Eugeniusz Oniegin — całość

Translated by Leopold Blumental

Dla wyobraźni kraj to święty,Kraj strasznych zdarzeń, wieszczych snów:

Atryda ściął tu setki głów,

Tu przeszył mieczem własne łonoMitry dat, kiedy zdjął go szał;Tutaj nad morzem pośród skał,Mickiewicz śpiewał pieśń natchnionąI o swej drogiej Litwie śnił,

W której wspomnieniem zawsze żył.

Stryjaszek dobrej metodyI gdy chory bez nadziei,By go czczono dał dowody,Nie znalazł lepszej kolei.Jego przykład uczy drugich,Lecz ile dni, nocy długichTrzeba siedzieć z udawaniemNiemal trupa zabawianiem,Jakież nizkie maskowanieTo poduszek poprawianie,Z żalem lekarstwo podawać,We łzach rozpaczy zostawać,Myśląc w duszy o pogrzebie;Kiedyż dyabeł weźmie ciebie?

Jak on umiał zdać się nowym,Trwożyć niewinność żartami,Lękać śmiałemi rymami,Wraz na pochlebstwo gotowymŁowić chwile umileniaI niewinne uprzedzeniaRozumem, sercem odpychać,W ich oczach gasnąć, usychać,Jęczeć i błagać wyznaniaW niewinnej dobie spotkania

I im w końcu opanowaćA w samotności tajemnejSceny dla serca przyjemnejNiebiankę swą perorować.

Mój stryj (człek sobie był to uczciwy)Gdy jedną nogą już w grobie stał,Dokazał, że dlań stałem się tkliwy;Mógłże inaczej chociażby chciał?Niech to przykładem dla innych będzieAleż piekielnie nudzi się człek,Gdy nieruchomie przy chorym siędzie,To jedna chwila długa jak wiek!Jakże nikczemnem to udawanie!Napół żywego zabawiać chcieć,Niby poprawiać chętnie posłanie,Podawać leki, twarz smutną mieć,Wzdychać, a w duszy pomyśleć szczerze,Ach, kiedyż ciebie dyabeł zabierze?

Jakże on umiał wydać się nowym,Niewinność żartem aż w podziw wzbić,Krokiem rozpaczy grozić gotowym,Każdego zręcznem pochlebstwem lśnić,Chwytać chwilowe serc uniesienie,A uprzedzenie młodzieńczych latWalcząc przez rozum, uczuć płomienieCierpliwie czekać, by zerwać kwiat,

Błagać, a potem żądać wyznania,Podsłuchać serca najpierwszy dźwięk,Zdobywać miłość, potem spotkaniaTajnego szczęścia ogarniać wdzięk...

i t. d.

»Stryjaszek mój, poczciwiec sobie,Gdy nie na żarty opadł z sił,Szanować kazał się w chorobie;To wcale niezły pomysł był!Niejeden w ślady te się uda...Lecz, Boże drogi, jakaż nudaPrzy chorym siedzieć noc i dzień,Nie odstępować go, jak cień!Jakież nikczemne to kuglarstwoPółtrupa bawić garścią słów,Poprawiać mu poduszki znów,Smutnie podawać mu lekarstwo,Wzdychać i myśleć w duchu wraz:Kiedyż cię dyabli wezmą raz!«

Mknąc śród zielonych niw kobierca,Hulaka młody dumał tak,Krewniaków wszystkich spadkobierca,W czem widać woli Zeusa znak.W kim miłość dla mnie żyje szczera,Mego romansu bohateraTemu bez wstępów, przedmów, fraz,Przedstawić jestem gotów wraz:Oniegin, mój przyjaciel dawny,Na brzegach Newy ujrzał świat,Gdzie może snujesz pasmo latMój czytelniku, w świecie sławny!Jam też tam lubił bawić wprzód,Lecz szkodzi mi północny chłód.

