeszłości i przyszłości gadać.A wiész ty, co o tobie mówią w całém mieście? —

130 A wiész ty, co to będzie z Polską za lat dwieście? —A wiész, dlaczego tobie przeor tak nie sprzyja? —A wiész, w Apokalipsie co znaczy bestyja? —Milczy i trzepie; — oczy, aż strach, we mnie wlepił.Powiedz, Księżuniu, czegoś do mnie się uczepił?135 Co ja winien, że takie mam odbierać chłosty?Czyż ja jestem król djabłów? Wszak ja djabeł prosty!Zważ: czy to prawnie, sługę ukarać za pana;Wszakże ja tu przyszedłem z rozkazu Szatana:Trudno mu się tłumaczyć, bo z nim nie brat za brat.140 Jestem jako Kreishauptman, Gubernator, Landrat:Każą duszę brać w areszt: biorę, sadzę w ciemność;Zdarza się przytém duszy jaka nieprzyjemność,

Ale czyż z mojéj winy? — Jam ślepe narzędzie:Tyran, szelma, da ukaz, pisze: »Niech tak będzie!« —145 Czyż to mnie miło męczyć? Mnie samemu męka.Ach, wzdycha) jak to źle być czułym! Ach, serce mi pęka!Wierz mi: gdy pazurami grzesznika odziéram,Nieraz ogonem, ah! ah! — łzy sobie ociéram.

A wiész, że jutro będziesz bity jako Haman?

150 In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.Ego te exorcisa, spiritus immunde —

Księże, stój! Słucham, gadam. Stój jedną sekundę!

Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? —Milczysz? Exorcisa te —

Gadam, gadam — muszę.

155 Kogo widziałeś?

Więźnia.

Jakiego?

Grzesznika.

Gdzie? —

Tam, w drugim klasztorze.

W jakim?

Dominika.Ten grzesznik już przeklęty, prawem mnie należy.

Kłamiesz.

On już umarły.

Kłamiesz.

Chory leży.

Exorciso te —

Gadam, gadam, skaczę, śpiéwam:160 Tylko nie klnij! Jak gadać? Dusisz, ledwie ziéwam.

Mów prawdę...

Grzesznik chory, lata bez pamięciI jutro rano szyję niezawodnie skręci.

Kłamiesz.

Poświadczy godny świadek, kmotr Belzebub:Pytaj go, męcz; niewinnéj duszy mojej nie gub.

165 Jak ratować grzesznika?

Bodajeś zdechł, klecho;Nie powiem.

Exorciso —

Ratować pociechą.

Dobrze. Gadaj wyraźnie: czego mu potrzeba?

Mam chrypkę, nie wymówię.

Mów!

Mój Panie! królu!Daj odpocząć —

Mów, czego potrzeba —

Księżulu,170 Ja tego nie wymówię.

Mów!

He — Wina — Chleba —

Rozumiem: chleba Twego i krwi Twojéj, Panie!Pójdę i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.

A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.

175 Dźwigasz mię! — Ktoś ty? Strzeż się, sam spadniesz w te doły!Podaje rękę — Lećmy! — W górę jak ptak lecę —Mile oddycham wonią, — promieniami świecę.Któż mi dał rękę? Dobrzy ludzie i anioły!Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?180 Ludzie? — Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów!

Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka,Usta, któremiś wieczny Majestat obraził,Te usta zły duch słowy szkaradnemi skaził;Słowa głupstwa, najsroższa dla mądrych ust męka,

185 Oby ci policzone były za pokutę,Obyś o nich zapomniał —

Już są tam — wykute.

Obyś, grzeszniku, nigdy sam ich nie wyczytał,Oby cię o znaczenie ich Bóg nie zapytał! —Módl się! Myśl twoja, w brudne obleczona słowa,190 Jak grzeszna z tronu swego strącona królowa,Gdy w żebraczéj odzieży, okryta popiołem,Odstoi czas pokuty swojéj przed kościołem,Znowu na tron powróci, strój królewski wdzieje,I większym, niźli pierwéj, blaskiem zajaśnieje.195 Usnął — (klęka) — Twe miłosierdzie Panie jest bez granic!

Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,Sługa już spracowany i niegodny na nic:Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojéj wiary,A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary;200 On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe Imie.Módlmy się! Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie!

Pokój temu domowi,Spoczynek grzesznikowi.Sługo, sługo pokorny, cichy!Wniosłeś pokój w dom pychy!205  Pokój temu domowi!

Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.

Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim, Twoi Anieli.

Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą.

210 Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli.

Kiedym z gwiazdą nadzieiLeciał świecąc Judei,Hymn Narodzenia śpiéwali Anieli:Mędrcy nas nie widzieli,215  Królowie nie słyszeli.Pastuszkowie postrzegli,I do Betlejem biegli:Pierwsi wieczną mądrość witali,Wieczną władzę uznali,220  Biedni, prości i mali.

Pan, gdy ciekawość, dumę i chytrość w sercu aniołów, sług swych obaczył,duchom wieczystym, Aniołom czystym, Pan nie przebaczył:Runęły z niebios, jak deszcz gwiaździsty, Aniołów tłumy,I deszczem lecą za niemi codzień mędrców rozumy.

225 Pan maluczkim objawia,Czego wielkim odmawia.Litość! Litość! nad synem ziemi!

On był między wielkiemi:Litość nad synem ziemi!

230 On sądów Twoich nie chodził badać, jako ciekawy,Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.

On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!

Lecz on szanował imię Najświętszéj Twéj Rodzicielki!235 On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu!

Krzyż w złoto oprawionyZdobi królów korony,Na piersi mędrców błyszczy jak zorze:A w duszę wniść nie może.240  Oświeć, oświeć ich Boże!

My tak ludzi kochamy,Tak z nimi być żądamy!Wygnani od mędrków i króli,Prostaczek nas przytuli:245  Nad nim dzień, noc, śpiéwamy.

Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,I dobrowolnie padnie i uczci Krzyża podnoże;

Wedle niej cały świat u stóp Krzyża niechaj polęże,I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!

250 Pokój, pokój prostocie,Pokornej, cichej cnocie!Sługo, sługo pokorny, cichy!Wniosłeś pokój w dom pychy:Pokój grzesznemu sierocie!

Modlisz się jeszcze dotąd! — Czas spać, północ biła.

Jużem się za ojczyznę moję pomodliła,Jak nauczono, i za ojca i za mamę.Zmówmy jeszcze i za nich pacierze też same;5 Choć oni tak daleko: ale to są dziatkiJednej ojczyzny naszéj, Polski, jednej matki.Litwin, co dziś tu przybył, uciekł od Moskali;Strach słyszeć, co tam oni z nimi wyrabiali;Zły car kazał ich wszystkich do ciemnicy wsadzić,10 I jak Herod chce całe pokolenie zgładzić.Litwin ten bardzo ojca naszego zasmucił,Poszedł w pole i dotąd z przechadzki nie wrócił.

Mama na mszę posłała i obchód żałobny,Bo wielu z nich umarło. — Ja pacierz osobny15 Zmówię za tego, co te piosenki ogłosił:

I on także w więzieniu, jak nam gość donosił.Te piosenki czytałam: niektóre są piękne —Jeszcze pójdę, przed Matką Najświętszą uklęknę,Pomodlę się za niego: kto wié, czy w téj chwili20 Ma rodziców, żeby się za nim pomodlili.

Lekko i cicho, jak lekkie sny zlećmy.

Braciszka miłego sen rozweselmy,Sennemu pod głowę skrzydło podścielmy,Oczami, gwiazdami, twarz mu oświećmy,25 Śpiewając i grając, latajmy wiankiem,Nad czystym, nad cichym, naszym kochankiem.Rączęta liljowe za liście splećmy,Za róże kwitnące czoła rozniećmy.Z pod wstążek gwiaździstych włos nasz rozwiążmy,30 Rozpuśćmy w promienie, rozlejmy w wonie;Kwitnącym, pachnącym, żyjącym wiankiem,Kochanka naszego piersi okrążmy,Kochanka naszego otulmy skronie,Śpiewając i grając, latajmy wiankiem35 Nad czystym, nad cichym naszym kochankiem.

Deszczyk tak świéży, miły, cichy jak rosa —I skąd ten deszczyk? Tak czyste niebiosa,Jasne niebiosa! —Krople zielone, kraśne: trawki, równianki,40  Róże, lilije, wianki.Obwijają mnie wkoło. — Ach, jaki sen wonny,Sen lekki, słodki: oby był dozgonny!Różo błyszcząca, słoneczna,Lilijo przeczysta, mleczna!45 Ty nie z ziemi: tam rosłaś, nad białym obłokiem!Narcyzie, jakiém śnieżném patrzysz na mnie okiem!A te błękitne kwiaty pamiątek,Jak źrenice niewiniątek —Poznałam — kwiatki moje — sama polewałam,50 W moim ogródku wczora nazbiérałam,I uwieńczyłam Matki Boskiej skronie,Tam nad łóżkiem na obrazku.Widzę — to Matka Boska — Cudowny blasku!Pogląda na mnie, bierze wianek w dłonie,55 Podaje Jezusowi; a Jezus dziecieZ uśmiechem rzuca na mnie kwiecie!Jak wypiękniały kwiatki, — jak ich wiele, — krocie:A wszystkie w przelocieSzukają na powietrzu siebie,60  Moje kochanki!I same plotą się w wianki!Jak tu mnie miło, jak w niebie;

Jak tu mnie dobrze! mój Boże!Niech mię na zawsze ten wianek otoczy,65 Niech zasnę, umrę, patrząc w te róże,W te białe narcyzu oczy!

Róża, ta róża żyje!Wstąpiła w nią dusza,Główką lekko rusza,70  Jaki ogień z niéj bije:To rumieniec żyjący, jak zorzy wniście!Śmieje się, jak na uśmiech rozwija liście,Roztula między liściem dwoje ust z koralu,Mówi, coś mówi — jak cicho, jak skromnie —75 Co ty, różo, szepcesz do mnie?Zbyt cicho, smutnie — Czy to głos żalu?Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?— Nie wzięłam ciebie dla mojéj zabawki:Jam tobą skronie Matki Najświętszéj wieńczyła,80 Jam po spowiedzi wczora łzami cię poiła. —A z twoich ust koralu,Wylatują promieniemIskierka po iskierce;Czy taka światłość jest twojem pieniem?85  Czego chcesz róża miła?

Weź mnie na serce.

Rozwiążmy, rozplećmy anielski wianek.

Odwijam me skrzydła, wyplatam czoło.

My w niebo do domu lećmy wesoło.

90 Ja będę ją bawił nim błyśnie ranek,Na senném jej sercu złożę me skronie;Jak święty apostoł, Pański kochanek,Na boskiém Chrystusa spoczywał łonie.

Panie! czémże ja jestem przed Twojém obliczem? —Prochem i niczem!Ale, gdym Tobie moję nicość wyspowiadał:Ja proch, będę z Panem gadał.

5 Tyran wstał — Herod! — Panie, cała Polska młodaWydana w ręce Heroda.Co widzę? — Długie, białe, dróg krzyżowych biegi,Drogi długie — nie dojrzéć — przez puszczę, przez śniegi,Wszystkie na północ! Tam, tam w kraj daleki10  Płyną jak rzeki.

Płyną: ta droga prosto do żelaznéj bramy;Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy;A tamtej ujście w morzu — Patrz! po drogach leciTłum wozów: jako chmury wiatrami pędzone,15  Wszystkie tam w jednę stronę.Ach, Panie! to nasze dzieci,Tam na północ — Panie, Panie!Takiż to los ich? — wygnanie!I dasz ich wszystkich wygubić za młodu,20  I pokolenie nasze zatracisz do końca? —Patrz — Ha! To dziecie uszło — rośnie — to obrońca!Wskrzesiciel narodu! —

Z matki obcéj; krew jego, dawne bohatéry,A imie jego będzie cztérdzieści i cztéry.

25 Panie! Czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć?Lud mój pocieszyć?Nie! Lud wycierpi — Widzę ten motłoch: tyrany,Zbójce — biegą — porwali — mój Naród związanyCała Europa wlecze, nad nim się urąga:30 »Na trybunał!« — Tam zgraja niewinnego wciąga.Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk: sędzie —To jego sędzie!Krzyczą: »Gal, Gal sądzić będzie«.Gal w nim winy nie znalazł i — umywa ręce;35 A króle krzyczą: »Potęp i wydaj go męce!Krew jego spadnie na nas i na syny nasze.Krzyżuj syna Maryji, wypuść Barabasze!Ukrzyżuj: on cesarza koronę znieważa;Ukrzyżuj: bo powiemy, żeś ty wróg cesarza!«40 Gal wydał — Już porwali — już niewinne skronieZakrwawione, w szyderskiéj, cierniowej koronie,Podnieśli przed świat cały; — i ludy się zbiegły —Gal krzyczy: oto naród wolny, niepodległy!

Ach Panie! Już widzę krzyż — Ach, jak długo, długo45 Musi go nosić — Panie, zlituj się nad sługą!Daj mu siły, bo w drodze upadnie i skona!Krzyż ma długie, na całą Europę ramiona,Z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty.Już wleką: już mój Naród na tronie pokuty;

50 Rzekł: »pragnę« — Rakus octem, Borus żółcią poi;A matka Wolność u nóg zapłakana stoi.Patrz! Oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył,I krew niewinną mego narodu wytoczył.Cóżeś zrobił najgłupszy, najsroższy z siepaczy?55 On jeden poprawi się i Bóg mu przebaczy!

Mój kochanek! Już głowę konającą spuścił,Wołając: »Panie! Panie! za coś mię opuścił!«On skonał!

Ku niebu, on ku niebu, ku niebu ulata!60  I od stóp jego wionęłaBiała jak śnieg szata —Spadła szeroko — cały świat się w nią obwinął.Mój kochanek na niebie, z przed oczu nie zginął:Jako trzy słońca błyszczą jego trzy źrenice,65 I ludom pokazuje przebitą prawicę.

Któż ten Mąż? — To namiestnik na ziemskim padole.Znałem go — był dzieckiem — znałem,Jak urósł duszą i ciałem!On ślepy, lecz go wiedzie anioł pachole,70  Mąż straszny — ma trzy oblicza,On ma trzy czoła.Jak baldakim rozpięta księga tajemniczaNad jego głową, osłania lice.Podnóżem jego są trzy stolice.75 Trzy końce świata drżą, gdy on woła;I słyszę z nieba głosy jak gromy;To namiestnik wolności na ziemi widomy!

On to na sławie zbuduje ogromySwego kościoła!80  Nad ludy i nad króle podniesiony;Na trzech stoi koronach, a sam bez korony:A życie jego — trud trudów,A tytuł jego — lud ludów;Z matki obcéj; krew jego, dawne bohatéry:85  A imie jego cztérdzieści i cztéry.Sława! sława! sława! (zasypia)

Usnął — Wyjmijmy z ciała duszę, jak dziecinęSenną z kolebki złotéj, i zmysłów sukienkęLekko zwleczmy; ubierzmy w światło jak jutrzenkę,90 I lećmy. Jasną duszę nieśmy w niebo trzecie,Ojcu naszemu złożyć na kolanach dziecie:Niech uświęci sennego ojcowską pieszczotą;A przed ranną modlitwą duszę wrócim życiu,I znowu w czystych zmysłów otulim powiciu,95 I znowu złożym w ciało, jak w kolebkę złotą.

Spił się, a nie chce spać;Muszę tak długo stać.Łajdaku, cicho leż!Czy go tam kole jeż?

5  Syp mu na oczy mak.

Zasnął, wpadnę jak źwierz.

Jako na wróbla ptak.

Duszę do piekła wlec,Wężami smagać, piec.

10  Wara!

Coś ty za kmotr?

Belzebub.

No, i coż?

Zwierzyny mi nie płosz.

Ale gdy zaśnie łotr,Do mnie należy sen?

15  Jak ujrzy noc i żar,Srogość i mnogość kar:Zlęknie się naszych scen,Przypomni jutro sen,Może poprawić się:20  Jeszcze daleko zgon.

Pozwól zabawić się!Co ty o niego drżysz?Gdy poprawi się on,Ja każę święcić się,25  I wezmę w ręce krzyż.

Jak zbyt nastraszysz raz,Gotów przypomnieć sen,Gotów oszukać nas,Wypuścisz ptaka z rąk.

30  Ależ braciszek ten,Ten mój najmilszy syn,Będzież on spał bez mąk?Nie chcesz? — ja męczę sam.

Łotrze, a znasz mój czyn?35  Od Cara zwierzchność mam!

Pardon — cóż każesz Waść?

Możesz na duszę wpaść,Możesz ją w pychę wzdąć,A potém w hańbę pchnąć;40  Możesz w pogardzie wlec,I szyderstwami siec:Ale o piekle cyt!My lećmy — fit, fit, fit.

