Scena IX

Dziady część III

Już idą w cerkiew gromady,I wkrótce zaczną się dziady.Iść nam pora, już noc głucha.

Ja tam nie pójdę, guślarzu;Ja chcę zostać na smętarzu,Chcę jednego widziéć ducha:Tego, co przed laty wielu,Zjawił się po mém weselu,Co pośród duchów gromady,10Stanął nagle krwawy, blady,

I mnie dzikiém okiem łowiłI ani słowa nie mówił.

On żył może, gdym go badał:Dlatego nie odpowiadał.15Bo na duchów zgromadzenie,W tajemniczą noc na dziady,Można wzywać żywych cienie.Ciała będą u biesiady,Albo u gry, albo w boju,20I zostaną tam w pokoju:Dusza zwana po imieniuObjawia się w lekkim cieniu:Lecz póki żyje, ust niema,Stoi biała, głucha, niema.

25Cóż znaczyła w piersiach rana?

Widać, że w duszę zadana.

Ja tu sama zgubię drogę.

Ja tu z tobą zostać mogę.Tam beze mnie zrobią czary,30Jest tam inny guślarz stary. —

Czy słyszysz te śpiéwy w dali?Już się tam ludzie zebrali.Pierwszą klątwę już zaklęli,Klątwę wianka i kądzieli;Wezwali powietrznych duchów.Widzisz tych świateł tysiące,Jakby gwiazdy spadające?Ten ognistych ciąg łańcuchów?To powietrznych roje duchów.40Patrz, już nad kaplicą świecąPod czarnym niebios obszarem:Jak gołębie, kiedy lecąW nocy nad miasta pożarem;Gdy białemi skrzydeł puchy45Odbijając żar ogniska,Ptastwo, jak stado gwiazd błyska.

On nie będzie z temi duchy!

Widzisz, blask z kaplicy bucha.Teraz klęli ognia władzą:50Ciała w mocy złego duchaZ pustyń, z mogił wyprowadzą.Tędy będą ciągnąć duchy.Poznasz go, jeśli pamiętasz.

Ukryj się ze mną w dąb suchy.55W ten dąb suchy i wygniły,Tu się niegdyś wróżki kryły.Już rusza się cały smętarz:Rozwiérają się mogiły,Wybuchnął płomyk niebieski,60Podskakują w górę deski,Wysuwają potępieńceBlade głowy, długie ręce.Widzisz oczy jak zarzewie?Schowaj oczy, skryj się w drzewie;65Upiór zdala wzrokiem piecze,Lecz guślarza nie urzecze.Ha!

Co widzisz?

Trup to świeży!W niezgniłéj jeszcze odzieży.Dymem siarki trąci wkoło,70Czarne ma jak węgiel czoło.Zamiast oczu w jamach czaszki

Żarzą się dwie złote blaszki,A w środku każdego kółkaSiedzi djablik, jak w źrenicy,75I wywraca wciąż koziołka,Miga lotem błyskawicy.Trup tu bieży, zębem zgrzyta;Z ręki przelewa do ręki,Jak gdyby z sita do sita,80Wrzące srebro. — Słyszysz jęki?

Gdzie kościół? — gdzie kościół? — gdzie Boga lud chwali,Gdzie kościół, ach pokaż, człowiecze!Ach widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali,Jak srebro stopione dłoń piecze.85Ach, wyléj, człowieku, dla biednéj sieroty,Dla więźnia jakiego, dla wdowy,Ach, wyléj mi z ręki żar srebrny i złoty,I dukat ten wyłup mi z głowy.Ty nie chcesz! Ha, kruszec przelewać ja muszę,90Aż kiedyś ten dzieci pożercaWyzionie łakomą, bezdenną swą duszę:Ten kruszec mu wieję do serca.A potém przez oczy, przez uszy wyleję,

I znowu tém wleję korytem,95I będę tym trupem obracać jak sitem:Naleję, wyleję, przesieję!Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję?Ach, czekać tak długo! — goreję! goreję! (Ucieka).

