Eugeniusz Oniegin — Księga I-sza

Translated by Stanisław Budziński

Mój stryj (człek sobie był to uczciwy),Gdy jedną nogą już w grobie stał,Dokazał, że dlań stałem się tkliwy;Mógłże inaczéj chociażby chciał?Niech to przykładem dla innych będzie;Ależ piekielnie znudzi się człek,Gdy nieruchomie przy chorym siądzie,To jedna chwila długa jak wiek.Jakże nikczemném to udawanie!Na pół żywego zabawiać chcieć,Niby poprawiać chętnie posłanie,Podawać leki, twarz smutną mieć,Wzdychać: a w duszy pomyśleć szczerze:Ach kiedyż ciebie djabeł zabierze!

Tak marząc sobie w bryczce pocztowéj,Młody hulaka śród kurzu gnał,Co (taki wyrok był jowiszowy)Dziedzicem wszystkich krewnych się stał.Druhy Ruslana, druhy Ludmiły!Pozwólcie proszę, że na ten razJa bez przedmowy długiéj, zawiłéj,Z mym bohaterem zapoznam was.Dla Oniegina miejscem ojczystémBył chłodnéj Newy błotnisty brzeg;

A i tyś może w tym kraju mglistymWzrósł, czytelniku, przeżył twój wiek.I jam tu niegdyś żył; dziś mię niéma,Bo mi szkodliwe północne klima.

Ojciec Eugenia, służąc szlachetnie,Wspaniale z długów żył kilka lat;Co rok trzy razy przyjmował świetnie,A w końcu z torbą musiał iść w świat.Los opiekuńczy strzegł Oniegina:Madame dziecięcy kształciła wiek;Późniéj opieka zjawia się inna,Chłopca mi tego wnet Monsieur strzegł.A Monsieur l’abée, francuz ubogi,Wiedząc, że przymus niewiele wart,Niebył dla chłopca tak bardzo srogi,I, ucząc, wszystko obracał w żart;Za figle lekkie wymierzał kary,I zwiedzał z chłopcem modne bulwary.

A gdy młodości wkrótce burzliwéjDla Oniegina zbliżył się kres,Błogich nadziei, tęsknoty tkliwéj,Monsieur precz poszedł jak stary pies.A nasz Oniegin pełen swobody,Jak istny dandy suknie wdział już,

Z fryzurą podług ostatniéj modyRzucił się w zamęt światowych burz.Jakby się między francuzy chował,Tak on wybornie ich język znał;A jak mazura lekko tańcował!A ileż wdzięku w ukłonie miał!Cóż więcéj chcecie? świat wyrzekł cały;Miły, rozumny, godzien pochwały.

Wszyscyśmy z jakiem takiem staraniemChwycili czegoś to tu, to tam;Więc Bogu dzięki że z wychowaniemNie tak się trudno popisać nam.Oniegin (takie jest wielu zdanie,Których głęboki sąd ze wszech miar),Choć pedant, jednak miał oczytanieI pożądany nadzwyczaj dar,Że, o czemkolwiek była rozmowa,Wszystkiego zlekka umiał się tknąć,I z miną znawcy nie wyrzec słowa,Gdy w ważnym sporze stronę miał wziąć;A za dowcipne mu epigrammyWdzięcznym uśmiechem płaciły damy.

Łacina z mody już wyszła ninie;A jeśli szczerą prawdę rzecz mam,

Oniegin biegły był tak w łacinie,By epigrammy rozumieć sam,Na końcu listu położyć vale,O Juwenalu rozprawy wieść;A nawet umiał, lecz nie bez ale,Z Enejdy wierszy pono ze sześć.Najmniejszéj przytém nie miał ochotyW chronologiczny nurzać się pył,By myśli ludzkiéj zbadać poloty;Lecz za to w jego pamięci tkwiłSkarb — anegdotek liczne zapasyOd Romulusa po nasze czasy.

Obcem mu było zamiłowanie.Dźwięków, by na nie marnował czas;Poznać co choréj, jamb, nie był wstanie,Chociaż pomagał mu każdy z nas.Za nic Homera miał, Teokryta,Lecz ekonomem głębokim był,Czytywał dzieła Adama Smita;Jaka natura przemysłu sił,Jakim sposobem kraj się bogaci,O tém uczone rozprawy wiódł,I że na braku złota nie traciKraj, gdy posiada pierwotny płód.Ojciec głębokich prawd nieuznawałI dobra w zastaw raz po raz dawał.