Więc ja za duszę cap:45  A ha, łajdaku, drżysz!

Tylko ją bierz do łap,Lekko, jak kotek mysz.

Pismo! — to do mnie — reskrypt Jego Carskiej Mości!Własnoręczny — ha! ha! ha! — rubli sto tysięcy.50 Order! — Gdzie lokaj? Przypnij tu! Tytuł książęcy!A! a! — Wielki marszałku! a! — pękną z zazdrości!

Do Cesarza! — Przedpokój: oni wszyscy stoją;Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.Marszałek Grand-Controleur — ledwie poznasz, w masce.55  Ach, jakie lube szemrania,Dokoła lube szemrania:»Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce«.Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,Jak śród nałożnic moich łoskotania!60  Każdy się kłania,Jestem duszą zebrania.Patrzą na mnie, zazdroszczą; nos w górę zadziéram.O rozkoszy! Umiéram, z rozkoszy umiéram!

Cesarz! Jego Imperatorska Mość! A! Cesarz wchodzi,65 A! — Co? — Nie patrzy! Zmarszczył brwi, spojrzał ukosem?Ach, Najjaśniejszy Panie! Ach! — Nie mogę głosem,Głos mi zamarł — Ach! dreszcz, pot — ach! dreszcz ziębi, chłodzi —Ach, Marszałek — co? do mnie odwraca się tyłem,Tyłem! A! senatory, dworskie urzędniki!70 Ach, umiéram, umarłem, pochowany, zgniłem,I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.Uciekają odemnie — Ha! jak pusto, głucho,Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczérza zęby,Dbrum! ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

75 Jaki dźwięk! — To kalambur — O brzydka mucho!

Lata mi koło nosa,Jak osa.I epigramy, żarciki, przytyki,Te szmery — Ach, to świérszcze wlazły mi w ucho;80  Moje ucho, moje ucho!

Jaki szmer! Kamerjunkry świszczą jak puszczyki,Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki;Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski;Senator wypadł z łaski, z łaski, z łaski, z łaski!

85 Teraz duszę ze zmysłów wydrzem, jak z okuciaPsa złego. Lecz niecałkiem, nałożym kaganiec:Na wpół zostawim w ciele, by nie tracił czucia;Drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec,Gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna,90 Gdzie z sumnieniem graniczy piekielna kraina;I złe psisko uwiążem tam, na pograniczu:Tam pracuj, ręko moja, tam świstaj, mój biczu.Nim trzeci kur zapieje, musim z téj męczarniWrócić zmordowanego, skalanego ducha;95 Znowu przykuć do zmysłów, jako do łańcucha,I znowu w ciele zamknąć, jako w brudnéj psiarni.

To i u was na Litwie toż samo się dzieje?

Ach, u nas gorzej jeszcze, u nas krew się leje!

Krew?

Nie na polu bitwy, lecz pod ręką kata,Nie od miecza, lecz tylko od pałki i bata.

To bal był taki świetny, i wojskowych wiele?

Ja słyszałem, że było pusto jak w kościele.

Owszem, pełno —

I świetny?

O tém mówić długo.

Służono najniezgrabniéj, choć z liczną usługą;Nie miałem szklanki wina, ułamku pasztetu:10 Tak zawalono całe wniście do bufetu.

W sali tańców, zgoła nic nie ugrupowano,Jak na raucie angielskim po nogach deptano.

Bo to był tylko jeden z prywatnych wieczorów.

Przepraszam, bal proszony — mam dotąd bilety.

15 Tém gorzej; pomieszano grupy, toalety,Nie można było zgoła ocenić ubiorów.

Odtąd, jak Nowosilcow wyjechał z Warszawy,Nikt nie umié gustownie urządzić zabawy;Nie widziałam pięknego balu ani razu:20 On umiał ugrupować bal nakształt obrazu.

Śmiéjcie się Państwo, mówcie, co się wam podoba,A była to potrzebna w Warszawie osoba.

Cichowski uwolniony?

Ja znam Cichowskiego.Właśnie byłem, chciałem się dowiedzieć od niego,25 Żeby między naszymi na Litwie rozgłosić.

My powinniśmy z sobą łączyć się i znosić;Inaczéj, rozdzieleni, wszyscy zginiem marnie.

A jakie on okropne wycierpiał męczarnie!

Ale przeczytaj wreszcie — dajże się uprosić.

30 Ja nie umiem na pamięć.

Zwykłeś z sobą nosić.Masz przy sobie pod frakiem — a — widzę okładki;Damy chcą słyszeć.

Damy? — a! to literatki!Więcéj wierszy francuskich na pamięć umieją,Niźli ja.

Tylko niechaj Panie się nie śmieją.

35 Macie robić lekturę! — przepraszam, — choć umiemPo polsku, ale polskich wierszy nie rozumiem.

Ma racyję poczęści, bo nudne potrochu.

Opiéwa tysiąc wierszy o sadzeniu grochu.

Czytajże. Jeśli ciebie nie będziem słuchali,40 To patrz —

Ten nam gazeciarz swe rymy wypali.Śliczna byłaby wszystkim słuchaczom przysługa.Patrz, jak się on zaprasza, jak śmieje się, mruga.I usta już otworzył jak zdechłą ostrygę,I oko zwrócił wielkie i słodkie jak figę.

45 Wychodzą —

Długie wiersze, jabym piersi strudził.

Dobrze, że nie chce czyltć, boby nas zanudził.

A to jest rzecz okropna! — Słuchajcie Panowie!

Niechaj Pan tym ichmościom o Cichowskim powie.

Cichowski wypuszczony?

Przesiedział lat tyle50 W więzieniu —

Ja myśliłem, że leżał w mogile.

O takich rzeczach słuchać nie bardzo bezpiecznie,A wyjść w środku powieści byłoby niegrzecznie.

Wypuszczony? — to dziwna.

Nie znaleźli winy.

Któż tu mówi o winach? Są inne przyczyny —55 Kto długo był w więzieniu, widział, słyszał wiele —A rząd ma swe widoki, ma głębokie cele,Które musi ukrywać. To jest rzecz rządowa —Tajniki polityczne — myśl gabinetowa.

To się tak wszędzie dzieje — są tajniki stanu —60 Ale Pan z Litwy, — a! a! — to jesl dziwno Panu.Panowie na wsi, to tak chcecie o cesarstwieWiedzieć wszystko, jak gdyby o swem gospodarstwie.

Pan z Litwy i po polsku? Nie pojmuję wcale —Ja myśliłem, że w Litwie to wszystko Moskale.65 O Litwie dalibóg! że mniej wiem niż o Chinach —Constitutionel coś raz pisał o Litwinach;Ale w innych gazetach francuskich ni słowa.

Niech Pan opowié; to rzecz ważna, narodowa.

Znałem starych Cichowskich: uczciwa rodzina;70 Oni są z Galicyji. Słyszałem, że synaWzięli i zamorzyli: mój krewny daleki!Nie widziałem go dawno. — O ludzie, o wieki!Trzy pokolenia przeszły, jak nas przemoc dręczy;Męczyła ojców naszych, — dzieci, wnuków męczy!

75 Znałem go, będąc dzieckiem. — Był on wtenczas młody,Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody;Był duszą towarzystwa; gdzie się tylko zjawił,Wszystkich opowiadaniem i żartami bawił;

Lubił dzieci i często brał mię na kolana,80 U dzieci miał on tytuł wesołego pana.Pamiętam włosy jego: nieraz ręce mojePlątałem w jasnych włosów kędzierzawe zwoje;Wzrok pamiętam: musiał być wesoły, niewinny,Bo kiedy patrzył na nas, zdawał się dziecinny;85 I patrząc na nas, wabił nas do swéj źrenicy,Patrząc nań, myśleliśmy, żeśmy rowiennicy.On wtenczas miał się żenić; — pomnę, że przynosiłDzieciom dary swej przyszłej i na ślub nas prosił.Potém długo nie przyszedł, i mówiono w domu,90 Że niewiedziéć gdzie zniknął, umknął pokryjomu,Szuka rząd, ale śladu dotąd nie wytropił;Nakoniec powiedziano: zabił się, utopił.

Policyja dowodem stwierdziła domysły:Znaleziono płaszcz jego nad brzegami Wisły;95 Przyniesiono płaszcz żonie; poznała: on zginął;Trupa nie znaleziono — i tak rok przeminął.Dlaczegóż on się zabił? Pytano, badano.Żałowano, płakano: wreszcie — zapomniano.I minęło dwa lata. — Jednego wieczora,100 Więźniów do Belwederu wiedziono z klasztora.Wieczór ciemny i dżdżysty; nie wiem, czy przypadkiem,Czy umyślnie ktoś był téj procesyji świadkiem:Może jeden z odważnych Warszawskich młodzieńców,Którzy śledzą pobytu i nazwiska jeńców;105 Warty stały w ulicach, głucho było w mieście —Wtém ktoś z za muru krzyknął: więźnie, kto jesteście?Sto ozwało się imion: śród nich dosłyszanoJego imię, i żonie nazajutrz znać dano.Pisała i latała, prosiła, błagała,110 Lecz prócz tego imienia nic nie posłyszała.I znowu lat trzy przeszło bez śladu, bez wieści.

Lecz niewiedziéć, kto szerzył w Warszawie powieści,Że on żyje, że męczą, że przyznać się wzbrania,I że dotąd nie złożył żadnego wyznania;115 Że mu przez wiele nocy spać nie dozwalano,Że karmiono śledziami i pić nie dawano;Że pojono opijum, nasyłano strachy,Larwy; że łoskotano w podeszwy, pod pachy —Lecz wkrótce, innych wzięto, o innych zaczęli120 Mówić; żona płakała, wszyscy zapomnieli.

Aż niedawno przed domem żony, w nocy dzwonią —Otworzono: Oficer i żandarm pod bronią,I więzień — On! — Każą dać pióra i papieru,Podpisać, że wrócony żywy z Belwederu.125 Wzięli podpis, i palcem pogroziwszy: »jeśliWydasz...« i nie skończyli; jak weszli, odeszli.To on był. — Biegę widzieć; przyjaciel ostrzega:Nie idź dzisiaj, bo spotkasz pod wrotami szpiega.Idę nazajutrz, w progu policyjskie draby;130 Idę w tydzień: on sam mię nie przyjmuje, słaby.Aż niedawno za miastem w pojeździe spotkałem —Powiedziano, że to on: bo go nie poznałem.Utył, ale to była okropna otyłość:Wydęła go zła strawa i powietrza zgniłość;135 Policzki mu nabrzmiały, pożółkły i zbladły,W czole zmarszczki pół wieku, włosy wszystkie spadły.Witam: on mię nie poznał, nie chciał mówić do mnie;

Mówię, kto jestem: patrzy na mnie bezprzytomnie;Gdym dawnéj znajomości szczegóły powiadał,140 Wtenczas on oczy we mnie utopił i badał.Ach! wszystko, co przecierpiał w swych męczarniach dziennych,I wszystko, co przemyślił w swych nocach bezsennych:Wszystko poznałem w jednej chwili z jego oka!Bo na tém oku była straszliwa powłoka.145 Źrenice miał podobne do kawałków szklanych,Które zostają w oknach więzień kratowanych,Których barwa jest szara jak tkanka pajęcza,A które, patrząc z boku, świécą się jak tęcza:I widać w nich rdzę krwawą, iskry, ciemne plamy,150 Ale ich okiem na wskróś przebić nie zdołamy;Straciły przezroczystość, lecz widać po wierzchu,Że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu. —W miesiąc poszedłem znowu; myśliłem, że zdołaRozpatrzyć się na świecie i pamięć przywoła.155 Lecz tyle tysięcy dni był pod śledztwa próbą,Tyle tysięcy nocy rozmawiał sam z sobą,Tyle lat go badały mękami tyrany,Tyle lat otaczały słuch mające ściany,A całą jego było obroną — milczenie,160 A całém jego były towarzystwem — cienie:Że już się nie udało wesołemu miastuZgładzić w miesiąc naukę tych lat kilkunastu.

Słońce zda mu się szpiegiem, dzień donosicielem,Domowi jego strażą, gość nieprzyjacielem.165 Jeśli do jego domu przyjdzie kto nawiedzić,Na klamki trzask on myśli zaraz: idą śledzić;Odwraca się, i głowę na ręku opiéra:Zdaje się, że przytomność, moc umysłu zbiéra,Ścina usta, by słowa same nie wypadły,170 Oczy spuszcza, by szpiegi z oczu co nie zgadły.Pytany, myśląc zawsze, że jest w swém więzieniu,Ucieka w głąb’ pokoju i tam pada w cieniu,Krzycząc zawsze dwa słowa: »nic nie wiem, nie powiem«.I te dwa słowa jego stały się przysłowiom.175 I długo przed nim płacze na kolanach żonaI dziecko, nim on bojaźń i wstręt swój pokona.

Przeszłą niewolę lubią opiéwać więźniowie;Myśliłem, że on ją nam najlepiéj opowie,Wyda na jaw z pod ziemi i z pod straży zbirów,180 Dzieje swe, dzieje wszystkich Polski bohatérów.Bo teraz Polska żyje, kwitnie w ziemi cieniach,Jéj dzieje na Sybirze, w twierdzach i więzieniach.I cóż on na pytanie moje odpowiedział?Że o swoich cierpieniach sam już nic nie wiedział,185 Nie pomniał! — Jego pamięć zapisana cała,Jak księga herkulańska pod ziemią spróchniała!Sam autor zmartwychwstały nie umie w niéj czytać.Rzekł tylko: będę o to Pana Boga pytać,

On to wszystko zapisał, wszystko mnie opowie.

190 Czemu to o tém pisać nie chcecie, Panowie?

Niech to stary Niemcewicz w Pamiętniki wsadzi:On tam, słyszałem, różne szpargały gromadzi.

To historyja!

Straszna.

Dalibóg wyśmienita

Takich dziejów słuchają, lecz kto je przeczyta?195 I proszę, jak opiéwać spółczesne wypadki?Zamiast mitologiji są naoczne świadki.Potém jest to wyraźny, święty przepis sztuki:Że należy poetom czekać, aż — aż —

Póki? —

Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży,200 Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?

Niéma wyraźnych reguł.

Ze sto lat

To mało!

Tysiąc, parę tysięcy —

A mnieby się zdało,Że to wcale nie szkodzi, że przedmiot jest nowy;Szkoda tylko, że nie jest polski, narodowy.205 Nasz naród się prostotą, gościnnością chlubi,Nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi;Śpiéwać, naprzykład, wiejskich chłopców zalecanki,Trzody, cienie — Sławianie, my lubim sielanki.

Spodziéwam się, że Panu przez myśl nie przejedzie,210 Aby napisać wierszem, że ktoś jadał śledzie.Ja mówię, że Poezji niéma bez poloru,A polor być nie może, tam gdzie niema dworu:

Dwór to sądzi o smaku, piękności i sławie;Ach ginie Polska! dworu niémamy w Warszawie.

215 Niéma dworu! — A to mnie dziwi niepomału:Przecież ja jestem mistrzem ceremonijału!

Gdybyś namiestnikowi wyrzekł za mną słówko,Moja żona byłaby pierwszą pokojówką.

Ale próżno, nie dla nas wysokie urzędy!220 Arystokracja tylko ma u dworu względy.

Arystokracja zawsze swobód jest podporą,Niech państwo przykład z Wielkiej Brytaniji biorą.

A łotry! o to kija!A*** G**O to stryczka, haku!Jabym im dwór pokazał, nauczyłbym smaku.

225 Patrzcież, cóż my tu poczniem; patrzcie przyjaciele:Otóż to jacy stoją na narodu czele!

Powiédz raczej: na wierzchu. Nasz naród jak lawa,Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa;Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi,230 Plwajmy na tę skorupę, i zstąpmy do głębi!

Diable! quelle corvée! przecież po obiedzie!La princesse nas zwiodła i dziś nie przyjedzie;Zresztą, en fait des dames, stare albo głupie:Gadać, imaginez-vous, o sprawach przy supie!

5 Je jure, tych patryjotków nie miéć à ma bable,Avec leur franc parlér et leur ton détestable.Figurez vous, ja gadam o strojach, kassynie:A moja kompanija o ojcu, o synie:»On stary, on zbyt młody, Panie senatorze;10 On kozy znieść nie może, Panie senatorze;On prosi spowiednika, on chce widzieć żonę;On... »que sais-je! Piękny dyskurs w obiady proszone.Il y a de quoi oszaléć! Muszę skończyć sprawę,I uciec z tego Wilna w kochaną Warszawę.15 Monseigneur mnie napisał de revenir bientôt;On się beze mnie nudzi, a ja z tą hołotą —Je n’en puis plus...

