Przegląd wojska
Dziady część III — Ustęp
Jest plac ogromny: jedni zowią szczwalnią;Tam car psy wtrawia, nim puści na zwierza;Drudzy plac zowią grzeczniéj gotowalnią:Tam car swe stroje próbuje, przymierza,5 Nim w rury, w piki, w działa ustrojony,Wyjdzie odbierać monarchów pokłony. —Kokietka, idąc na bal do pałacu,Nie tyle trawi przed zwierciadłem czasów,
Nie robi tyle umizgów, grymasów,10 Ile car codzień na tym swoim placu.Inni w tym placu widzą saranczarnię:Mówią, że car tam hoduje nasiona,Chmury sarańczy, która wypasionaWyleci kiedyś i ziemię ogarnie.15 Są, co plac zowią toczydłem chirurga:Bo tu car naprzód lancety szlifuje,Nim, wyciągnąwszy rękę z Petersburga,Tnie tak, że cała Europa poczuje;Lecz nim wyśledzi, jak głęboka rana,10 Nim plastr obmyśli od nagłéj krwi straty,Już car puls przetnie Szacha i Sułtana,I krew wypuści z pod serca Sarmaty.Plac różnych imion; lecz w języku rządów,Zowie się placem wojskowych przeglądów.
25 Dziesiąta, ranek: już przeglądów pora.Już plac okrąża ludu zgraja cicha,Jako brzeg czarny białego jeziora;Każdy się tłoczy, na środek popycha.Po placu, jako rybitwy nad wodą,30 Zwija się kilku dońców i dragunów,Ciekawsze głowy tylcem piki bodą,Na bliższe karki sypią grad bizunów.Kto wylazł naprzód, jak żaba z bagniska,Ze łbem się cofa i kark w tłumy wciska.35 Słychać grzmot zdala, głuchy, jednostajny,
Jak kucie młotów, lub młócenie cepów:To bęben, półków przewodnik zwyczajny.Za nim szeregi ciągną się wzdłuż stepów,Mnogie i różne, lecz w jednym ubiorze,40 Zielone, w śniegu czernią się zdaleka;I płynie każda kolumna jak rzeka,I wszystkie w placu toną jak w jeziorze.
Tu mi daj, muzo, usta stu Homerów,W każde wsadź ze sto paryskich języków,45 I daj mi pióra wszystkich buchhalterów,Bym mógł wymienić owych półkowników,I officerów i podofficerów,I szeregowych zliczyć bohaterów.
Lecz bohatery tak podobne sobie!50 Tak jednostajne! Stoi chłop przy chłopie,Jako rząd koni żujących przy żłobie,Jak kłosy w jednym uwiązane snopie,Jako zielone na polu konopie,Jak wiersze książki, jak skiby zagonów,55 Jak petersburskich rozmowy salonów.Tyle dostrzegłem, że jedni z moskalów,
Wyżsi od drugich na pięć lub sześć calów,Mieli na czapkach mosiężne litery,Jakby łysinki — to grenadyjery:60 I było takich trzy zgraje wąsalów;Za nimi niżsi stali w mnogich rzędach,Jak pod liściami ogórki na grzędach.Żeby rozróżnić półki w tej piechocie,Trzeba mieć bystry wzrok naturalisty,65 Który przegląda wykopane w błocieI gatunkuje i nazywa glisty.
Zagrzmiały trąby — to konne orszaki,I rozmaitsze, ułanów, huzarów,Dragonów: czapki, kirysy, kołpaki;70 Myślałbyś, że tu kapelusznik jakiRozłożył składy swych różnych towarów.Wkońcu półk wjechał: chłopy, gdyby hlaki,Okute miedzią, jak rzęd samowarów,A spodem pyski końskie, jako haki.75 Półki w tak różnych ubiorach i broniachNajlepiéj będzie rozróżnić po koniach:Bo tak i nowa taktyka doradza,
I z obyczajem ruskim to się zgadza.Napisał wielki jenerał Żomini,80 Że koń, nie człowiek, dobrą jazdę czyni;Dawno już o tém wiedzieli Rusini:Bo za dobrego konia gwardyjakaZakupisz u nich dobrych trzech żołnierzy;Officerskiego cena jest czworaka,85 I za takiego konia dać należyLutnistę, skoczka, albo też pisarza,A w czasach drogich nawet i kucharza.Skarbowe, chude, poderwane klacze,Nawet te, które wożą lazarety,90 Jeśli je stawią w faraona gracze,Liczą się zawsze: klacz za dwie kobiety.
