Widzenie (Mickiewicz, 1929)
Dźwięk mię uderzył... Nagle moje ciało,Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,Prysło, zerwane Anioła podmuchem,I ziarno duszy nagie pozostało...I zdało mi się, żem się nagle zbudziłZe snu strasznego, co mnie długo trudził.I, jak zbudzony ociera pot z czoła,Tak ocierałem moje przeszłe czyny,Które wisiały przy mnie, jak łupinyWokoło świeżo rozkwitłego zioła.Ziemię i cały świat, co mię otaczał,Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,Tyle zagadek i tyle tajemnic,I nad któremi jam dawniej rozpaczał, —Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.Teraz widziałem całe wielkie morze,Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga,A w niem rozlana była światłość błoga.I mogłem latać po całym przestworze,Biegać, jak promień, przy boskim promieniuMądrości bożej; i w dziwnem widzeniuI światłem byłem i źrenicą razem.I w pierwszym, jednym, rozlałem się błysku,Nad przyrodzenia całego obrazem:
W każdy punkt moje rzuciłem promienie;A w środku siebie, jakoby w ognisku,Czułem odrazu całe Przyrodzenie.Stałem się osią w nieskończonem kole,Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;Byłem w pierwotnym żywiołów żywiole,W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy,Świat ruszające, same nieruchome:Jako promienie, co ze środka słońcaLeją potoki blasku i gorąca,A słońce w środku stoi niewidome.I byłem razem na okręgu koła,Które się wiecznie rozszerza bez końcaI nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.I dusza moja, krąg napełniająca,Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,I wiecznie będzie ognia jej przybywać;Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,I coraz mocniej kochać swe stworzenieI tem powiększać coraz swe zbawienie.
Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiegaPromień przez wodę, ale nie przylegaDo żadnej kropli: wszystkie nawskróś zmaca,I wiecznie czysty przybywa i wraca,I uczy wodę, skąd się światło leje,I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje...
Stały otworem ludzkich serc podwoje,Patrzyłem w czaszki, jak alchymik w słoje.Widziałem, jakie człek żądze zapalał,Jakiej i kiedy myśli sobie nalał,Jakie lekarstwa, jakie trucizn waryGotował skrycie. A dokoła staliDuchowie czarni, aniołowie biali,Skrzydłami studząc albo niecąc żary,
Nieprzyjaciele i obrońce duszni,Śmiejąc się, płacząc — a zawsze posłuszniTemu, którego trzymali w objęciu,Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,Które jej ojciec, pan wielki poruczy,Choć ta na dobre, a ta na złe uczy..............
Comments
Loading comments…