Mówiłem właśnie, Jaśnie Panie.Że ledwie rzecz zaczęta i sprawa w tym stanie,W jakim jest chory, kiedy lekarz go nawiedzi

20 I zrobi anagnosin... Mnóstwo uczniów siedzi;Tyle było śledzenia, żadnego dowodu;Jeszcześmy nie trafili w samo jądro wrzodu.Cóż odkryło? wierszyki! Ce sont des maux légers,Ce sont, można powiedzieć, accidens passagers:25 Ale osnowa spisku dotąd jest tajemną,I...

Tajemną? — To widzę Panu w oczach ciemno!I nie dziw, po obiedzie. — Więc signor Dottore,Adio, bona notte dzięki za perorę!Tajemną! Sam śledziłem i ma być tajemną?30 I vous osez, docteur, mówić tak przede mną?Któż kiedy widział u nas formalniejsze śledztwa?

Wyznania dobrowolne, skargi i świadectwa:Wszystko jest; i tu cały spisek świętokradzki,Stoi spisany jasno, jak ukaz senacki. —35 Tajemną! — Za te nudy, owoż co mam w zysku.

Jaśnie Panie, excusez, któż wątpi o spisku!Właśnie mówię, — że...

Człowiek kupca KanissynaCzeka i jakiś Panu rejestr przypomina.

Rejestr? — jaki tam rejestr? kto?

Kupiec Kanissyn,40 Co mu Pan przyjść rozkazał...

Idźże precz, sukisyn!Widzisz, że ja zajęty.

A głupie bestyje,Przychodzić! — Pan senator, widzisz, kawę pije.

On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,On zrobi proces.

Napisz grzecznie, niechaj czeka.

45 A propos, — ten Kanissyn, trzeba mu wziąć synaPod śledztwo. — Oj, to ptaszek!

To mały chłopczyna

Oni to wszyscy mali: ale patrz w ich serce;Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.

Syn Kanissyna w Moskwie.

W Moskwie? A, voyez vous,50 Emissaryjusz klubów? — Czas zabieżéć temu,Wielki czas.

On podobno u kadetów służy.

U kadetów? — Voyez vous? on tam wojsko burzy.

Dzieckiem z Wilna wyjechał.

Oh! cet incendiaire,Ma tu korespondentów, (do Sekretarza)Ce n’est pas ton affaire.55 Rozumiész! — Hej deżurny! — We dwadzieścia cztéryGodzin wysłać kibitkę i zabrać papiéry.Zresztą, ojciec lękać się nas niéma przyczyny,Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.

Właśnie, jak miałem honor mówić Jaśnie Panu,60 Są tam ludzie różnego i wieku i stanu:To najniebezpieczniejsze jest spisku symptoma,A wszystkiém rusza pewna sprężyna kryjoma,Którą...

Kryjoma?

Mówię, tajemnie skrywana,Odkryta dzięki przezorności Jaśnie Pana.

65 To szatan niecierpliwy; z tym człowiekiem bieda!Mam tyle ważnych rzeczy; wymówić mi nie da.

Co Pan Senator każe z Rolissonem robić?

Jakim?

Co to na śledztwie musiano go obić.

Eh bien?

On zachorował.

Wieleż kijów dano?

70 Byłem przy śledztwie, ale tam nie rachowano.Pan Botwinko śledził go.

Pan Botwinko! cha! cha!O, nieprędko on kończy, gdy się raz rozmacha:Ja zaręczam, że on go opatrzył nieszpetnie —Parions, że mu wyliczył najmniej ze trzy setnie.

75 Trois cents coups, et vivant? Trois cents coups, le coquin:Trois cents coups, sans mourir? — quel dos de jacobin!Myśliłem, że w Rossyji la vertu cutannéeSurpasse tout: ten łotr ma une peau mieux tannée!Je n’y conçois rien! Ha, ha, ha, ha, mon ami.

80 Polaki nam odbiorą nasz handel skórami!Un honnête soldat en serait mort dix fois!

Quel rebelle! (Podchodzi do stolika)Dla Pana mam un homme de bois:Chłopiec drewniany; dał mu sam Botwinko kije.Trzysta kijów dziecięciu — figurez vous? — żyje!85 (Do Pelikana) Nic nie wyznał?

Prawie nic, zęby tylko zaciął;Krzyczy, że nie chce skarżyć niewinnych przyjaciół.Ale z tych kilku słówek odkrywa się wiele:Widać, że ci uczniowie jego przyjaciele.

C’est juste. Jaki upór!

Właśnie powiedziałem90 Jaśnie Panu, że młodzież zarażają szałem,Ucząc ich głupstw: na przykład, starożytne dzieje!Któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje.

Vous n’aimez pas l’histoire? Ha, ha, un satiriqueAurait dit, że boisz się devenir historique.

95 I owszem, uczyć dziejów: niech się młodzież dowie,Co robili królowie, wielcy ministrowie...

C’est juste.

Właśnie mówię, widzi Pan Dobrodziéj,Że jest sposób wykładać dzieje i dla młodzi:Lecz poco zawsze prawić o republikanach,100 Zawsze o Ateńczykach, Spartanach, Rzymianach?

Patrz, patrz, jak za nim łazi pochlebca przeklęty,I wścibi mu się w łaskę — Co to za wykręty!

Ale cóż o tem mówić, czy to teraz pora?Zważ-no, czy można nudzić Pana senatora?

105 Czy Pan rozkaże wpuścić te panie — kobiety —Pan wié — co wysiadają tu codzień z karety.Jedna ślepa, a druga —

Ślepa? Któż to ona?

Pani Rollison.

Matka tego Rollisona.

Codzień tu są.

Odprawić było —

Z Panem Bogiem!

110 Odprawiamy; lecz siada i skwiérczy pod progiem.Kazaliśmy brać w areszt: ze ślepą kobiétą

Trudno iść; lud się skupił, żołnierza wybito.Czy mam wpuścić?

E! rady sobie dać nie umiész!Wpuścić; tylko aż do pół schodów — czy rozumiész?115 A potem ją sprowadzić — aż w dół: o tak (z giestem) tęgo,Żeby nas nie nudziła więcej swą włóczęgą,

No, czegóż stoisz, pódźże —

Elle porte une lettre.(Oddaje list)

Któżby to za nią pisał?

La princesse peut-être.

Księżna! Skąd jej to przyszło? Na kark mi ją wpycha.120 Avec quelle chaleur! — Wpuścić ją do licha!

To stara czarownica, mère de ce fripon.

Witam, witam. Któraż z Pań jest Pani Rollison?

Ja — Mój syn! Panie Dobrodzieju...

Proszę — chwilę.Pani masz list, a pocóż przyszło tu Pań tyle?

125 Nas dwie.

I pocóż Panią mam tu honor witać?

Pani Rollison trudno drogi się dopytać,Nie widzi —

Ha! nie widzi — a to wącha może?Bo codzień do mnie trafia.

Ja tu ją przywożę,Ona sama i stara i nie bardzo zdrowa.

130 Na Boga...

Cicho, (do drugiéj) Pani któż jesteś?

Kmitowa

Lepiéj siedź w domu i miéj o synach staranie.Jest na nich podejrzenie.

Jakto, jakto? Panie!

Panie! litość! — Ja wdowa! Panie senatorze!Słyszałam, że zabili. — Czyż można, mój Boże!135 Moje dziecko! — Ksiądz mówi, że on jeszcze żyje:Ale go biją, Panie! Któż dzieci tak bije! —Jego zbito — zlituj się — po katowsku zbito. (Płacze)

Gdzie? kogo? — Gadaj przecie po ludzku, kobiéto!

Kogo? Ach dziecko moje! Mój Panie — ja wdowa —140 Ach, wieleż to lat, póki człek dziecko wychowa!Mój Jaś już drugich uczył: niech Pan wszystkich spyta,Jak on uczył się dobrze. — Ja biédna kobiéta!On mnie żywił ze swego szczupłego dochodu —Ślepa — on był mnie okiem — Panie, umrę z głodu.

145 Kto poplótł, że go bili, nie wyjdzie na sucho.Kto mówił?

Kto mnie mówił?... ja mam matki ucho.Ja ślepa: teraz w uchu cała moja dusza,Dusza matki. — Wiedli go wczora do ratusza;Słyszałam —

Wpuszczono ją?

Wypchnęli mię z progu,150 I z bramy, i z dziedzińca. Siadłam tam na rogu,Pod murem; — mury grube — przyłożyłam ucho —Tam siedziałam od rana. — W północ w mieście głucho,

Słucham — w północ, tam z muru — nie, nie zwodzę siebie,Słyszałam go, słyszałam, jak Pan Bóg na niebie;155 Ja głos jego słyszałam uszami własnemi —Cichy, jakby z pod ziemi, jak ze środka ziemi.I mój słuch wszedł w głąb’ muru, daleko, głęboko:Ach, daléj poszedł, niźli najbystrzejsze oko.Słyszałam — męczono go! —

Jak w gorączce bredzi!160 Ale tam, moja Pani, wielu innych siedzi!

Jakto? — Czyż to nie był głos mojego dziecięcia?Niema owca pozna głos swojego jagnięciaŚród najliczniejszej trzody, — Ach to był głos taki! —Ach, dobry Panie, żebyś słyszał raz głos taki,165 Tybyś już nigdy w życiu spokojnie nie zasnął!

Syn Pani zdrów być musi, gdy tak głośno wrzasnął.

Jeśli masz ludzkie serce...

Monsieur le sénateur —O! je vous interromps... On va chanter le choeurDe Don Juan, et puis le concerto de Herz...

170 Herz! choeur! Tu także była mowa około serc.

Vous venez à propos, vous, belle comme un coeur!Moment sentimental! Il pleut ici des coeurs.

Żeby le grand duc Michel ten kalambur wiedział,Ma foi, to jużbym dawno w Radzie państwa siedział.

175 J’y suis — dans un moment.

Panie, nie rzucaj nasW rozpaczy! Ja nie puszczę...

Faites-lui donc grâce!

Diable m’emporte, jeśli wiem, czego chce ta jędza.

Chcę widzieć syna.

Cesarz nie pozwala.

Księdza!

Księdza przynajmniéj poślij: syn mój prosi księdza,180 Może kona! — Gdy ciebie płacz matki nie wzruszy:Bój się Boga! dręcz ciało, ale nie gub duszy.

C’est drôle! Kto te po mieście wszystkie plotki nosi?Kto Wać Pani powiedział, że on księdza prosi?

Ten ksiądz poczciwy mówił. On tygodni tyle185 Biega, błaga; lecz nie chcą wpuścić i na chwilę,Spytaj księdza, on powié...

To on wié? poczciwy —No zgoda, zgoda, — dobrze, — Cesarz sprawiedliwy:Cesarz księży nie wzbrania; owszem sam posyła,Aby do moralności młodzież powróciła.190 Nikt jak ja religiji nie ceni, nie lubi — (Wzdycha).Ach! ach! Brak moralności, to, to młodzież gubi!Eh bien, żegnam więc Panie.

Ach, panienko droga!Wstaw się ty jeszcze za mną, ach na rany Boga!Mój syn mały! — rok siedzi o chlebie i wodzie,195 W zimném, ciemném więzieniu, bez odzieży, w chłodzie...

Est-il possible?

Jakto, jakto? on rok siedział?Jakto? 'Imaginez-vous — jam o tém nie wiedział!

Słuchaj, trzeba tę sprawę najpierwéj rozpatrzyć:Jeśli to prawda, uszy komisarzom natrzéć.

200 Soyez tranquille, przyjdź tu o siódméj godzinie.

Nie płacz tak, Pan Senator nie wié o twym synie;Jak się dowie, obaczysz, może oswobodzi.

Nie wié?... chce wiedziéć? O, niech mu Pan Bóg nagrodzi!

Ja to zawsze mówiłam ludziom: być nie może205 Tak okrutny, jak mówią: on stworzenie Boże,On człowiek, jego matka mlekiem wykarmiła —Ludzie śmieli się: widzisz, jam prawdę mówiła.

Tyś nie wiedział. Te łotry wszystko tobie tają.Wierz mi, Panie, tyś łotrów otoczony zgrają!210 Nie ich pytaj, nas pytaj: my wszystko powiémy,Całą prawdę —

No, dobrze, o tém pomowiémy:Dziś niémam czasu, adieu — Księżnéj powiedz Pani,Że co można, to wszystko każę zrobić dla niéj.

Adieu, Madame Kmit, adieu — co mogę, to zrobię.

215 Waść, Księże, zostań; parę słów mam szepnąć tobie.

J’y suis dans un moment.

A szelmy! łajdaki!Łotry! Stoicie przy drzwiach — i porządek taki? —Skórę wam zedrę, szelmy, służby was nauczę:

Słuchaj — ty idź za babą —

(Do Pelikana) Nie, Panu poruczę:220 Skoro wyjdzie od Księżnéj, daj jéj pozwolenieWidziéć syna, i prowadź aż tam — tam, w więzienie;Potem osobno zamknij, — tak na cztéry klucze.C’en est trop — a łajdaki! służby was nauczę!

Pan kazał wpuścić —

Co? co? — Ty śmiesz, ty! mnie?... gadać?225 Toś wyuczył się w Polsce panu odpowiadać?...Stój, stój, ja cię oduczę! — Wieść go do kwateryPolicmejstra — sto kijów i tygodni czteryNa chleb i wodę —

Niech Pan Senator uważy,Iż mimo tajemnicy i czujności straży,230 O biciu Rollisona niechętne osobyWieść roznoszą i może wynajdą sposoby,Oczernić przed cesarzem nasze czyste chęci,Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.

Właśnie ja rozmyślałem nad tém, Jaśnie Panie.235 Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie;

Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,A okna są zamknięte...

On chory na płuca;Nie należy w zamknioném powietrzu go morzyć;Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.240 Mieszka na trzeciém piętrze — powietrza użyje...

Wpuszczać mi na kark babę, gdy ja kawę piję!Nie dadzą chwili —

Właśnie mówię, Jaśnie Panie,Że potrzeba miéć większe o zdrowiu staranie.Po obiedzie, mówiłem zawsze, niechaj Pan te245 Sprawy odłoży na czas... Ça mine la santé.

Eh, mon docteur, przed wszystkiém służba i porządek!Potém, to owszem dobrze na słaby żołądek;To żółć porusza, a żółć fait la digestion.Po obiedzie, ja mógłbym voir donner la question,250 Kiedy tak każe służba... En prenant son café,Wiész co, to chwila właśnie widzieć auto-da-fé.

Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...

Pochować!I pozwalam, jeżeli zechcesz, balsamować.255 A propos balsam: Bajkow, tobie by się zdałoTrochę balsamu; bo masz takie trupie ciało,A żenisz się. Czy wiécie? On ma narzeczoną.

Tę panienkę, tam patrzaj, białą i czerwoną...Fi! pan młody, avec un teint si délabré!260 Powinienbyś brać ślub twój jak Tyber à Capré,Nie pojmuję, jak oni mogli pannę zmusić,Pięknemi usteczkami słowo tak wyksztusić.

Zmusić? — Parions, że ja z nią za rok się rozwiodę,I potém co rok będę brał żoneczki młode,

265 Bez przymusu. Dość spojrzeć na tę lub na ową:C’est beau małéj szlachciance być jenerałową.Spytaj księdza, jeżeli zapłacze przy ślubie.

A propos księdza —

Pódźno, mój czarny Cherubie!Patrzcie, quelle figure! — On ma l’air d’un poète —270 Czy ty widziałeś kiedy un regard aussi bête?Potrzeba go ożywić. — Masz rómu kieliszek.

Nie piję.

No, kapłanie, pij!

Jestem braciszek.

Braciszek czy stryjaszek, skądże to WaszeciWiedzieć, co po więzieniach robią cudze dzieci?275 Czy to Waszeć chodziłeś z wieściami do matki?

Ja.

Zapisz to wyznanie — a oto są świadki.

A skądżeś o tém wiedział; he? Ptaszek nielada!Spostrzegł się, że notują, i nie odpowiada...W jakim klasztorze bractwo twe?

U Bernardynów.

280 A u Dominikanów pewnie masz kuzynów?Bo u Dominikanów ten Rollison siedział.No gadajże: skąd ty wiész, kto ci to powiedział?Słyszysz! Ja tobie każę. — Nie szepc mi pocichu.Ja w imieniu Cesarza każę: słyszysz, mnichu?285 Mnichu! Czy ty słyszałeś o ruskim batogu?

Zapisz, że milczał.do Księdza: Wszak ty służysz Panu Bogu —Znasz ty teologiją? — Słuchaj, teologu:Wiész ty, że wszelka władza od Boga pochodzi?Gdy władza każe mówić, milczéć się nie godzi.

290 A czy wiész, mnichu, że ja mógłbym cię powiesić,I obaczym, czy przeor potrafi cię wskrzesić.

Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jéj słucha:Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.

