Poezye Adama Mickiewicza — Tom I — Całość

Z niebieskich najrańszą piosnekLedwie zadzwonił skowronek,Najrańszy kwiatek piérwiosnekBłysnął ze złotych obsłonek.

Ja.

Zawcześnie kwiatku, zawcześnie,Jeszcze północ mrozem dmucha,Z gór białe nie zeszły pleśnie,Dąbrowa jeszcze niesucha.

Przymruż złociste światełka,Ukryj się pod matki rąbek;Nim cię zgubi śrzonu ząbek,Lub chłodnéj rosy perełka.

Kwiatek.

Dni nasze jak dni motylka,Zyciem wschód, śmiercią południe;Lepsza w kwietniu jedna chwilka,Niż w jesieni całe grudnie.

Czy dla bogów szukasz datku,Czy dla druha lub kochanki,Upleć wianek z mego kwiatku,Wianek to będzie nad wianki.

Ja.

W podłéj trawce, w dzikim laskuUrosłeś o kwiatku luby!Mało wzrostu, mało blasku,Cóż ci daje tyle chluby?

Ni to kolory jutrzenki,Ni zawoje tulipana,Ni lilijowe sukienki,Ni róży pierś malowana.

Uplatam ciebie do wianka;Lecz skądże ufności tyle!Przyjaciele i kochankaCzy cię powitają mile?

Kwiatek.

Powitają przyjacieleMnie wiosny młodej aniołka,Przyjaźń ma blasku nie wieleI cień lubi jak me ziołka.

Czym kochanki godzien rączekPowiedz niebieska Marylko!Za pierwszy młodości pączekZyskam pierwszą. ... ach! łzę tylko.

Methings I see.... where?— In my Mind’s Eys.Shakespear.Zdaje mi się że widzę.... gdzie?Przed oczyma duszy mojej.

Słuchay dzieweczko!— Ona nie słucha —To dzień biały! to miasteczko!Przy tobie nie ma żywego ducha,Co tam wkoło siebie chwytasz?Kogo wołasz, z kim się witasz?— Ona nie słucha. —

To jak martwa opokaNie zwróci w stronę oka:

To strzela wkoło oczyma,To się łzami zaleje;Coś niby chwyta, coś niby trzyma;Rozpłacze się i zaśmieje.

„Tyżeś to w nocy? to ty Jasieńku!„Ach! i po śmierci kocha!„Tutaj, tutaj, pomaleńku,„Czasem usłyszy macocha!

„Niech sobie słyszy, już nie ma ciebie!„Już po twoim pogrzebie!„Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!„Czego się boję mego Jasieńka?„Ach to on! lica twoje, oczki twoje!„Twoja biała sukienka!

„I sam ty biały jak chusta,„Zimny, jakie zimne dłonie.„Tutaj połóż, tu na łonie,„Przyciśnij mnie, do ust usta!

„Ach jak tam zimno musi bydź w grobie!„Umarłeś! tak, dwa lata!„Weź mię, ja umrę przy tobie,„Nie lubię świata.

„Zle mnie, w złych ludzi tłumie,„Płaczę, a oni szydzą;„Mówię, nikt nie rozumie;„Widzę, oni nie widzą!

„Sród dnia przyjdź kiedy? To może we śnie?„Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.„Gdzie znikasz, gdzie mój Jasieńku?„Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!

„Mój Boże! kur się odzywa,„Zorza błyska w okienku.„Gdzie znikłeś? ach! stój Jasieńku!„Ja nieszczęśliwa.

Tak się dziewczyna z kochankiem pieści.Bieży za nim, krzyczy, pada;Na ten upadek, na głos boleści,Skupia się ludzi gromada.

„Mówcie pacierze! krzyczy prostota,„Tu jego dusza bydź musi.„Jasio bydź musi, przy swej Karusi,„On ją kochał za żywota!

I ja to słyszę, i ja tak wierzę,Płaczę, i mówię pacierze.„Słuchaj dzieweczko! krzyknie śród zgiełkuStarzec; i na lud zawoła;„Ufajcie memu oku i szkiełku,„Nic tu nie widzę dokoła.

„Duchy karczemnej tworem gawiedzi,„W głupstwa wywarzone kuźni.„Dziewczyna duby smalone bredzi,„A gmin rozumowi bluźni.“

Dziewczyna czuje, odpowiadam skromnie,A gawiedź wierzy głęboko,Czucie i wiara silniej mówi do mnieNiż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nie znane dla ludu,Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!Miej serce, i patrzaj w serce!

Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie,Do Płużyn ciemnego boruWjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,Byś się przypatrzył jezioru.

Switeź tam jasne rozprzestrzenia łona,W wielkiego kształcie obwodu,Gęstą po bokach puszczą oczerniona,A gładka jak szyba lodu.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobąI zwrócisz ku wodom lice,Gwiazdy nad tobą, i gwiazdy pod tobąI dwa obaczysz xiężyce.

Niepewny czyli szklanna z pod twey stopyPod niebo idzie równina,Czyli też niebo swoje szklanne stropyAż do nóg twoich ugina:

Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,Dna nie odróżnia od szczytu,Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,W jakiejś otchłani błękitu.

Tak w noc pogodna jeśli służy pora,Wzorek się przyjemnie ułudzi;Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,Trzeba bydź najśmielszym z ludzi.

Bo jakie szatan wyprawia tam harce!Jakie się larwy szamocą,Drżę cały kiedy bają o tém starce,I strach wspominać przed nocą.

Nie raz śród wody gwar jakoby w mieście,Ogień i dym bucha gęsty,I zgiełk walczących i wrzaski niewieścieI dzwonów gwałt i zbrój chrzęsty.

Nagle dym spada, hałas się uśmierza,Na brzegach tylko szum jodły,W wodach gadanie cichego pacierza,I dziewic żałośne modły.

Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,Cóż kiedy nie był nikt na dnie;Biegają wieści pomiędzy prostotą,Lecz któż z nich prawdę odgadnie?

Pan na Płużynach którego pradziadyByły Switezi dziedzice,Zdawna przemyślał i zasięgał rady,Jak te zbadać tajemnice.

Kazał przybory w bliskim robić mieście,I wielkie sypał wydatki;Związano niewód głęboki stop dwieście,Budują czółny i statki.

Ja ostrzegałem: że w tak wielkiém dziele,Dobrze, kto z Bogiem poczyna,Dano więc na mszą w niejednym kościele,I xiądz przyjechał z Cyryna.

Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,Przeżegnał, pracę pokropił.Pan daje hasło: odbijają baty,Niewód się s szumem zatopił.

Topi się, pławki na dół s sobą spycha,Tak przepaść wody głęboka,Prężą się liny, niewód idzie s cicha,Pewnie nie złowią ni oka.

Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,Ciągną ostatek więcierzy:Powiemże jaki złowiono straszydło?Choć powiem, nikt nie uwierzy.

Powiem jednakże; nie straszydło wcale,Zywa kobiéta w niewodzie,Twarz miała jasną, usta jak korale,Włos biały skąpany w wodzie.

Do brzegu dąży: a gdy jedni s trwogiNa miejscu stanęli głazem,Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,Łagodnym rzecze wyrazem.

„Młodzieńcy, wiécie że tutaj bezkarnieDotąd nikt statku nie spuści,Każdego śmiałka jezioro zagarnieDo nieprzebrnionych czeluści.

I ty zuchwały, i twoja gromada,Wrazbyście poszli w głębinie,Lecz że to kraj był twojego pradziada,Ze w tobie nasza krew płynie;

Choć godna kary jest ciekawość pusta,Lecz żeście z Bogiem poczęli,Bóg wam przez moje opowiada usta,Dzieje tej cudnej topieli.

Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,Gdzie car i trzcina zarasta,Po których teraz wasze biega wiosło,Stał okrąg pięknego miasta.

Switeź i w sławne orężem ramiona,I w kraśne twarze bogata,Niegdyś od Xiążąt Tuhanów rządzonaKwitnęła przez długie lata.

Nie ćmił widoku ten ostęp ponury,Przez żyzne wskróś okolice,Widać stąd było Nowogródzkie mury,Litwy naówczas stolicę.

Raz niespodzianie obległ tam MendogaPotężném wojskiem Car z Rusi,Na całą Litwę wielka padła trwoga,Ze Mendog poddadź się musi.

Nim ściągnął wojsko z odległey granicy,Do ojca mego napisze,Tuhanie! w tobie obrona stolicy,Spiesz, zwołaj twe towarzysze.

Skoro przeczytał Tuhan list xiążęcy,I wydał rozkaz do wojny,Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,A każdy konny i zbrojny.

Uderzą w trąby, rusza młodź, iuż w bramieBłyska Tuhana proporzec,Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,I znowu jedzie na dworzec.

I mówi do mnie, jaż własnych mieszkańcówDla obcej zgubię odsieczy?Wszak wiész że Switeź nié ma innych szańców,Prócz naszych piersi i mieczy.

Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,Krewnemu nie dam obrony;A jeśli wszyscy pociągniem na boje,Jak będą córy i żony?

Ojcze, odpowiém, lękasz się niewcześnie,Idź kędy sława cię woła,Bóg nas obroni: dziś nad miastem we snie,Widziałam jego Anioła.

Okrążył Switeź miecza błyskawicąI nakrył złotemi pióry,I rzekł mi, póki męże za granicą,Ja bronię żony i córy.

Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,Lecz gdy noc spadła ponura,Słychać gwar zdala, szczęk i tentent koni,I zewsząd straszny wrzask, ura!

Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,Zewsząd pocisków grad leci,Biegą na dworzec starce, nędzne matki,Dziewice i drobne dzieci.

Gwałtu! wołają, zamykajcie bramę,Tuż, tuż za nami Ruś wali.Ach! zgińmy lepiéj, zabijmy się same,Smierć nas od hańby ocali.

Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;Miecą bogactwa na stosy,Przynoszą żagwie i płomień do gmachu,I krzyczą strasznemi głosy:

Przeklęty będzie, kto się nie dobije,Broniłam, lecz próżny opor,Klęczą, na progach wyciągają szyje,A drugie przynoszą topor.

Gotowa zbrodnia; czyli wezwać hordyI podłe przyjąć kajdany,Czy bezbożnemi wytępić się mordy;Panie! zawołam, nad pany.

Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,O śmierć błagamy u ciebie,Niechaj nas lepiéj twój piorun wystrzela,Lub żywych ziemia pogrzebie.

Wtém jakaś białość nagle mię otoczy,Dzień zda się spędzać noc ciemną,Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,Już ziemi nié ma pode mną.

Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi;Widzisz to ziele dokoła,To są małżonki i córki Switezi,Które Bóg przemienił w zioła.

Białawém kwieciem, jak białe motylki,Unoszą się nad topielą,List ich zielony, jak jodłowe szpilki,Kiedy je śniégi pobielą.

Za życia cnoty niewinnéj obrazy,Jéj barwę mają po zgonie,W ukryciu żyją i nie ciérpią skazy,Smiertelne nie tkną ich dłonie.

Doswiadczył tego Car i Ruska zgraja,Gdy piękne ujrzawszy kwiecie,Ten rwie i szyszak stalony umaja,Ten wianki na skronie plecie;

Kto tylko ściągnął do głębini ramie,Tak straszna iest kwiatów władza,Ze go natychmiast choroba wyłamie,I śmierć gwałtowna ugadza.

Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,Pozostał sam odgłos kary,Dotąd w swych baśniach prostota go święci,I kwiaty nazywa Cary.“

To mówiąc pani zwolna się oddala.Topią się statki i sieci,Szum słychać w puszczy, poburzona fala,Z łoskotem na brzegi leci.

Jezioro do dna pękło nakształt rowu,Lecz próżno za nią wzrok goni,Wpadła i falą nakryła się znowu,I więcéj nie słychać o niéj.

Jakiżto chłopiec piękny i młody?Jakato obok dziewica?Brzegami sinéj Switeziu wodyIdą przy świetle xiężyca.

Ona mu z kosza daje maliny,A on jéj kwiatki do wianka;Pewnie kochankiem jest téj dziewczyny.Pewnie to jego kochanka.