Ha!

Co widzisz?

Ha, jak blisko!100Drugi wylazł, ku nam bieży:Jakie obrzydłe trupisko!Blade, tłuste! Trup to świeży,I strój świeży ma na ciele,Ubrany jak na wesele;105I gad niedawno go toczy,Ledwie mu w pół wygryzł oczy.

Od kaplicy w stronę skoczył:Czart go uwiódł, czart zamroczył,Nie puści go do kaplicy.110Czart przybrał postać dziewicyI na trupa rączką kiwa,Okiem mruga, śmiechem wzywa.

Skacze ku niéj trup zwiedziony,Z grobu na grób, jak szalony,115I rękami i nogamiWije, jak wiatrak skrzydłami.Już pada do jéj uscisków:Wtém z pod nóg jego wytryska,Dziesięć długich, czarnych pysków;120Wyskakują czarne psiska,Od nóg lubej go porwały,I targają na kawały,Członki krwawym pyskiem trzęsą,Po polu roznoszą mięso.

125Psy zniknęły. — Nowe dziwo!Każda część trupa jest żywą:Wszystkie, jak oddzielne trupy,Biegą zebrać się do kupy.Głowa skacze jak ropucha130I nozdrzami ogień bucha;Czołgają się piersi trupa,Jak wielka żółwia skorupa —Już zrosła się głowa z ciałem,Jak krokodyl bieży cwałem;135Oderwanéj ręki palceDrżą, wiją się jak padalce;Dłoń za piasek chwyta, grzebie,I ciągnie rękę pod siebie;I nogi się przyczołgały,140I znowu trup wstaje cały.Znowu wabi ulubiona,Znowu pada w jéj ramiona,Znowu go porwały czarty

I znowu w sztuki rozdarty —145Ha! niech go więcej nie widzę!

Tak się boisz?

Tak się brzydzę!Żółwie, padalce, ropuchy:W jednym trupie tyle gadów!

On nie będzie z temi duchy!

150Wkrótce, wkrótce koniec dziadów.Słyszysz? trzeci kur już pieje:Tam śpiéwają ojców dzieje,I rozchodzą się gromady.

I nie przyszedł on na dziady!

155Jeśli duch ten jeszcze w ciele,Wymów teraz jego imie;Ja na czarodziejskie zieleW tajemniczym zaklnę rymie:I duch ciało swe zostawi,160I przed tobą się objawi.

Wymówiłam —

On nie słucha —Ja zakląłem.

Niema ducha!

O, kobiéto! Twój kochanek,Albo zmienił ojców wiarę,165Albo zmienił imie stare.Widzisz, już zbliża się ranek,Gusła nasze moc straciły,Nie pokaże się twój miły.

Cóż to? cóż to? — Patrz, z zachodu,170Tam od Giedymina grodu,Śród gęstych kłębów zamieci,Kilkadziesiąt wozów leci!Wszystkie lecą ku północy,Lecą, ile w koniach mocy.175Widzisz, jeden tam na przedzieW czarnym stroju —

On!

Tu jedzie.

I znowu nazad zawrócił,I tylko raz okiem rzucił,Ach raz tylko, — jakie oko!

180Pierś miał zbroczoną posoką,Bo w téj piersi jest ran wiele:Straszne cierpi on katusze,Tysiąc mieczów miał on w ciele,A wszystkie przeszły — aż w duszę.185Śmierć go chyba z ran uleczy.

Któż weń wraził tyle mieczy?

Narodu nieprzyjaciele.

Jedną ranę miał na czole,Jedną tylko i niewielką,190Zda się być czarną kropelką.

Ta największe sprawia bole:Jam ją widział, jam ją zbadał;

Tę ranę sam sobie zadał;Śmierć z niéj uleczyć nie może.

195Ach, ulecz go, wielki Boże!

Comments

Loading comments…