Służąc chwalebnie i wytrwale,Długami ojciec jego żył;Co roku dawać zwykł trzy bale,Aż go fortuna pchnęła w tył.O Eugeniusza dbały losy:Madame trefiła dziecka włosy,Później Monsieur, z chłopięcia rad,Był stróżem jego młodych lat.Monsieur l’Abbe chłopczyka uczył,Trud obracając w miły żart,

Nie dał mu czerpać z suchych kartI morałami nie dokuczył...Na figle — lekkie groźby miałI do ogrodu z sobą brał.

A gdy w młodzieńczej burzy poręUciekły sny naiwne wstecz,W czasie, gdy serce mocniej gore, —Monsieur wygnano z domu precz.Oniegin pojął dar swobody,Zaraz się ostrzygł według mody,Jak dandy błysnął krojem szatI po raz pierwszy wstąpił w świat.Językiem Gallów mówił zręcznieI łatwo listy pisał... Ba!W mazurze robił lekkie pasyUmiał się kłaniać nader wdzięcznie.Czyż więcej trzeba?... Orzekł świat:»Jest miły, mądry«, — i był rad.

My wszyscy uczym się potroszę.I to i owo pomnim z klas,Więc wykształceniem — bardzo proszę! —Potrafi błysnąć każdy z nas.Oniegin — pedant (tak surowyRzekł areopag salonowy).

Prym uczonością swoją brał...Jednak szczęśliwy talent miał:Umiał w dyspucie, pijąc wino,Trącić splątanych kwestyi sznur,A gdy poważny zawrzał spór,Milczeć z uczoną znawcy miną,Lub dam przychylny zyskać sądPrzez niespodzianych żartów prąd.

Klasycyzm zwietrzał dziś bezsprzecznie,Więc zadowolnić może wieść,Że znał łacinę dostatecznie,By epigrafów badać treść,Wspomnieć Tacyty, Juwenale,Na końcu listu dodać: Vale,Pamiętał — (lecz cóż wiecznie trwa?)Z Enejdy... błędnie wiersz lub dwa!Dziwacznej nie czuł on ochotyZ dziejowych ksiąg, z papieru brył,Chronologiczny strząsać pył,Lecz dni zamierzchłych anegdotyOd Romulusa po dziś dzieńZnał — i odtwarzał w kilka mgnień!

Śmiejąc się z wieszczów, co ofiarąRymów czczą Muzę w noc — bez lamp —

Nie mógł odróżnić żadną miarą,Co to jest trochej, a co jamb,Ganił Homera, Teokryta,Lecz czytać zwykł Adama Smitha,O ekonomii powziął sąd;Więc rozumować umiał stąd,Jak się wzbogacać państwo zdolne,Jak ubożeje, albo jakSzkód mu nie zrządzi złota brak,Jeżeli ma produkty rolne,Ojciec go pojąć nie mógł i...Oddawał w zastaw wieś po wsi.

Wszystko, co umiał mój EugeniuszOpisać — byłby zbytni trud;Lecz w czem okazał istny geniusz,Co z wszystkich nauk poznał wprzód,Co z młodu badał, co mu byłoRozkoszą, pracą, męką miłą,Co zapełniało, niby w śnie,Leniwo-tęskne jego dnie —Ach, to nauka słodkich szałów,Którą mistrz Nazon w pieśni wplótł,Za co promienny życia wschód,Opłacił kresem śród opałów,Witając w stepach smutny skon,Zdala od miłych włoskich stron.

Jak wcześnie umiał serca łudzić,Zazdrościć, ogień w duszę tchnąć,Zabijać wiarę, albo budzić,Zdawać się chmurnym z żalu schnąćZdawać się chmurnym, z żalu schnąć,Udać pokorę, lub namiętność,Uwagę, dumę, obojętność...Czasem wymowy lawą wrzał.Czasem milcząco smutny stał...W serdecznych listach był niedbały:O jednem marząc, myśląc, śniąc,Umiał się wyzbyć innych żądz...Wzrok, to wstydliwy, to zuchwały,Umiał wybuchnąć szału skrą,Albo posłuszną błysnąć łzą!...