Wróćmy do półków. Pierwszy wjechał kary;Drugi też kary, lecz anglizowany,Dwa było gniade, a piąty bułany,95 Siódmy znów gniady, ósmy jak mysz szary,Dziewiąty rosły, dziesiąty mierzyna,A potém znowu kary bez ogona,U dwunastego na czole łysina,A zaś ostatni wyglądał jak wrona.100 Harmat wjechało czterdzieści i osim,Jaszczyków więcéj niźli drugie tyle;Wszystkiego dwieście, jak po wierzchu wnosim.Bo żeby dobrze zliczyć w jednę chwilęŚród mnóstwa koni i ludzi motłochu,105 Trzeba mieć oko twe, Napoleonie,Lub twoje, ruski intendencie prochul
Ty, nie zważając na ludzi i konie,Jaszczyków patrzysz, wnet liczbę ich zgadłeś.Wiész, ile w każdym ładunków ukradłeś.
110 Już plac okryły zielone mundury,Jak trawy, w które ubiéra się łąka.Gdzieniegdzie tylko wznosi się do góryJaszczyk, podobny do błotnego bąka,Lub polnej pluskwy z zielonawym grzbietem,115 A przy nim działo ze swoim lawetemUsiadło nakształt czarnego pająka.
Każdy ten pająk ma nóg przednich cztery,I cztéry tylnych: zowią się te nogiKanonijery i bombardyjery.120 Jeżeli siedzi spokojnie śród drogi,Noga się każda gdzieś daleko rucha:Myślisz, że całkiem oddzielne od brzucha,I brzuch jak balon w powietrzu ulata;Lecz skoro cicha, drzemiąca harmata125 Nagle się zbudzi rozkazem wyzwana,Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie,Wnet ściągnie nogi, podchyla kolana,I nim się nadmie, nim jady wybuchnie,Zrazu przednimi kanonijerami130 Około pyska długo, szybko wije:Jak mucha, co się w arszeniku splami,Siadłszy, swój czarny pyszczek długo myje,Potem dwie przednie nogi w tył wywróci,Tylnemi kręci, potém kiwa zadem,135 Nareszcie wszystkie nogi w bok rozrzuci,Chwilę spoczywa, wkońcu buchnie jadem.
Półki stanęły. Patrzą: car, car jedzie!Tuż kilku starych, konnych admirałów,
Tłum adjutantów i ćma jenerałów,140 Z tyłu i z przodu, a car sam na przedzie.Orszak dziwacznie pstry i centkowany,Jak arlekiny: pełno na nich wstążek,Kluczyków, cyfer, portrecików, sprzążek;Ten sino, tamten żółto przepasany,145 Na każdym gwiazdek, kółek i krzyżykówZ przodu i z tyłu więcéj, niż guzików.Świecą się wszyscy, lecz nie światłem własném:Promienie na nich idą z oczu pańskich.Każdy jenerał jest robaczkiem jasnym,150 Co błyszczy pięknie w nocach świętojańskich;Lecz skoro przejdzie wiosna carskiéj łaski,Nędzne robaczki tracą swoje blaski.Żyją, do cudzych krajów nie ucieką,Ale nikt nie wie, gdzie się w błocie wleką.155 Jenerał w ogień śmiałym idzie krokiem:Kula go trafi, car się doń uśmiechnie;Lecz gdy car strzeli niełaskawem okiem,Jenerał bladnie, słabnie, często — zdechnie.Śród dworzan prędzej znalazłbyś stoików:160 Wspaniałe dusze. — Choć gniew cara czują,Ani się zarzną, ani zachorują;Wyjadą na wieś do swych pałacyków,I piszą stamtąd: ten do szambellana,Ów do metresy, ów do damy dworu,165 Liberalniejsi piszą do furmana.I znowu zwolna wrócą do faworu. —Tak z domu oknem zrzucony pies zdycha:Kot miauknie tylko, lecz stanie na nogi,I znowu szuka do powrotu drogi,170 I jakąś dziurą znowu wnidzie zcicha.Nim stoik w służbę wróci tryjumfalnie,Na wsi rozprawia cicho — liberalnie.
