Konrad Wallenrod — II

Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono,Z obradnej sali idą do kaplicy:Najpierwszy komtur, wielcy urzędnicy,Kapłani, bracia i rycerzy grono.Nieszpornych modłów kapituła słucha,I śpiewa hymny do Świętego Ducha.

Duchu, Światło boże!Gołąbko Syjonu!Dziś chrześcijański świat, ziemne podnożeTwojego tronu,Widomą oświeć postacią,I roztocz skrzydła nad syjońską bracią.Z pod Twych skrzydeł niech wystrzeliSłonecznemi promień blaski,I kto najświętszej godniejszy łaski,Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli;A padniem na twarz, syny człowieka,Temu, nad kim spoczywa Twych skrzydeł opieka:Synu Zbawicielu!Skinieniem wszechmocnej rękiNaznacz, kto z wieluNajgodniejszy słynąćŚwiętym znakiem Twojej męki,

Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu Twej wiary,I przed oczyma pogaństwa rozwinąćKrólestwa Twego sztandary;A syn ziemi niech czoło i serce uniżaPrzed tym, na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża!

Po modłach wyszli. Arcykomtur zlecił,Spocząwszy nieco, powracać do choru,I znowu błagać, aby Bóg oświeciłKapłanów, braci i mężów obioru.

Wyszli nocnemi orzeźwić się chłody:Jedni zasiedli zamkowy krużganek,Drudzy przechodzą gaje i ogrody.Noc była cicha, majowej pogody;Zdala niepewny wyglądał poranek.Księżyc, obiegłszy błonie safirowe,Z odmiennem licem, z różnym blaskiem w oku,Drzemiąc to w ciemnym, to w srebrnym obłoku,Zniżał swą cichą i samotną głowę;Jak dumający w pustyni kochanek,Obiegłszy myślą całe życia koło,Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia,To łzy wylewa, to spojrzy wesoło,Wreszcie ku piersiom zmordowane czołoSkłania — i wpada w letarg zamyślenia.

Przechadzką inni bawią się rycerze,Lecz arcykomtur chwil darmo nie traci,Zaraz Halbana i celniejszych braciWzywa do siebie i na stronę bierze,Aby zdaleka od ciekawej rzeszy

Zasięgnąć rady, udzielić przestrogi.Wychodzi z zamku, na równinę śpieszy;Tak rozmawiając, nie pilnując drogi,Błądzili kilka godzin w okolicy,Blisko spokojnych jeziora wybrzeży.Już ranek, pora wracać do stolicy,Stają, — głos jakiś — skąd? — z narożnej wieży;Słuchają pilnie, — to głos pustelnicy.W tej wieży dawno, przed laty dziesięciu,Jakaś nieznana, pobożna niewiasta,Zdala przybywszy do Maryji miasta, —Czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu,Czy skażonego sumienia wyrzutyPragnąc ukoić balsamem pokuty, —Pustelniczego szukała ukrycia,I tu znalazła grobowiec za życia.

Długo nie chcieli zezwalać kapłani,Wreszcie stałością prośby przełamani,Dali jej w wieży samotne schronienie.Ledwie stanęła za święconym progiem,Na próg zwalono cegły i kamienie,Została sama z myślami i Bogiem;I bramę, co ją od żyjących dzieli,Chyba w dzień sądny odemkną anieli.

U góry małe okienko i krata,Kędy pobożny lud słał pożywienie,A niebo wietrzyk i dzienne promienie.Biedna grzesznico, czy nienawiść świataDotyla umysł skołatała młody,Że się obawiasz słońca i pogody?Zaledwie w swoim zamknęła się grobie,Nikt jej nie widział przy okienku wieży

Przyjmować w usta wiatru oddech świeży,Oglądać niebo w pogodnej ozdobie,I miłe kwiaty na ziemnym obszarze,I stokroć milsze swoich bliźnich twarze.

Wiedziano tylko, że jest dotąd w życiu,Bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma,Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu,Jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma.Dźwięk to zapewne pobożnej piosenki;I z pruskich wiosek gdy zebrane dzieciIgrają w wieczór u bliskiej dąbrowy,Natenczas z okna coś białego świeci,Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki,Czy to jej włosa pukiel bursztynowy,Czyli to połysk drobnej, śnieżnej ręki,Błogosławiącej niewiniątek głowy.Komtur, tamtędy obróciwszy kroki,Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał:„Tyś Konrad, przebóg! spełnione wyroki,Ty masz być mistrzem, abyś ich zabijał!Czyż nie poznają? ukrywasz daremnie,Chociażbyś, jak wąż, inne przybrał ciało,Jeszczeby w twojej duszy pozostałoWiele dawnego, — wszak zostało we mnie!Chociażbyś wrócił, po twoim pogrzebieJeszcze krzyżacy poznaliby ciebie“.Słucha rycerstwo, — to głos pustelnicy,Spojrzą na kratę, zda się pochylona,Zda się ku ziemi wyciągać ramiona,Do kogoż? Pusto w całej okolicy.Zdaleka tylko jakiś blask uderza,Nakształt płomyka stalowej przyłbicy,I cień na ziemi — czy to płaszcz rycerza?

Już znikło — pewnie złudzenie źrenicy,Pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany.Po ziemi ranne przemknęły tumany.

„Bracia! rzekł Halban, dziękujmy niebiosom,Pewnie wyroki niebios nas przywiodły,Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom!Czy słyszeliście? Wieszczba o Konradzie,Konrad dzielnego imię Wallenroda.Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda,Słowo rycerskie; na jutrzejszej radzie,On mistrzem naszym!“ — „Zgoda, krzykną, zgoda!“

I poszli krzycząc; — długo po dolinieOdgłos triumfu i radości bije;„Konrad niech żyje, wielki mistrz niech żyje!Niech żyje zakon! niech pogaństwo zginie!“

Halban pozostał mocno zamyślony,Na wołających okiem wzgardy rzucił,Spojrzał ku wieży i cichemi tonyTaką piosenkę, odchodząc, zanucił:

Wilija, naszych strumieni rodzica,Dno ma złociste i niebieskie lica,Piękna Litwinka, co jej czerpa wody,Czystsze ma serce, śliczniejsze jagody.

Wilija w miłej kowieńskiej dolinieŚród tulipanów i narcyzów płynie;U nóg Litwinki kwiat naszych młodzianówOd róż kraśniejszy i od tulipanów.

Wilija gardzi doliny kwiatami,Bo szuka Niemna swego oblubieńca;Litwince nudno między Litwinami,Bo ukochała cudzego młodzieńca.

Niemen w gwałtowne pochwyci ramiona,Niesie na skały i dzikie przestworza,Tuli kochankę do zimnego łona,I giną razem w głębokościach morza.

I ciebie równie przychodzień oddaliZ ojczystych dolin, o Litwinko biedna!I ty utoniesz w zapomnienia fali,Ale smutniejsza, ale sama jedna.

Serce i potok ostrzegać daremnie,Dziewica kocha i Wilija bieży;Wilija znikła w ukochanym Niemnie,Dziewica płacze w pustelniczej wieży.

Comments

Loading comments…