Wyliczyć wszystko, co znał Eugeniusz,Anibym umiał, anibym chciał;Ale w czem jego zajaśniał gieniusz,Co ze wszystkiego najlepiéj znał,Co od młodości jeszcze niewinnéjMęką i szczęściem stało się dlań,Czemu w tęsknocie ducha bezczynnéjOn po dniach całych przynosił dań,To namiętności nauka tkliwéj,Któréj w swych pieśniach Nazo hołd niosł,I za nią świetny, ale burzliwy,Jako męczennik skończył swój losW Mołdawii między stepy dzikiemi,Zdala od włoskiéj, rodzinnéj ziemi.

Jak wcześnie umiał on żyć obłudą,Pałać zazdrością, nadzieję skryć,To oczarować, to zwieść ułudą,To być ponurym, to smutnym być,Czasem posłusznym, lub pełnym pychy,Lub ognia uczuć, chłodnym jak głaz;To znowu tęskny, milczący, cichy,A jak ogniście wymowny w czas.Listy miłosne pisał niedbale,Jedném oddychał i jedno czcił,

Na siebie niby niepomny wcale;A wzrok, co ogniem uczucia lśnił,Wstydliwy albo śmiały, czasamiMógł posłusznemi zabłysnąć łzami.

Jakże on umiał wydać się nowym,Niewinność żartem aż w podziw wzbić,Krokiem rozpaczy grozić gotowym,Każdego zręczném pochlebstwem lśnić;Chwytać chwilowe serc uniesienie,A uprzedzenia młodzieńczych latWalcząc przez rozum, uczuć płomienie,Cierpliwie czekać, by zerwać kwiat,Błagać a potém żądać wyznania,Podsłuchać serca najpierwszy dźwięk,Zdobywać miłość, potém spotkania,Tajnego szczęścia ogarniać wdzięk;I tak przelatać z kwiatów na kwiatyJak zefir albo motyl skrzydlaty.

Jakie już wcześnie serca i cnotęBiegłych kokietek on trwożyć mógł;A kiedy szczerą znów miał ochotę,By współzawodnik przepadł i wróg,Ileż miał wtedy jadu w obmowie,Jak zręcznie umiał rozstawić sieć!

Z wami zaś wszyscy szczęśni mężowieNiezmienną przyjaźń potrafił mieć:Chytry małżonek był dlań życzliwy,Co się do Faublas mógł liczyć sług;I starzec lubił go podejrzliwy,I ów, co z dumą dźwigał swój róg,Co ze wszystkiego zadowolony,Z siebie, z obiadu i z wiernéj żony.

Nieraz, nim jeszcze porzucił łoże,Już mu biletów przynoszą stos.Co? zaprosiny, czyż to być może?Na uczty zwie go przyjaciół głos;Tam bal, a tutaj wieczór dla dzieci.Myślisz, co wybrać, on nie wie sam,Do kogo najpierw na bal poleci?On wszędzie zdąży i tu i tam.Tymczasem w negliż odziany modnieW wytworne sanie Oniegin siadł;Pragnąc spaceru użyć swobodnie,Jedzie na bulwar, gdzie modny świat,I póty bawi się na spacerze,Aż o obiedzie breget ostrzeże.

Już ciemno, siada Oniegin w sanie,Hej na bok! na bok! woźnica grzmi;

Pył mroźny całe okrył ubranie,Kołnierz bobrowy srebrzysto skrzy.Do Talon pędzi; wie dobrze o tem,Że dandych orszak tam znajdzie swój;Wszedł i wnet korki lecą z łoskotem,Wina-komety leje się zdrój.Stawiają przed nim rostbef skrwawionyI trufle, rozkosz młodzieńczych lat;Pasztet strasburski nienaruszony,Francuzkiéj kuchni najlepszy kwiat,Pomiędzy sérem limburskiem stoiA ananasem w złocistéj zbroi.