Gra uczuć zmienna czarowała;Damy porywał ducha hart,Gotowa rozpacz przerażała,Dziewice bawił śmiały żart;On serc zgadywał żywsze prądyI młodocianych lat przesądySubtelnie niszczył; jak przez czar,Wydzierał pierwszych wyznań dar;

I mimowolne rąk pieszczotyZdobywać umiał; mocą swąDo rendez-vous mógł skusić Ją,W sadzie, gdy miesiąc świeci złoty, —A kiedy przyszła, z szczęścia drżąc —Morały prawił jej, jak ksiądz.

Kokietki umiał on wytrawneZwodzić przez pochlebstw swoich szych,Znajdował zawsze środki wprawne,By konkurentów zgnębić swych.Jakież im sieci stawiał skrycie!Jak o nich mówił jadowicie!A jednak mężów szczęsny ródŚpiewał mu chwałę jakby z nut.Ręce mu ściskał mąż sceptyczny,Faublasa nieodrodny brat,Starzec, co wszystkie zęby zjadł,I rogonośca pompatyczny,Który nie dojrzy żadnych plamW żonie, w obiedzie, w sobie sam!

Jeszcze jest w łóżku... List po liścieNiesie mu lokaj... Pismo pań...

Co? zaproszenie? Oczywiście...W trzech domach wieczór... Liczą nań...Tam raut, tam bal, tam uczta dzieci...Kędyż swawolnik mój poleci?Pocóż wybierać?... Czasu dość...Wszędzie się zjawi miły gość...Tymczasem ranny strój dać każe;Kładzie szeroki Boliwar,Amerykańskiej mody dar,I chodzi długo po bulwarze,Póki mu breget z piątą wrazNie dzwoni na obiadu czas.

Do sani siada. Zmierzch już dobry...»Jazda!« — zakrzyknie. Konie mkną...Jego kołnierza świetne bobryMroźnego pyłu srebrem lśnią.Do Talon droga niedaleka,A tam Kaweryn już nań czeka.Wszedł — wnet się rozległ korków huk,Prysną szampańskich krople strug...Już stoi przed nim roast-beef krwawyI trufle — zbytek młodych lat,Francuskiej kuchni cenny kwiat;Strasburski pasztet wiecznej sławy,Ananas złoty pośród gruszI ser limburski pachnie tuż...

Jeszcze przy winie rad gawędzić,(Kotlet był nader tłusty snać);Lecz do teatru musi pędzić,Gdzie nowy balet mają dać.Surowy sceny prawodawca,Aktorek krasy wielki znawca,Niestały druh baletu div,Zakulisowych badacz niw,Oniegin znalazł się w teatrze,Gdzie byle krytyk — chytry lis —Za entrechat wyć gotów: »bis!«A sykać »Fedrze«, »Kleopatrze«,Moinę wołać, sprawiać szum,Aby go tylko słyszał tłum.

Czarowny kraj! Tam niegdyś wolnyFon-Wizin wzniósł satyry miecz;Tam Kniaźnin, naśladowca zdolny,Niejedną cenną dał nam rzecz;Ozierow tam zachwytów słowoZ młodziutką dzielił Siemionową,Od tłumów zbierał brawa, łzy;Katienin tam, w północne mgły,Z Zachodu przyniósł blask Kornela;Szachowski wniósł tam dowcip swój

I swych komedyj gwarny rój;Tam Didlot myśl swą w tańce wciela;Tam, tam, kulisów chłodził cieńMłodości mej gorący dzień.

Boginie moje! Czy słyszycieTen tęskny liry mojej dźwięk?Czy ruch gwiazd nowych po orbicieZastąpić zdoła dawnych wdzięk?Jam zawsze patrzeć na was skory,Lecz czy rosyjskiej TerpsychoryZobaczę pełny ducha lot?Lub zrozpaczonych oczu grotZmierzy ku obcej, nudnej scenie,Przez szkło lornety przejdzie wzdłużTych obojętnych rzędów lóż...I pierś podniesie mi westchnienie?...Ziewając wśród wesołych scen,Będę wspominał pierzchły sen!

