Droga do Rosji

Dziady część III — Ustęp

Po śniegu, coraz ku dzikszej krainieLeci kibitka, jako wiatr w pustynie;I oczy moje, jako dwa sokoły,Nad oceanem nieprzejrzanym krążą,5Porwane burzą, do lądu nie zdążą,A widzą obce pod sobą żywioły,Niémają kędy spocząć, skrzydła zwinąć,W dół patrzą, czując, że tam muszą zginąć.

Oko nie spotka ni miasta, ni góry,10Żadnych pomników ludzi, ni natury;Ziemia tak pusta, tak niezaludniona,Jak gdyby wczora wieczorem stworzona.A przecież nieraz mamut z tych ziem wstaje,Żeglarz przybyły z falami potopu,15I mową, obcą moskiewskiemu chłopu,Głosi, że dawno stworzone te kraje.I w czasach wielkiej Noego żeglugi,Ląd ten handlował z azyjskiemi smugi —

A przecież nieraz książka ukradziona,20Lub gwałtem wzięta, przybywszy z zachodu,Mówi, że ziemia ta niezaludnionaJuż niejednego jest matką narodu.Lecz nurt potopu szedł przez te płaszczyzny,Nie zostawiwszy dróg swojego rycia,25I hordy ludów wyszły z tej ojczyzny,Nie zostawiwszy śladów swego życia;I gdzieś daleko na alpejskiéj skale,Ślad zostawiły stąd przybyłe fale,I jeszcze daléj, na Rzymu pomnikach,30O stąd przybyłych mówią rozbójnikach.

Kraina pusta, biała i otwarta,Jak zgotowana do pisania karta —Czyż na niej pisać będzie palec Boski,I ludzi dobrych używszy za głoski,35Czyliż tu skreśli prawdę świętéj wiary,Że miłość rządzi plemieniem człowieczem,Że trofeami świata są; ofiary?Czyli też Boga nieprzyjaciel staryPrzyjdzie i w księdze téj wyryje mieczem,40Że ród człowieczy ma być w więzy kuty,Że trofeami ludzkości są: knuty?

Po polach białych, pustych, wiatr szaleje,Bryły zamieci odrywa i ciska;

Lecz morze śniegów, wzdęte, nie czernieje,45Wyzwane wichrem, powstaje z łożyska,I znowu, jakby nagle skamieniałe,Pada ogromne, jednostajne, białe.Czasem ogromny huragan wylataProsto z biegunów; niewstrzymany w biegu,50Aż do Euxinu równinę zamiata,Po całéj drodze miecąc chmury śniegu;Często podróżne kibitki zakopie,Jak Symum błędnych Libów przy Kanopie.Powierzchnie białych, jednostajnych śniegów55Gdzieniegdzie ściany czarniawe przebodły,I stérczą nakształt wysp i lądu brzegów:To są północne świerki, sosny, jodły.

Gdzieniegdzie drzewa, siekierą zrąbane,Odarte i w stos złożone poziomy,

60Tworzą kształt dziwny, jakby dach i ścianę,I ludzi kryją i zowią się: domy.Daléj tych stosów rzucone tysiące,Na wielkiém polu, wszystkie jednéj miary:Jak kitki czapek dmą z kominów pary,65Jak ładownice, okienka błyszczące;Tam domy rzędem szykowane w pary,Tam czworobokiem, tam kształtnym obwodem;I taki domów półk zowie się: grodem.

Spotykam ludzi — z rozrosłemi barki,70Z piersią szeroką, z otyłemi karki;Jako zwierzęta i drzewa północy,Pełni czerstwości i zdrowia i mocy.Lecz twarz każdego jest jak ich kraina,Pusta, otwarta i dzika równina;75I z ich serc, jako z wulkanów podziemnych,Jeszcze nie przeszedł ogień aż do twarzy,Ani się w ustach rozognionych żarzy,Ani zastyga w czoła zmarszczkach ciemnych,Jak w twarzach ludzi wschodu i zachodu,80Przez które przeszło tyle po koleiPodań i zdarzeń, żalów i nadziei,Że każda twarz jest pomnikiem narodu.Tu oczy ludzi, jak miasta tej ziemi,Wielkie i czyste; i nigdy zgiełk duszy85Niezwykłym rzutem źrenic nie poruszy,Nigdy ich długa żałość nie zaciemi.Zdaleka patrząc — wspaniale, przecudne;Wszedłszy do środka — puste i bezludne.Ciało tych ludzi, jak gruba tkanica,90W której zimuje dusza gąsiennica,Nim sobie piersi do lotu wyrobi,Skrzydła wyprzędzie, wytcze i ozdobi;Ale gdy słońce wolności zaświeci,Jakiż z powłoki téj owad wyleci?95Czy motyl jasny wzniesie się nad ziemię,Czy ćma wypadnie, brudne nocy plemię?