Każdą noc prawie, o jednéj porzePod tym się widzą modrzewiem;Młody jest strzelcem w tutejszym borze:Kto jest dziewczyna? ja nie wiém.

Skąd przyszła? darmo śledzić kto pragnie;Gdzie uszła? nikt jéj nie zbada.Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,Jak ognik nocny przepada.

„Powiedz mi piękna, luba dziewczyno,Na co nam te tajemnice.Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?Gdzie dóm twój, gdzie są rodzice?

Minęło lato, zżółkniały liściaI dżdżysta nadchodzi pora,Zawsze mam czekać twojego przyściaNa dzikich brzegach jeziora?

Zawszeż po kniejach jak sarna płocha,Jak upior błądzisz w noc ciemną?Zostań się lepiéj z tym, kto cię kocha,Zostań się, o luba! ze mną.

Chateczka moja stąd niedalekaPośrodku gęstej leszczyny;Jest tam dostatkiem owoców, mléka,Jest tam dostatkiem źwierzyny.“

„Stój, stój, odpowié, hardy młokosie,Pomnę, co ojciec rzekł stary:Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,A w sercu lisie zamiary.

Więcéj się waszéj obłudy boję,Niż w zmienne ufam zapały;Możebym prośby przyjęła twoje;Ale czy będziesz mnie stały?“

Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,Piekielne wzywał potęgi,Klął się przy świętym xieżyca blasku,Lecz czy dochowa przysięgi?

Dochowaj, strzelcze, to moja rada:Bo kto przysięgę naruszy,Ach biada jemu, za życia biada!I biada jego złej duszy!

To mówiąc dziéwka, więcej nie czeka,Wieniec włożyła na skronie,I pożegnawszy strzelca zdaleka,Na zwykłe uchodzi błonie.

Próżno się za nią strzelec pomyka,Rączym wybiegom nie sprostał,Znikła jak lekki powiew wietrzyka;A on sam jeden pozostał.

Sam został, dziką powraca drogą,Ziemia uchyla się grzązka,Cisza w około, tylko pod nogąZwiędła szeleszcze gałązka.

Idzie nad wodą, błędny krok niesie,Błędnémi strzela oczyma.Wtém wiatr zaszumiał po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma, pękają tonie,O niesłychane zjawiska!Ponad srébrzyste Switezi błonieDziewicza piękność wytryska,

Jej twarz, jak róży bladej zawoje;Skropione jutrzenki łezką,Jako mgła lekka, tak lekkie strojeObwiały postać niebieską.

„Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody,Zanóci czule dziewica,„Poco wokoło Switeziu wodyBłądzisz przy świetle xiężyca?

Poco żałujesz dzikiej wietrznicy,Która cię zwabia w te knieje,Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy,I może jeszcze się śmieje.

Daj się namówić czułym wyrazem,Porzuć wzdychania i żale,Do mnie tu, do mnie, tu będziem razemPo wodnym pląsać krysztale.

Czy zechcesz, niby jaskółka chybka,Oblicze tylko wód muskać;Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,Cały dzień ze mną się pluskać.

A na noc w łożu srebrney topieliPod namiotami źwierciadeł.Na miękkiej wodnych lilijek bieli,Sród boskich usnąć widziadeł.“

Wtém z zasłon błysną piersi łabędzie,Strzelec w ziemię patrzy skromnie,Dziewica w lekkim zbliża się pędzie,I, do mnie, woła, pódź do mnie.

I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,Jak tęcza śmiga wkrąg wielki,To znowu siekąc wodne zatopy,Srebrnemi pryska kropelki.

Podbiega strzelec i staje w biegu,I chciałby skoczyć i nie chce;Wtém modra fala, prysnąwszy z brzegu,Zlekka mu w stopy załechce.

I tak go łechce i tak go znęca,Tak się w nim serce rospływa;Jak gdy tajemnie rękę młodzieńcaSciśnie kochanka wstydliwa.

Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,Przysięgą pogardził świętą,Na zgubę oślep bieży w głębinie,Nową zwabiony ponętą.

Bieży i patrzy, patrzy i bieży;Niesie go wodne przestworze,Już zdala suchych odbiegł wybrzeży,Na średniém igra jeziorze.

I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,W pięknych licach topi oczy,Ustami usta różane goni,I skoczne okręgi toczy.

Wtém wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,Co ją w łudzącym krył blasku,Poznaje strzelec dziewczynę zbliska;Ach to dziewczyna spod lasku!

„A gdzie przysięga? gdzie moja rada?Wszak kto przysięgę naruszy,Ach biada, jemu za życia biada!I biada! jego złej duszy.

Nie tobie igrać przez srebrne tonieLub nurkiem pluskać w głąb jasną;Surowa ziemia ciało pochłonie,Oczy twe żwirem zagasną.

A dusza przy tém świadomém drzewieNiech lat doczeka tysiąca,Wiecznie piekielne cierpiąc żarzewieNié ma czém zgasić gorąca.“

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,Błędnémi rzuca oczyma.A wicher szumi po gęstym lesie,Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,Kręconym nurtem pochwyca,Rostwiera paszczę otchłań podwodna,Ginie z młodzieńcem dziewica.

Woda się dotąd burzy i pieni,Dotąd przy świetle xiężycaSnuje się para znikomych cieni;Jestto z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrném pląsa jeziorze,On pod tym jęczy modrzewiem.Któż jest młodzieniec? strzelcem był w borze.A kto dziewczyna? ja nie wiém.

RYBKA.

BALLADA.(ze śpiéwu gminnego).

Od dworu, spod lasa, z wioski,Smutna wybiega dziewica,Rospuściła na wiatr włoskiI łzami skropiła lica.

Przybiega na koniec łączki,Gdzie w jezioro wpada rzeka;Załamuje białe rączki,I tak żałośnie narzeka.

O wy, co mieszkacie w wodzie,Siostry moje Switeźianki,Słuchajcie w ciężkiej przygodzie,Głosu zdradzonéj kochanki.

Kochałam pana tak szczerze,On mię przysięgał zaślubić,Dziś xiężnę za żonę bierze,Krysię ubogą chce zgubić.

Niechże sobie żyją młodzi,Niech się z nią obłudnik pieści,Niech tylko tu nie przychodziUrągać się z mych boleści.

Dla opusczonéj kochankiCóż pozostało na świecie?Przyjmijcie mię Switezianki,Lecz moje dziecie... ach dziecie!

To mówiąc rzewnie zapłacze,Rączkami oczy zasłoni,I z brzegu do wody skacze,I w bystréj nurza się toni.

Wtém z lasu, gdzie się dwór bieli,Tysiączne świecą kagańce,Zjeżdzają goście weseli,Muzyka, hałas i tańce.

Lecz mimo tego hałasuPłacz dziecięcia słychać w lesie,Wierny sługa wyszedł z lasu,I dziecię na ręku niesie.

Ku wodzie obraca kroki,Gdzie łoza gęsto spleciona,Wzdłuż wykręconéj zatokiOkryła rzeki ramiona.

Tam staje w ciemnym zakątku;Płacze i woła niestety!Ach któż da piersi dzieciątku,Ach gdzie ty Krysiu, ach gdzie ty?

Tu jestem w rzece u spodu,Cichy mu głos odpowiada:Tutaj drżę cała od chłodu,A żwir mnie oczki wyjada.

Przez źwir, przez ostre kamuszkiFale mnie gwałtowne niosą,Pokarm mój koralki, muszki,A zapijam zimną rosą.

Lecz sługa jak na początku,Tak wszystko woła, niestety!Ach któż da piersi dzieciątkuAch gdzie ty Krysiu, ach gdzie ty?

Wtém się coś zlekka potrąciSród kryształowéj przezroczy,Woda się zlekka zamąci,Rybka nad wodę podskoczy.

I jak skałka płaskim bokiem,Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie;Tak nasza rybka podskokiemMokre całuje powierzchnie.

Złotemi plamki nadobna,Kraśne ma po bokach piórka,Główka jak naparstek drobna,Oczko drobne jak paciórka.

Wtém rybią łuskę odwinie,Spojrzy dziewicy oczyma.Z głowy jasny włos wypłynie,Szyjka cieniuchna się wzdyma.

Na licach różana krasa,Piersi jak jabłuszka mleczne,Rybią ma pletwę do pasa;Płynie pod chrósty nadrzeczne.

I dziecie bierze do ręki,U łona białego tuli,Luli, woła mój maleńki,Lulii mój maleńki, luli.

Gdy dziecie płakać przestało,Zawiesza kosz na gałęzi,I znowu ściska swe ciało,I główkę nadobną zwęzi.

Znowu ją łuski powleką,Od boków wyskoczą skrzelki,Plusła, i tylko nad rzekąKipiące pękły bąbelki.

Tak co wieczora, co ranka,Gdy sługa stanie w zakątku,Wraz wypływa Switezianka,Zeby dać piersi dzieciątku.

Za cóż jednego wieczoraNikt nie przychodzi na smugi?Już zwykła przemija pora;Nie widać z dziecięciem sługi.

Nie może on przyjść tą stroną,Musi zaczekać troszeczkę,Bo właśnie teraz pan z żonąPoszli przechadzką nad rzeczkę.

Wrócił się, czekał zdalekaZa gęstym usiadłszy krzakiem;Lecz próżno czeka i czeka,Nikt nie powracał tym szlakiem.

Wstaje, i dłoń w trąbkę zwinął,I patrzył przez palców szparę,Ale i dzień już przeminął,I mroki padają szare.

Czekał długo po zachodzie,A gdy noc gwiazdy zapala,Zbliża się zlekka ku wodzie,I sledzi oczyma zdala.

Przebóg cudy, czy moc piekła!Uderza go widok nowy.Gdzie piérwéj rzeczułka ciekłaTam suchy piasek i rowy.

Na brzegach porozrzucanaWala się odzież bez ładu,Ani pani, ani panaNie widać nigdzie i śladu.

Tylko z zatoki połowąSterczał wielki głazu kawał,I dziwną kształtu budowąDwa ludzkie ciała udawał.

Zdumieje się wierny sługa,Rozpierzchłych myśli nie złowił;Przeszła godzina i drugaNim wreszcie słówko przemówił.

Krysiu, o Krysiu zawoła:Echo mu Krysiu odpowie,Lecz próżno patrzy do koła,Nikt nie pokazał się w rowie.

Patrzy na rów i na głazy,Otrze pot na licu zbladłem,I kiwnie głową trzy razy,Jakby chciał mówić, już zgadłem.

Dzieciątko na ręce bierze,Smieje się dzikim uśmiechem,I odmawiając pacierzeWraca do domu s pospiechem.

Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razemZa miasto, pod słup na wzgórek,Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,Pobożnie zmówcie paciórek.

Tato nie wraca; ranki i wieczoryWe łzach go czekam i trwodze;Rozlały rzéki, pełne zwierza bory,I pełno zbójców na dworze.

Słysząc to dziatki biegą wszystkie razem,Za miasto pod słup na wzgórek,Tam przed cudownym klękają obrazem,I zaczynają paciórek.

Całują ziemię, potém w imie Ojca,Syna i Ducha świętego,Bądź pochwalona przenayswiętsza TrójcaTeraz i czasu wszelkiego.

Po tém ojcze nasz, i zdrowaś i wierzę,Dziesięcioro i koronki,A kiedy całe zmówili pacierze,Wyjmą xiążeczkę s kieszonki.

I litanią do najświętszéj matki,Starszy brat śpiéwa; a z bratem,Najświętsza matko, przyśpiéwują dziatki,Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!

Wtém słychać tarkot, wozy jadą drogą,I wóz znajomy na przedzie;Skoczyły dzieci, i krzyczą iak mogą:Tato, ach tato nasz jedzie!

Obaczył kupiec, łzy radośne leje,Z wozu na ziemię wylata;„Ha, jak się macie co się u was dzieje?Czyście tęskniły do tata?

Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?A ot rozynki w koszyku;“Ten sobie mówi, a ten sobie mówi,Pełno radości i krzyku.

Ruszajcie, kupiec na sługi zawoła,Ja z dziećmi pójdę ku miastu.Jdzie... aż zbójcy obskoczą do koła,A zbóyców było dwunastu.

