Rzeczpospolita żabska wodami i lądem Szerzyła się od wieków, a stała nierządem. Tam każda obywatelka, Mała, czy wielka, Gdzie chciała, mogła skakać, Karmić się i ikrzyć Ten zbytek swobód w końcu zaczynał się przykrzyć. Zauważyły, że sąsiednie państwa Używają pod królmi rządnego poddaństwa, Że lew panem czworonogów, Orzeł nad ptaki, U pszczół jest królowa ula;
A więc w krzyk do Jowisza: „Królu! ojcze Bogów, Dajże i nam króla — króla!“ Powolny bóg wszechżabstwu na króla użycza Małego jako Łokiet Kija Kijowicza. Spadł Kij i pluskiem wszemu obwieścił się błotu. Struchlały żaby na ten majestat łoskotu. Milczą dzień i noc, ledwie śmiejąc dychać, Nazajutrz jedna drugiej pytają: „Co słychać? Czy nie ma co od króla?“ Aż śmielsze i starsze Ruszają przed oblicze stawić się monarsze. Zrazu zdala, w bojaźni, by się nie narazić; Potem, przemógłszy te strachy, Brat za brat z królem biorą się pod pachy I zaczynają na kark mu włazić. „Toż to taki ma być król?... Najjaśniejszy Bela, Nie wiele z niego będziem mieć wesela; Król, co po karku bezkarnie go gładzim,
Niechaj nam abdykuje zaraz, niedołęga! Potrzebna nam jest władza, ale władza tęga!“ Bóg, gdy ta nowa skarga żab, niebo przebija, Zdegradował króla Kija, A zamianował węża królem żabim. Ten pełzacz, pływacz i biegacz, Podsłuchiwacz i dostrzegacz, Wszędzie wziera pod wodę, pod kamienie, pod pnie, Wszędzie szuka nadużyć i karze okropnie. Arystokracja naprzód gryziona jest żabia, Że się nadyma i zbyt się utłuszcza; Gryziony potem chudy lud, że nie zarabia I że się na dno biedy opuszcza; Gryzione są krzykacze, że wrzeszczą namiętnie, Gryzieni cisi, że śmią siedzieć obojętnie. Tak gryząc je swobodnie, wąż do dziś dnia hula,
A rzeczpospolita żab bolesnemi skwierki Do dziś dnia woła o innego króla, Lecz bóg niechce się więcej mieszać w jej rozterki.
Comments
Loading comments…