Już teatr pełny; błyszczą loże,Wre parter; hałas z górnych sfer:Paradyz czekać już nie może...Wreszcie kurtyny słychać szmer.Patrz, Istomina, jak królewna,Albo bogini lśniąca, wiewna,

Na czele nimf, z szelestem szarf,Posłuszna dźwiękom skrzypiec, arf,Śród scenicznego dąży pola;Stąpa... nie tyka ziemi krok...Unosi nóżkę... jeden skok! —Jak puch ulata z ust Eola...Kibić się wije, niby wąż,I nóżka nóżkę bije wciąż...

Oklaski grzmią... Oniegin wchodzi,Po nogach stąpa widzom... Siadł...Po lożach krzywem okiem wodzi,Obcym mu zdał się damski świat...Obejrzał wszystkich piętr krawędzie,W szatach i twarzach znalazł wszędzieBłąd jakiś, lub fałszywy ton;Mężczyznom oddał z wszystkich stronUkłony; potem ledwie raczyłNa scenę spojrzeć; już ma dość;Ziewając, myśli: » Bierze złość,Ze tego nikt nie przeinaczył...Balet już na mnie nudą tchnie,Ba, i Didlot już znudził mnie«...

Chóry aniołów, czartów, cieni,Jeszcze na scenie w pląsach mkną;

Jeszcze lokaje umęczeniPrzy futrach u podjazdów śpią;Jeszcze w teatrze wrzask nie ścicha,Tłum klaszcze, syka, kaszle, kicha;Jeszcze i w gmachu i u drzwiSzereg latarni jasno lśni;Znudzone i zziębnięte koniePrzy dyszlach niecierpliwie drżą;Stangreci panów swoich klną,Bijąc w skostniałe swoje dłonie;A już Oniegin jest u wrót...Przebrać się każe kaprys mód.

Trudno wam obraz dać dokładny,Tej dziwnej szatni oddać świat,Gdzie wychowanek mód przykładnyZajął się zmianą swoich szat.Wszystko, czem Londyn pedantycznySpieszy nakarmić kaprys liczny,I przez bałtyckiej fali grzbietZa las i sadło zwozi wnet;Wszystko, co smak Paryża głodny,(Praktyczne zyski ciągnąc stąd),Znalazł, by zabaw wzmagać prąd,By zadawalniać zbytek modny, —Wszystko to, mody ceniąc szał,Ów młody mędrzec tutaj miał...

Bursztyn na fajkach Carogrodu;Tu porcelana, ówdzie bronz,W krysztale rżniętym z róż ogroduWonnych ekstraktów fiolet, pąs...Grzebyczki i pilniki różne,Nożyczki krzywe i podłużne;I dla paznokci i dla ustKilka dziesiątków szczotek... GustKazał tak... Tu zauważę:Drwi Rousseau, że poważny Grimm,Kiedy rozmawiał ongi z nim,Paznokcie czyścił w dysput żarze!Obrońca praw — zapewniam was —Nie miał słuszności na ten raz.

Boć można dzielnym być człowiekiemI o paznokci piękność dbać:Po co wojować próżno z wiekiem?Obyczaj jest tyranem snać.Eugeniusz mój, Kaweryn wtóry,W stroju pedantem był z natury,Przytyków świata nie mógł znieść —Wolał, że »frantem« zwie go wieść.Przez trzy godziny się przebiera,Między lustrami spędza czas...

Lecz kiedy wyszedł, każdy wrazRzekłby: to wietrzna jest Wenera,Kiedy włożywszy lekki strój,W maskaradowy spieszy bój!

Tu, skoro Muza moja splataNa cześć tualet — rymów rój,Dla uczonego radbym świataOpisać ściśle jego strój!Ten temat byłby smacznym kąskiem,(Opis jest moim obowiązkiem),Lecz pantalony, albo frak,Po rusku — takich słówek brak!A i tak, nie śmiem się zapierać,(Spostrzegam to od kilku chwil),Że mój ubogi mógłby stylTych barbaryzmów mniej zawierać;Toć jam, gdym ongi mores znał,Akademicki słownik brał!

Zresztą i Muza stawia veto:Daje mi nowy temat — bal...Oniegin jedzie tam karetą,Zdyszane konie pędzą w dal.W ulicy sennej leżą śniegi...Ściemniałych domów śpią szeregi...