Brody ich długie, kręcone wąsiska,Wzrok dziki, suknia plugawa;Noże za pasem, miecz u boku błyska,W ręku ogromna buława.

Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,Tulą się pod płaszcz na łonie;Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie.

„Ach bierzcie wozy, ach bierzcie dostatek,Tylko puszczajcie nas zdrowo;Nie róbcie małych sierotami dziatek,I młodéj małżonki wdową.“

Nie słucha zgraja, ten już wóz wyprzęga,Zabiéra konie, a drugiPieniędzy krzyczy i buławą sięga,Ow z mieczem wpada na sługi.

W tém, stójcie, stójcie, krzyknie starszy zbójca,I spędza bandę precz z drogi,A wypuściwszy i dzieci i ojca,Idźcie, rzekł, daléj bez trwogi.

Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie,„Nie dziękuj, wyznam ci szczerze,Pierwszybym pałkę strzaskał na twéj głowie,Gdyby nie dziatek pacierze.

Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,Darzą cię życiem i zdrowiem;Jm więc podziękuj za to co się stało,A jak się stało opowiem.

Zdawna już słysząc o przejeździe kupca,I ja i moje kamraty,Tutaj za miastem, przy wzgórku u słupcaZasiadaliśmy na czaty,

Dzisiaj nadchodzę, patrzę między chrósty,Modlą się dziatki do Boga,Słucham, s początku porwał mię śmiéch pusty,A po tém litość i trwoga.

Słucham, ojczyste przyszły na myśl strony,Buława upadła z ręki;Ach ja mam żonę, i u mojéj żony,Jest synek taki malenki.

Kupcze jedź w miasto, ja do lasu muszę,Wy dziatki na ten pagórekBiegajcie sobie, i za moję duszęZmówcie też czasem paciórek.“

Tam u niemnowéj odnogiTam u zielonéj rozłogiCo to za piękny kurhanek?Spodem uwieńczon jak w wianek,W maliny, ciernie i głogi;

Boki ma strojne murawą,Głowę ukwiéconą w kwiaty,A na niéj czeremchy drzewo,A od niéj idą trzy drogi.Jedna droga na prawo,Druga droga do chaty,Trzecia droga na lewo.Ja tędy płynę z wieciną,Pytam się ciebie dziewczyno,Co to za piękny kurhanek?

Dziewczyna.

W całéj wsi pytaj się bracie,A cała wieś powié tobie:Maryla żyła w téj chacie,A teraz leży w tym grobie.Na prawéj stronie te śladkiUbite nogą pastuszka;To jest drożyna jéj matki,A stąd przychodzi jéj druszka.Lecz oto błysnął poranek,Przyjdą oni na kurhanek

Ukryj się tu za stós łomu.Sam ich posłuchasz niedoli,Własne twe oczy zobaczą.Patrz wprawo ... idzie kochanek.Patrz, matka idzie z domu.Patrz w lewo; przyjaciółka.Wszyscy idą powoliI niosą ziółkaI płaczą.

J a ś.

Marylo! o téj porze!Jeszcześmy się nie widzieli,Jeszcześmy się nie ścisnęli.Marylo! zaszło zorze!Tu czeka twój kochanek.Czy ty przespałaś ranek,Czy na mnie zagniewana,Ach Marylo kochana!Gdzież się ty dotąd kryjesz?Nie, nie przespałaś ranka,Nie gniéwasz się na Janka,Lecz nie żyjesz, nie żyjesz!

Więzi cię ten kurhanek,Nie ujrzysz już kochanka,Nie ujrzy cię kochanek!Dawniéj kiedy spać szedłem, tém słodziłem chwile,Ze skoro się obudzę, obaczę Marylę.I dawniej spałem mile!Teraz tutaj spać będę od ludzi daleki,Może ją, we śnie ujrzę, gdy zamknę powieki;Może zamknę na wieki!Byłem ja gospodarny gdy byłem sczęśliwy;Chwalili mię sąsiedzi,Chwalił mię ojciec siwy.Teraz się ojciec biedzi;A ja ni ludziom ni Bogu!Niech ziarno w polu przepadnie,Niech ginie siano ze stogu,Niech sąsiad kopy rozkradnie,Niech trzodę wyduszą wilki!Niémasz, niémasz Marylki!Daje mi ojciec chaty,Daje mi sprzęt bogaty,Bym wziął w dóm gospodynię,

Namawiali mię swaty,Niémasz, niémasz Maryli!Swaty nie namówili.Nie mogę — nie — nie mogę;Wiém ojcze, co uczynię,Pójdę w daleką drogę,Więcéj mię nie znajdziecieChoćbyście szukali,Nie będę już na świecie,Przystanę do Moskali,Zeby mię wraz zabili.Niémasz, niémasz Maryli!

Matka.

Czemuż nie wstałam zrana?Już w polu pełno ludzi.Niémasz cię, niémasz kochana,Marylo! któż mię obudzi!Płakałam przez noc całą,Zasnęłam kiedy dniało.Mój Szymon gdzieś już w polu,Wyprzedził on świtania,

Nie budził mię mojego lituiąc się bolu,Poszedł s kosą bez sniadania;Koś ty dzień cały, koś sobie,Ja tutaj leżę na grobie.Czegoż mam iść do domu?Kto nas na obiad zawoła?Kto z nami siądzie u stoła?Niémasz, ach niémasz komu!

Pókiśmy mieli ciebie,W domu było jak w niebie.U nas i wieczorynki,S całéj wsi chłopcy, dziéwki,Najweselsze zażynki,Najhuczniejsze dosiewki.Niémasz cię! w domu pustynie!Każdy kto idzie, minie.Zawiasy rdzawieją w sieni,Mchem się dziedziniec zieleni;Bóg nas opuścił, ludzie opuścili,Niémasz, niémasz Maryli!

Przyjaciołka.

Tutaj bywało z rankuNad wodą sobie stoim,Ja o twoim kochanku,Ty mnie mówisz o moim,Już więcej s sobą nie będziem mówili.Niémasz, niémasz Maryli!Któż mi zwierzy się szczerze,Komuż się ja powierzę?Ach gdy s tobą kochanie,Smutku i sczęścia nie dzielę;Smutek smutkiem zostanie,Weselem nie jest wesele.

Cudzy człowiek.

Słyszy to cudzy człowiek,Wzdycha, i łzy mu płyną,Westchnął, otarł łzy s powiek,I daléj poszedł z wiciną.

Bije raz, dwa, trzy... już północna pora,Głuche w około zacisze,Wiatr tylko szumi po murach klasztora,I psów sczekanie gdzieś słyszę.

Swiéca w lichtarzu dopala się na dnie,Raz w głębi tłumi ogniska,Znowu się wzmoże, i znowu opadnie,Błyska, zagasa i błyska.

Straszno! — nie była straszną ta godzina,Gdy były nieba łaskawsze;Ileż mi słodkich chwilek przypomina;Precz.. to już znikło nazawsze!

Teraz ja szczęścia szukam, ot w téj xiędze,Xięga znudziła, porzucam;Znowu ku lubym przedmiotom myśl pędzę,To marzę, to się ocucam.

Czasem gdy słodkie złudzi zachwycenie,Kochankę widzę, lub braci;Zrywam się, patrzę, aż tylko po ścienieBiega cień właśnéj postaci.

Ot lepiéj pióro wezmę i śród ciszyGdy się bez ładu myśl plącze,Zacznę coś pisać dla mych towarzyszy,Zacznę, bo nie wiém czy skończę.

Może też pamięć o minionéj wiośnie,Zimowy wiérszyk umili;Chcę coś okropnie, coś pisać miłośnieO strachach i o Maryli.

Kto pragnie pędzlem swe rozsławić imie,Niech jéj maluie portrety,Wieszcz w nieśmiertelnym niech opiéwa rymie,Serca, rozumu zalety.

Mnie choć to wszystko w umyśle przytomne,Pociechy szukam, nie sławy;Lepiéj wam powiém, jeżeli przypomnę,Jakie z nią miałem zabawy.

Maryla słodkie miłości wyrazyDzieliła skąpo w rachubie;Choć jéj kto kocham, mówił po sto razy,Nie rzekła nawet i lubię.

Za to więc w Rucie pod północną chwilęKiedy się wszyscy spać kładą,Ja na dobranoc żegnając Marylę,Taką straszyłem balladą.

Spojrzyj Marylo gdzie się kończą gaje,Wprawo łóz gęsty zarostek,Wlewo się piękna dolina podaje,Przodem rzeczułka i mostek.

Tuż stara cerkiew, w niéj pusczyk i sowy,Obok dzwonnicy zrąb zgniły,A za dzwonicą chrośniak malinowyA w tym chrośniaku mogiły.

Czy tam biés siedział, czy dusza zaklęta,Ze o północnéj godzinie,Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta,Miejsc tych bez trwogi nie minie.

Bo skoro północ nawlecze zasłony,Cerkiew, się s trzaskiem odmyka,W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony,W chrustach coś huczy i ksyka.

Czasami płomyk okaże się blady,Czasem grom trzaska po gromie,Same się z mogił ruszaią pokłady,I larwy stają widomie.

Raz trup po drodze bez głowy się toczy,To znowu głowa bez ciała;Rostwiéra gębę i wytrzyszcza oczy,W gębie i w oczach żar pała.

Albo wilk bieży; pragniesz go odegnać,Aż orlém skrzydłem wilk macha,Dość zgiń przepadnij, wyrzéc i przeżegnaćWilk zniknie wrzeszcząc, cha cha cha.

Każdy podróżny oglądał te zgrozy,I każdy musiał kląć drogę;Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy,Innemu zwichnął koń nogę.

Ja chociaż pomnę, nie raz Andrzej staryZaklinał, nie raz przestrzegał,Smiałem się z diabłów, nie wierzyłem w czary,Tamtędym jeździł i biegał.

Raz gdy do Ruty jadę w czas noclegu,Na moście s końmi wóz staie,Próżno woźnica przynagla do biegu,Hej, krzyczy, biczem zadaje.

Stoją, a po tém skoczą s całéj mocy,Dyszel przy saméj pękł szrubie;Zostać na polu samemu i w nocy,To lubię, rzekłem, to lubię!

Ledwiem dokończył, aż straszna martwicaWypływa z bliskich wód toni;Białe jéj szaty jak śniég białe lica,Ognisty wieniec na skroni.

Chciałem uciekać, padłem zalękniony,Włos dębem stanął na głowie;Krzyknę: niech będzie Chrystus pochwalony!„Na wieki wieków“ odpowie.

„Ktokolwiek jesteś poczciwy człowieku,Coś mię zachował od męki;Dożyj ty szczęścia i późnego wieku,I pokój tobie i dzięki.

Widzisz przed sobą obraz grzesznéj duszy,Wkrótce się niebem pochlubię;Boś ty czyscowéj zbawił mię katuszyTém jedném słówkiem To lubię.

Dopóki gwiazdy zejdą i dopókiWe wsi kur piérwszy zapieje;Opowiém tobie, a ty dla naukiOpowiédz innym me dzieje.

Onego czasu żyłam ja na świecie,Marylą zwana przed laty;Ojciec mój piérwszy urzędnik w powiecie,Możny, poczciwy, bogaty.

Za życia pragnął sprawić mi wesele,A żem dostatnia i młoda,Zbiegło się zewsząd zalotników wiele,Posag wabił i uroda.

Mnóstwo ich marnéj pochlebiało dumie,I to mi było do smaku,Ze kiedy w licznym kłaniano się tłumie,Tłumem gardziłam bez braku.

Przybył i Józio dwódziestą miał wiosnę,Młody, cnotliwy, nieśmiały;Obce dla niego wyrazy miłosne,Choć czuł miłosne zapały.

Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika,Próżno i dzień i noc płacze;W boleściach jego dla mnie radość dzika,Smiéch obudzały rospacze.

Ja pójdę, mówił ze łzami — idź sobie —Poszedł i umarł z miłości;Tu nad rzeczułką w tym zielonym grobieZłożone jego są kości.