Car był w mundurze zielonym, z kołnierzemZłotym Car nigdy nie zrzuca mundura;175 Mundur wojskowy jest to carska skóra:Car rośnie, żyje, i — gnije żołnierzem.Ledwie z kolebki dziecko wyjdzie carskie,Zaraz do tronu zrodzony paniczykMa za strój kurtki kozackie, huzarskie,180 A za zabawkę szabelkę i — biczyk.Syllabizując, szabelką wywijaI nią wskazuje na książce litery;Kiedy go tańczyć uczą guwernery,Biczykiem takty muzyki wybija.185 Dorosłszy, całą jest jego zabawąZbierać żołnierzy do swojej komnaty,Komenderować na lewo, na prawo,I wprawiać półki w musztrę — i pod baty.Tak się car każdy do tronu sposobił,190 Stąd ich Europa boi się i chwali.Słusznie z Krasickim starzy powiadali:Mądry przegadał, ale głupi pobił.Piotra Wielkiego niechaj pamięć żyje:Pierwszy on odkrył tę Caropedyję.195 Piotr wskazał carom do wielkości drogę:Widział on mądre Europy narody,I rzekł: Rossyję zeuropejczyć mogę,Obetnę suknie i ogolę brody.Rzekł — i wnet poły bojarów, kniazików200 Ścięto, jak szpaler francuskiego sadu!Rzekł — i wnet brody kupców i muzykówSypią się chmurą, jak liście od gradu.Piotr zaprowadził bębny i bagnety,Postawił turmy, urządził kadety,105 Kazał na dworze tańczyć menuety,
I do towarzystw gwałtem wwiódł kobiety;I na granicach poosadzal straże,I łańcuchami pozamykał porty;Utworzył senat, szpiegi, dygnitarze,210 Odkupy wódek, czyny i paszporty;Ogolił, umył, i ustroił chłopa,Dał mu broń w ręce, kieszeń narublował,I zadziwiona krzyknęła Europa:Car Piotr Rossyją ucywilizował!215 Zostało tylko dla następnych carów:Przyléwać kłamstwa w brudne gabinety,Przysyłać w pomoc despotom bagnety,Wyprawić kilka rzezi i pożarów,Zagrabiać cudze dokoła dzierżawy,220 Skradać poddanych, płacić cudzoziemców,By zyskać oklask Francuzów i Niemców,Ujść za rząd silny, mądry i łaskawy.
Niemcy, Francuzi! zaczekajcie nieco!Bo, gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazów,225 Gdy knutów grady na karki wam zlecą,Gdy was pożary waszych miast oświecą,A wam natenczas zabraknie wyrazów:Gdy car rozkaże ubóstwiać i sławićSybir, kibitki, ukazy i knuty: —230 Chyba będziecie cara pieśnią bawić,Waryjowaną na dzisiejsze nóty..