Jeszcze pragnienie o kielich prosi,By tłuszcz kotletów gorących zlać,Ale wtem breget dźwięcznie donosi,Że już w teatrze zaczęto grać.Ten, co teatrom nieraz bolesnyKodex stanowił i zwykł był nieśćJak obywatel kulis poczesnyPięknym aktorkom niestałą cześć,Spieszy na sztukę; ot już w teatrze,Gdzie każdy własne zdanie mieć chce,Przygania Fedrze i Kleopatrze,Wa entrechat dłonie morduje swe,NojnęWojnę wywoła, odda pochwały,Byle tłum widzów słyszał go cały.

Czarowny kraju! przeszły te chwile,Gdy tu wszechwładny satyry panDzielny Fonwizin świetniał tak mile,I z naśladowstwa nasz Kniaźnin znan.Tameśmy mieli i Ozierowa,Co oklask ludu, współczucia łzy,Młoda dzieliła z nim Siemionowa;Tam, wśród mistrzowskiéj Katienin gry,Wskrzesił nam świetny geniusz Kornela;Tam i Szachowski wylał swój jadW tłumie komedyi, pełnych wesela,I Didło wieniec tryumfu kładł.Ach! tam pod kulis szczęśliwym cieniemPędziłem młodość mą z uniesieniem!

Ach gdzie jesteście moje boginie?Czyliż słyszycie smutny mój głos?Czyście te same, lub czyli ninieJuż wasz dziwaczny rozproszył los?Czy znów usłyszę ja wasze chory;Czy pełen duszy polot i skokZobaczę ruskiéj znów Terpsychory?Lub téż nie znajdzie smutny mój wzrok

Twarzy znajomych na nudnéj scenie;I obróciwszy na obcy światRozczarowane moje spojrzenie,Choćbym na oczy lornetkę kładł,Ziewając, niemym zostanę świadkiem,Żywiąc się tylko wspomnień ostatkiem

Już teatr pełny; a wszystko błyszczy,Parter i krzesła, świetny rząd lóż;ZnieicerpliwionyZniecierpliwiony paradyz świszczy,A wtem kurtyna wznosi się już.Świetna, w powietrze jakby wzniesiona,Śledząca smyczka czarownéj gry,I tłumem wdzięcznych nimf otoczonaTam Istomina jak posąg tkwi.Wtém jedną nóżką dotknęła ziemiA drugą lekko obraca w krąg:Nagle wzleciała ruchy wiewnemi,Leci jak puszek z Eola rąk,To nachylona, znów się wznosząca,I szybko nóżką o nóżkę trąca.

Wszyscy klaskają, Oniegin wchodziDepcze po nogach, jakby był sam;Na wszystkie strony lornetę wodzi,Zwłaszcza na loże nieznanych dam

Wokół na piętra zwrócił swe oczy;Wszystko widziawszy, niekontent on:Ni go dam piękność, ni strój uroczyNiebawi; potém ze wszystkich stronMężczyzn powitał; wzrok roztargnionyRzucił na scenę zaledwie raz,I wnet, ziewając, mocno znużonyRzekł: teraz wszystko już rzucić czas,Teraz mi wszystko, wszystko obrzydłoDramy, balety, nawet sam Dydło.

Jeszcze świat bawią tańce i susy,Dźwięczy muzyka, oklaski grzmią;Jeszcze znużone liczne sługusyW sieni na futrach swych panów śpią;Jeszcze śród widzów burzliwéj faliTrwa szmer, stukanie, kaszel, syk, wrzask;Jeszcze się wewnątrz i zewnątrz paliŚwietny kinkietów i latarń blask;Jeszcze wpół zmarzłe w uprzęży konieNa wszystkie strony szarpią się, rwą,Stangreci, bijąc przy ogniu w dłonie,Zniecierpliwieni panów swych klną;A wtem Oniegin już z krzesła wstanie,Jedzie do domu zmienić ubranie.

Lecz czyliż w dźwiękach ojczystéj mowyMożna opisać doborem słówTajny gabinet, gdzie mód wzorowyCzciciel rozebran i odzian znów?To, czem spełniając każde zachcenie,Wybredny Londyn zarzuca nas,I przez Baltyku morskie przestrzenieZwykł nam przywozić za sadło, las;Wszystko, co tworzy mody stolica,Ciągnąc zysk z wiernych roskoszy sług,I czem czciciela mody zachwyca,Który jéj chętnie płaci swój dług, —Wszystkoś to znalazł na każdym krokuU filozofa w dwudziestym roku.