Odtąd mi życie stało się nie lube,Poźne uczułam wyrzuty;Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę,Ani czas został pokuty.

Raz gdy się w północ z rodzicami bawię,Wzmaga się hałas, szum, świsty,Przyleciał Józio w straszliwéj postawie,Jak potępieniec ognisty.

Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów,W czyscowe rzucił potoki;Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów,Takie słyszałam wyroki.

Wiedziałaś, że się spodobało PanuZ męża ród tworzyć niewieści,Na osłodzenie mężom złego stanu,Na roskosz, nie na boleści.

Ty jakbyś w piersiach miała serce z głazu,Ani cię jęki ubodły,Nikt nie uprosił słodkiego wyrazuPrzez łzy, ciérpienia i modły.

Za taką srogość, długie, długie lata,Dręcz się w czyscowéj zagubie;Póki mąż jaki z tamecznego świata,Nie powié na cię choć lubię.

Prosił i Józio niegdyś o to słowo,Gorzkie łzy lał nieszczęśliwy;Prośże ty teraz; nie łzą, nie namową,Ale przez strachy, i dziwy.

Rzekł, mnie natychmiast porwały złe duchy,Odtąd już setny rok minie,W dzień męczą, na noc zdejmują łańcuchy,Rzucam ogniste głębinie;

I w cerkwi, albo na Józia mogileNiebu i ziemi obrzydła,Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwileRóżne udaiąc straszydła.

Idących w błota zawiodę lub w gaje,Jadącym konia uskubię;A każdy naklnie, nafuka, nałaje,Tyś piérwszy wyrzekł to lubię.

Za to ci spadnie wyroków zasłona,Przyszłość spod ciemnych wskaże chmur,Ach i ty poznasz Marylę; lecz ona....Wtém na nieszczęście zapiał kur.

Skinęła tylko, widać radość z oczek,Mieni się w parę cieniuchną,Ginie, jak ginie bladawy obłoczek,Kiedy zefiry nań dmuchną.

Patrzę, aż cały wóz stoi na łąceSiadam, powoli strach mija;Proszę za dusze w czyscu bolejąceZmówić trzy Zdrowaś Marya.

Chcąc bydź widzem dzikich bojówJuż u źwierzyńca podwojów,Król zasiada.Przy nim xiążęta i panowie Rada,A gdzie wzniosły krążył ganekRycerze obok kochanek.

Król skinął palcem, zaczęto igrzyskoSpadły wrzeciądze; ogromne lwisko,Zwolna się toczy,Podnosi czoło,Milczkiem obraca oczyWokoło,

I ziewy rozdarł straszliwie,I kudły zatrząsł na grzywieI wyciągnął cielska brzemieI obalił się na ziemię.

Król skinął znowu,Znowu przemknie się krata,Szybkiemi skoki, chciwy połowuTygrys wylata.Spoziera zdala,I kłami błyska,Język wywala,Ogonem ciska,I Lwa dokoła obiegaTopiąc wzrok jaszczurczy,Wyje i burczy,Burcząc na stronie przylega,

Król skinął znowu;Znowu podwoj otwarty,I z jednego zachowuDwa wyskakują lamparty.

Łakoma boju, para zajadłaJuż tygrysa opadła,Już się tygrys z niemi drapie,Już obudwu trzyma w łapie;Wtém lew podniósł łeb do góry,Zagrzmiał — i znowu cisze —A dzicz s krwawemi pazuryObiega.. za mordem dysze.Dysząc na stronie przylega.

Wtém leci rękawiczka z krużganków pałacu,Z rączek nadobnéj Marty,Pada między tygrysa i między lampartyNa środek placu.

Marta z uśmiechem rzecze do EmrodaKto mię tak kocha, jak po tysiąc razyCzułemi przysiągł wyrazy,Niechaj mi teraz rękawiczkę poda.

Emrod przeskoczył zapory,Jdzie pomiędzy potwory,Smiało rękawiczkę bierze,Dziwją się panie, dziwią się rycerze.

A on w zwycięskiéj chwaleWstępuje na krużganki,Tam od radosnéj witany kochanki,Rycerz jéj w oczy rękawiczkę rzucił,„Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale”To rzekł i poszedł, i więcej nie wrócił.

Jedzą, piją, lulki palą,Tańce, hulanka, swawola;Ledwie karczmy nie rozwalą,Cha cha, chi chi, hejza, hola!

Twardowski siadł w końcu stoła,Podparł się w boki jak basza;Hulaj dusza! hulaj! woła,Smiészy, tumani, przestrasza.

Zołniérzowi, co grał zucha,Wszystkich łaje i potrąca;Swisnął szablą koło ucha,Już z żołniérza masz zająca.

Na patrona s trybunału,Co milczkiem wypróżniał rondel,Zadzwonił kieską pomału,S patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy sczutki,Do łba przymknął trzy rureczki,Cmoknął, cmok, i gdańskiéj wódki,Wytoczył ze łba półbeczki.

Wtém gdy wódkę pił s kielicha,Kielich zaświstał, zazgrzytał;Patrzy na dno, co u licha?Po coś tu kumie zawitał?

Djablik to był w wódce na dnie,Istny Niemiec, stuczka kusa,Skłonił się gościom układnie,Zdjął kapelusz i dał susa.

S kielicha aż na podłogęPada, rośnie na dwa łokcie,Nos jak haczyk, kurzą nogę,I krogulcze ma paznokcie.

„A Twardowski? witam bracieTo mówiąc bieży obsesem:Cóż to, czyliż mię nie znacie?Jestem Mefistofelesem.

Wszak ze mnąś na łyséj górzeRobił o duszę zapisy;Cyrograf na byczéj skórzePodpisałeś ty, i bisy.

Miały słuchać twego rymu;Ty, jak dwa lata przebiegą,Miałeś pojechać do Rzymu,By cię tam porwać jak swego.

Już i siedém lat uciekło,Cyrograf nadal nie służy;Ty czarami dręcząc piekło,Ani myślisz o podróży.

Ale zemsta choć leniwa,Nagnała cię w nasze sieci;Ta karczma Rzym się nazywa,Kładę areszt na waszeci.”

Twardowski ku drzwióm się kwapił,Na takie dictum acerbum,Djabeł za kuntusz ułapił,„A gdzie jest nobile verbum?”

Co tu począć, kusa rada,Przyjdzie już nałożyć głową.Twardowski na koncept wpada,I zadaje trudność nową.

Patrz w kontrakt Mefistofilu,Tam warunki takie stoją:Po latach tylu a tylu,Gdy przyjdziesz brać duszę moją,

Będę miał prawo trzy razyZaprządz ciebie do roboty,A ty najtwardsze rozkazy,Musisz spełnić co do joty.

Patrz oto jest karczmy godło,Koń malowany na płótnie;Ja chcę mu wskoczyć na siodło,A koń niech s kopyta utnie.

Skręć mi przytém biczyk z piasku,Zebym miał czém konia chłostać,I wymuruj gmach w tym lasku,Bym miał gdzie na popas zostać.

Gmach będzie z ziarnek orzecha,Wysoki pod szczyt Krępaku,Z bród żydowskich ma bydź strzechaPobita nasieniem z maku.

Patrz oto na miarę cwieczek,Cal gruby, długi trzy cale,W każde z makowych ziareczekWbij mnie takie trzy bratnale.

Mefistofil duchem skoczy,Konia czyści, karmi, poi,Potem bicz z piasku utoczy,I już w gotowości stoi.

Twardowski dosiadł biegusa,Probuje podskoków, zwrotów;Stępa, galopuje, kłusa,Patrzy, aż i gmach już gotów.

No wygrałeś Panie bisieLecz druga rzecz nieskończona,Trzeba skąpać się w téj misie,A to jest woda święcona.

Diabeł kurczy się, i krztusiAż zimny pot na nim bije;Lecz pan każe, sługa musi,Skąpał się biedak po szyję.

Wyleciał potem jak z procy,Otrząsł się, dbrum, parsknął raźnie.— Teraz jużeś w naszéj mocy,Najgorętsząm odbył łaźnię. —

— Jeszcze jedno, będzie kwita,Zaraz pęknie moc czartowska;Patrzaj oto jest kobiéta,Moja żoneczka Twardowska.

Ja na rok u BelzebubaPrzyjmę za ciebie mieszkanie.Niech przez ten rok moja lubaS tobą, jak z mężem zostanie.

Przysiąż jéj miłość, szacunek,I posłuszeństwo bez granic;Złamiesz choć jeden warunek,Już cała ugoda za nic.

Djabeł do niego pół ucha,Pół oka zwrócił do samki,Niby patrzy, niby słucha,Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,Od drzwi, od okien odpycha,Czmychnąwszy dziurką od klucza,Dotąd, jak czmycha tak czmycha.

Ja umiéram — Ja niepłaczę,I wy chciejcie ulżyć sobie;Prędzéj, poźniéj, legniem w grobie,Nie wrócą na świat rospacze.Byłem Panem mnogich włości,Sławny potęgą i zbiorem;Zamki me stały otworem,Dla przyjaciół i dla gości.

O potęgo! o człowieku!Wielkie zamki, wielkie imie;Wielkie nic! wielkość, czczy dymie!Ja umieram w kwiecie wieku!Gdy za mądrości widziadłem,Goniąc zbiegam kraje cudze;Gdy wzrok nad xięgami trudzę,Skarbnice nauk posiadłem.O nauki! o człowieku!Wielka mądrość, wielkie imie,Wielkie nic! rozum, czczy dymie!Ja umiéram w kwiecie wieku.Strzegłem ustaw świętéj wiaryW duchu i serca prostocie;Hojnie nagradzałem cnocie,Kościołom niosłem ofiary!O pobożności! człowieku!Swięta wiaro, święte imie;Swięte nic! cnoto, czczy dymie!Ja umiéram w kwiecie wieku.

Twórco jakże igrasz srodze,Kiedy mi dasz wiek niedługi,Coż że mi dasz wierne sługi?Czemże za wierność nagrodzę?Dasz kochankę kochankowi;Smierć truje ślubów słodycze.I tylu przyjaciół liczę!Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!Tak na domowników rękuTukaj, pośród skarg i jęku,Pożegnawszy świat na wieki,Gasnące zamknął powieki.Wtém grom łamie szczyty dachu,Zadrżały zamkowe ściany,Jakowyś starzec nieznaczny,Wlatuje na środek gmachu.Siwy włos okrył mu skronie,Twarz marszczkami rozorana,Broda długa za kolana,Na kosturze wsparte dłonie.„Tukaju!” porwał s pościeli,I wraz za sobą iść każe;

Już wierzchne sale minęli,Minęli wały i straże.Jdą; ciemno, dészczyk kropi;A srébrzysta twarz miesiąca,To grubawe mgły rostrąca,To się znowu we mgle topi.Jdą ponad trzęskie kępy;Mijaią bagna, głębinie,Hnilicy ciemnéj ostępy,Kołdyczewa nurty sinie.Gdzie puszczą zarosła w koło,Spodem czarna, z wierzchu płowa,Zwirami nasute czoło,Wynosi góra Zarnowa,Tam szli; starzec kląkł na grobie,Rozwarł usta, okiem błysnąłPodniosł w górę ręce obie,Trzykroć krzyknął, trzykroć swisnął.— Tukaju, patrz, oto ścieszka!Za ścieszką chatka na bagnie,

W chatce mędrzec Polel mieszka,Mędrzec mędrca wspomódz pragnie.Znana twa nauka, cnota;Znam, że Bóg węzły lubemi,Przywiązawszy cię do ziemi,Długiego nie da żywota.Ale rzucaj przestrach płonny,Mych sposobów uznaj dzielność;Zyj dla sług, przyjaciół, żony,Lata, wieki, nieśmiertelność.Ja piérwszy, ziemskiemu oku,Smiem do niéj pokazać drogę;Lecz podług ustaw wyroku,Dwóm tylko pokazać mogę.Wybiérz drugiego człowieka,Człowieka doznanéj wiary,Któremubyś w każdéj probie,Tak zaufał jak sam sobie?Trafisz, niesmiertelność czeka!Chybisz, śmierć i wieczne kary.— Starcze! twe zjawienia wiesczeCiemna zasłona powleka.