Car, jak kręgielna kula, między szykiWleciał i spytał o zdrowie gawiedzi.»Zdrowia ci życzym« szepcą wojowniki.235 Ich szepty były jak mruk stu niedźwiedzi.Dał rozkaz, — rozkaz wymknął się przez zębyI wpadł jak piłka w usta komendanta,A potém gnany od gęby do gębyNa ostatniego upada sierżanta.240 Jęknęły bronie, szczęknęły pałasze,I wszystko było zmieszane w odmęcie.Na linijowym kto widział okręcieOgromny kocioł, w którym robią kaszę,Kiedy weń woda z pompy jako z rzeczki245 Bucha, a w wodę sypie majtków rzeszaZa jednym razem krup ze cztery beczki,Potém dziesiątkiem wioseł w kotle miesza;Kto zna francuską izbę deputatów,Większą i stokroć burzliwszą od kotła,
250 Kiedy w nię projekt komissyja wmiotła,I już nadchodzi godzina debatów:Cała Europa, czując zdawna głody,Myśli, że dla niéj tam warzą swobody;Już liberalizm z ust jako z pomp bucha;255 Ktoś tam o wierze wspomniał na początku,Izba się burzy, szumi i nie słucha;Ktoś wspomniał wolność, lecz nie zrobił wrzątku;Ktoś wreszcie wspomniał o królów zamiarach,O biednych ludach, o despotach, carach:60 260 Izba znudzona krzyczy: »do porządku!«Aż tu minister skarbu jakby z drągiemWbiega z ogromnym budżetu wyciągiem,Zaczyna mieszać mową o procentach,O cłach, opłatach, stęplach, remanentach;265 Izba wre, buczy i kipi i pryska,I szumowiny aż pod niebo ciska;Ludy się cieszą, gabinety straszą,Aż się dowiedzą wszyscy na ostatku,Że była mowa tylko — o podatku. —270 Kto tedy widział owy kocioł z kaszą,Lub ową izbę — ten łatwo zrozumie,Jaki gwar powstał w tylu półków tłumie,Gdy rozkaz carski wleciał w środek kupy.Wtem trzystu bębnów ozwały się huki,275 I jak lód Newy, gdy pryśnie na sztuki,Piechota w długie porznęła się słupy;Kolumny jedne za drugiemi dążą,Przed każdą bęben i komendant woła.Car stał jak słońce, a półki dokoła280 Jako planety toczą się i krążą.Wtém car wypuścił stado adjutantów,Jak wróble z klatki, albo psy ze smyczy:Każdy z nich leci, jak szalony krzyczy —Wrzask jenerałów, majorów, sierżantów,
285 Huk tarabanów, piski muzykantów —Nagle piechota, jak lina kotwicy,Z kłębów rozwita, wyciąga się sznurem;Ściany idącej półkami konnicyŁączą się, wiążą, jednym stają murem.290 Jakie zaś daléj były tam obroty:Jak jazda rącza i niezwyciężonaLeciała obses na karki piechoty, —Jak kundlów psiarnia, trąbą poduszczona,Na związanego niedźwiedzia uderza,295 Widząc, że w kluby ujęto pysk zwierza;Jak się piechota kupi, sciska, kurczy,Nadstawia bronie jako igły jeża,Który poczuje, że pies nad nim burczy;Jak wreszcie jazda w ostatnim poskoku,300 Targniona smyczą, powściągnęła kroku,I jak harmaty w przód i w tył ciągano,Jak po francusku, po rusku łajano,Jak w areszt brano, po karkach trzepano,Jak tam marzniono i z koni spadano,305 I jak carowi w końcu winszowano —Czuję tę wielkość, bogactwo przedmiotu!Gdybym mógł opiąć, wsławiłbym me imie;Lecz muza moja, jak bomba, w pół lotu