Jeżeli cię powieszę, a cesarz się dowié,295 Żem zrobił nieformalnie: a wiész, co on powié?»Ej senatorze, widzę, że się już ty bisisz«.A ty mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz!Pódźno bliżej, ostatni raz będę cię badał:Wyznaj, kto tobie o tém biciu rozpowiadał?300 He? — Milczysz? Już od Boga ty się nie dowiedział —Któż mówił? — Co? — Bóg? — anioł? — djabeł?

Tyś powiedział.

Tyś! — mnie mówić tyś? — tyś — tyś... ha, mnich!

Ha, kapcanie!Mówi się Panu — Jaśnie Oświecony Panie!

Naucz go tam jak mówić. Ten mnich widzę z chléwa.305 Daj mu tak — (Pokazuje ręką)

Widzisz, ośle, Senator się gniéwa!

Panie, odpuść mu, Panie, on nie wié, co zrobił!Ach bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił.Dziś ty staniesz przed Bogiem.

Co to?

On błaznuje.Daj mu jeszcze raz w papę, niech nam prorokuje.

310 Bracie! I ty poszedłeś za jego przykładem!Policzone dni twoje, pójdziesz jego śladem.

Hej, posłać po Botwinkę! Zatrzymać tu klechę!Ja sam będę przy śledztwie, będziem mieć uciechę:Obaczym, czy on będzie milczał tak upornie.315 Ktoś go namówił.

Właśnie przedstawiam pokornie,To jest rzecz umówiona, i te wszystkie spiskiKieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski.

Que me dites vous là, mon cher, o Książęciu?Impossible —

Kto wié — eh! — Śledztwo lat dziesięciu,320 Nim się książę wyplącze, jeśli ja go splątam.

Skądże wiész?

Dawno, czynnie, sprawą się zaprzątam.

I Pan mnie nie mówiłeś?

Jaśnie Pan nie słuchał:Ja mówiłem, że ktoś to ten pożar rozdmuchał.

Ktoś! ktoś! Ale czy Książę?

Mam ślad oczywisty,325 Mam doniesienia, skargi i przejęte listy.

Listy Księcia?

Przynajmniej jest mowa o KsięciuW tych listach, i o całém jego przedsięwzięciu,I wielu profesorów — a główném ogniskiemJest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem.

330 Ach, gdyby jaki dowód! choćby podejrzenie,Ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie!Nieraz już mi o uszy obiła się mowa:To Czartoryski wyniósł tak Nowosilcowa.Obaczym teraz, kto z nas będzie mógł się chwalić:335 Czy ten, co umiał wynieść, czy ten, co obalić.

Pójdź, que je vous embrasse! A! a! to rzecz inna!

Ja wraz zgadnąłem, że to sprawa nie dziecinna;Ja wraz zgadnąłem, że to jest Książęcia sztuka.

I Pan zgadnął? Zjé djabła, kto Pana oszuka.

340 Choć ja wiem o tém wszystkiem, Panie Radzco stanu;Jeśli odkryć dowody udało się Panu,Écoutez, daję Panu sanatorskie słowo:Naprzód pensyję roczną powiększę połową,I tę skargę za dziesięć lat służby policzę;345 Potém może starostwo, dobra kanonicze,Order — kto wie? Nasz cesarz wspaniale opłaca;Ja go sam będę prosił, już to moja praca.

Mnie też to kosztowało niemało zabiegów;Ze szczupłéj mojej płacy opłacałem szpiegów;350 A wszystko z gorliwości o dobro cesarza.

Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.

Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;

Wieczorem będziem wszystko razem trutynować.

Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe:355 A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!...

Przyaresztuj doktora razem z papierami.

To ważna sprawa, musim zatrudnić się sami,Doktor wymknął się z pewném słówkiem niemnyśnie.Zbadałem go, a śledztwo ostatek wyciśnie.

360 Niedawno mię odpychał — ho, ho, Pelikanie!I ja go zepchnę, i tak, że już nie powitanie!(Do Senatora) Zaraz wracam.

O ósmej ja wyjeżdżam z miasta.

Co to? na mym zegarku godzina dwunasta?

Już piąta.

Co, już piąta? — Ledwie oczom wierzę:365 Mój indeks na dwunastej, na samym numerzeStanął, i na dwunastej sam indeksu nosek;Żeby choć o sekundę ruszył, choć o włosek!

Bracie! i twój już zegar stanął i nie ruszyDo drugiego południa. — Bracie, myśl o duszy.

370 Czego ty chcesz?

Proroctwo tobie jakieś burczy.Patrz, jak mu oczy błyszczą: istny wzrok jaszczurczy!

Bracie, Pan Bóg różnemi znakami ostrzega.

Ten braciszek coś bardzo wygląda na szpiega —

Czy można?

C’est indigne!

Ah! mon cher sénateur,375 Czekamy, posyłamy!

Vraiment, c’est un malheur.

Wreszcie przyszłyśmy szukać...

Cóż to? Jaka gala!

I tu możemy tańczyć; dość obszerna sala.

Pardon, mille pardons, j’étais très occupé.Que vois-je, un menuet? Parfaitement groupé!380 Cela m’a rappelé les jours de ma jeunesse!

Ce n’est qu’une surprise.

Est-ce vous, ma déesse!Que j’aime cette danse! Une surprise? Ah! dieux!

Vous danserez, j’espère.

Certes, et de mon mieux.

Patrz, patrz starego: jak się wije,385  Jak sapié. Oby skręcił szyję!

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan!

Il créuera dans l’instant.

Patrz, jak on łasi się i liże,Wczora mordował, tańczy dziś!390  Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,Skacze jak w klatce ryś.

Wczora mordował i katowałI tyle krwi niewinnej wylał;Patrz, dzisiaj on pazury schował,395  I będzie się przymilał.

Tańczy senator, czy widzicie?Ej, sowietniku? pódźmy w tan!

Uważaj, czy to przyzwoicie,Byś ze mną tańczył Pan.

400  Ale tu znajdziem kilka dam.

Ale nie o to idzie rzecz:Ja sobie wolę tańczyć sam,Niż z tobą — pódźże precz.

Skądże to?

Jestem sowietnikiem.

405  Ja jestem officerski syn.

Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,Kto ma tak niski czyn.

Pódź Półkowniku, pódźże w taniec:Widzisz, że tańczy sam senator.

410  Jaki tam gadał oszarpaniec? (pokazując Regestratora)

Kolleski regestrator!

Ta szuja istne jakóbiny!

Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan.

Jak tu pomieszały się czyny!

415  Il crèvera dans l’instant.

Ah, quelle beauté! quelle grâce!

Jaka to świetność, przepych jaki!

Ach łotry, szelmy, ach łajdaki!Żeby ich piorun trzasł!

420  Chcę zrobić znajomość starosty.On piękną żonę, córkę ma:Ale zazdrośny —

To człek prosty;Niech Pan to na nas zda.

A żona Pańska?

W domu siedzi.

425  A córki?

Jedną tylko mam.

I córka balu nie odwiedzi!

Nie.

Pan tu sam?

Ja sam.

I żona nie zna Senatora?

Dla siebie tylko żonę mam.

430  Chciałam wziąć córkę pańską wczora.

Usłużność Pani znam.

Tu w menuecie para zbywa:Senator potrzebuje dam.

Moja córka w parach nie bywa:435  Jéj parę znajdę sam.

Mówiono, że tańczy i grywa;Senator chciał zaprosić sam.

Widzę, że pan senator wzywaNaraz po kilka dam.

440  Jaka muzyka, jaki śpiew!Jak pięknie meblowany dom!

Te szelmy z rana piją krew,A po obiedzie róm.

Drze ich, to prawda, lecz zaprasza:445  Takiemu dać się drzéć nie żal.

Po turmach siedzi młodzież nasza:Nam każą iść na bal.

Nie dziw, że nas tu przeklinają:Wszak to już mija wiek,450  Jak z Moskwy w Polskę nasyłająSamych łajdaków stek.

Patrz, jak się Bajkow, Bajkow rucha:Co to za mina, co za ruch?Skacze, jak po śmieciach ropucha,455  Patrz, patrz, jak nadął brzuch.Wyszczérzył zęby; nazbyt łyknął.Patrz, jak otwiera gębę on.Słuchaj, ach słuchaj: Bajkow ryknął.

Mon général, quelle chanson!

460  Quel honneur, quel bonheur!Ah! monsieur le sénateur!Je suis votre humble serviteur, etc.

Général, ce sont vos paroles?

Oui.

Je vous en fais mon compliment.

465  Ces couplets sont vraiment fort drôles;Quel ton satirique el plaisant!

Pour votre muse sans rivale,Je vous ferais académicien.

Senator dziś będzie rogal.

470  Va, va, je te coifferai bien.

Nazbyt ohydni, nazbyt starzy.

Jeśli ci zbrzydnął, to go rzuć.

Jak mojéj córeczce do twarzy!

Jak od nich rómem czuć!

475  Tylko Zosieńku, podnieś wzrok,Może Senator cię obaczy.

Jeżeli o mnie się zahaczy,Dam rękojeścią (biorąc za karabelę) — w bok.

Ach jaka świetność, przepych jaki!480  Ah, quelle beauté, quelle grâce!

Ach, szelmy, łotry, ach, łajdaki!Żeby ich piorun trzasł!

Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić,Lub zamalować w pysk.

485  Cóż stąd? Jednego łotra zgładzić,Lub obić: co za zysk?Oni wyszukają przyczyny,By uniwersytety znieść,Krzyknąć, że ucznie jakóbiny,490  I waszą młodzież zjeść.

Lecz on zapłaci za męczarnie,Za tyle krwi i łez.

Cesarz ma u nas liczne psiarnie:Cóż, że ten zdechnie pies?

495  Nóż świerzbi w ręku: pozwól ubić.

Ostrzegam jeszcze raz!

Pozwól przynajmniej go wyczubić.

A zgubić wszystkich was!

Ach szelmy, łotry, ach zbrodniarze!

500  Muszę ciebie wywieść za próg.

Czyż go to za nas nikt nie skarze?Nikt się nie pomści?...

Bóg!

Co to jest — Co to?

Jaka muzyka ponura!

Jak ciemno. Patrz-no, jaka zebrała się chmura

505  Cóż to? Czemu nie grają?

Zmylili się.

Pałki!

Bo to miano grać różne z opery kawałki,Oni nie zrozumieli i stąd zamieszanie.

No, no, no! — Arrangez donc! No, Panowie, Panie —

Puszczaj mię! puszczaj...

Ślepa?

Widzi: — patrz, jak sadzi510 Po schodach. Zatrzymajcie!

Kto jéj co poradzi!

Ja go znajdę tu tego pijaka, tyrana!

A! patrz, jak obaliła! — A! a! opętana!

Gdzie ty? Znajdę cię, mózgi na bruku rozbiję,Jak mój syn! Ha tyranie! Syn mój! syn nie żyje!515 Wyrzucili go oknem! — Czy ty masz sumienie?Syna mego, tam z góry, na bruk, na kamienie...Ha, ty pijaku stary, zbryzgany krwią tyluNiewiniątek, pódź! gdzie ty, gdzie ty, krokodylu?

Ja ciebie tu rozedrę, jak mój Jaś, na sztuki —520 Syn! Wyrzucili z okna, z klasztoru, na bruki.Me dziécie, mój jedynak, mój ojciec żywiciel —A ten żyje, i Pan Bóg jest, i jest Zbawiciel?

Nie bluźń, kobieto! Syn twój zraniony, lecz żyje.

Żyje? Syn żyje? — Czyje to są słowa, czyje?525 Czy to prawda, mój Księże? — Ja zaraz pobiegłam —»Spadł« krzyczą! Biegę — wzięli — i zwłok nie dostrzegłam:Zwłok mego jedynaka! — Ja biédna sierota!Zwłok syna nie widziałam! Widzisz: — ta ślepota!Lecz krew na bruku czułam. — Przez Boga żywego,530 Tu czuję! krew tę samę! Tu krew syna mego.Tu jest ktoś krwią zbryzgany — tu, tu jest kat jego!

Słowo stało się ciałem! — To tu!

Tu! tu!

Nie tu.

Jak blisko: w sam róg domu uniwersytetu.

Okna doktora!

Słyszysz w domu krzyk kobiéty?

535 Cha, cha, cha, djabli wzięli!

Nasz doktor?...

— ZabityOd piorunu. Fenomen ten godzien rozbiorów:Około domu stało dziesięć konduktorów,A piorun go w ostatnim pokoju wytropił.Nic nie zepsuł i tylko ruble srebrne stopił.540 Srebro leżało w biurku, tuż u głów doktora,I zapewne służyło dziś za konduktora.

Ruble rossyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne.

Panie zmieszały taniec — jak Panie niegrzeczne.

Wynieście ją, wynieście — pomóc téj kobiecie.545 Wynieście ją.

Do syna?

Wynieście, gdzie chcecie.

Syn jéj jeszcze nie umarł, on jeszcze oddycha:Pozwól mnie iść do niego.

Idź, gdzie chcesz do licha!

Doktor zabity — Ah! ah! ah! c’est inconcevable!Ten ksiądz mu przepowiedział — Ah! Ah! Ah! c’est diable!

550 No i cóż w tém strasznego? — Wiosną idą chmury,Z chmury piorun wypada: — taki bieg natury.

Już gadajcie co chcecie, a strach zawsze strachem.Ja nie chcę dłużéj z wami być pod jednym dachem;Mówiłam: mężu, nie léź do tych spraw dziecinnych —555 Pókiś knutował żydów, chociaż i niewinnych,Milczałam: ale dzieci! A widzisz doktora?

Głupia jesteś.

Do domu wracam, jestem chora.

Przeklęty doktor! Żyjąc, nudził mnie do mdłości,A jak zdechł, patrzaj, jeszcze rozpędza mi gości.

560 Voyez, jak ten ksiądz patrzy — voyez quel oeil hagard;To jest dziwny przypadek, un singulier hasard.Powiedz no, mój księżuniu, czy znasz jakie czary?Skąd przewidziałeś piorun? — Może boskie kary?

Prawdę mówiąc, ten doktor troszeczkę przewinił:565 Prawdę mówiąc, ten doktor nad powinność czynił.On aurait fort à dire — kto wié, są przestrogi —Mój Boże, czemu prostéj nie trzymać się drogi?

No, i cóż Księże? — Milczy! milczy i zwiesił nos.Ale go puszczę wolno: — on dirait bien des choses!...

570 Cha! cha! cha! jeśli śledztwo jest niebezpieczeństwem:Toćby nas przecie pierun zaszczycił pierwszeństwem.

Opowiem wam dwie dawne, ale pełne treści —

O piorunie? — doktorze? — Mów!

— Dwie przypowieści.Onego czasu, w upał przyszli ludzie różni575 Zasnąć pod cieniem muru: byli to podróżni.Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,Anioł pański zbudził go: wstań, bo mur się wali.On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:Wstał, a mur inne pobił. On, ręce złożywszy580 Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie,A pański anioł stanął przed nim i tak powie:

Ty najwięcéj zgrzeszyłeś: kary nie wyminiesz;Lecz ostatni, najgłośniéj, najhaniebniéj zginiesz.

A druga powieść taka. Za czasu dawnego,585 Pewny wódz rzymski pobił króla potężnego;I kazał na śmierć zabić wszystkie niewolniki,Wszystkie rotmistrze półków i wszystkie setniki:Ale króla samego przy życiu zostawił,Tudzież starosty, tudzież półkowniki zbawił. —590 I mówili do siebie głupi więźnie owi:Będziem żyć, podziękujmy za życie wodzowi.Aż jeden żołnierz rzymski, co im posługował,Rzekł im: zaprawdę, wódz was przy życiu zachował,Bo was przykuje przy swym tryjumfalnym wozie,595 I będzie oprowadzał po całym obozie,I do miasta powiedzie; bo wy z tych jesteście,Których wodzą po Rzymie, oném sławném mieście,Aby lud rzymski krzyknął: patrzcie, co wódz zrobił,On takie króle, takie półkowniki pobił!600 Potém, gdy was w łańcuchach złotych oprowadzi,Odda was w ręce kata, a kat was osadziNa głębokie, podziemne i ciemne wygnanie,Kędy będzie płacz wieczny i zębów zgrzytanie.Tak mówił żołnierz rzymski. Do żołnierza tego605 Król gromiąc, rzekł: twe słowa są słowa głupiego;

Czyś ty kiedy na ucztach z twoim wodzem siedział,Ażebyś jego rady, jego myśli wiedział?Zgromiwszy, pił i śmiał się z swymi współwięźniami,Ze swymi hetmanami i półkownikami.

610 Il bal la campagne. Księże, gdzie chcesz, ruszaj sobie.Jeśli cię jeszcze złowię: tak skórę oskrobię,Że cię potém nie pozna twa matka rodzona,I będziesz mi wyglądał jak syn Rollisona.