Powiedz? — Powiadam ci jeszczeWybierz drugiego człowieka.Radź się twej głowy i serca.Idzie o ciało i duszę!Wierny, albo przeniewierca,Nieśmiertelność, lub katusze!...Czy mógłbyś zwierzyć się słudze?...Tukaj, nic nie odpowiada,Bo któż zgadnie myśli cudze?Bo zbyt częsta w sługach zdrada.— Może kochance, lub żonie?— Tak, — wtém uciął, patrzy smutnie;— Tak, rzecze, i znowu utnie,Myśli sam się z sobą biedzi,— Tak jest, kochance, tak, żonieI wierzy i strach nań padaI wątpi, i wstydem płonie;Myśli, sam się z sobą biedzi,Umyślił, już w odpowiedzi,Już... i nic nieodpowiada.— Umrzyj więc! ty śmiałeś żądać?Daj pokoj żądaniom dzikim,

Ty nié masz ufności w nikim,Wartoż dłużéj świat oglądać?— On myśli. — Nikogoż z wiela?Sługi; żony; przyjaciela? —On myśli. Tu w mgnieniu oka,Czerni się niebios sklepienie,Słychać grzmienie, ziemi drżenie,Kipią bagna, lasy gorą,Niknie w płomieniach opoka,I doliny i jezioro.Sród gromów, świstu i szczęku,Czyto zły duch, czy moc Boża,Tukaj znalazł się śród łoża,Na swych domowników ręku.Głos tylko zagrzmiał zdaleka,„Niémasz drugiego człowiekaKtóremubyś w każdéj probie,Tak zaufał, jak sam sobie!”

II.

Ja mam, ja mam przyjaciela!Konający Tukaj woła;Wraz uchodzi bladość z czoła,Jskrą zdrowia oko strzela,Tukaj wydarty mogile,Wstaje: dziwią się doktory;Wstaje, chodzi o swéj sile,Jakby nigdy nie był chory.A wtém na poduszce z boku,Ujrzy z wolej skóry karty,Gdzie tajemnice wyroku,Przeklęte spisały czarty.Tukaj s ciekawością chwyta,Siada, podparł się, i czyta:„Kiedy miesiąc na młodziku,Jdź za górę do gaiku,

Znajdziesz kamień, s pod kamienia,Białego urwij korzenia.Kiedy będziesz bliski śmierci,Każ ciało posiec na cwierci.W wodzie zgotować korzonki,Pocięte namaścić członki,Znowu się duch z ciałem zrośnie,W młodociannéj wstaniesz wiosnie,I możesz skutkiem tych leków,Umiérać, wstawać, wiek wieków.”Daléj tam były przestrogi,Jak siekać głowę, jak nogi;W jakiéj wodzie smażyć trunek,Po jakiéj brać zioła szczypcie,Ale na końcu w postskrypcie,Taki dodano warunek:„Jeśli użyty któś drugi,Do namaszczalnéj posługi,Zwiedzion przez nasze fortele,Innemu pokaże ziele;Lub w oznaczonéj godzinie,Twego ciała nie namaści;

Wtenczas skutek zioła zginie,Wtenczas piekło czeka waści.Jeśli na to się ośmielisz,Dla znaku że zaszła zgoda,Nasz poseł Mefistofelisz,Do wymiany traktat poda.Ostrzegliśmy o fortelach,Strzeż się; potém próżny kweres.Dan w Erebie, w szabas rano,Własną ręką podpisano;Tak ma stać się: Lucyferes.A za zgodność: Hadramelach.”Tukaj trochę się zagniéwał,Warunku się nie spodziéwał;Brodę na ręku podpiéra,Potarł czoło, skrzywił nosa,Na kontrakt spojrzał z ukosa;Tabaczki dwa razy zażył,To na ziemię spuszcza oczy,To po stolowaniu toczy.Wziął pargamin, w ręku zważył;Znowu nań zézem poziéra,

Znowu czytał i odczytał,Znowu zważył, znowu zmierzył,Kułakiem o stoł uderzył,Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał;Ręce nad czoło zakłada,Skoczył raptem i w zapędzie,Machnął ręką: niech tak będzie!Znowu umilkł, znowu siada;Znowu myśli, znowu wstaje;Znowu chodzi, znowu siada,Niech go za to nikt nie łaie.Bo z diabłami rzecz nie lada.Myśli: albo wieczne życie,Albo wiecznie diabłu dusza.Nic nie mówi, myśli skrycie,Tylko troche wargą rusza.Nadszedł już czas odpowiedzi,Tukaj oddala się s tłumu,I do pracowni rozumu,Zamknąwszy się jeden siedzi.I tam swój traktat raz jeszczeNim stępel przyjęcia zyska,

W surowéj uwagi kleszczeBierze i porządnie ściska.Tam myśl rozmaita ścieka,W jedne podobieństwa tygle,Tam jednę myśl niedoscigle,Różnicy nożykiem sieka,Sieka, topi, nakształt wosku,Aż wycisnął extrakt wniosku.Obejrżawszy wniosek ściśle,Tak rzekł, po długim namyśle:„Jakieżkolwiek te fortele,O których słyszałem zgóry,Czy ich nie wiele, czy wiele;Trojakiéj będą natury.Chcąc kogo przywieść do zdrady,Trzeba siły, albo rady;Albo podarunkiem skusić,Albo strwozyć, albo zmusić.Toż samo krótszémi słowy,Będzie syllogizm takowy:Trojaka do zguby droga,Ciekawość, łakomstwo, trwoga:

Więc kto w tym trojakim względzieTwardéj nie ulegnie probie;Takiemu już można będzieUfać, jak samemu sobie.”Tukaj kontent z wynalazku,Szuka atramentu, piasku,Idzie kryślić pismo grzechu;Ale idzie bez pospiechu.Już ciemno, pisać nie wcześnie,W atramencie jakieś pleśnie;Dwie swiéce musiał zapalać,I dwa kałamarze nalać.Cóś mu zabolało w łokciu;Wziął pióro, na piórze włosek,I bardzo spisany nosek;Otrząsł, przyciął na paznogciuPo długim względzie, rozględzie,Wreszcie pisze: niech tak będzie.Chciał dołożyć i nazwisko,Lecz nim pierwsze T napisał,Myślał półgodziny blisko,Głową i piórem kołysał,

I nic więcéj nienapisał;Tylko do pierwszéj litery,Dodał małe kropki.... cztery.Gdy już napisano widzi,Jeszcze patrzy, jeszcze bada;Niechaj z tego nikt nieszydzi,Bo z diabłami rzecz nie lada.Lecz jakże się musiał zdumieć,Gdy głoska B, w słowie Będzie,Zaczęła brzęczeć i szumieć,I wzdymać wszystkie krawędzie.Kręci się, beczy, podrastaJak na drożdzach kawał ciasta,Dolna litery połowaWykurcza się w brzuch i żebra,U zwierzchniéj wypukła głowa,Na kształt ogromnego cebra.Szyjka jak u osy wąska,Nosik orła, bródka kozła,A z jednéj go strony końska,Z drugiéj kurza łapka wiozła.

Pogląda okiem wołowém.Skrzydła na kształt młyńskich wioseł,Był to djabeł jedném słowem,Był to Mefistofel poseł.Jeszcze Tukaj nie mógł wiedziéć;Czy żegnać, czy prosić siedziéć;Kiedy przyskoczył zuchwalec,Porwał za maleńki palec,Zasadził nożyk pod skórką;I umoczył we krwi piórko;Piórko wścibił, ścisnął w ręku,Ręką wodzi pomaleńku.Gdy już U, K, A, J, minąłZrobiło się całkiem Tukaj.Diabeł świsnął, chychnął, zginął,Terazże z nim ładu szukaj.

(Dalsze Ballady o Tukaju w następnych tomikach.)

Zbrodnia to niesłychana,Pani zabija pana;Zabiwszy grzebie w gaju,Na łączce przy ruczaju,Grób lilią zasiewa,Zasiewając tak śpiewa:Rosnij kwiecie wysoko,Jak pan leży głęboko;Jak pan leży głęboko,Tak ty rośnij wysoko.

Potém cała skrwawionaMęża zbójczyni żona,Bieży przez łąki, przez knieje,I górą i dołem i górą;Zmrok pada wietrzyk wieje;Ciemno, wietrzno, ponuro.Wrona gdzie niegdzie kracze,I puhają puhacze

Bieży w dół do strumykaGdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika,Stuk stuk, stuk stuk.

Kto tam? spadła zapora,Wychodzi starzec, świeci;Pani nakształt upioraS krzykiem do chatki leci.Ha! ha! ssiniałe ustaOczy przewraca w słupDrżąca, zbladła iak chusta:Ha! mąż, ha trup!

Niewiasto Pan Bóg s tobą,Co ciebie tutaj niesie,Wieczorną słotną dobą,Co robisz sama w lesie?

Tu za lasem, za stawem,Błyszczą mych zamków ściany,Mąż s królem BolesławemPoszedł na Kijowiany.Lato za latem bieży,Niémasz go z bojowiska;Ja młoda śród młodzieży,A droga cnoty śliska!Niedochowołam wiary,Ach biada mojéj głowie!Król srogie głosi kary;Powrócili mężowie.

Ha! ha! mąż się nie dowie!O to krew! o to nóż!Po nim już, po nim już!

Starcze wyznałam szczérze.Ty głoś świętemi usty,Jakie mówić pacierze,Gdzie mam iść na odpusty.Ach pójdę aż do piekłaZniosę bicze, pochodnie,Byleby moję zbrodnięWieczysta noc powlekła.

Niewiasto, rzecze stary,Więc ci nieżal rozboju;Ale tylko strach kary?Idźże sobie w pokoju,Rzuć bojaźń, roziaśń lica,Wieczna twa tajemnica.Bo takie sądy boże,Iż co ty zbroisz skrycie,Mąż tylko wydać może;A mąż twój stracił życie.

Pani z wyroku radaJak wpadła, tak wypada,

Bieży nocą do domuNic nie mówiąc nikomu.Stoją dzieci przed bramą,Mamo, wołają Mamo!A gdzie został nasz tato?Nieboszczyk? co? wasz tato!Nie wie co mówić na to.Został w lesie za dworem,Powróci dziś wieczorem.

Czekają wieczor dzieci,Czekają drugi trzeci,Czekają tydzień cały;Nareszcie zapomniały.

Pani zapomnieć trudno,Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu,Nigdy snu na źrenicy!Bo często w nocnéj porze,Coś stuka się na dworze,Coś chodzi po świetlicy.

Dzieci, woła: to ja to,To ja dzieci, wasz tato!

Noc przeszła, zasnąć trudno.Nie wygnać z myśli grzechu.Zawsze na sercu nudno,Nigdy na ustach śmiechu.

Idź Hanko przez dziedziniec,Słyszę tentent na moście,I kurzy się gościniec;Czy nie jadą tu goście.Idź na gościniec i w las,Czy kto nie jedzie do nas?

Jadą, jadą w tę stronę,Tuman na drodze wielki,Rżą, rżą koniki wrone,ostre błyszczą szabelki.Jadą, jadą panowie,Nieboszczyka bratowie!

A witajże, czy zdrowa,Witajże nam bratowa.Gdzie brat? — nieboszczyk brat,Już pożegnał ten świat.— Kiedy? — Dawno, rok minął,Umarł... na wojnie zginął.— To kłamstwo, bądź spokojnaJuż skończyła się wojna;Brat zdrowy i ochoczy,Ujrzysz go na twe oczy.

Pani ze strachu zbladła,Zemdlała i upadła,Oczy przewraca w słup,S trwogą do koła rzuca.Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?Powoli się ocuca;Mdlała niby z radościI pytała u gości:Gdzie mąż, gdzie me kochanie,Kiedy przedemną stanie?

Powracał razem z nami,Lecz przodem chciał pośpieszyć,Nas przyjąć z rycerzami,I twoje łzy pocieszyć.Dziś, jutro, pewnie będzie,Pewnie kędyś w obłędzieUbite minął szlaki.Zaczekajmy dzień jaki,Poszlemy szukać wszędzie,Dziś, jutro pewnie będzie.