Spada i gaśnie w prozaicznym rymie,310 I śród głównego manewrów obrotu,Jak Homer w walce bogów, ja — ah, drzémię!Już przerobiono wojskiem wszystkie ruchy,O których tylko car czytał lub słyszał;Śród zgrai widzów już się gwar uciszał:315 Już i sukmany, delije, kożuchy,Co się czerniły gęsto wkoło placu,Rozpełzały się każda w swoją stronę,I wszystko było zmarzłe i znudzone;Już zastawiano śniadanie w pałacu.320 Ambassadory zagranicznych rządów,Którzy, pomimo i mrozu i nudy,Dla łaski carskiej nie chybią przeglądów,I codzień krzyczą: o dziwy! o cudy!Już powtórzyli raz tysiączny drugi325 Z nowym zapałem dawne komplementy,Że car jest taktyk w planach niepojęty,Że wielkich wodzów ma na swe usługi,Że kto nie widział, nigdy nie uwierzy,Jaki tu zapał i męstwo żołnierzy.330 Nakoniec była rozmowa skończona
Zwyczajnym śmiechem z głupstw Napoleona;I na zegarek już każdy spozierał,Bojąc się dalszych galopów i kłusów,Bo mróz dociskał dwudziestu gradusów.335 Dusiła nuda i głód już doskwiérał.Lecz car stał jeszcze i dawał rozkazy;Swe półki siwe, kare i bułanePuszcza, wstrzymuje po dwadzieścia razy.Znowu piechotę przedłuża jak ścianę,340 Znowu ją ściska w czworobok zawarły,I znowu nakształt wachlarza roztacza;Jak stary szuler, choć już nie ma gracza,Miesza i zbiera i znów miesza karty;Choć towarzystwo samego zostawi,345 On się sam z sobą kartami zabawi.Aż sam się znudził, konia nagle zwróciłI w jenerałów ukrył się natłoku.Wojsko tak stało, jak je car porzucił,I długo z miejsca nie ruszyło kroku:350 Aż trąby, bębny dały znak nareszcieJazda, piechota, długich kolumn dwieściePłyną i toną w głębi ulic miejskich. —
Jakże zmienione, niepodobne wcaleDo owych bystrych potoków alpejskich,355 Co rycząc mętne walą się po skale,Aż w jezior jasném spotkają się łonie,I tam odpoczną i oczyszczą wody,A potem zlekka nowemi wychodyBłyskają, tocząc szmaragdowe tonie. —360 Tu, półki weszły czerstwe, czyste, białe;Wyszły zziajane i oblane potem,Roztopione, mi śniegi poczerniałe,Brudne z pod lodu wydeptaném błotem.
Wszyscy odeszli: widze i aktory.365 Na placu pustym, samotnym, zostałoDwadzieścia trupów: ten ubrany biało,Żołnierz od jazdy; tamtego ubioryNie zgadniesz jakie, tak do śniegu wbityI stratowany końskiemi kopyty;370 Ci zmarzli, stojąc przed frontem jak słupy,Wskazując półkom drogę i cel biegu;Ten się zmyliwszy w piechoty szeregu,Dostał w łeb kolbą i padł między trupy.Biorą ich z ziemi policyjskie sługi375 I niosą chować martwych, rannych społem:Jeden miał żebra złamane, a drugi
Był wpół harmatném przejechany kołem;Wnętrzności ze krwią wypadły mu z brzucha,Trzykroć okropnie z pod harmaty krzyknął,380 Lecz major woła: milcz! bo car nas słucha;Żołnierz tak słuchać majora przywyknął,Że zęby zaciął. Nakryto co żywoRannego płaszczem. Bo gdy car przypadkiemZ rana jest takiéj nagłéj śmierci świadkiem385 I widzi na czczo skrwawione mięsiwo,Dworzanie czują w nim zmianę humoru:Zły, opryskliwy powraca do dworu,Tam go czekają z śniadaniem nakrytem,A jeść nie może mięsa z apetytem.390 Ostatni ranny wszystkich bardzo zdziwił:Grożono, bito; próżna groźba, kara,Jenerałowi nawet się sprzeciwiłI jęczał głośno — klął samego cara!Ludzie, niezwykłym przerażeni krzykiem,395 Zbiegli się nad tym parad męczennikiem. —Mówią, że jechał z dowódzcy rozkazem,Wtém koń mu stanął jak gdyby zaklęty,A z tyłu wleciał cały szwadron razem;Złamano konia i żołnierz zepchnięty400 Leżał pod jazdą, płynącą korytem.Ale od ludzi litościwsze konie:Skakał przez niego szwadron po szwadronie.Jeden koń tylko trafił weń kopytemI złamał ramie. Kość, nawpół rozpadła,405 Przedarła mundur i ostrzem stérczałaZ zielonéj sukni, strasznie, trupio biała;I twarz żołnierza równie jak kość zbladła.Lecz sił nie stracił: wznosił drugą rękęTo ku niebiosom, to widzów gromady