Dziwna rzecz! Nie widziałem nigdy téj postaci:615 A znam go, jak jednego z mych rodzonych braci.Czy to we śnie? Tak, we śnie; teraz przypomniałem.Taż sama twarz, te oczy, we śnie go widziałem.On to, zdało się, że mię wyrywał z otchłani.

Mój Księże, choć jesteśmy mało sobie znani,

620 — Przynajmniéj Ksiądz mię nie znasz — przyjmij dziękczynienieZa łaskę, którą tylko zna moje sumnienie.Drodzy są i widziani we śnie przyjaciele,Gdy prawdziwych na jawie widzim tak niewiele.Weź, proszę, ten pierścionek, przedaj; daj połowę625 Ubogim, drugą na mszę, za dusze czyscowe:Wiem co cierpią, jeżeli czyściec jest niewolą;Mnie, kto wié, czy już kiedy słuchać mszy pozwolą.

Pozwolą — Za pierścionek ja ci dam przestrogę:Ty pojedziesz w daleką, nieznajomą drogę,630 Będziesz w wielkich, bogatych i rozumnych tłumie:Szukaj męża, co więcéj niźli oni umie.Poznasz, bo cię powita pierwszy w Imie Boże;Słuchaj co powie...

Cóż to? tyżeś?... czy być może?Stój na chwilę... dla Boga...

Bywaj zdrów! nie mogę.

635 Jedno słowo...

Nie wolno! każdy w swoję drogę. —

Już idą w cerkiew gromady,I wkrótce zaczną się dziady.Iść nam pora, już noc głucha.

Ja tam nie pójdę, guślarzu;Ja chcę zostać na smętarzu,Chcę jednego widziéć ducha:Tego, co przed laty wielu,Zjawił się po mém weselu,Co pośród duchów gromady,10  Stanął nagle krwawy, blady,

I mnie dzikiém okiem łowiłI ani słowa nie mówił.

On żył może, gdym go badał:Dlatego nie odpowiadał.15  Bo na duchów zgromadzenie,W tajemniczą noc na dziady,Można wzywać żywych cienie.Ciała będą u biesiady,Albo u gry, albo w boju,20  I zostaną tam w pokoju:Dusza zwana po imieniuObjawia się w lekkim cieniu:Lecz póki żyje, ust niema,Stoi biała, głucha, niema.

25  Cóż znaczyła w piersiach rana?

Widać, że w duszę zadana.

Ja tu sama zgubię drogę.

Ja tu z tobą zostać mogę.Tam beze mnie zrobią czary,30  Jest tam inny guślarz stary. —

Czy słyszysz te śpiéwy w dali?Już się tam ludzie zebrali.Pierwszą klątwę już zaklęli,Klątwę wianka i kądzieli;Wezwali powietrznych duchów.Widzisz tych świateł tysiące,Jakby gwiazdy spadające?Ten ognistych ciąg łańcuchów?To powietrznych roje duchów.40  Patrz, już nad kaplicą świecąPod czarnym niebios obszarem:Jak gołębie, kiedy lecąW nocy nad miasta pożarem;Gdy białemi skrzydeł puchy45  Odbijając żar ogniska,Ptastwo, jak stado gwiazd błyska.

On nie będzie z temi duchy!

Widzisz, blask z kaplicy bucha.Teraz klęli ognia władzą:50  Ciała w mocy złego duchaZ pustyń, z mogił wyprowadzą.Tędy będą ciągnąć duchy.Poznasz go, jeśli pamiętasz.

Ukryj się ze mną w dąb suchy.55  W ten dąb suchy i wygniły,Tu się niegdyś wróżki kryły.Już rusza się cały smętarz:Rozwiérają się mogiły,Wybuchnął płomyk niebieski,60  Podskakują w górę deski,Wysuwają potępieńceBlade głowy, długie ręce.Widzisz oczy jak zarzewie?Schowaj oczy, skryj się w drzewie;65  Upiór zdala wzrokiem piecze,Lecz guślarza nie urzecze.Ha!

Co widzisz?

Trup to świeży!W niezgniłéj jeszcze odzieży.Dymem siarki trąci wkoło,70  Czarne ma jak węgiel czoło.Zamiast oczu w jamach czaszki

Żarzą się dwie złote blaszki,A w środku każdego kółkaSiedzi djablik, jak w źrenicy,75  I wywraca wciąż koziołka,Miga lotem błyskawicy.Trup tu bieży, zębem zgrzyta;Z ręki przelewa do ręki,Jak gdyby z sita do sita,80  Wrzące srebro. — Słyszysz jęki?

Gdzie kościół? — gdzie kościół? — gdzie Boga lud chwali,Gdzie kościół, ach pokaż, człowiecze!Ach widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali,Jak srebro stopione dłoń piecze.85 Ach, wyléj, człowieku, dla biednéj sieroty,Dla więźnia jakiego, dla wdowy,Ach, wyléj mi z ręki żar srebrny i złoty,I dukat ten wyłup mi z głowy.Ty nie chcesz! Ha, kruszec przelewać ja muszę,90  Aż kiedyś ten dzieci pożercaWyzionie łakomą, bezdenną swą duszę:Ten kruszec mu wieję do serca.A potém przez oczy, przez uszy wyleję,

I znowu tém wleję korytem,95 I będę tym trupem obracać jak sitem:Naleję, wyleję, przesieję!Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję?Ach, czekać tak długo! — goreję! goreję! (Ucieka).

Ha!

Co widzisz?

Ha, jak blisko!100  Drugi wylazł, ku nam bieży:Jakie obrzydłe trupisko!Blade, tłuste! Trup to świeży,I strój świeży ma na ciele,Ubrany jak na wesele;105  I gad niedawno go toczy,Ledwie mu w pół wygryzł oczy.

Od kaplicy w stronę skoczył:Czart go uwiódł, czart zamroczył,Nie puści go do kaplicy.110  Czart przybrał postać dziewicyI na trupa rączką kiwa,Okiem mruga, śmiechem wzywa.

Skacze ku niéj trup zwiedziony,Z grobu na grób, jak szalony,115  I rękami i nogamiWije, jak wiatrak skrzydłami.Już pada do jéj uscisków:Wtém z pod nóg jego wytryska,Dziesięć długich, czarnych pysków;120  Wyskakują czarne psiska,Od nóg lubej go porwały,I targają na kawały,Członki krwawym pyskiem trzęsą,Po polu roznoszą mięso.

125  Psy zniknęły. — Nowe dziwo!Każda część trupa jest żywą:Wszystkie, jak oddzielne trupy,Biegą zebrać się do kupy.Głowa skacze jak ropucha130  I nozdrzami ogień bucha;Czołgają się piersi trupa,Jak wielka żółwia skorupa —Już zrosła się głowa z ciałem,Jak krokodyl bieży cwałem;135  Oderwanéj ręki palceDrżą, wiją się jak padalce;Dłoń za piasek chwyta, grzebie,I ciągnie rękę pod siebie;I nogi się przyczołgały,140  I znowu trup wstaje cały.Znowu wabi ulubiona,Znowu pada w jéj ramiona,Znowu go porwały czarty

I znowu w sztuki rozdarty —145  Ha! niech go więcej nie widzę!

Tak się boisz?

Tak się brzydzę!Żółwie, padalce, ropuchy:W jednym trupie tyle gadów!

On nie będzie z temi duchy!

150  Wkrótce, wkrótce koniec dziadów.Słyszysz? trzeci kur już pieje:Tam śpiéwają ojców dzieje,I rozchodzą się gromady.

I nie przyszedł on na dziady!

155  Jeśli duch ten jeszcze w ciele,Wymów teraz jego imie;Ja na czarodziejskie zieleW tajemniczym zaklnę rymie:I duch ciało swe zostawi,160  I przed tobą się objawi.

Wymówiłam —

On nie słucha —Ja zakląłem.

Niema ducha!

O, kobiéto! Twój kochanek,Albo zmienił ojców wiarę,165  Albo zmienił imie stare.Widzisz, już zbliża się ranek,Gusła nasze moc straciły,Nie pokaże się twój miły.

Cóż to? cóż to? — Patrz, z zachodu,170  Tam od Giedymina grodu,Śród gęstych kłębów zamieci,Kilkadziesiąt wozów leci!Wszystkie lecą ku północy,Lecą, ile w koniach mocy.175  Widzisz, jeden tam na przedzieW czarnym stroju —

On!

Tu jedzie.

I znowu nazad zawrócił,I tylko raz okiem rzucił,Ach raz tylko, — jakie oko!

180  Pierś miał zbroczoną posoką,Bo w téj piersi jest ran wiele:Straszne cierpi on katusze,Tysiąc mieczów miał on w ciele,A wszystkie przeszły — aż w duszę.185  Śmierć go chyba z ran uleczy.

Któż weń wraził tyle mieczy?

Narodu nieprzyjaciele.

Jedną ranę miał na czole,Jedną tylko i niewielką,190  Zda się być czarną kropelką.

Ta największe sprawia bole:Jam ją widział, jam ją zbadał;

Tę ranę sam sobie zadał;Śmierć z niéj uleczyć nie może.

195  Ach, ulecz go, wielki Boże!

Po śniegu, coraz ku dzikszej krainieLeci kibitka, jako wiatr w pustynie;I oczy moje, jako dwa sokoły,Nad oceanem nieprzejrzanym krążą,5 Porwane burzą, do lądu nie zdążą,A widzą obce pod sobą żywioły,Niémają kędy spocząć, skrzydła zwinąć,W dół patrzą, czując, że tam muszą zginąć.

Oko nie spotka ni miasta, ni góry,10 Żadnych pomników ludzi, ni natury;Ziemia tak pusta, tak niezaludniona,Jak gdyby wczora wieczorem stworzona.A przecież nieraz mamut z tych ziem wstaje,Żeglarz przybyły z falami potopu,15 I mową, obcą moskiewskiemu chłopu,Głosi, że dawno stworzone te kraje.I w czasach wielkiej Noego żeglugi,Ląd ten handlował z azyjskiemi smugi —

A przecież nieraz książka ukradziona,20 Lub gwałtem wzięta, przybywszy z zachodu,Mówi, że ziemia ta niezaludnionaJuż niejednego jest matką narodu.Lecz nurt potopu szedł przez te płaszczyzny,Nie zostawiwszy dróg swojego rycia,25 I hordy ludów wyszły z tej ojczyzny,Nie zostawiwszy śladów swego życia;I gdzieś daleko na alpejskiéj skale,Ślad zostawiły stąd przybyłe fale,I jeszcze daléj, na Rzymu pomnikach,30 O stąd przybyłych mówią rozbójnikach.

Kraina pusta, biała i otwarta,Jak zgotowana do pisania karta —Czyż na niej pisać będzie palec Boski,I ludzi dobrych używszy za głoski,35 Czyliż tu skreśli prawdę świętéj wiary,Że miłość rządzi plemieniem człowieczem,Że trofeami świata są; ofiary?Czyli też Boga nieprzyjaciel staryPrzyjdzie i w księdze téj wyryje mieczem,40 Że ród człowieczy ma być w więzy kuty,Że trofeami ludzkości są: knuty?

Po polach białych, pustych, wiatr szaleje,Bryły zamieci odrywa i ciska;

Lecz morze śniegów, wzdęte, nie czernieje,45 Wyzwane wichrem, powstaje z łożyska,I znowu, jakby nagle skamieniałe,Pada ogromne, jednostajne, białe.Czasem ogromny huragan wylataProsto z biegunów; niewstrzymany w biegu,50 Aż do Euxinu równinę zamiata,Po całéj drodze miecąc chmury śniegu;Często podróżne kibitki zakopie,Jak Symum błędnych Libów przy Kanopie.Powierzchnie białych, jednostajnych śniegów55 Gdzieniegdzie ściany czarniawe przebodły,I stérczą nakształt wysp i lądu brzegów:To są północne świerki, sosny, jodły.

Gdzieniegdzie drzewa, siekierą zrąbane,Odarte i w stos złożone poziomy,

60 Tworzą kształt dziwny, jakby dach i ścianę,I ludzi kryją i zowią się: domy.Daléj tych stosów rzucone tysiące,Na wielkiém polu, wszystkie jednéj miary:Jak kitki czapek dmą z kominów pary,65 Jak ładownice, okienka błyszczące;Tam domy rzędem szykowane w pary,Tam czworobokiem, tam kształtnym obwodem;I taki domów półk zowie się: grodem.

Spotykam ludzi — z rozrosłemi barki,70 Z piersią szeroką, z otyłemi karki;Jako zwierzęta i drzewa północy,Pełni czerstwości i zdrowia i mocy.Lecz twarz każdego jest jak ich kraina,Pusta, otwarta i dzika równina;75 I z ich serc, jako z wulkanów podziemnych,Jeszcze nie przeszedł ogień aż do twarzy,Ani się w ustach rozognionych żarzy,Ani zastyga w czoła zmarszczkach ciemnych,Jak w twarzach ludzi wschodu i zachodu,80 Przez które przeszło tyle po koleiPodań i zdarzeń, żalów i nadziei,Że każda twarz jest pomnikiem narodu.Tu oczy ludzi, jak miasta tej ziemi,Wielkie i czyste; i nigdy zgiełk duszy85 Niezwykłym rzutem źrenic nie poruszy,Nigdy ich długa żałość nie zaciemi.Zdaleka patrząc — wspaniale, przecudne;Wszedłszy do środka — puste i bezludne.Ciało tych ludzi, jak gruba tkanica,90 W której zimuje dusza gąsiennica,Nim sobie piersi do lotu wyrobi,Skrzydła wyprzędzie, wytcze i ozdobi;Ale gdy słońce wolności zaświeci,Jakiż z powłoki téj owad wyleci?95 Czy motyl jasny wzniesie się nad ziemię,Czy ćma wypadnie, brudne nocy plemię?

Nawskróś pustyni krzyżują się drogi,Nie przemysł kupców ich ciągi wymyślił,

Nie wydeptały ich karawan nogi:100 Car ze stolicy palcem je nakreślił.Gdy z polską wioską spotkał się ubogą,Jeżeli trafił w polskich zamków ściany:Wioska i zamek wnet z ziemią zrównany,I car ruiny ich zasypał — drogą.105 Dróg tych nie dojrzeć w polu między śniegi,Ale śród puszczy dośledzi je oko:Proste i długie na północ się wloką,Świecą się w lesie, jak w skałach rzek biegi.

I po tych drogach któż jeździ? — Tu cwałem110 Konnica wali, przyprószona śniegiem,A stamtąd czarnym piechota szeregiemMiędzy dział, wozów i kibitek wałem.Te półki podług carskiego ukazuCiągną ze wschodu, by walczyć z północą;115 Tamte z północy idą do Kaukazu;Żaden z nich nie wie, gdzie idzie i poco,Żaden nie pyta. Tu widzisz MogołaZ nabrzmiałém licem, małém, krzywém okiem;A tam chłop biédny z litewskiego sioła,120 Wybladły, tęskny, idzie chorym krokiem.Tu błyszczą strzelby angielskie, tam łuki,I zmarzłą niosą cięciwę Kałmuki.Ich officery? — Tu Niemiec w karecie,Nócąc Szyllera pieśń sentymentalną,125 Wali spotkanych żołnierzy po grzbiecie;Tam Francuz, gwiżdżąc w nos pieśń liberalną,Błędny filozof, karyjery szuka,I gada teraz z dowódzcą Kałmuka,Jakby najtaniej wojsku żywność kupić.

130 Cóż, że połowę wymorzą téj zgrai?Kassy połowę będą mogli złupić;I jeśli zręcznie dzieło się utai,Minister wzniesie ich do wyższej klassy,A car da order za oszczędność kassy.

135  A wtem kibitka leci. — Przednie strażeI dział lawety i chorych obozyPryskają z drogi, kędy się ukaże;Nawet dowódzców ustępują wozy.Leci kibitka; żandarm powoźnika140 Wali kułakiem, powoźnik żołnierzyWali biczyskiem: wszystko z drogi zmyka;Kto się nie umknął, kibitka nań wbieży.Gdzie? — Kto w niéj jedzie? Nikt nie śmie zapytać.Żandarm tam jechał, pędzi do stolicy:145 Zapewne cesarz kazał kogoś schwytać,»Może ten żandarm jedzie z zagranicy?«— Mówi jenerał. — »Kto wié, kogo złowił?Może król pruski, francuski lub saski,Lub inny Niemiec wypadł z cara łaski,150 I car go w turmie zamknąć postanowił;Może ważniejsza pochwycona głowa,Może samego wiozą Jermołowa!Kto wié! Ten więzień, chociaż w słomie siedzi,

Jak dziko, patrzy! jaki to wzrok dumy:155 Wielka osoba! — Za nim wozów tłumy:To pewnie orszak nadwornéj gawiedzi;A wszyscy, patrz-no, jakie oczy śmiałe!Myśliłem, że to pierwsze carstwa pany,Że jenerały, albo szambelany:160 Patrz, oni wszyscy — to są chłopcy małe.Co to ma znaczyć, gdzie ta zgraja leci?Jakiegoś króla podejrzane dzieci«.Tak z sobą cicho dowódzcy gadali;Kibitka prosto do stolicy wali.