Posłali wszędzie sługi,Czekali dzień i drugi,Gdy nic nie doczekaliS płaczem chcą jechać dalij.

Zachodzi drogę pani;Bracia moi kochani,Jesień zła do podróży,Wiatry, słoty i deszcze,Wszak czekaliście dłużéj,Czekajcie trochę jeszcze.

Czekaią. Przeszła zima,Brata niéma i niéma.Czekają; myślą sobie,Może powróci z wiosną?A on już leży w grobie,A nad nim kwiatki rosną,A rosną tak wysoko,Jak on leży głęboko.I wiosnę przeczekali,I już nie jadą dalij.

Do smaku im gospoda,Bo gospodyni młoda,Ze chcą jechać udają,A tymczasem czekają,Czekają aż do lata,Zapominają brata.

Do smaku im gospoda,I gospodyni młoda.Jak dwaj u niéj gościli,Tak ją dwaj polubili,

Obu nadzieja łechceObadwa zjęci trwogą,Zyć bez niéj żaden niechce,Zyć z nią oba nie mogą.Wreszcie na jedno zdani,Jdą razem do pani.

Słuchaj pani bratowo,Przyjm dobrze nasze słowo.My tu próżno siedzimy,Brata nie zobaczymy.Ty jeszcze jesteś młoda,Młodości twojéj szkoda.Nie wiąż dla siebie swiata,Wybiérz brata za brata.

To rzekli i stanęli,Gniéw ich i zazdrość piecze,Ten to ów okiem strzeli,Ten to ów słówko rzecze;Usta sine przycięli,W ręku ściskają miecze,

Pani ich widzi w gniewie,Co mówić, sama nie wie.Prosi o chwilkę czasu,Bieży zaraz do lasu.Bieży w dół do strumykaGdzie stary rośnie buk,Do chatki pustelnika,Stuk stuk, stuk stuk,Całą mu rzecz wykłada,Pyta się, co za rada?

Ach jak pogodzić braci,Chcą mojéj ręki oba;Ten i ten się podoba:Lecz kto weźmie? kto straci?Ja mam maleńkie dziatki,I wioski i dostatki,Dostatek się zmitrężaGdy zostałam bez męża.Lecz ach nie dla mnie szczęście!Nie dla mnie już zamęście!

Boża nademną kara,Sciga mnie nocna mara,Zaledwie przymknę oczy,Traf, traf, klamka odskoczy;Budzę się, widzę, słyszę,Jak idzie i jak dysze,Jak dysze i jak tupa,Ach widzę, słyszę trupa!Skrzyp, skrzyp, i już nad łożemSkrwawionym śjęga nożem,I iskry z gęby sypie,I ciągnie mię i szczypie.Ach dosyć, dosyć strachu,Nie siedzieć mnie w tym gmachu,Nie dla mnie świat i szczęście,Nie dla mnie już zamęście!

Córko, rzecze jéj stary,Nié masz zbrodni bez kary.Lecz jeśli szczéra skrucha,Zbrodniarzów Pan Bóg słucha.

Znam ja tajnie wyroku,Miłą ci rzecz obwieszczę;Choć mąż zginął od rokuJa go wskrzeszę dziś jeszcze.

Co, co? jak, jak? mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas!To żelazo zabojcze,Na wieki dzieli nas!Ach znam, żem warta kary,I zniosę wszelkie kary,Byle się pozbyć mary.Zrzekę się mego zbioru,I pójdę do klasztoru,I pójdę w ciemny las.Nie, nie wskrzeszaj mój ojcze!Nie czas już, ach nie czas,To żelazo zabojcze,Na wieki dzieli nas!

Starzec westchnął głęboko,I łzami zalał oko,

Oblicze skrył w zasłonie,Drżące załamał dłonie.Idź za mąż póki pora,Nie lękaj się upiora.Martwy się nie ocuci,Twarda wieczności brama;I mąż twój nie powróci,Chyba zawołasz sama.

Lecz jak pogodzić braci?Kto weźmie, a kto straci?Najlepsza będzie droga,Zdać się na los i Boga.Niechajże z ranną rosąPójdą i kwiecia zniosą.Niech każdy weźmie kwiecie,I wianek tobie splecie,I niechaj doda znaki,Zeby poznać czyj jaki?I pójdzie w kościół boży,I na ołtarzu złoży.

Czyj piérwszy weźmiesz wianek,Ten mąż twój, ten kochanek.

Pani s przestrogi rada,Już do małżeństwa skora,Nie boi się upiora;Bo w myśli swéj układa,Nigdy w żadnéj potrzebieNie wołać go do siebie.I s tych układów rada,Jak wpadła, tak wypada.Bieży prosto do domuNic nie mówiąc nikomu.Bieży przez łąki, przez gaje,I bieży i staje,I staje i myśli i słucha:Zda się że ją ktoś goni,I że coś szepce do niéj,W około ciemność głucha:

„To ja twój mąż, twój mąż!

I staje i myśli i słucha,

Słucha, zrywa się, biéży,Włos się na głowie jeży,Wtył obejrzéć się lęka,Coś wciąż po krzakach stęka,Echo powtarza wściąż„To ja twój mąż, twój mąż!

Lecz zbliża się niedziela,Zbliża się czas wesela.Zaledwie słońce wschodzi,Wybiegaią dwaj młodzi,Pani śród dziewic gronaDo ślubu prowadzona,Wystąpi śród kościołaI bierze pierwszy wianek,Obnosi go dokoła;Oto w wieńcu lilie,Ach czyjeż to są, czyje?Kto mój mąż, kto kochanek?

Wybiega starszy brat,Radość na licach płonie,

Skacze i klaszcze w dłonie,Tyś moja, mój to kwiat!Między lilii kręgi,Uplotłem wstążek zwój,To znak, to moje wstęgi!To mój, to mój, to mój!

Kłamstwo! drugi zawoła,Wyjdźcie tylko s kościoła,Miejsce widzieć możecie,Kędy rwałem to kwiecie.Rwałem na łączce w gaju,Na grobie przy ruczaju,Okażę grób i zdrójTo mój, to mój, to mój!

Kłócą się zli młodzieńce,Ten mówi, ten zaprzecza;Dobyli s pochew miecza;Wszczyna się srogi bój,Szarpią do siebie wieńce,To mój, to mój, to mój!

Wtém drzwi kościoła trzasły,Wiatr zawiał, świéce zgasły,Wchodzi osoba w bieli,Znany chód, znana zbroja,Staje, wszyscy zadrżeli,Staje, patrzy ukosem,Podziemnym woła głosem:Mój wieniec i ty moja!Kwiat na mym rwany grobie,Mnie xięże stułą wiąż;Zła żono, biada tobie!To ja twój mąż, twój mąż!Zli bracia biada obu!Z mego rwaliście grobu!Zawieście krwawy bój,To ja twój mąż, wasz brat,Wy moi, wieniec mój,Daléj na tamten świat!

Wstrzęsła się cerkwi posadaZ zrębu wysuwa się zrąb,

Sklep trzeszczy, głąb zapada,Cerkiew zapada w głąb.Ziemia ją z wierzchu kryjeNa niéj rosną lilie,A rosną tak wysoko,Jak pan leżał głęboko.

Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,S siwą aż do pasa brodą,Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą,Wiodą mimo naszéj niwy.

Starzec na lirze brząka i nóci,Chłopcy dmą dudeczki s piórek;Zawołam starca, niech się zawróciI przyjdzie pod ten pagórek.

Zawróć się starcze tu na igrzysko,Tu się po siewbie weselim;Co nam dał pan Bóg, tém się podzielim,I do wsi na noc stąd blisko.

Posłuchał, przyszedł, skłonił się niskoI usiadł sobie pod miedzą;Przy nim po bokach chłopczyki siedzą,Patrząc na wiejskie igrzysko.

Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,Płoną stosy suchych drewek;Piją staruszki, skaczą panienkiObchodząc święto dosiewek.

Milczą piszczałki, głuchną bębenki,Porzuca ogień gromadka;Biegą staruszki, biegą panienki,Biegą do dudarza dziadka.

Witaj Dudarzu, witamy radzi,W wesołéj przychodzisz dobie;Pewnie zdaleka pan Bóg prowadzi,Pogrzéj się i spocznij sobie.

Wiodą gdzie ogień, gdzie stół z murawy,Sadzą Dudarza pośrodku;Może pozwolisz na trochę strawy,Albo na szklaneczkę miodku?

Widzim i lirę, widzim piszczałki,Zagraj co nam samotrzeci,Napełnim za to tłomok, kobiałki,I będziem wdzięczni waszeci.

No stójcież cicho, rzekł do gromadki,Cicho, powtarza, w dłoń klaska,Jeżeli chcecie, zagram wam dziatki,A cóż wam zagrać? — co łaska.

Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,Miodem pierś starą zagrzéwa,Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą,Brząknął, nastroił i spiéwa.

Jdę ja Niemnem, jak Niemen długiOd wioseczki do wioseczki,Z borku do borku, s smugów na smugi,Spiéwając moje piosneczki.

Wszyscy się zbiegali, wszyscy słuchali,Ale nikt mię nie rozumie,Ja łzy ociéram, westchnienia tłumięI idę daléj a daléj.

Kto mię zrozumié, ten się użali,I w białe uderzy dłonie;Uroni łezkę, i ja uronię,Ale już nie pójdę doléj.

A wtém grać przestał, nim znowu zacznie,Przelotem spojrzał po błoniu;Lecz w jednę stronę spoziéra bacznie;Któż tam stoi na ustroniu?

Stała pasterka i plotła wieniec,To uplecie, to rosplecie;A obok przy miéj stoi młodzieniec,I splecione przyjął kwiecie.

Spokojność duszy z jéj widać czoła;Ku ziemi spuszczone oko.Nie była smutna ani wesoła,Tylko coś myśli głęboko.

Jak puszkiem chwieje trawka zielona,Choć wiatr przestanie oddychać;Tak się na piersiach chwieie zasłona,Chociaż westchnienia nie słychać.

Wtém s piersi listek zżółkły odepnie,Listek nieznanego drzewa;Spojrzy nań, rzuci, i ścicha szepnie,Jakby się na listek gniéwa.

Odwraca głowę, odeszła nieco,Podniosła w niebo źrzenice,Nagle na oczach łezki zaświeca,I róż wystąpił na lice.

A Dudarz milczy, brząka powoli,A wzrok utopił w pasterce,Utopił w licu, lecz wzrok sokoliZdał się przedzierać aż w serce.

Znowu wziął lirę i spory dzbanek,Miodem pierś starą zagrzéwa;Skinął na chłopców, ci do multanek,Brząknął, nastroił i śpiéwa.

„Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka?Ach jak szczęśliwy młodzieniec,Komu ślubny splatasz wieniec.

Pewnie dla twego kochanka?Wydaią łzy i rumieniec,Komu ślubny splatasz wieniecZ róż, lilii i tymianka.

Jednemu oddaiesz wieniec,Z róż lilii i tymianka;Kocha cię drugi młodzieniecTy jednemu oddasz wieniec,Zostawże łzy i rumieniecDla nieszczęsnego kochanka;Gdy szczęśliwy bierze wieniec,Z róż lilii i tymianka..

Na to szmer powstał, różne pogłoskiPomiędzy ciżbą przytomną.Tę piosnkę śpiéwał ktoś z naszéj wioski,Lecz kto i kiedy nie pomną.

Starzec ucisza, podnosi rękę,Słuchajcie dzieci, zawoła:Powiem od kogo mam tę piosenkę,Może on był s tego sioła.

Kiedym wędrując przez kraje cudzeKrólewiec zwiedził przechodem,Wtenczas przypłynął z Litwy na strudzePasterz jakiś s tych stron rodem.

Smutny był bardzo, ale przyczynySmutku nie mówił nikomu,Odbił się potém od swéj drużynyI nie powrócił do domu.

Często widziałem, czy świecą zorza,Czyli xiężyc w pełnym blasku,Jak on po błoniach, albo u morzaPo nadbrzeżnym błądził piasku.