Bursztyn na fajkach tkwił z Carogrodu.Farfury, bronzy zdobiły stół,W kryształach rżniętych wonność z zachodu,A dym kadzideł wszędzie się snuł,Wonny olejek, co włosy pieści,Grzebień, pilniki, nożyczki, nóżI do paznokci szczotek z trzydzieściNa toalecie leżały wzdłuż.Russo, szaleniec pełen wymowy,Niemógł zrozumieć, dlaczego Grym,

Głębokomyślny i naukowy,Równał paznogcie, gadając z nim.Obrońca prawa, czciciel swobody,Wielce tu zbłądził w przedmiocie mody.

Można być wcale rozumnym człekiemI chcieć paznogciom piękny kształt dać,Bo gdy daremną jest walka z wiekiem,Hołd zwyczajowi despocie płać.Żeby zazdrosnym nie dać pozoru,Zawsze w ubraniu Eugeniusz mójPełen był wdzięku, gustu, wytworu,I po pedancku traktował strój;A potem, czemu sam ledwo wierzę,Przed lustrem trawił godzin ze trzy;Podobny lekkomyślnéj Wenerze,On z ubieralni wychodził swéj,Jak ta bogini, gdy w sukni męzkiéjKrok na bal masek wiedzie zwycięzki.

Ale wspomniawszy o toalecieWedle przepisu ostatnich mód,Chętniebym teraz w uczonym świecieObszerne o niéj rozprawy wiódł,Choć to zuchwalstwa byłby krok wielki;Toż opisywać mój zawód znów;

Lecz pantalonów, fraka, kamzelki,Tych wszystkich język nasz niema słów;A i tak będę już miał za swoje,Bo wyznam, chociaż niebardzo rad,Ze się krytykom mym nie ostoję,Bom w styl niemało słów obcych kładł;A przecież nieraz czasy dawnémiZgłębiałem słownik cnéj akademii.

Lecz co tam! oto, jeżeli chcecie,Pojedźmy sobie lepiéj na bal,Gdzie w wynajętéj świetnéj karecieOniegin pędzi, aż koni żal.Tam przed domami w śnie tonącymi,Ponurych ulic zganiając mrok,Karety stojąc rzędem, jasnemiSnopami z latarń leją co krok,Że aż śnieg świeci tęczy barwami;I dom wspaniały, jakoby w dzieńBłyszczy jasnemi w krąg kagańcami.W oknach przesuwa się ciągle cień,Tak, że tam możesz ujrzeć co chwilęTo dam, to dandych różne profile.

Oto wysiada wielbiciel mody,Obok szwajcara jak strzała mknie,

Na marmurowe wlatując wschody,Zlekka fryzury ręką się tknie.Wchodzi, już w sali gości gromada;Muzyki nagle ustaje dźwięk,Młodzież ochocza mazura składa,I znowu hałas i ścisk i szczęk;Kawalergardów brzęczą ostrogi,Latają nóżki czarownych dam;A ślad tych nóżek rozkoszny, drogi,Wszędzie płomienny wzrok ściga tam;Szalone skrzypców i dźwięczne graniePrzygłusza modnych kobiet szeptanie.

O, jam przepadał téż za balamiZa méj młodości szczęśliwych dni;Gdzież lepiéj gonić za wyznaniami,Odbierać, wręczać list lubéj swéj?O, wy czcigodni, zacni mężowie,Teraz usłużnym już będę wam,Niechaj więc każdy o tém się dowie,Że dać przestrogę szczerą chęć mam.A i ty, luba mamuniu, bacznieZa krokiem twoich córeczek goń,Lornetę zwracaj na nie nieznacznie,O, bo inaczéj... to Boże broń!Wszystko to teraz, dlatego piszę,Że sam oddawna wcale nie grzészę.

Niestety, ileż chwil méj młodościJam na zabawy stracił, aż żal;Lecz dziś, by nie iść wbrew moralności,Rzuciłem uczty, rzuciłem bal.A jednak lubię szaloną młodzież,Świetność, wesołość i gwar i tłum,I wyszukaną niewieścią odzież,I nóżki kobiet; jednakże tumPrawie jest pewny, że w Rossyi całéjTrzech par nie znajdzie zgrabniutkich nóg.A wszak dwóch nóżek smutny, zmartwiały,Czyliżem łatwo zapomniéć mógł?O! nieraz we śnie ich widok drogiSerce bolesnéj nabawia trwogi.

