Tukaj Ballada I
Poezye Adama Mickiewicza
Ja umiéram — Ja niepłaczę,I wy chciejcie ulżyć sobie;Prędzéj, poźniéj, legniem w grobie,Nie wrócą na świat rospacze.Byłem Panem mnogich włości,Sławny potęgą i zbiorem;Zamki me stały otworem,Dla przyjaciół i dla gości.
O potęgo! o człowieku!Wielkie zamki, wielkie imie;Wielkie nic! wielkość, czczy dymie!Ja umieram w kwiecie wieku!Gdy za mądrości widziadłem,Goniąc zbiegam kraje cudze;Gdy wzrok nad xięgami trudzę,Skarbnice nauk posiadłem.O nauki! o człowieku!Wielka mądrość, wielkie imie,Wielkie nic! rozum, czczy dymie!Ja umiéram w kwiecie wieku.Strzegłem ustaw świętéj wiaryW duchu i serca prostocie;Hojnie nagradzałem cnocie,Kościołom niosłem ofiary!O pobożności! człowieku!Swięta wiaro, święte imie;Swięte nic! cnoto, czczy dymie!Ja umiéram w kwiecie wieku.
Twórco jakże igrasz srodze,Kiedy mi dasz wiek niedługi,Coż że mi dasz wierne sługi?Czemże za wierność nagrodzę?Dasz kochankę kochankowi;Smierć truje ślubów słodycze.I tylu przyjaciół liczę!Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!Tak na domowników rękuTukaj, pośród skarg i jęku,Pożegnawszy świat na wieki,Gasnące zamknął powieki.Wtém grom łamie szczyty dachu,Zadrżały zamkowe ściany,Jakowyś starzec nieznaczny,Wlatuje na środek gmachu.Siwy włos okrył mu skronie,Twarz marszczkami rozorana,Broda długa za kolana,Na kosturze wsparte dłonie.„Tukaju!” porwał s pościeli,I wraz za sobą iść każe;
Już wierzchne sale minęli,Minęli wały i straże.Jdą; ciemno, dészczyk kropi;A srébrzysta twarz miesiąca,To grubawe mgły rostrąca,To się znowu we mgle topi.Jdą ponad trzęskie kępy;Mijaią bagna, głębinie,Hnilicy ciemnéj ostępy,Kołdyczewa nurty sinie.Gdzie puszczą zarosła w koło,Spodem czarna, z wierzchu płowa,Zwirami nasute czoło,Wynosi góra Zarnowa,Tam szli; starzec kląkł na grobie,Rozwarł usta, okiem błysnąłPodniosł w górę ręce obie,Trzykroć krzyknął, trzykroć swisnął.— Tukaju, patrz, oto ścieszka!Za ścieszką chatka na bagnie,
W chatce mędrzec Polel mieszka,Mędrzec mędrca wspomódz pragnie.Znana twa nauka, cnota;Znam, że Bóg węzły lubemi,Przywiązawszy cię do ziemi,Długiego nie da żywota.Ale rzucaj przestrach płonny,Mych sposobów uznaj dzielność;Zyj dla sług, przyjaciół, żony,Lata, wieki, nieśmiertelność.Ja piérwszy, ziemskiemu oku,Smiem do niéj pokazać drogę;Lecz podług ustaw wyroku,Dwóm tylko pokazać mogę.Wybiérz drugiego człowieka,Człowieka doznanéj wiary,Któremubyś w każdéj probie,Tak zaufał jak sam sobie?Trafisz, niesmiertelność czeka!Chybisz, śmierć i wieczne kary.— Starcze! twe zjawienia wiesczeCiemna zasłona powleka.
Powiedz? — Powiadam ci jeszczeWybierz drugiego człowieka.Radź się twej głowy i serca.Idzie o ciało i duszę!Wierny, albo przeniewierca,Nieśmiertelność, lub katusze!...Czy mógłbyś zwierzyć się słudze?...Tukaj, nic nie odpowiada,Bo któż zgadnie myśli cudze?Bo zbyt częsta w sługach zdrada.— Może kochance, lub żonie?— Tak, — wtém uciął, patrzy smutnie;— Tak, rzecze, i znowu utnie,Myśli sam się z sobą biedzi,— Tak jest, kochance, tak, żonieI wierzy i strach nań padaI wątpi, i wstydem płonie;Myśli, sam się z sobą biedzi,Umyślił, już w odpowiedzi,Już... i nic nieodpowiada.— Umrzyj więc! ty śmiałeś żądać?Daj pokoj żądaniom dzikim,
Ty nié masz ufności w nikim,Wartoż dłużéj świat oglądać?— On myśli. — Nikogoż z wiela?Sługi; żony; przyjaciela? —On myśli. Tu w mgnieniu oka,Czerni się niebios sklepienie,Słychać grzmienie, ziemi drżenie,Kipią bagna, lasy gorą,Niknie w płomieniach opoka,I doliny i jezioro.Sród gromów, świstu i szczęku,Czyto zły duch, czy moc Boża,Tukaj znalazł się śród łoża,Na swych domowników ręku.Głos tylko zagrzmiał zdaleka,„Niémasz drugiego człowiekaKtóremubyś w każdéj probie,Tak zaufał, jak sam sobie!”
Comments
Loading comments…