Nawskróś pustyni krzyżują się drogi,Nie przemysł kupców ich ciągi wymyślił,

Nie wydeptały ich karawan nogi:100Car ze stolicy palcem je nakreślił.Gdy z polską wioską spotkał się ubogą,Jeżeli trafił w polskich zamków ściany:Wioska i zamek wnet z ziemią zrównany,I car ruiny ich zasypał — drogą.105Dróg tych nie dojrzeć w polu między śniegi,Ale śród puszczy dośledzi je oko:Proste i długie na północ się wloką,Świecą się w lesie, jak w skałach rzek biegi.

I po tych drogach któż jeździ? — Tu cwałem110Konnica wali, przyprószona śniegiem,A stamtąd czarnym piechota szeregiemMiędzy dział, wozów i kibitek wałem.Te półki podług carskiego ukazuCiągną ze wschodu, by walczyć z północą;115Tamte z północy idą do Kaukazu;Żaden z nich nie wie, gdzie idzie i poco,Żaden nie pyta. Tu widzisz MogołaZ nabrzmiałém licem, małém, krzywém okiem;A tam chłop biédny z litewskiego sioła,120Wybladły, tęskny, idzie chorym krokiem.Tu błyszczą strzelby angielskie, tam łuki,I zmarzłą niosą cięciwę Kałmuki.Ich officery? — Tu Niemiec w karecie,Nócąc Szyllera pieśń sentymentalną,125Wali spotkanych żołnierzy po grzbiecie;Tam Francuz, gwiżdżąc w nos pieśń liberalną,Błędny filozof, karyjery szuka,I gada teraz z dowódzcą Kałmuka,Jakby najtaniej wojsku żywność kupić.

130Cóż, że połowę wymorzą téj zgrai?Kassy połowę będą mogli złupić;I jeśli zręcznie dzieło się utai,Minister wzniesie ich do wyższej klassy,A car da order za oszczędność kassy.

135A wtem kibitka leci. — Przednie strażeI dział lawety i chorych obozyPryskają z drogi, kędy się ukaże;Nawet dowódzców ustępują wozy.Leci kibitka; żandarm powoźnika140Wali kułakiem, powoźnik żołnierzyWali biczyskiem: wszystko z drogi zmyka;Kto się nie umknął, kibitka nań wbieży.Gdzie? — Kto w niéj jedzie? Nikt nie śmie zapytać.Żandarm tam jechał, pędzi do stolicy:145Zapewne cesarz kazał kogoś schwytać,»Może ten żandarm jedzie z zagranicy?«— Mówi jenerał. — »Kto wié, kogo złowił?Może król pruski, francuski lub saski,Lub inny Niemiec wypadł z cara łaski,150I car go w turmie zamknąć postanowił;Może ważniejsza pochwycona głowa,Może samego wiozą Jermołowa!Kto wié! Ten więzień, chociaż w słomie siedzi,

Jak dziko, patrzy! jaki to wzrok dumy:155Wielka osoba! — Za nim wozów tłumy:To pewnie orszak nadwornéj gawiedzi;A wszyscy, patrz-no, jakie oczy śmiałe!Myśliłem, że to pierwsze carstwa pany,Że jenerały, albo szambelany:160Patrz, oni wszyscy — to są chłopcy małe.Co to ma znaczyć, gdzie ta zgraja leci?Jakiegoś króla podejrzane dzieci«.Tak z sobą cicho dowódzcy gadali;Kibitka prosto do stolicy wali.

Comments

Loading comments…