Zdala, już zdala widno, że stolica.Po obu stronach wielkiej, pysznej drogi,Rzędy pałaców. Tu, niby kaplicaZ kopułą, z krzyżem; tam, jak siana stogi5 Posągi stoją pod słomą i śniegiem;Owdzie, za kolumn korynckich szeregiem,Gmach z płaskim dachem, pałac letni, włoski;Obok, japońskie, mandaryńskie kioski,Albo z klassycznych czasów Katarzyny10 Świeżo małpione klassyczne ruiny.Różnych porządków, różnych kształtów domy,Jako zwierzęta z różnych końców ziemi,Za parkanami stoją żelaznemi,W osobnych klatkach. — Jeden niewidomy

15 Pałac krajowéj ich architektury,Wymysł ich głowy, dziecko ich natury.Jakże tych gmachów cudowna robota:Tyle kamieni na kępach śród błota!W Rzymie, by dźwignąć teatr dla cezarów,20 Musiano niegdyś wylać rzekę złota:Na tém przedmieściu podłe sługi carów,By swe rozkoszne zamtuzy dźwignęli,Ocean naszej krwi i łez wyleli.

Żeby zwieźć głazy do tych obelisków,25 Ileż wymyślić trzeba było spisków,Ilu niewinnych wygnać albo zabić,Ile ziem naszych okraść i zagrabić;Póki krwią Litwy, łzami Ukrainy,I złotem Polski hojnie zakupiono30 Wszystko, co mają Paryże, Londyny,I po modnemu gmachy wystrojono,Szampanem zmyto podłogi buffetówI wydeptano krokiem menuetów.

Teraz tu pusto. — Dwór w mieście zimuje,35 I dworskie muchy, ciągnące za woniąCarskiego ściérwa, za niém w miasto gonią.Teraz w tych gmachach wiatr tylko tańcuje;Panowie w mieście, car w mieście. — Do miasta

Leci kibitka. Zimno, śnieżno było;40 Z zegarów miejskich zagrzmiała dwunasta,A słońce już się na zachód chyliło,Niebios sklepienie otwarte szeroko,Bez żadnéj chmurki; czcze, ciche i czyste,Bez żadnej barwy, blado przezroczyste,45 Jako zmarzłego podróżnika oko.

Przed nami miasto. Nad miastem do góry,Wznoszą się dziwnie, jak podniebne grody,Słupy i ściany, krużganki i mury,Jak babilońskie wiszące ogrody:50 To dymy z dwiestu tysięcy kominówProsto i gęsto kolumnami lecą;Te, jak marmury kararyjskie świecą,Tamte się żarzą iskrami rubinów;W górze wierzchołki zginają i łączą,55 Kręcą w krużganki i łukami plącząI ścian i dachów malują widziadła: —Jak owe miasto, co nagle powstanieZe śródziemnego czystych wód zwierciadła,Lub na Libijskim wybuchnie tumanie,

60 I wabi oko podróżnych zdaleka,I wiecznie stoi, i wiecznie ucieka.Już zdjęto łańcuch, bramy otwierają;Trzęsą, badają, pytają — wpuszczają.

Za dawnych greckich i italskich czasówLud się budował pod przybytkiem Boga;Nad źródłem nimfy, pośród świętych lasów,Albo na górach chronił się od wroga:5 Tak zbudowano Ateny, Rzym, Spartę. —W wieku gotyckim, pod wieżą barona,Gdzie była cała okolic obrona,Stawały chaty do wałów przyparte;Albo pilnując spławnéj rzeki cieków10 Rosły powoli z postępami wieków.Wszystkie te miasta jakieś bóstwo wzniosło,Jakiś obrońca, lub jakieś rzemiosło.

BuskiéjRuskiéj stolicy jakież są początki?Skąd się zachciało sławiańskim tysiącom15 Leźć w te ostatnie swoich dzierżaw kątki,Wydarte świeżo morzu i Czuchońcom?

Tu grunt nie daje owoców ni chleba,Wiatry przynoszą tylko śnieg i słoty;Tu zbyt gorące lub zbyt zimne nieba,20 Srogie i zmienne jak humor despoty!Nie chcieli ludzie; — błotne okoliceCar upodobał i stawić rozkazałNie miasto ludziom, lecz sobie stolicę;Car tu wszechmocność woli swéj pokazał. —

25  W głąb’ ciekłych piasków i błotnych zatopówRozkazał wpędzić sto tysięcy palówI wdeptać ciała stu tysięcy chłopów.Potém na palach i ciałach MoskalówGrunt założywszy, inne pokolenia30 Zaprzągł do taczek, do wozów, okrętów,Sprowadzać drzewa i sztuki kamienia,Z dalekich lądów i z morskich odmętów.

Przypomniał Paryż: wnet paryskie placeKazał budować. Widział Amsterdamy:35 Wnet wodę wpuścił i porobił tamy.Słyszał, że w Rzymie są wielkie pałace:Pałace stają. Wenecka stolica,Co wpół na ziemi, a do pasa w wodziePływa, jak piękna syrena-dziewica,40 Uderza cara: i zaraz w swym grodzie

Porznął błotniste kanałami pole,Zawiesił mosty i puścił gondole.Ma Wenecyją, Paryż, Londyn drugi,Prócz ich piękności, poloru, żeglugi.45 U architektów sławne jest przysłowie:Że ludzi ręką był Rzym budowany,A Wenecyją stawili bogowie;Ale kto widział Petersburg, ten powie,Że budowały go chyba szatany.

50  Ulice wszystkie ku rzece pobiegły:Szerokie, długie, jak wąwozy w górach.Domy ogromne: — tu głazy, tam cegły,Marmur na glinie, glina na marmurach;A wszystkie równe i dachy i ściany,55 Jak korpus wojska na nowo ubrany.Na domach pełno tablic i napisów:Śród pism tak różnych, języków tak wielu,Wzrok, ucho błądzi, jak w wieży Babelu.Napis: »Tu mieszka Achmet Han Kirgissów,60 Rządzący polskich spraw departamentemSenator« napis: »Tu Monsieur ŻokoLekcyje daje paryskim akcentem,Jest kuchtą dworskim, wódczanym poborcą,Basem w orkiestrze, przytem szkół dozorcą«.

65 Napis: »Tu mieszka Włoch Piacere Gioco.Robił dla frejlin Carskich salcessony,Teraz panieński pensyjon otwiera«.Napis: »Mieszkanie pastora Dienera,Wielu orderów Carskich kawalera.70 Dziś na kazanie wykłada z ambony,Że Car jest Papież z Boskiego ramienia,Pan samowładny wiary i sumniénia.I wzywa przytém braci kalwinistów,Socynijanów i anabaptystów,75 Aby, jak każe Imperator ruskiI jego wierny Alijant, król Pruski,Przyjąwszy nową wiarę i sumnienieWszyscy się zeszli w jedno zgromadzenie«.Napis: »Tu stroje damskie«; dalej: »Nóty«;80 Tam robią: »Dzieciom zabawki«, tam »Knuty«.

W ulicach kocze, karety, landary,

Mimo ogromu i bystrego lotuNa łyżwach błysną, znikną bez łoskotu,Jak w panorama czarodziejskie mary.85 Na kozłach koczów angielskich brodatySiedzi woźnica; szron mu okrył szaty,Brodę i wąsy i brwi; biczem wali;Przodem na koniach lecą chłopcy maliW kożuchach, istne dzieci Boreasza:90 Świszczą piskliwie i gmin się rozprasza,Piérzcha przed koczem saneczek gromada,Jak przed okrętem białych kaczek stada.Tu ludzie biegą, każdego mróz goni,Żaden nie stanie, nie patrzy, nie gada;95 Każdego oczy zmrużone, twarz blada,Każdy trze ręce i zębami dzwoni,I z ust każdego wyzioniona paraWychodzi słupem, prosta, długa, szara.

Widząc te dymem buchające gminy,100 Myślisz, że chodzą po mieście kominy.Po bokach gminnéj, cisnącéj się trzody,Ciągną poważnie dwa ogromne rzędy,Jak processyje w kościelne obrzędy,Lub jak nadbrzeżne bystréj rzeki lody.105 I gdzież ta zgraja wlecze się powoli,Na mróz nieczuła, jak trzoda soboli? —Przechadzka modna jest o téj godzinie;Zimno i wietrzno, ale któż dba o to?Wszak cesarz tędy zwykł chodzić piechoto110 I cesarzowa i dworu mistrzynie!Idą marszałki, damy, urzędniki,W równych abcugach: pierwszy, drugi, czwarty,Jako rzucane z rąk szulera karty,Króle, wyżniki, damy i niżniki,115 Starki i młodki, czarne i czerwone,Padają na tę i na ową stronę;Po obu stronach wspaniałej ulicy,Po mostkach lśniącym wysłanych granitem.A naprzód idą dworscy urzędnicy:120 Ten w futrze ciepłém, lecz na wpół odkrytem,Aby widziano jego krzyżów cztery:Zmarznie, lecz wszystkim pokaże ordery;

Wyniosłém okiem równych sobie szuka,I gruby, pełznie wolnym chodem żuka.125 Dalej, gwardyjskie modniejsze młokosy,Proste i cienkie, jak ruchome piki,W pół ciała tęgo związane, jak osy.Daléj, z pochyłym karkiem czynowniki,Z podełba patrzą, komu się pokłonić,130 Kogo nadeptać, a od kogo stronić;A każdy giętki, we dwoje skurczony:Tuląc się pełzną, jako skorpijony.Pośrodku damy, jako pstre motyle,Tak różne płaszcze, kapeluszów tyle.135 Każda w paryskim świeci się stroikuI nóżką miga w futrzanym trzewiku.Białe jak śniegi, rumiane jak raki. —Wtem dwór odjeżdża; stanęły orszaki.Podbiegły wozy, ciągnące jak statki140 Obok pływaczów w głębokiej kąpieli.Już pierwsi w wozy wsiedli i zniknęli;Za nimi pierzchły piechotne ostatki.Niejeden kaszlem suchotniczym stęknie,A przecież mówi: jak tam chodzić pięknie!

145 Cara widziałem i przed jenerałemNisko kłaniałem i z paziem gadałem!

Szło kilku ludzi między tym natłokiem.Różni od innych twarzą i odzieniem,Na przechodzących ledwo rzucą okiem,150 Ale na miasto patrzą z zadumieniem.Po fundamentach, po ścianach, po szczytach,Po tych żelazach, i po tych granitachCzepiają oczy: jakby próbowali,Czy mocno każda cegła osadzona;155 I opuścili z rozpaczą ramiona,Jak gdyby myśląc: człowiek ich nie zwali!Dumali, — poszli. Został z jedenastuPielgrzym sam jeden. Zaśmiał się złośliwie,Wzniósł rękę, ścisnął i uderzył mściwie160 W głaz, jakby groził temu głazów miastu.Potém na piersiach założył ramionaI stał dumając i w cesarskim dworzeUtkwił źrenice dwie, jako dwa noże;I był podobny wtenczas do Samsona,

165 Gdy zdradą wzięty i skuty więzami,Pod Filistynów dumał kolumnami.Na czoło jego, nieruchome, dumne,Nagły cień opadł, jak całun na trumnę,Twarz blada strasznie zaczęła się mroczyć;170 Rzekłbyś, że wieczór, co już z niebios spadał,Naprzód na jego oblicze osiadał,I stamtąd dalej miał swój cień roztoczyć.

Po prawej stronie już pustéj ulicyStał drugi człowiek. — Nie był to podróżny;175 Zdał się być dawnym mieszkańcem stolicy:Bo rozdawając między lud jałmużny,Każdego z biednych po imieniu witał,Tamtych o żony, tych o dzieci pytał.Odprawił wszystkich, wsparł się na granicie180 Brzeżnych kanałów i wodził oczymaPo ścianach gmachu i po dworca szczycie;Lecz nie miał oczu owego pielgrzyma;I wzrok wnet spuszczał, kiedy szedł zdaleka

Biedny żebrzący żołnierz lub kaleka.185 Wzniósł w niebo ręce, stał i dumał długo —W twarzy miał wyraz niebieskiéj rozpaczy.Patrzył jak anioł, gdy z niebios posługąMiędzy czyścowe dusze zstąpić raczy,I widzi całe w męczarniach narody,190 Czuje, co cierpią, mają cierpiéć wieki, —I przewiduje, jak jest kres dalekiTylu pokoleń zbawienia: swobody.Oparł się, płacząc na kanałów brzegu;Łzy gorzkie biegły i zginęły w śniegu:195 Lecz Bóg je wszystkie zbierze i policzy,Za każdą odda ocean słodyczy.

Późno już było, oni dwaj zostali,Oba samotni i chociaż odlegli,Nakoniec jeden drugiego postrzegli,200 I długo siebie nawzajem zważali.Pierwszy postąpił człowiek z prawéj strony:»Bracie, rzekł, widzę, żeś tu zostawionySam jeden, smutny, cudzoziemiec może.Co ci potrzeba, rozkaż w Imie Boże;

205 Chrześcijaninem jestem i Polakiem,Witam cię Krzyża i Pogoni znakiem«.

Pielgrzym, zbyt swemi myślami zajęty,Otrząsnął głową i uciekł z wybrzeża;Ale nazajutrz, gdy myśli swych męty210 Zwolna rozjaśnia i pamięć odświeża,Nieraz żałuje owego natręta.Jeśli go spotka, pozna go, zatrzyma;Choć rysów jego twarzy nie pamięta,Lecz w głosie jego i w słowach coś było215 Znanego uszom i duszy pielgrzyma. —Może się o nim pielgrzymowi śniło.

Z wieczora na dżdżu stali dwaj młodzieńcePod jednym płaszczem, wziąwszy się za ręce:Jeden, ów pielgrzym, przybylec z zachodu,Nieznana carskiej ofiara przemocy;5 Drugi był wieszczem ruskiego narodu,Sławny pieśniami na całéj północy.Znali się z sobą niedługo, lecz wiele —I od dni kilku już są przyjaciele.

Ich dusze, wyższe nad ziemne przeszkody,10 Jako dwie Alpów spokrewnione skały,Choć je na wieki rozerwał nurt wody:Ledwo szum słyszą swej nieprzyjaciółki,Chyląc ku sobie podniebne wierzchołki.Pielgrzym coś dumał nad Piotra kolosem,15 A wieszcz rossyjski tak rzekł cichym głosem:

»Pierwszemu z carów, co te zrobił cuda,Druga carowa pamiętnik stawiała.Już car, odlany w kształcie wielkoluda,Siadł na bronzowym grzbiecie bucefała,20 I miejsca czekał, gdzieby wjechał konno;Lecz Piotr na własnej ziemi stać nie może,W ojczyznie jemu nie dosyć przestronno;Po grunt dla niego posłano za morze.Posłano wyrwać z Finlandzkich nadbrzeży25 Wzgórek granitu; ten na Pani słowoPłynie po morzu i po lądzie bieży,I w mieście pada na wznak przed carową.Już wzgórek gotów; leci car miedziany,Car knutowładny w todze Rzymianina;30 Wskakuje rumak na granitu ściany,Staje na brzegu i w górę się wspina.

Nie w téj postawie świeci w starym RzymieKochanek ludów, ów Marek Aureli,Który tém naprzód rozsławił swe imie,35 Że wygnał szpiegów i donosicieli;A kiedy zdzierców domowych poskromił,Gdy nad brzegami Renu i PaktoluHordy najeźdźców barbarzyńskich zgromił,

Do spokojnego wraca Kapitolu.40 Piękne, szlachetne, łagodne ma czoło,Na czole błyszczy myśl o szczęściu państwa;Rękę poważnie wzniósł, jak gdyby wkołoMiał błogosławić tłum swego poddaństwa,A drugą rękę opuścił na wodze,45 Rumaka swego zapędy ukraca.Zgadniesz, że mnogi lud tam stał na drodze,I krzyczał: »cesarz, ojciec nasz powraca«!Cesarz chciał zwolna jechać między tłokiem,Wszystkich ojcowskiem udarować okiem:50 Koń wzdyma grzywę, żarem z oczu świeci,Lecz zna, że wiezie najmilszego z gości,Że wiezie ojca milijonom dzieci,I sam hamuje ogień swéj żywości;Dzieci przyjść blisko, ojca widzieć mogą,55 Koń równym krokiem, równą stąpa drogą.Zgadniesz, że dojdzie do nieśmiertelności!