Czyż je zapomnisz, o ty szalony!W jakiéj pustyni, kiedy i gdzie,Jakie was świata posiadły strony?Gdzie się pod wami kwiat wiosny mnie?W rozkoszach wschodu wszak wypieszczonychTu na północy nie został śladNa śniegach, waszych dotknięć stęsknionych,Wyście lubiły, żeby się kładł

Dywanów puszek pod waszem tchnieniem;Niedawno jeszcze jam dla was żył,Gardziłem sławą i uwielbieniem,O ziemi ojców animem śnił!Znikło młodzieńczych mych lat marzenie,Jak na murawie wasze stąpnienie.

I biust Dyany, oblicze Flory,Mają, co prawda, powaby swe;Jednak to pewna, że TerpsychoryNóżka najbardziéj czaruje mnie;A tak zachwyca ona me oczy,Że, śród rozkosznych marzenia dum,Widzę świat jakiś w okół uroczy,Tajnych rozkoszy powabny tłum.Czyli pod stołu obrusem ginie,Lub gdy się w tańcu unosi w krąg,I w zimie lubię ją przy kominie,I na murawie wiosennych łąk,Lub gdy błyszczącą przechodzi salę,I na nadmorskiéj z granitu skale.

O, gdybym nieraz przed morską burząW maleńką falkę zmienić się mógł,Gdy się bałwany na brzeg wynurzą,Żeby z miłością u jéj paść nóg

Jakżebym wtedy pragnął z falamiChoć jedno mgnienie u jéj stóp tkwić,Ze czcią je pieścić memi ustamiI wieki szczęścia w téj chwili żyć!I w uniesieniu młodości wrzącéjTakem nie pragnął całować lic,Ust, albo piersi, żądzą palącéj:Z tą się rozkoszą nie zrówna nic!Nawet największe namiętne szałyNigdy tak duszy méj nie wstrząsały!

O, ja pamiętam te chwile błogie,Kiedy w spełnieniu uroczych mar,Trzymając czasem jéj strzemię drogie,Jam ręką nóżkę jéj cudną wsparł.A to dotknięcie w méj wyobraźniPłomieniem marzeń namiętnie wre,Znów zwiędłe serce zapala, draźni,Tęsknota, miłość ogarnia mię!Lecz na cóż długie te uwielbieniaPiać gadatliwą dziś lirą mą?One ni uczuć, ani téż pienia,Jakie natchnęły, niegodne są.Słowa spojrzenia czarownéj wróżkiTak są zwodnicze jak i jéj nóżki.

Lecz cóż Oniegin? oto wpół śpiącyZ balu do domu już wraca spać,

Kiedy Petersburg, we śnie tonący,Dźwięk bębnów zmusza czemprędzéj wstać.Idą już kupcy i tłum kramarzyI koń dróżkarski poczyna bieg;Dążą służące wesołéj twarzyPo wodę z dzbanem, aż chrupie śnieg;I już gwar w mieście, a okiennicaWszędzie otwarta; z kominów dym,Wznosząc się słupem, oko zachwyca,A akuratny kundmanom swymJuż niemiec piekarz w białej szlafmycyWyjrzał poważnie z za okiennicy.

A tu znużony balu hałasem,Zabaw, rozkoszy syn błogo śpi,Naprzekór żyjąc z światem i czasem,I o rozrywkach nowych już śni.W południe wstanie i znowu gotówDo rana z nowym zapasem sił.Lecz monotonnie i bez polotówJutro tak samo, jak wczoraj żył.Czy, posiadając takie zalety,Swobodny, w kwiecie młodzieńczych lat,I świetne zawsze robiąc konkiety,Gdy się uśmiechał mu cały świat,Czy był szczęśliwy, cieszył się zdrowiem,Choć nieostrożny w ucztach? — nie powiem.