Pośród skał nie raz podobny skale,Na dészczu, wietrze i chłodzie,Odludny dumał, wiatrom swe żale,A łzy powierzając wodzie.

Szedłem ku niemu, spozierał smutnieAle odemnie nie stronił,Jam nic nie mówiąc nastroił lutnię,Zaśpiéwał, w stróny zadzwonił.

Łzy mu się rzucą, lecz skinął czołem,Że się to granie podoba;Scisnął za rękę, ja go ścisnąłemI zapłakaliśmy oba.

Poznaliśmy się lepiéj nawzajemI byliśmy przyjaciele.On zawsze milczał swoim zwyczajemI ja mówiłem nie wiele.

Potém gdy troską strawiony długąJuż nie mógł rady dadź sobie;Ja towarzyszem, ja byłem sługą,Jam go pilnował w chorobie.

Nędzny w mych oczach gasnął powoli,Raz mię przywołał do łoża,Czuję, rzekł, bliski koniec niedoli,Niech się spełni wola boża.

Zgrzeszyłem tylko, że moje lataTak się nadaremnie starły;Ale bez żalu schodzę ze świata,Dawno już na nim umarły.

Kiedy mię skał tych dziki zakątek,Ukrył przed gminu obliczem,Odtąd już dla mnie świat ten był niczémZyłem na świecie pamiątek.

Ty coś mi wiernym został do grobu,Kończył, ściskając za ręce:Nagrodzić tobié nie ma sposobu,Wszakże to, co mam, poświęcę.

Znasz piosnkę, którąm po tyle razySpiéwał płacząc nad mym losem;Pomnisz zapewne wszystkie wyrazy,I wiesz jakim śpiéwać głosem.

Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkęI zeschły cyprysu listek;Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,To mój na ziemi skarb wszystek.

Idź, może znajdziesz na brzegach Niemna,Tę, któréj już nie obaczę;Może jéj piosnka będzie przyjemna,Może nad listkiem zapłacze.

Nagrodzi starca, do domu przymie,Powiedz... w tém oko ściemniało,A w ustach Panny Nayświętszéj imie,W pół wymówione zostało.

Silił się jescze, i w samym skonieNapróżno coś wyrzec żądał.Wskazał ku sercu i ku téj stronie,Na którą żyjąc poglądał.

— Tu, przerwał Dudarz i szukał okiemDostając listek s papiérka,Lecz już nie była między natłokiemTa, któréj szukał, pasterka.

Zdaleka tylko poznał sukienkę,Bo w chustce skryła twarz boską,Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę,Już ich nie widać za wioską.

Przybiegła zgraja, gdzie starzec siedział,Co to jest, wszyscy pytają;On nic nie wiedział, może i wiedziałAle nie mówił przed zgrają.

Pokłon przeczystéj rodzicy!Nad niebiosa twoje skronie,W gwiazdzistych wieńcach płonie,Jehowie na prawicy.

Ninie, dzień tobie uświęcamy wierni,Sród twego błyśnij kościoła,Oto na ziemię złożone czoła,Oto śród nieméj bojaznią czerni,Powstaje prorok i woła:Uderzam organ twéj chwale,Lecz z bóstwa idzie godne bóstwa pienie,Sród twego błysnij kościoła!I spuść anielskie wejrzenie!Duchy me bóstwem zapalę,Głosu mi otwórz strumienie!

A zagrzmię piersią, jaką CherubyZagrzmią światu na skonanie,Gdy proch zapadły w wieków otchłanie,Ze snu nicości wybiją:Takim grzmotem twoje chluby,Gdzie piekło, gdzie gwiazdy świecą,Nieskończoność niech oblecą,Wieczność przeżyją!

— A któż to wschodzi? wschodzi na Syon dziewica;Jak ranek z morskiéj kąpieliI jutrznia Maryi lica;Snieży się obłok, słońce z ukosaSmugiem złota po nim strzeli;Taka na śniegu, co szaty bieli,Powiewnego jasność włosa.

Pojrzał Jehowah, i w Niéj upodobał sobie;Pękły niebios zwierciadła,Biała gołąbka spadła,I nad Syonem w równi trzyma skrzydła obie,

I srebrzystéj pierzem tęczy,Niebianki skronie uwięczy.

Grom, błyskawica!Stań się, stało;Matką dziewica,Bóg ciało!

O Morze zjawisk! skąd ta noc i słota!Była jutrznia i cisza gdym był bliski brzegu!Dziś jakie fale, jaki wicher miota!Nie można płynąć, cofnąć niepodobna biegu!A więc porzucić Korab żywota?

Szczęśliwy czyjéj przewodniczą łodzi,Cnota i Piękność niebieskie siostrzyce!Gdy się noc zgęszcza, wzmagają powodzi,Ta puhar daje, ta odsłania lice,Tamtéj widok oświeca, a téj nektar słodzi.

Szczęśliwy kto i saméj ulubował Cnocie,Dopłynie kędy sławy góruje opoka,Balsam go rzymski ukrzepi w ochocie,Ale jeżeli Piękność niezwróci nań oka.Dopłynie we krwi i w pocie.

A komu Piękność całe pokaże oblicze,Potém śród drogi zdradliwa odlata,Nadziei s sobą mary unosząc zwodnicze;Ach jakaż poźniéj czczość w obszarach świata!Już niedość krzepią i Cnoty słodycze.

Zamiast Piękności niebieskiego wschodu,Walczyć z ustawną burzą, jęczeć pośród cienia,Zamiast serc czułych, trącać o pierś z lodu,Zamiast iéj rączek, chwytać za ręce s kamienia,I długo śród takiego nie ustać zawodu?

Zawód tak trudny! zakończyć tak snadnie!Nie będziem dłużéj cmieni, więcéj kołatani,Lecz wszystkoż z nami w tych falach przepadnie?Czyli kto raz wrzucony do bytu otchłani,Nie zdoła z niéj wylecieć, ani zginąć na dnie?

Co żyje, niknie — tak na mnie świat woła,Za cóż głos ten wewnętrznéj wiary nie wyziębi,Ze gwiazda ducha zagasnąć niezdoła,I raz rzucona krąży po niezmiernéj głębi,Póki czas wieczne toczyć będzie koła.

Któż to krzyknął od lądu? iakie słychać żale?Wyż to o bracia moi, przyjaciele moi,Dotąd stoicie na nadbrzeżney skale?I tak się oko wasze znudzenia nie boi,Ze aż dotąd patrzycie na mnie i me fale?

Jeśli się rzucę kędy rospacz ciska,Będą łzy na szaleństwo, na niewdzięczność skarga,Bo wam mniéj widne te czarne chmurzyska,Nie słychać zdala wichru co tu liny targa,Grom co tu bije, dla was tylko błyska.

I razem ze mną pod strzałami gromu,Co czuję inni uczuć chcieliby daremnie!Sąd nasz, prócz Boga nie dany nikomu.Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba bydź lecz we mnie.— Ja płynę daléj, wy, idźcie do domu.

Roku 1821. Kwietnia 17.

Franciszku dosyć prawne roztrząsać xięgarnie,Niech je pył zasłużony choć na czas ogarnie,Rzuć słabości i niecnót przeglądać obrazy,W naturze ziemskiéj pilnie wszystkie liczyć skazy.Zbyt to są dla ułomnych smutne widowiska,Serce z nich nic nie czerpa, choć rozum coś zyska.Inna jest żyć bez zbrodni, inna poznać zbrodnie,Często i prawodawca nie był s prawem zgodnie.Lokryjczyk wbrew statutom, które sam uchwala,Ojcowskie karał oko za grzechy synala.I ten, co zakon wyrył na głazach dwunastu,Zgwałcenia jego piérwszy daje przykład miastu.

Ale po cóż umarłe mam wołać przykłady?Silniejszém jest natura mojéj wsparciem rady.Choć prawo siedzi w mieście, prawość na wsi mieszka,Nie marmur, lecz zielona wiedzie do niéj ścieszka.Myśmy ze wsi mędrsi, może lepsi wyśli,Bieżmy tam: kto się bawi, ten o złém nie myśli.

A jeśli niedojrzałéj wiosny słotna pora,Lub skwar nas w domu zamknie, albo chłód wieczora,Czyż to piękną zabawkę wynaleźć zabroni?Niechaj się czasem umysł i do gry nakłoni.Nie do téj, gdzie aż w północ oczekując nudnie,Dręczę ciało, a wdzięcznie myśli nie zatrudnię,Tak zwykle gmin się tylko bawi mało warty,Kręcąc skazówki, kości miotając, lub karty;Kruszec jest grania celem, graczów wabi żądza,Podłość walczy o zyski, ślepy los przysądza.

Ale czyj duch wznioślejszy, poiętość nie słaba,Takim lepiéj rozmyślna przystoi Warcaba.

Znad katajskich wzięliśmy tę zabawę granic,Przez nię w zbrojne rzemiosło wtrawiał się Sołtanic;Jak naciérać, jakiemi wycofać się biegi,Pouczał się kościane hetmaniąc szeregi,Lub do miejsca stosując różnych zdatność osób,S trudnéj gry brał trudniéjszy królowania sposób.Dziś nie koronna głowa, ni mieczny zabierca,Ale Warcabę czułe ulubiły serca,Hucznych znikając zabaw, nie łakome zysku,Dzionek na towarzyskiém skracają igrzysku.Precz od nich z ulicznego wydobyty steku,Obyczajem i twarzą nieznany człowieku;Dobrańsza tylko para wychodzi do szranek,Przyjaciel s przyjacielem, s kochanką kochanek.

Franciszku, sercem czuły, a zimny z urzędu,Nie znasz miłości, nie masz dla Warcaby względu,

Pozwól, niech tobie gry téj prawidła wymienię,Bo tamtéj jedno kiedyś nauczy spojrzenie.

O Wido, gdybym dostał twój pędzel bogaty,Wido tak biegle w polskie przestrojony szaty,Zdarz, niech twojego torem idąc wynalazku,Opisom mym udzielę powabu i blasku.Niech stąd Warcaba świéżéj nabędzie zacności,Niech chwalonym przez ciebie Szachóm nie zazdrości;A mnie niech wdzięcznie czyta ten dla kogo piszę,Niech cierpliwie słuchają mili towarzysze.

Wiedzcie tedy, iż gra ta jest bojów obrazem;Trzeba miejsca, chcąc wojska przeciwne zwieść razem.A więc naprzód dla Warcab szranki przybierz świetnie,Niech je siédém dróg równych z obu stron rozetnie.

Potém czarne i białe strugaj czworościany,I w miejscach opisanych rossadź na przemiany.Kiedy się plac ogrodzi, skreśli i wymierzy,Nie zaniedbaj do walek przywołać rycerzy.Dwunastu ma ich jedna, tyleż druga strona;Że pieszo walczą, pieszków niech noszą imiona.By omyłek w wojennym tłumie uniknęli,Tamci czarny strój maja, ci są całkiem bieli;A chociaż różni, szaty w różnym noszą wzorze,Przecież stają na czarnym z obu stron kolorze.Półk chce się z półkiem zetrzeć, trupem usłać pole,Albo żywym broń wydrzeć i zaprzeć w niewolę.Każdy na czoło jednym postępując krokiem.Nieprzyjaciela swego pilnén śledzi okiem,Patrzy czy który rycérz zapędzony w biegu,Nie wymknie się choć na krok ze swego szeregu;A skoro s tyłu za nim próżny plac odkryje,Wskoczy nagle i utnie zuchwalcowi szyję.Czy wygrana ucieszy, czy pośród pogromu,Cofnąć stopy pod karą nie wolno nikomu,

Iść na przód, walczyć, gonić za nieprzyjacielem,Wedrzeć się do obozu, jest głównym gry celem.Kto piérwszy umiał zdobyć przeciwników szranki,Ozdobi się laurowym wieńcem z rąk kochanki;I jako błędni niegdyś czynili rycerze,Do boju idąc damę na koń s sobą bierze.Co wprzódy stąpał pieszo, dziś po całym szlaku,Wprzód i w tył, wlewo, wprawo hasa na rumaku.Jeśli mu jaki śmiałek waży się zajść w oczy,Dopędzi go, zabije i nazad uskoczy.Tak ów Karol trwożliwy już umykał s tronuPrzed nachodem powstańców i wojsk Albionu,Ale jak tylko dostał na pomoc Darczanki,Potłumił i Angliki i buntowne Franki.