Car Piotr wypuścił rumakowi wodze,Widać, że leciał, tratując po drodze,Odrazu wskoczył aż na sam brzeg skały,60 Już koń szalony wzniósł w górę kopyta,Car go nie trzyma, koń wędzidłem zgrzyta;Zgadniesz, że spadnie i pryśnie w kawały!Od wieku stoi, skacze; lecz nie spada:Jako lecąca z granitów kaskada,65 Gdy ścięta mrozem nad przepaścią zwiśnie: —Lecz skoro słońce swobody zabłyśnie,I wiatr zachodni ogrzeje te państwa,I cóż się stanie z kaskadą tyraństwa?«

Jest plac ogromny: jedni zowią szczwalnią;Tam car psy wtrawia, nim puści na zwierza;Drudzy plac zowią grzeczniéj gotowalnią:Tam car swe stroje próbuje, przymierza,5 Nim w rury, w piki, w działa ustrojony,Wyjdzie odbierać monarchów pokłony. —Kokietka, idąc na bal do pałacu,Nie tyle trawi przed zwierciadłem czasów,

Nie robi tyle umizgów, grymasów,10 Ile car codzień na tym swoim placu.Inni w tym placu widzą saranczarnię:Mówią, że car tam hoduje nasiona,Chmury sarańczy, która wypasionaWyleci kiedyś i ziemię ogarnie.15 Są, co plac zowią toczydłem chirurga:Bo tu car naprzód lancety szlifuje,Nim, wyciągnąwszy rękę z Petersburga,Tnie tak, że cała Europa poczuje;Lecz nim wyśledzi, jak głęboka rana,10 Nim plastr obmyśli od nagłéj krwi straty,Już car puls przetnie Szacha i Sułtana,I krew wypuści z pod serca Sarmaty.Plac różnych imion; lecz w języku rządów,Zowie się placem wojskowych przeglądów.

25  Dziesiąta, ranek: już przeglądów pora.Już plac okrąża ludu zgraja cicha,Jako brzeg czarny białego jeziora;Każdy się tłoczy, na środek popycha.Po placu, jako rybitwy nad wodą,30 Zwija się kilku dońców i dragunów,Ciekawsze głowy tylcem piki bodą,Na bliższe karki sypią grad bizunów.Kto wylazł naprzód, jak żaba z bagniska,Ze łbem się cofa i kark w tłumy wciska.35 Słychać grzmot zdala, głuchy, jednostajny,

Jak kucie młotów, lub młócenie cepów:To bęben, półków przewodnik zwyczajny.Za nim szeregi ciągną się wzdłuż stepów,Mnogie i różne, lecz w jednym ubiorze,40 Zielone, w śniegu czernią się zdaleka;I płynie każda kolumna jak rzeka,I wszystkie w placu toną jak w jeziorze.

Tu mi daj, muzo, usta stu Homerów,W każde wsadź ze sto paryskich języków,45 I daj mi pióra wszystkich buchhalterów,Bym mógł wymienić owych półkowników,I officerów i podofficerów,I szeregowych zliczyć bohaterów.

Lecz bohatery tak podobne sobie!50 Tak jednostajne! Stoi chłop przy chłopie,Jako rząd koni żujących przy żłobie,Jak kłosy w jednym uwiązane snopie,Jako zielone na polu konopie,Jak wiersze książki, jak skiby zagonów,55 Jak petersburskich rozmowy salonów.Tyle dostrzegłem, że jedni z moskalów,

Wyżsi od drugich na pięć lub sześć calów,Mieli na czapkach mosiężne litery,Jakby łysinki — to grenadyjery:60 I było takich trzy zgraje wąsalów;Za nimi niżsi stali w mnogich rzędach,Jak pod liściami ogórki na grzędach.Żeby rozróżnić półki w tej piechocie,Trzeba mieć bystry wzrok naturalisty,65 Który przegląda wykopane w błocieI gatunkuje i nazywa glisty.

Zagrzmiały trąby — to konne orszaki,I rozmaitsze, ułanów, huzarów,Dragonów: czapki, kirysy, kołpaki;70 Myślałbyś, że tu kapelusznik jakiRozłożył składy swych różnych towarów.Wkońcu półk wjechał: chłopy, gdyby hlaki,Okute miedzią, jak rzęd samowarów,A spodem pyski końskie, jako haki.75 Półki w tak różnych ubiorach i broniachNajlepiéj będzie rozróżnić po koniach:Bo tak i nowa taktyka doradza,

I z obyczajem ruskim to się zgadza.Napisał wielki jenerał Żomini,80 Że koń, nie człowiek, dobrą jazdę czyni;Dawno już o tém wiedzieli Rusini:Bo za dobrego konia gwardyjakaZakupisz u nich dobrych trzech żołnierzy;Officerskiego cena jest czworaka,85 I za takiego konia dać należyLutnistę, skoczka, albo też pisarza,A w czasach drogich nawet i kucharza.Skarbowe, chude, poderwane klacze,Nawet te, które wożą lazarety,90 Jeśli je stawią w faraona gracze,Liczą się zawsze: klacz za dwie kobiety.

Wróćmy do półków. Pierwszy wjechał kary;Drugi też kary, lecz anglizowany,Dwa było gniade, a piąty bułany,95 Siódmy znów gniady, ósmy jak mysz szary,Dziewiąty rosły, dziesiąty mierzyna,A potém znowu kary bez ogona,U dwunastego na czole łysina,A zaś ostatni wyglądał jak wrona.100 Harmat wjechało czterdzieści i osim,Jaszczyków więcéj niźli drugie tyle;Wszystkiego dwieście, jak po wierzchu wnosim.Bo żeby dobrze zliczyć w jednę chwilęŚród mnóstwa koni i ludzi motłochu,105 Trzeba mieć oko twe, Napoleonie,Lub twoje, ruski intendencie prochul

Ty, nie zważając na ludzi i konie,Jaszczyków patrzysz, wnet liczbę ich zgadłeś.Wiész, ile w każdym ładunków ukradłeś.

110  Już plac okryły zielone mundury,Jak trawy, w które ubiéra się łąka.Gdzieniegdzie tylko wznosi się do góryJaszczyk, podobny do błotnego bąka,Lub polnej pluskwy z zielonawym grzbietem,115 A przy nim działo ze swoim lawetemUsiadło nakształt czarnego pająka.

Każdy ten pająk ma nóg przednich cztery,I cztéry tylnych: zowią się te nogiKanonijery i bombardyjery.120 Jeżeli siedzi spokojnie śród drogi,Noga się każda gdzieś daleko rucha:Myślisz, że całkiem oddzielne od brzucha,I brzuch jak balon w powietrzu ulata;Lecz skoro cicha, drzemiąca harmata125 Nagle się zbudzi rozkazem wyzwana,Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie,Wnet ściągnie nogi, podchyla kolana,I nim się nadmie, nim jady wybuchnie,Zrazu przednimi kanonijerami130 Około pyska długo, szybko wije:Jak mucha, co się w arszeniku splami,Siadłszy, swój czarny pyszczek długo myje,Potem dwie przednie nogi w tył wywróci,Tylnemi kręci, potém kiwa zadem,135 Nareszcie wszystkie nogi w bok rozrzuci,Chwilę spoczywa, wkońcu buchnie jadem.

Półki stanęły. Patrzą: car, car jedzie!Tuż kilku starych, konnych admirałów,

Tłum adjutantów i ćma jenerałów,140 Z tyłu i z przodu, a car sam na przedzie.Orszak dziwacznie pstry i centkowany,Jak arlekiny: pełno na nich wstążek,Kluczyków, cyfer, portrecików, sprzążek;Ten sino, tamten żółto przepasany,145 Na każdym gwiazdek, kółek i krzyżykówZ przodu i z tyłu więcéj, niż guzików.Świecą się wszyscy, lecz nie światłem własném:Promienie na nich idą z oczu pańskich.Każdy jenerał jest robaczkiem jasnym,150 Co błyszczy pięknie w nocach świętojańskich;Lecz skoro przejdzie wiosna carskiéj łaski,Nędzne robaczki tracą swoje blaski.Żyją, do cudzych krajów nie ucieką,Ale nikt nie wie, gdzie się w błocie wleką.155 Jenerał w ogień śmiałym idzie krokiem:Kula go trafi, car się doń uśmiechnie;Lecz gdy car strzeli niełaskawem okiem,Jenerał bladnie, słabnie, często — zdechnie.Śród dworzan prędzej znalazłbyś stoików:160 Wspaniałe dusze. — Choć gniew cara czują,Ani się zarzną, ani zachorują;Wyjadą na wieś do swych pałacyków,I piszą stamtąd: ten do szambellana,Ów do metresy, ów do damy dworu,165 Liberalniejsi piszą do furmana.I znowu zwolna wrócą do faworu. —Tak z domu oknem zrzucony pies zdycha:Kot miauknie tylko, lecz stanie na nogi,I znowu szuka do powrotu drogi,170 I jakąś dziurą znowu wnidzie zcicha.Nim stoik w służbę wróci tryjumfalnie,Na wsi rozprawia cicho — liberalnie.

Car był w mundurze zielonym, z kołnierzemZłotym Car nigdy nie zrzuca mundura;175 Mundur wojskowy jest to carska skóra:Car rośnie, żyje, i — gnije żołnierzem.Ledwie z kolebki dziecko wyjdzie carskie,Zaraz do tronu zrodzony paniczykMa za strój kurtki kozackie, huzarskie,180 A za zabawkę szabelkę i — biczyk.Syllabizując, szabelką wywijaI nią wskazuje na książce litery;Kiedy go tańczyć uczą guwernery,Biczykiem takty muzyki wybija.185 Dorosłszy, całą jest jego zabawąZbierać żołnierzy do swojej komnaty,Komenderować na lewo, na prawo,I wprawiać półki w musztrę — i pod baty.Tak się car każdy do tronu sposobił,190 Stąd ich Europa boi się i chwali.Słusznie z Krasickim starzy powiadali:Mądry przegadał, ale głupi pobił.Piotra Wielkiego niechaj pamięć żyje:Pierwszy on odkrył tę Caropedyję.195 Piotr wskazał carom do wielkości drogę:Widział on mądre Europy narody,I rzekł: Rossyję zeuropejczyć mogę,Obetnę suknie i ogolę brody.Rzekł — i wnet poły bojarów, kniazików200 Ścięto, jak szpaler francuskiego sadu!Rzekł — i wnet brody kupców i muzykówSypią się chmurą, jak liście od gradu.Piotr zaprowadził bębny i bagnety,Postawił turmy, urządził kadety,105 Kazał na dworze tańczyć menuety,

I do towarzystw gwałtem wwiódł kobiety;I na granicach poosadzal straże,I łańcuchami pozamykał porty;Utworzył senat, szpiegi, dygnitarze,210 Odkupy wódek, czyny i paszporty;Ogolił, umył, i ustroił chłopa,Dał mu broń w ręce, kieszeń narublował,I zadziwiona krzyknęła Europa:Car Piotr Rossyją ucywilizował!215 Zostało tylko dla następnych carów:Przyléwać kłamstwa w brudne gabinety,Przysyłać w pomoc despotom bagnety,Wyprawić kilka rzezi i pożarów,Zagrabiać cudze dokoła dzierżawy,220 Skradać poddanych, płacić cudzoziemców,By zyskać oklask Francuzów i Niemców,Ujść za rząd silny, mądry i łaskawy.

Niemcy, Francuzi! zaczekajcie nieco!Bo, gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazów,225 Gdy knutów grady na karki wam zlecą,Gdy was pożary waszych miast oświecą,A wam natenczas zabraknie wyrazów:Gdy car rozkaże ubóstwiać i sławićSybir, kibitki, ukazy i knuty: —230 Chyba będziecie cara pieśnią bawić,Waryjowaną na dzisiejsze nóty..

Car, jak kręgielna kula, między szykiWleciał i spytał o zdrowie gawiedzi.»Zdrowia ci życzym« szepcą wojowniki.235 Ich szepty były jak mruk stu niedźwiedzi.Dał rozkaz, — rozkaz wymknął się przez zębyI wpadł jak piłka w usta komendanta,A potém gnany od gęby do gębyNa ostatniego upada sierżanta.240 Jęknęły bronie, szczęknęły pałasze,I wszystko było zmieszane w odmęcie.Na linijowym kto widział okręcieOgromny kocioł, w którym robią kaszę,Kiedy weń woda z pompy jako z rzeczki245 Bucha, a w wodę sypie majtków rzeszaZa jednym razem krup ze cztery beczki,Potém dziesiątkiem wioseł w kotle miesza;Kto zna francuską izbę deputatów,Większą i stokroć burzliwszą od kotła,

250 Kiedy w nię projekt komissyja wmiotła,I już nadchodzi godzina debatów:Cała Europa, czując zdawna głody,Myśli, że dla niéj tam warzą swobody;Już liberalizm z ust jako z pomp bucha;255 Ktoś tam o wierze wspomniał na początku,Izba się burzy, szumi i nie słucha;Ktoś wspomniał wolność, lecz nie zrobił wrzątku;Ktoś wreszcie wspomniał o królów zamiarach,O biednych ludach, o despotach, carach:60 260 Izba znudzona krzyczy: »do porządku!«Aż tu minister skarbu jakby z drągiemWbiega z ogromnym budżetu wyciągiem,Zaczyna mieszać mową o procentach,O cłach, opłatach, stęplach, remanentach;265 Izba wre, buczy i kipi i pryska,I szumowiny aż pod niebo ciska;Ludy się cieszą, gabinety straszą,Aż się dowiedzą wszyscy na ostatku,Że była mowa tylko — o podatku. —270 Kto tedy widział owy kocioł z kaszą,Lub ową izbę — ten łatwo zrozumie,Jaki gwar powstał w tylu półków tłumie,Gdy rozkaz carski wleciał w środek kupy.Wtem trzystu bębnów ozwały się huki,275 I jak lód Newy, gdy pryśnie na sztuki,Piechota w długie porznęła się słupy;Kolumny jedne za drugiemi dążą,Przed każdą bęben i komendant woła.Car stał jak słońce, a półki dokoła280 Jako planety toczą się i krążą.Wtém car wypuścił stado adjutantów,Jak wróble z klatki, albo psy ze smyczy:Każdy z nich leci, jak szalony krzyczy —Wrzask jenerałów, majorów, sierżantów,

285 Huk tarabanów, piski muzykantów —Nagle piechota, jak lina kotwicy,Z kłębów rozwita, wyciąga się sznurem;Ściany idącej półkami konnicyŁączą się, wiążą, jednym stają murem.290  Jakie zaś daléj były tam obroty:Jak jazda rącza i niezwyciężonaLeciała obses na karki piechoty, —Jak kundlów psiarnia, trąbą poduszczona,Na związanego niedźwiedzia uderza,295 Widząc, że w kluby ujęto pysk zwierza;Jak się piechota kupi, sciska, kurczy,Nadstawia bronie jako igły jeża,Który poczuje, że pies nad nim burczy;Jak wreszcie jazda w ostatnim poskoku,300 Targniona smyczą, powściągnęła kroku,I jak harmaty w przód i w tył ciągano,Jak po francusku, po rusku łajano,Jak w areszt brano, po karkach trzepano,Jak tam marzniono i z koni spadano,305 I jak carowi w końcu winszowano —Czuję tę wielkość, bogactwo przedmiotu!Gdybym mógł opiąć, wsławiłbym me imie;Lecz muza moja, jak bomba, w pół lotu

Spada i gaśnie w prozaicznym rymie,310 I śród głównego manewrów obrotu,Jak Homer w walce bogów, ja — ah, drzémię!Już przerobiono wojskiem wszystkie ruchy,O których tylko car czytał lub słyszał;Śród zgrai widzów już się gwar uciszał:315 Już i sukmany, delije, kożuchy,Co się czerniły gęsto wkoło placu,Rozpełzały się każda w swoją stronę,I wszystko było zmarzłe i znudzone;Już zastawiano śniadanie w pałacu.320  Ambassadory zagranicznych rządów,Którzy, pomimo i mrozu i nudy,Dla łaski carskiej nie chybią przeglądów,I codzień krzyczą: o dziwy! o cudy!Już powtórzyli raz tysiączny drugi325 Z nowym zapałem dawne komplementy,Że car jest taktyk w planach niepojęty,Że wielkich wodzów ma na swe usługi,Że kto nie widział, nigdy nie uwierzy,Jaki tu zapał i męstwo żołnierzy.330 Nakoniec była rozmowa skończona

Zwyczajnym śmiechem z głupstw Napoleona;I na zegarek już każdy spozierał,Bojąc się dalszych galopów i kłusów,Bo mróz dociskał dwudziestu gradusów.335 Dusiła nuda i głód już doskwiérał.Lecz car stał jeszcze i dawał rozkazy;Swe półki siwe, kare i bułanePuszcza, wstrzymuje po dwadzieścia razy.Znowu piechotę przedłuża jak ścianę,340 Znowu ją ściska w czworobok zawarły,I znowu nakształt wachlarza roztacza;Jak stary szuler, choć już nie ma gracza,Miesza i zbiera i znów miesza karty;Choć towarzystwo samego zostawi,345 On się sam z sobą kartami zabawi.Aż sam się znudził, konia nagle zwróciłI w jenerałów ukrył się natłoku.Wojsko tak stało, jak je car porzucił,I długo z miejsca nie ruszyło kroku:350 Aż trąby, bębny dały znak nareszcieJazda, piechota, długich kolumn dwieściePłyną i toną w głębi ulic miejskich. —

Jakże zmienione, niepodobne wcaleDo owych bystrych potoków alpejskich,355 Co rycząc mętne walą się po skale,Aż w jezior jasném spotkają się łonie,I tam odpoczną i oczyszczą wody,A potem zlekka nowemi wychodyBłyskają, tocząc szmaragdowe tonie. —360 Tu, półki weszły czerstwe, czyste, białe;Wyszły zziajane i oblane potem,Roztopione, mi śniegi poczerniałe,Brudne z pod lodu wydeptaném błotem.