Bo w nim uczucia wcześnie niestetyZastygły, obrzydł mu modny tłum;Niedługo były piękne kobietyPrzedmiotem jego marzeń i dum.Zmęczyło téż go wszelkie zdradzanie,Urok przyjaźni dla niego znikł,Bo on niezawsze już czuł się w staniePasztet Strasburski, albo befstykZlać szampańskiego wina butelką,Albo w atycką ukrasić sólRozprawę lub téż gawędkę wszelką,Kiedy go głowy udręczał ból.A choć był z niego hulaka śmiały,Już dlań broń, kule wdzięku nie miały.

Ważna choroba, któréj przyczynyDośledzić dawno byłoby czas,Co do angielskiéj podobna spliny,Od któréj Boże zachowaj was,Zaczęła z czasem nad nim górować;A jednak sobie wypalić w łebOn jakoś nie miał chęci spróbować,Lecz odtąd cały niby lód skrzepł;Jako Child Harold smutny, stęskniony,Wyglądał w tłumie wesołym sal;

Ani go plotki, wisty, bostony,Czułe westchnienie, w spojrzeniu żal,Nie mogły zająć, wzruszyć, ocucić;Nie zdołał myśli swéj na nic zwrócić.

O, wy, modnego świata władczynie,Was przedewszystkiem porzucił on;Bo téż niestety wyznam, że niniePorządnie nudnym jest wyższy ton.A choć, co prawda, niejedna paniPowie, co zrobił Bentam i Sej;Jednak, z należnym szacunkiem dla niéj,Powiem nieznośne rozprawy jéj;A przytem każda tak nieskażona,Taka rozumna, jak paw się dmie,Taka przezorna i rozgarniona,I zawsze taką skromnością tchnie,Tak nieprzystępna, że świat ją sławi,Iż sam jéj widok splinu nabawi.

O, petersburskie Fryny, Aspazye,On wszystkie nagle porzucił was;A choć pokusy miewał okazye,Na wszystko ochłódł jakoby głaz.Niepomny szyderstw świata i sromu,Odstępca życia rozkoszy, burz,Oniegin wkrótce zamknął się w domu,

Ziewając, pisać pono chciał już,Wziął pióro, ale szło, jak po grudzie;A więc pomyślał — męczyć się grzech,Rzucił swój zamiar po długim trudzie,I w ten kłótliwy nie wstąpił cechLudzi, o których sądziłbym szczerze,Lecz sam niestety do nich należę.

Gdy tak bezczynnem życiem się trudzi,Dręczony ducha tęsknotą czczą,Chwalebnie poszedł za śladem ludzi,Co rozum drugich przyswoić chcą.I ustawiwszy na półkach księgi,Czytał i czytał, lecz próżny trud;Tylko się znudził śród téj mitręgi,Bo ten smalone duby mu plótł,Tamten jad daje w szacie niewinnéj,A wszyscy w jeden wpadają krąg,Bredzą, jak dawniéj, lecz w formie innéj;Więc, jak i kobiet, wyrzekł się ksiąg,I ot czeredę ksiąg zapylonąŻałobną, czarną, okrył zasłoną.

Rozbrat zrobiwszy z życiem światowem,I z jego mnóstwem formułek czczym,Poprzyjaźniłem się w czasie owym

Z Eugenim; wszystko lubiłem w nim:Lubiłem jego postać, obliczeI zanurzenie ciągłe śród dum,Życie dziwaczne i tajemnicze,I lotny, chociaż zastygły, um,On zawsze smutny, ja pełen złości;Życie gnębiło obydwu nas,Obaśmy znali grę namiętnościI w obu sercach żar uczuć zgasł;I los i ludzie nas bez ustankuŚcigały obu w życia poranku.

Kto żył i myślał, ten mimowoliPogardzi światem wnet w duszy swéj;A kto czuł, tego gnębi i boliMara niezwrotnych przeszłości dni.I urok życia go nie owionie,A tylko jadem zatruty ciosŻmija wspomnienia utopi w łonie,Aby zgryzoty w niém robak wzrosł.Wszystko to wiele wdzięku, zapałuDodaje mowie. Eugenia słówWprzód smutniem słuchał; alem pomałuPrzywykł do jego kolących mów,Do żartów jego, a żółcią tchnących,I do epigram czarnych, bolących.