Odpiéraj więc jak możesz i kładź wszędzie tamy,Ażeby twój przeciwnik nie mógł zdobyć damy.

Jeśli jéj i sam ż obcych wziąć nie zechcesz szyków,I własną mocą w boju zgnębisz przeciwników;Wtenczas dla nich prócz straty największa sromota,Według praw tracą sławę i paść muszą kota.Częstokroć wódz w swéj sile zaufany zbytnie,Niechce rycérki myśląc, iż sam wszystkich wytnie;A tymczasem przeciwnik mając pomoc w damie,Wypędzi go z obozu, doścignie i złamie;Już wódz chwieje się ranny, miecz upuszcza z dłoni,Kochanka nad nim żadnéj łezki nie uroni:Tak, co wprzódy zwycięstwa karmił się otuchą,Umiera, a co gorsza umiéra na sucho.Pary więc szukaj gwałtem, lub przez chytre środki,W parze miłe zwycięstwo, w parze i zgon słodki.Choć przegrasz, mniejszą będzie daleko przegrana,Jeżeli grob twój łzami odwilży kochana.

Masz tedy prawa wojny; krótkoć je podaje:Różnych jeszcze narodów, znaj różne zwyczaje.Sarmata ufność w saméj kładący odwadze,Woła na cię przed bojem: „zwalczę, lecz nie zdradzę!”Stąd piérsią w piérś uderza, w tył razów nie ciska,Choćby kark nieprzyjazny nadstawiał się zbliska.Dama jego podskoków wyprawiać niezdolna,Równym jak mąż jéj krokiem postępuje zwolna;Ten tylko u rycerskiéj wzgląd zyskawszy młodzi,Ze się jéj s krwawych bojów ujść bez hańby godzi.Hiszpan śmiało uderza na miecze i spiże,S czoła walczy, lecz okiem i tam i sam strzyże;Często skradać się lubi sród gwaru, wód pyłu,I zdradliwie przebija nieprzyjaciół s tyłu;Stąd w takich bojach nie raz za cięciem bułata,Dwóch, cztérech, pięciu zgładzić potrafi ze świata.Gdy zwyciężony padnie, Hiszpan zdarłszy zbroję,Cofa się, by łup unieść między pułki swoje.

Dama Kastylska w bitwach różnym trybem stawa:Nié masz w xięgach zwyczaju wyraźnego prawa;Raz chciwa wojennemi ozdobić się łupy,Staje na bojowisku i obdziéra trupy;Ale kiedy nad niemi pastwi się okrutnie,Często pieszek podskoczy i dumny łeb utnie.Jesli zaś rzuca martwych i daléj ucieka,Od nieprzyjaznych szyków stawając zdaleka,Choć jedna tylko walczy, gęste trupy ściele,Liczniejsi jéj nie mogą zbić nieprzyjaciele.Francuz staczając walki, naprzód idzie żwawo,Zabijając w tył, lata i w lewo i w prawo.Strzelec trafny, niezważa na damy, na pieszki,Częstokroć kulą sięgnie aż w sam koniec ścieszki,I jeśli mu się kogo położyć udało,Przez całe szranki wpada do obozu śmiało.

Znając wojska, wybieraj jakieć się podoba;Jednak muszą się na to gracze zgodzić oba.Po polsku walczą zwykle celniéjsi zasługą,Bój ten wymaga sztuki i ciągnie się długo;

Pod koniec, kiedy damy tłumnie wjadą w szranki,Bardzo trudno przychodzi ścigać jejmościanki.Gra więc Hiszpańska krótsza, podstępna, zajadła,Wielu dzisiejszym wodzóm do smaku przypadła.Bardziéj niźli do męstwa, do wybiegów zdatni,Cwiczą się nieprzyjaciół w chytréj łowić matni.Francuz, że prędko kończy i daleko skacze,Lubią go tylko młodzi i zuchwali gracze.

Lecz nie dosyć Franciszku, żeś świadom obrotów,Ześ widział wojska, ieszcześ do bitwy nie gotów.Czyż ten hetman, kto tylko rąbie, strzela, kole?Nie; umiéj szyki sprawić, umiéj przeznać pole;I w grze są różne miejsca: wskaże moja rada,Kiedy je zająć, kiedy strzedz się ich wypada.

Naprzód w prawo jest koniec o podwójnym głazie;Młynek to, port bespieczny w niebespiecznym razie.

Tam broń się, choćby na cię bito bez spoczynku,Nim ustąpisz, przemoknie krwią droga do młynku.Jeżeli grasz po polsku, a młynek w twéj właści;Możesz damy wygodnie bronić od napaści;Przeciwnie, gdy hiszpanka na placu zostanie,Stanąwszy w młynkach, łatwe na nią polowanie.Z lewéj strony głaz jeden w koniec szranków bodzie,Miéjsce to zowią beczką: groźne na przechodzie.Gdyż jeżeli w niém dama zasiędzie na czaty,Nabawi pewnie klęski, albo znacznéj straty.

Te są w tyle, lecz inne s czoła stanowiska,Kędy na nieprzyjaciół można natrzeć zbliska.Iż przyległe granicóm, nazwane są kątki,W nich bitwa często krwawe zwykła mieć początki,W nich się kryje kto słaby, lub ostrożny zbytnie,I w nich biegły gromiące stawi działobitnie.Pomnij zrazu je zająć, byś obce rwał skrzydła;Tak doświadczenie każe, tak walki prawidła.

Srodkiem gracz najbiegléjszy i najgorszy lézie,Często jest tam zwycięstwo, ale częstsze rzezie.Chyba się losem szczęsnym przeciwnik omyli,Wtenczas możesz mu pieszków w jednéj zrąbać chwili.Lecz kiedy w kąty wjedzie, zapęd wojska wstrzyma,Tak się zaprzesz na środku, iż stąpić gdzie nié ma.

Ale po cóż széroko przepisy rozwodzę?Nie przepisy stanowią zwycięstwo, lecz wodze.Oni początkiem bojów, dają bojom prawa,Od nich zależy cała w warcabach zabawa.Nie prędko do potyczki bohatyr przywabi,Co się powolnie wlecze jak ów togat Fabi.Nie śmiejąc ni uciekać, ani stawić czoła,Wyda rozkazy, znowu wydane odwoła.To w przód, to w tył pojeżdza, patrzy, głową kręci,Myśli, w tém co umyśli wypadło s pamięci;I przegrawszy nareszcie po rozwagach długich,Pozna, iż sam się znudził, i nie bawił drugich.

Równie śmieszny, kto drobnych obyczajem dzieci,Bez namysłu, bez celu, oślep w ogień leci;Biją go, jeśli natrze, łowią, jeśli zmyka,Ginie wreszcie nie ciesząc zgonem przeciwnika.Ten tylko słusznie wielkie gracza imie bierze,Kto męstwo i rozwagę w jednéj trzyma mierze,Czyja głowa i ręka z bojem oswojona,Kto i dobrze umyśli i prędko wykona.A gdzież są tacy gracze? lecz wieszczy głos słyszę,Słowom moim udzielą wiary towarzysze,Franciszek będzie takim, jeśli tylko przymie,Ustawy w przyjacielskim nakreślone rymie.

Lecz za cóż go nie wołam do stolika ze mną,Z gry objaśniać naukę, może w pismach ciemną?Gdy mu inni te służby pomniéjsze oddadzą,A jakąż one dla mnie zakazane władzą?Warcaby niegdyś moja zabawko ustawna,Za cóżem niewidziany koło was oddawna?

O ty, dla któréj wiecznie tajne me zapały,Któréj imie pomyślić staję się za śmiały,

Tobie spokojność moję gdym przegrał w warcaby,Odtąd już gra ta dla mnie straciła powaby.Nie dziw, żem toczył zawsze mniéj sżczęśliwe boje,Tyś patrzyła w warcaby, ja w oblicze twoje;Najdroższego oblicza będąc nie daleki,I wiecznie chcąc je widzieć, i tracąc na wieki,Miotany od sprzecznego poruszeń natłoku,Ból w sercu, w licach bladość, ogień miałem w oku,Alem się nadaremnym nie zdradził zapałem,Westchnienia zatłumiłem, słówka połykałem.Bo los wynosząc ciebie między jasne rody,Z samą nadzieją wieczne przykazał rozwody!Ustąpię, jęki nawet z głębi nie wypadną.Lecz pamiętam, bo pamięć nie jest mi podwładną,Pamiętam dzień ów grania i szczęścia ostatni,Gdyś mię i pieszki moje wpędziła do matni.Odtąd na wieki w jednym porzucone szyku,Brańcy obok zwycięzców tkwią na mym stoliku.Raz tylko śmiałem ulżyć grą długiéj żałobie,Lecz więcéj grzechu tego nie pozwolę sobie,

Bo twoja oczywiście sstępująca postać,Kazała grze poczętéj nietknioną pozostać.

Franciszku, czy litości, czyli doznam wiary,Czy to bóstwo, czy zmysłu popsutego czary,Z uniesieniem widzący, a niechętny badać,Nadludzkie tobie cudo muszę wyspowiadać.Pomnisz, jak przeraźliwych strat odniósłszy rany,Z jéj obecności, z waszéj pociechy obrany;Całe dni pustelnicza więziła mię klatka,Wielu niespanych nocy dotrwałem ostatka.Raz gdy już świateł lampa konająca skąpi,Nagle się gęstwa cieniu koło mnie rozstąpi,Wzrok osłupiał i myśli splątały się tłumnie;Alić jasny powietrzem anioł spływa ku mnie.Boże! ta iéj twarzyczka, jak poranek blada,Włos na szyję srébrnemi promykami spada,Chmurka jéj przezroczysta za sukienkę służy,Czerwieniejąc u piersi obwiązkami róży;Widziałem ją, jak ciebie oglądam na jawie,Widziałem ją w codziennéj obecną postawie;

Tylko mającą bardziéj jasności do koła,Więcéj boską; bo więcéj piękną bydź nie zdoła.Ku stolikowi potém przyśliznęła kroku,Spotkaliśmy się okiem, cały byłem w oku;Sercem tak blisko serca i licem do lica,Szczupła nas rozdzielała tylko warcabnica.Odtąd już wielokrotnie w przedporanne cienie,Bóg jest łaskaw podobne ssyłać mi widzenie;Zawżdy około warcab pobawi się zbliska,Lecz nie chce, abym graniem zmienił stanowiska,Snadź od bóstwa sprawionych orszaków i błoni,Dotykać skazitelnéj nie godzi się dłoni.Tak gra musiała dla mnie wszelki powab zgubić,Franciszku, jeśli dłużéj chcesz warcaby lubić,Na spółbliźnich uzyskuj tryumfalny wianek,Nigdy nie wyzywając do boju niebianek.Pomnij, że kto ośmielił na Pafią dłonie,Tydéjczyk rychło zbrzydził szeregi i bronie.A ja, com niegdyś smutki rozweselał cudze,Teraz smutny was mijam, lub uczeniem nudzę.

Lauro! czyliż te piękne wieków naszych lata,Jeszcze się kiedy twojej malują pamięci?Kiedyśmy sami tylko i sobą zajęci,Dbać nie chcieli o resztę obcego nam świata.

Chłodnik, co się zielonym jaźminem wyplata,Strumień, co z miłym szmerem po łące się kręciTam nas często wzaiemne tłumaczących chęci,Poźnéj nocy miłośna osłoniła szata.

A xiężyc s pod bladego wyjrzawszy obłoku,Snieżne piersi i złote rozświecał pierścienie,Boskiego wdziękóm twoim przydając uroku.

Wtenczas serca porywa słodkie zachwycenie,Usta się spotykają, oko ginie w oku.Łza ze łzą, i z westchnieniem miesza się westchnienie!

Comments

Loading comments…