Wszyscy odeszli: widze i aktory.365 Na placu pustym, samotnym, zostałoDwadzieścia trupów: ten ubrany biało,Żołnierz od jazdy; tamtego ubioryNie zgadniesz jakie, tak do śniegu wbityI stratowany końskiemi kopyty;370 Ci zmarzli, stojąc przed frontem jak słupy,Wskazując półkom drogę i cel biegu;Ten się zmyliwszy w piechoty szeregu,Dostał w łeb kolbą i padł między trupy.Biorą ich z ziemi policyjskie sługi375 I niosą chować martwych, rannych społem:Jeden miał żebra złamane, a drugi

Był wpół harmatném przejechany kołem;Wnętrzności ze krwią wypadły mu z brzucha,Trzykroć okropnie z pod harmaty krzyknął,380 Lecz major woła: milcz! bo car nas słucha;Żołnierz tak słuchać majora przywyknął,Że zęby zaciął. Nakryto co żywoRannego płaszczem. Bo gdy car przypadkiemZ rana jest takiéj nagłéj śmierci świadkiem385 I widzi na czczo skrwawione mięsiwo,Dworzanie czują w nim zmianę humoru:Zły, opryskliwy powraca do dworu,Tam go czekają z śniadaniem nakrytem,A jeść nie może mięsa z apetytem.390  Ostatni ranny wszystkich bardzo zdziwił:Grożono, bito; próżna groźba, kara,Jenerałowi nawet się sprzeciwiłI jęczał głośno — klął samego cara!Ludzie, niezwykłym przerażeni krzykiem,395 Zbiegli się nad tym parad męczennikiem. —Mówią, że jechał z dowódzcy rozkazem,Wtém koń mu stanął jak gdyby zaklęty,A z tyłu wleciał cały szwadron razem;Złamano konia i żołnierz zepchnięty400 Leżał pod jazdą, płynącą korytem.Ale od ludzi litościwsze konie:Skakał przez niego szwadron po szwadronie.Jeden koń tylko trafił weń kopytemI złamał ramie. Kość, nawpół rozpadła,405 Przedarła mundur i ostrzem stérczałaZ zielonéj sukni, strasznie, trupio biała;I twarz żołnierza równie jak kość zbladła.Lecz sił nie stracił: wznosił drugą rękęTo ku niebiosom, to widzów gromady

410 Zdawał się wzywać i mimo swą mękęDawał im głośno, długo jakieś rady.Jakie? nikt nie wié, nie mówią przed nikim.Bojąc się szpiegów, słuchacze uciekliI tyle tylko pytającym rzekli,415 Że ranny mówił złym ruskim językiem;Kiedy niekiedy słychać było w gwarze:Car, cara, caru — coś mówił o carze.Chodziły wieści, że żołnierz zdeptanyBył młodym chłopcem, rekrutem, Litwinem,420 Wielkiego rodu, księcia, grafa synem;Że ze szkół gwałtem w rekruty oddany,I że dowódzca, nie lubiąc Polaka,Dał mu umyślnie dzikiego rumaka,Mówiąc: »niech skręci szyję lach, sobaka«.425  Kto był, nie wiedzą, i po tem zdarzeniuNikt nie posłyszał o jego imieniu.Ach! kiedyś tego imienia, o carze!Będą szukali po twojém sumnieniu;Djabeł je pośród tysiąców ukaże,430 Któreś ty w minach podziemnych osadził,Wrzucił pod konie, myśląc, żeś je zgładził.

Nazajutrz, zdala za placem słyszanoPsa głuche wycie. — Czerni się coś w śniegu;

Przybiegli ludzie, trupa wygrzebano;435 On po paradzie został na noclegu.Trup napół chłopski, napoły wojskowy,Z głową strzyżoną, ale z brodą długą,Miał czapkę z futrem i płaszcz mundurowy,I był zapewne oficerskim sługą.440 Siedział na wielkiem futrze swego pana.Tu zostawiony, tu rozkazu czekałI zmarzł i śniegu już miał za kolana.Tu go pies wierny znalazł i oszczekał;Zmarznął — a w futro nie okrył się ciepłe!445 Jedna źrenica śniegiem zasypana;Lecz drugie oko otwarte, choć skrzepłe,Na plac obrócił, czekał stamtąd pana!Pan kazał siedzieć i sługa usiądzie;Kazał nie ruszać z miejsca, on nie ruszy450 I nie powstanie, aż na strasznym sądzie;I dotąd wierny panu, choć bez duszy:Bo dotąd ręką trzyma pańską szubę,Pilnując, żeby jéj nie ukradziono.Drugą chciał rękę ogrzać, ukryć w łono,455 Lecz już nie weszły pod płaszcz palce grube.I pan go dotąd nie szukał, nie pytał!

Czy mało dbały, czy nadto ostróżny —Zgadują, że to officer podróżny,Że do stolicy niedawno zawitał,460 Nie z powinności chodził na parady,Lecz, by pokazać świeże epolety;Może z przeglądów poszedł na obiady,Może na niego mrugnęły kobiety,Może gdzie wstąpił do kollegi gracza465 I nad kartami — zapomniał brodacza;Może się wyrzekł i futra i sługi,By nie rozgłosić, że miał szubę z sobą:Że nie mógł zimna wytrzymać, jak drugi,Gdy je car carską wytrzymał osobą;470 Boby mówiono: jeździ nieformalnieNa przegląd z szubą! — myśli liberalnie!O biédny chłopie! Heroizm, śmierć taka,Jest psu zasługą, człowiekowi grzechem!Jak cię nagrodzą? Pan powie z uśmiechem,475 Żeś był do zgonu wierny — jak sobaka.O biedny chłopie! Za cóż mi łza płynieI serce bije, myśląc o twym czynie?

Ach! żal mi ciebie, biedny Słowianinie!Biédny narodzie! żal mi twojéj doli:480 Jeden znasz tylko heroizm — niewoli.

Gdy się najtęższym mrozem niebo żarzy,Nagle zsiniało, plamami czernieje,Podobne zmarzłej nieboszczyka twarzy,Która się w izbie przed piecem rozgrzeje,5 Ale nabrawszy ciepła, a nic życia,Zamiast oddechu zionie parą gnicia.Wiatr zawiał ciepły. — Owe słupy dymów,Ów gmach powietrzny jak miasto olbrzymów,Niknąc pod niebem jak czarów widziadło,10 Runęło w gruzy i na ziemię spadło:I dym rzekami po ulicach płynął,Zmieszany z parą ciepłą i wilgotną.Śnieg zaczął topnieć, i nim wieczór minął,Oblewał bruki rzeką Stygu błotną.15 Sanki uciekły, kocze i landaryZerwano z płozów; grzmią po bruku koła;Lecz pośród mroku i dymu i paryOko pojazdów rozróżnić nie zdoła;

Widać je tylko po latarek błyskach,20 Jako płomyki błędne na bagniskach.

Szli owi młodzi podróżni nad brzegiemOgromnéj Newy. Lubią iść o zmroku,Bo czynowników unikną widokuI w pustém miejscu nie zejdą się z szpiegiem.25 Szli obcym z sobą gadając językiem;Czasem pieśń jakąś obcą zcicha nócą,Czasami staną i oczy obrócą,Czy kto nie słucha? Nie zeszli się z nikim.Nócąc, błądzili nad Newy korytem,30 Które się ciągnie jak alpejska ściana,Aż się wstrzymali, gdzie między granitemKu rzece droga spada wyrąbana.Stamtąd, na dole, ujrzeli zdalekaNad brzegiem wody z latarką człowieka.35 Nie szpieg: bo tylko śledził czegoś w wodzie;Ani przewoźnik: któż pływa po lodzie?Nic jest rybakiem, bo nic nie miał w rękuOprócz latarki i papierów pęku.Podeszli bliżej; on nie zwrócił oka,40 Wyciąga powróz, który w wodę zwisał,Wyciągnął, węzły zliczył i zapisał;Zdawał się mierzyć, jak woda głęboka.Odblask latarki, odbity od lodu,Oblewa jego księgi tajemnicze45 I pochylone nad świecą oblicze

Żółte, jak obłok nad słońcem zachodu;Oblicze piękne, szlachetne, surowe.Okiem tak pilnie w swojej księdze czytał,Że słysząc obcych kroki i rozmowę50 Tuż ponad sobą, kto są, nie zapytał;I tylko z ręki lekkiego skinieniaWidać, że prosi, wymaga milczenia.Coś tak dziwnego było w ręki ruchu,Że choć podróżni tuż nad nim stanęli,55 Patrząc i szepcąc i śmiejąc się w duchu,

Umilkli wszyscy, przerwać mu nie śmieli.Jeden w twarz spojrzał i poznał i krzyknął:»To on!« I któż on? — Polak, jest malarzem,Lecz go właściwiej nazywać guślarzem;60 Bo dawno od farb i pędzla odwyknął,Bibliją tylko i kabałę bada,I mówią nawet, że z duchami gada.

Malarz tymczasem wstał, pisma swe złożyłI rzekł, jak gdyby rozmawiając z sobą:65 Kto jutra dożył, wielkich cudów dożył,Będzie to drugą, nie ostatnią próbą;

Pan wstrząśnie — szczeble assurskiego tronu,Pan wstrząśnie grunty miasta Babilonu;Lecz trzecią widziéć, Panie! nie daj czasu!70 Rzekł i podróżnych zostawił u wody,A sam z latarką zwolna szedł przez schody,I zniknął wkrótce za parkan terasu.Nikt nie zrozumiał, co ta mowa znaczy.Jedni zdumieni, drudzy rozśmieszeni,75 Wszyscy krzyknęli: nasz guślarz dziwaczy!I chwilę jeszcze stojąc pośród cieni,Widząc noc późną, chłodną i burzliwą,Każdy do domu powracał co żywo.

Jeden nie wrócił, lecz na schody skoczył80 I biegł terasem. Nie widział człowieka,Tylko latarkę jego zdala zoczył,Jak błędna gwiazda świeciła zdaleka.Chociaż w malarza nie zajrzał oblicze,Choć nie dosłyszał, co o nim mówili,85 Ale dźwięk głosu, słowa tajemniczeTak nim wstrząsnęły! Przypomniał po chwili,Że głos ten słyszał i biegł, co miał mocy,Nieznaną drogą, śród słoty, śród nocy.Latarka prędko niesiona mignęła,90 Coraz mniejszała, zakryta mgły mrokiemZdała się gasnąć; wtem nagle stanęłaW pośrodku pustek na placu szerokim.Podróżny kroki podwoił, dobiega.Na placu leżał wielki stos kamieni,95 Na jednym głazie malarza spostrzega:

Stał nieruchomy pośród nocnych cieni;Głowa odkryta, odsłonione barki,A prawa ręka wzniesiona do góry,I widać było z kierunku latarki,100 Że patrzył w dworca cesarskiego mury.I w murach jedno okno w samym roguBłyszczało światłem: to światło on badał,Szeptał ku niebu, jak modląc się Bogu,Potém głos podniósł i sam z sobą gadał:105  »Ty nie śpisz, carze! Noc już wkoło głucha,Śpią już dworzanie, a ty nie śpisz, carze?Jeszcze, Bóg łaskaw posłał na cię ducha,On cię w przeczuciach ostrzega o karze.Lecz car chce zasnąć, gwałtem oczy zmruża,110 Zaśnie głęboko. Dawniéj, ileż razyBył ostrzegany od anioła stróża,Mocniéj, dobitniéj, sennemi obrazy.On tak zły nie był, dawniéj był człowiekiem,Powoli wreszcie zszedł aż na tyrana;115 Anioły pańskie uszły, a on z wiekiemCoraz to głębiéj wpadał w moc szatana.Ostatnią radę, to przeczucie cicheWybije z głowy jak marzenie liche;Nazajutrz w dumę wzbiją go pochlebce120 Wyżéj i wyżéj, aż go szatan zdepce...Ci w niskich domkach nikczemni poddaniNaprzód za niego będą ukarani.Bo piorun, w martwe gdy bije żywioły,

Zaczyna z wierzchu, od góry i wieży:125 Lecz między ludźmi, naprzód bije w dołyI najmniéj winnych najpierwéj uderzy...Usnęli w pjaństwie, w swarach łub w rozkoszy;Zbudzą się jutro — biedne czaszki trupie!Spijcie spokojnie, jak zwierzęta głupie,130 Nim was gniew pański jak myśliwiec spłoszy,Tępiący wszystko, co w kniei spotyka,Aż dójdzie w końcu do legowisk dzika.Słyszę!... tam!... wichry... już wytknęły głowyZ polarnych lodów, jak morskie straszydła;135 Już sobie z chmury porobili skrzydła,

Wsiedli na falę, zdjęli jej okowy.Słyszę!... już morska otchłań rozchełznanaWierzga i gryzie lodowe wędzidła.Już mokrą szyję pod obłoki wzdyma,140 Już!... jeszcze jeden, jeden łańcuch trzyma —Wkrótce rozkują... słyszę młotów kucie...«

Rzekł, i postrzegłszy, że ktoś słucha z boku,Zadmuchnął świécę i przepadł w pomroku.Błysnął i zniknął jak nieszczęść przeczucie,145 Które uderzy w serce, niespodziane,I przejdzie straszne — lecz niezrozumiane.

Wy, czy mnie wspominacie? Ja ilekroć marzęO mych przyjaciół śmierciach, wygnaniach, więzieniach,I o was myślę; wasze cudzoziemskie twarzeMają obywatelstwa prawo w mych marzeniach.

5 Gdzież wy teraz? Szlachetna szyja Rylejewa,Którąm jak bratnią ściskał, carskiemi wyrokiWisi do hańbiącego przywiązana drzewa;Klątwa ludom, co swoje mordują proroki!

Ta ręka, którą do mnie Bestużew wyciągnął,10 Wieszcz i żołnierz: ta ręka od pióra i broniOderwana i car ją do taczki zaprzągnął;Dziś w minach ryje, skuta obok polskiéj dłoni.

Innych może dotknęła sroższa niebios kara;Może kto z was urzędem, orderem zhańbiony,15 Duszę wolną na wieki przedał w łaskę caraI dziś na progach jego wybija pokłony.

Może płatnym językiem tryjumf jego sławiI cieszy się ze swoich przyjaciół męczeństwa;Może w ojczyznie mojéj moją krwią się krwawi20 I przed carem jak z zasług chlubi się z przeklęstwa.

Jeśli do was, zdaleka, od wolnych narodówAż na północ zalecą te pieśni żałosneI odezwą się z góry nad krainą lodów:Niech wam zwiastują wolność, jak żórawie wiosnę!

25 Poznacie mię po głosie! Pókim był w okuciach,Pełzając milczkiem jak wąż łudziłem despotę:Lecz wam odkryłem tajnie, zamknięte w uczuciach,I dla was miałem zawsze gołębia prostotę.

Teraz na świat wylewam ten kielich trucizny,30 Żrąca jest i paląca mojej gorycz mowy:Gorycz, wyssana ze krwi i z łez méj ojczyzny,Niech zrze i pali — nie was, lecz wasze okowy.

Kto z was podniesie skargę, dla mnie jego skargaBędzie jak psa szczekanie, który tak się wdroży35 Do cierpliwie i długo noszonéj obroży,Że w końcu gotów kąsać — rękę, co ją targa.

Z zegarów miejskich zagrzmiała dwunasta,A słońce już się na zachód chyliło.

Comments

Loading comments…