Tam się wyciągnął karet rząd...Z podwójnych latarń światła prądNa śnieg tęczowym blaskiem pada...Oto wspaniały lśni się gmach...Mnóstwo kagańców błyszczy w mgłach,Na szybach cieniów drży gromada.Profile główek snują tam:Figury modnych panów, dam...

Eugeniusz mknie przed gmach pochopnie...Wysiadł... szwajcara minął już,Na marmurowe wbiega stopnie,Po włosach dłonią gładzi wzdłuż...Wchodzi... Tłum w sali pląsa szybki...Ledwie nadążyć mogą skrzypki...Ognisty mazur długo trwa...Gwar i ciasnota... Gości ćma...Kawalerzysty ostróg brzękiI trenów szelest... Nóżki pań...Za niemi biegną, niby dań,Spojrzenia pełne ognia, męki...I głuszy skrzypiec ostry tonZazdrosne szepty młodych żon.

W wesołe dni mych młodych wierzeń,Jakże mnie bawił każdy bal!

Wyborne miejsce to dla zwierzeń:Tam wręczasz listy śród tych sal!O wy, szanowni, cni mężowie,Proszę przysłuchać się mej mowie:Tutaj usłużność moją znać;Ja wam przestrogę chciałbym dać!I wy, o mamy, śpiące może, —Śledźcie swych córek każdy krok,Wspomóżcie binoklami wzrok, —Ach, bo inaczej... O, broń Boże!...Ja to dlatego piszę wam,Że dawno już nie grzeszę sam!

Ach, na zabawy, na widziadła,Jam dużo życia stracił już, —Gdyby moralność nie upadła,Nie wyrzekłbym się świata burz!...Lubię ja młodość, szał i tłumy,Wymyślne stroje, blaski, szumy,Damy w koronkach, w tiulu mgłach,Lubię ich nóżki, — tylko, ach!Czyliż się znajdą w Rosyi całejTrzy pary zgrabnych damskich nóg?..Długom pamiętać jeno mógłDwie nóżki!... Smutny i zbolały,Ja wciąż je pomnę... nawet w śnieOne to dręczą serce me...

Próżnom zapomnieć chciał je nieraz!Szaleńca nie uleczył czas!Ach, nóżki, nóżki, gdzie wy teraz,Jaka dziś ziemia pieści was?W rozkoszy wschodniej tonąc stale,Nie zostawiły śladów wcaleNa smutnym śniegu naszych stref;Dywan i wiatru wziął je wiew...Ach, kiedym tylko spojrzał na nie,Zapominałem wszystko wnet:Pragnienie sławy, jarzmo bied,I kraj rodzinny i wygnanie...Lecz znikło szczęście młodych lat,Jako wśród traw wasz lekki ślad.

Dyjany pierś, rumieniec FloryMogą miłosny budzić jęk...Jednakże nóżka TerpsychoryMa dla mnie stokroć większy wdzięk!Ona to krew młodzieńczą burzy,Ona nagrodę słodką wróży,Ona to wzrok rozmarza twój,Budząc swawolnych pragnień rój!Lubię ja nóżki, o Elwinko!Czy pod obrusem stołu drżą

Czy po wiosennej trawie mkną,Czy spoczną w zimie na kominku;W salach, gdzie tańców rządzi szał,Nad morzem, na granicie skał...

Pamiętam morze burzą wrzące,Jak się przez zazdrość ból mój wzmógł,Patrząc, jak fale biegły drżąceSpocząć z miłością u twych nóg...Jakżem ja pragnął wraz z falamiDotknąć się miłych nóg ustami!Śród uciech młodych moich dni,Gdy milion żądz szalało w krwi,Nigdym nie pragnął z taką mękąCałować lica młodych dziew,Gorących ust ich chwytać wiew,Dotykać piersi drżącą ręką —Nigdy namiętnej burzy znakNie targał duszy mojej tak!