O, ileż razy nad Newy brzegiem,W letnią, pogodną i cichą noc,Gdy wód przejrzystych odbity biegiemKsiężyc roztaczał swych blasków moc,Rzeczywistości zdjąwszy okucie,Biegliśmy w jasny wspomnienia świat;Wtedy znów błogi spokój, uczucie,Władały nami jak dawnych lat.I dobroczynnem noc swojem tchnieniemMilczących błogo poiła nas!Jak gnębionego ciemnem więzieniemNagle sen niesie w zielony las,Tak myśl obudwu uniosły nagleW młodzieńcze chwile marzenia żagle.

Tak z przepełnioną w duszy żałobąEugeni wsparty o granit stał;I w téj rozmowie milczącéj z sobąCiężki mu smutek z oblicza wiał.I cicho wszędzie, zaledwie czasemDawał się słyszeć szyldwachów krzyk,Niekiedy dróżka hukiem, hałasem,Który stopniowo słabnął i nikł.I żwawo wiosła pluskają łodzi,Co po wód sennéj przestrzeni mknie;

A odgłos piosnki zdala dochodziI dźwięczny rożek odzywa się.Ale nad wszystkie nocy zabawyMilsze są dla mnie Tassa oktawy.

Adryatyckiego morza bałwany,O Brento! czyliż ja ujrzę was,Natchnieniem znowu jasnem owianyWasz głos czarowny usłyszęż zraz?O, bo dla synów on ApolonaTaki ma święty i boski wdzięk,A z brzmiącéj o nim liry BajronaCzuję, że znan mi krewny ten dźwięk.I w téj szczęśliwéj włoskiéj krainieBędę rozkosze jéj nocy pić,Znów w pierś stęsknioną natchnienie wpłynie;Pędząc w gondoli, znów będę żyć.Ach! tam nauczy mnie wenecyankaMowy miłości, Laury kochanka.

Ach! kiedyż przyjdzie chwila swobody?Bo czas już dawno, ja wzywam ją;Błądząc nad morzem, czekam pogody,Gdy w żagle ciche zefiry tchną.W walce z fajami, pod burz zasłoną,

Ach, kiedyż pocznę swobodny bieg,Żeglując przestrzeń mórz niezmierzoną?Bo czas już rzucić ten nudny brzeg,Gdzie nieprzyjemny klimat mię gnębi,I śród południa zamieszkać ziem,W méj afrykańskiéj krainy głębiTęsknić za krajem ponurym tym;Bo tum ja cierpiał, kochał z zapałem,Tu biedne serce me pogrzebałempogrzebałem.

Oniegin także miał chęć niemałąPuścić się ze mną w daleki świat;Lecz to się wszystko na nic nie zdało,Los nas rozdzielił na wiele lat.Eugenia ojciec zmarł właśnie wtedy;Tłum wierzycieli na niego padł;Każdy chcąc dostać coś z jego schedy,Na swoje koło kręcić był rad.Eugeni będąc procesów wrogiem,Zadowolony udziałem swym,Nie widząc straty (prawdą a Bogiem)Całe dziedzictwo odstąpił im,Może przeczuciem wiedzion dalekiem,Że wkrótce stryja przykryją wiekiem.

I w saméj rzeczy raz niespodzianieRządca żałosnym listem znać dał,

Że na śmiertelne złożon posłanieStryj się pożegnać z nim bardzo chciał.Wnet wiadomością tą ucieszony,Pomimo upał, nieznośny kurz,Wziął ekstrapocztę, gnał jak szalony;W drodze zawczasu poziewał już,Bo dla pieniędzy on był gotowyI na westchnienia, nudy i kłam(Temi ja powieść zacząłem słowy);Ale tymczasem, przybywszy tam,Poznał, że próżne przygotowanie,Bo stryj spoczywał już na tapczanie.

We dworze liczne kręcą się sługi,Odwiedzających niezmierny tłok,Bo przybył sąsiad jeden i drugiDla pogrzebania staruszka zwłok.A kiedy starca już pochowali,Goście i księża, każdy pił, jadł;A gdy poważnie się rozjechali,Każdy jak z wielkiéj sprawy był rad.Ot śród ustronnéj rzucony wioskiPan ziemi, lasów i wód i dróg,Żyje spokojnie, bez burz i troski,Dawny rozrzutnik, porządku wróg,Wielce był nawet uradowanyZ takiej porządku życia przemiany.