410 Zdawał się wzywać i mimo swą mękęDawał im głośno, długo jakieś rady.Jakie? nikt nie wié, nie mówią przed nikim.Bojąc się szpiegów, słuchacze uciekliI tyle tylko pytającym rzekli,415 Że ranny mówił złym ruskim językiem;Kiedy niekiedy słychać było w gwarze:Car, cara, caru — coś mówił o carze.Chodziły wieści, że żołnierz zdeptanyBył młodym chłopcem, rekrutem, Litwinem,420 Wielkiego rodu, księcia, grafa synem;Że ze szkół gwałtem w rekruty oddany,I że dowódzca, nie lubiąc Polaka,Dał mu umyślnie dzikiego rumaka,Mówiąc: »niech skręci szyję lach, sobaka«.425 Kto był, nie wiedzą, i po tem zdarzeniuNikt nie posłyszał o jego imieniu.Ach! kiedyś tego imienia, o carze!Będą szukali po twojém sumnieniu;Djabeł je pośród tysiąców ukaże,430 Któreś ty w minach podziemnych osadził,Wrzucił pod konie, myśląc, żeś je zgładził.
Nazajutrz, zdala za placem słyszanoPsa głuche wycie. — Czerni się coś w śniegu;
Przybiegli ludzie, trupa wygrzebano;435 On po paradzie został na noclegu.Trup napół chłopski, napoły wojskowy,Z głową strzyżoną, ale z brodą długą,Miał czapkę z futrem i płaszcz mundurowy,I był zapewne oficerskim sługą.440 Siedział na wielkiem futrze swego pana.Tu zostawiony, tu rozkazu czekałI zmarzł i śniegu już miał za kolana.Tu go pies wierny znalazł i oszczekał;Zmarznął — a w futro nie okrył się ciepłe!445 Jedna źrenica śniegiem zasypana;Lecz drugie oko otwarte, choć skrzepłe,Na plac obrócił, czekał stamtąd pana!Pan kazał siedzieć i sługa usiądzie;Kazał nie ruszać z miejsca, on nie ruszy450 I nie powstanie, aż na strasznym sądzie;I dotąd wierny panu, choć bez duszy:Bo dotąd ręką trzyma pańską szubę,Pilnując, żeby jéj nie ukradziono.Drugą chciał rękę ogrzać, ukryć w łono,455 Lecz już nie weszły pod płaszcz palce grube.I pan go dotąd nie szukał, nie pytał!
Czy mało dbały, czy nadto ostróżny —Zgadują, że to officer podróżny,Że do stolicy niedawno zawitał,460 Nie z powinności chodził na parady,Lecz, by pokazać świeże epolety;Może z przeglądów poszedł na obiady,Może na niego mrugnęły kobiety,Może gdzie wstąpił do kollegi gracza465 I nad kartami — zapomniał brodacza;Może się wyrzekł i futra i sługi,By nie rozgłosić, że miał szubę z sobą:Że nie mógł zimna wytrzymać, jak drugi,Gdy je car carską wytrzymał osobą;470 Boby mówiono: jeździ nieformalnieNa przegląd z szubą! — myśli liberalnie!O biédny chłopie! Heroizm, śmierć taka,Jest psu zasługą, człowiekowi grzechem!Jak cię nagrodzą? Pan powie z uśmiechem,475 Żeś był do zgonu wierny — jak sobaka.O biedny chłopie! Za cóż mi łza płynieI serce bije, myśląc o twym czynie?
Ach! żal mi ciebie, biedny Słowianinie!Biédny narodzie! żal mi twojéj doli:480 Jeden znasz tylko heroizm — niewoli.
Comments
Loading comments…