Całe dwa dni mu zdały się nowe,Każdy go prawie zajmował krok;Lubił samotność pól i dąbrowę,I szmer strumyka, wieczorny mrok.Ale te pola, lasy, strumienie,Już go znudziły na trzeci dzień,Potem wprawiały łatwo w uśpienie;Wszystko ponury przybrało cień.Wtedy przekonał się Eugeni,Że i świat wiejski nudny, nic wart,Choć niéma ulic w małéj przestrzeni,Skupionych dworców, balów i kart.Myśl wszędzie splinem była dręczona,Co jak cień ścigał lub wierna żona.

Jam się do życia cichego rodził,Pośród spokojnych, ustronnych siół;Tamby głos z liry dźwięczniéj wychodził,Twórcze marzenia żwawiéjbym snuł.Drogiemi dla mnie te chwile święte,Gdym, marząc, błądził nad brzegiem wód:Prawem mem było dolce far niente,Wzgardziłem formy świata i mód,Do téj swobody, na tę zabawę,Każdy poranek przyzywa mię;

Niedbam o laury, niedbam o sławę;Niewiele czytam, lecz wiele śpię.Takem ja strawił pośród ukryciaDni najszczęśliwsze mojego życia.

Kwiaty, miłości, o wiosko! czyliJam co przekładał kiedy nad was?Ja chętnie z każdéj korzystam chwili,By z Onieginem odróżnić nas,By czytelnika mego łaskawcęZłośliwy czasem nie napadł żart,Albo jakiego plotek wydawcęDowcipu jadem nie natchnął czart,Że, co byłaby godna nagany,Mylnąby wszędzie puścili wieść,Iż ja, sam w sobie rozmiłowany,Jak Bajron, sobie sam składam cześć.Ależ na Boga! toć wolno przeciePieśń i o drugich śpiewać poecie.

Tutaj napomknę tylko nawiasem,Że miłość lubią poeci śnić.A i ja także dawniejszym czasemSnami miłości pragnąłem żyć.Dusza obrazy te przechowała.A muza wdzięk im nadała swój

W méj pieśni, która nadzieją śmiała,Śpiewa góralkę, ideał mój,I niewolnicę Brzegów Salgira.Nieraz ja słyszę mówiących was:„Powiedz, do kogo wzdycha twa lira,„Tę tajemnicę odkryj choć raz;„Dla któréj z dziewic zazdrosnych grona„Pieśń się rozlega twego bardona?

„Powiedz nam, czyje wdzięczne spojrzenie,„Wzmagając ducha zasobem sił,„Wynagradzało twe tęskne pienie?„Powiedz nam, kogoś w tych pieśniach czcił?”Nikogo; wierzcie, jeżeli chcecie,Bom ja burzliwéj miłości szałPrzebył bez żadnéj pociechy w świecie.Jakże szczęśliwy, kto wtedy miałGorączkę rymów: bo śpiew natchnionyŚwiętym zapałem w nim wtedy wzrósł;Przy tem Petrarki śladem niesiony,Pociechę sercu w boleści niósł;Może się nawet sławy dokupi;Lecz jam, kochając, był niemy, głupi.

Minęła miłość, a muza po niéjOwładła duszą, rozjaśnia um,

I duch swobodny za związkiem goniCzarownych dźwięków uczuć i dum,I spokój w sercu mojem najszczerszy:Piszę, a pióro na miejsce słów,Obok w połowie skończonych wierszy,Już nie rysuje nóżek i głów;W zgasłym popiele iskra nie trzaśnie.Smutno, a jednak łez niéma już,I wkrótce, wkrótce zupełnie zgaśnieOstatni w duszy ślad życia burz.Wtedy to wezmę się do powieści,Co będzie miała pieśni z trzydzieści.

O téj powieści już myślę planie,Jakieby imieimię bohater miał;Ale tymczasem, ot niespodzianie,Pierwszy romansu skończyłem dział.Wszystko a wszystko przejrzałem ściśle,Wielebym błędów sam wskazać mógł;Lecz ich poprawiać wcale nie myślę,Chętnie cenzurze zapłacę dług;Płód, jaki dały myśli zasiewy,Na pastwę moim zoilom dam.Idźże więc śmiało na brzegi Newy,Nowozrodzony tworze, idź tam,I zarób ojcu twojemu sławę,Pociski, krzyki, zdania koślawe.

Comments

Loading comments…