Myśl za wspomnieniem innem goni,Czasem się snom porywać dam:Szczęśliwe strzemię trzymam w dłoniI zgrabną nóżkę w palcach mam!Znów kipię w słodkich snów zamęcie,Znów czarodziejskie to dotknięcie

Zapala w zwiędłem sercu krew,Czuję miłości tęskny wiew...Lecz nadto sławi dumne dziewyMa gadatliwa lira, drżąc;One nie warte są tych żądz,Nie zasługują na te śpiewy:Oczy i słowa bogiń tychZdradliwe są, jak nóżki ich!...

Cóż mój Oniegin? Nawpół senny,Z balu do łóżka spieszy już...A bęben, czas zwiastując dzienny,Ze snu Petersburg budzi tuż...Wstał kupiec, ledwie zwłóczy troszka,Na stacyą wlecze się dorożka,Dzbanek — mleczarki zwalnia bieg,Pod nią poranny skrzypi śnieg...Słychać szmer ranka powitalny;W nim roznosiciel trzyma prym...Z kominów buchnął siny dym...I piekarz, Niemiec punktualny,W szlafmycy spieszył w ranny czasOtworzyć w oknie »was ist das«.

Lecz gwarem balu zamęczone,Z dnia czyniąc noc, zamknąwszy drzwi,

Kotary cieniem otulone,Zabawy dziecię słodko śpi.Południe minie, nim się zbudzi...I życia plan go nie utrudzi:Barw niby wiele — jeden cień!Jak wczoraj, dziś przeżyje dzień...Lecz, śród powszednich zabaw niwy,Wolny, w rozkwicie młodych sił,Gdy z serc podboju sławnym był, —Był-że Eugeniusz mój szczęśliwy?Czyli ku ucztom wracał znów,Choć lekkomyślny, zawsze zdrów?

Nie! prędko dusza w nim ochłodła,Znudził go świata pusty szum;Kobiecy czar, Amorków godłaPrzestały być przedmiotem dum;Znużyły go i zdrady zgoła,Nie rozjaśniała przyjaźń czoła,Boć trudno było znaleźć moc,Aby szampańskiem tak co nocZalewać pasztet, z równą siłąCiąć żartem, brać na słówek lep,Kiedy go wściekle bolał łeb;I chociaż wisus był, aż miło, —Dojadł mu wreszcie szabel blaskI w pojedynkach kurków trzask.

Niemoc (właściwa mgłom Londynu),Której przyczyny tajne są,Która podobną jest do spleenu,A którą u nas »chandrą« zwą,Powoli tknęła jego duszę;Wprawdzie na szczęście, przyznać muszę,Nie czynił samobójczych prób,Lecz — jakby z życiem zerwał ślub:Niby Childe-Harold, chmurny, smętny,W bawialniach wciąż w zadumie trwa;I ani plotki, ani gra,Westchnienie, uśmiech, wzrok ponętny —Nie rozjaśniały jego lic;Nie zauważał z tego nic.

Wielkoświatowe kapryśnice,Najsamprzód was porzucił on!Przyznajmy, dawszy głos krytyce,Że dość jest nudny wyższy ton.I choć nie jedna dzisiaj damaWykłada Saya i Benthama, —

Lecz tych niewinnych rozmów biegTworzy banialuk przykry stek.Nadomiar tak bezgrzeszne, dumne,Tak wzniosłe, tak ostrożne są,I pobożnością taką tchną,Tak akuratne, tak rozumne,Tak mrożą cnotą swoich min,Że sam ich widok rodzi spleen!

I was, młodziutkie swawolniceWas, które niesie wichrem końNa lekkich fiakrach przez ulice,Gdy noc rozpostrze ciemną dłoń, —I was porzucił mój Eugeniusz,Gdy go odstąpił zabaw geniusz.Już się zamykać w domu jął,Ziewając, w rękę pióro wziął.Chciał pisać coś, — lecz pracy twardej,Co zmusza siedzieć, nie mógł znieść...Nie chciało nic z pod pióra leźć...A przeto nie wszedł w cech ten hardy,O którym sądzić, Boże broń!Ponieważ sam należę doń...

Dni bezczynności bolą, nudzą,Dręczy się wnętrzną pustką duch;

Wtem znalazł cel: chce myślą cudząPobudzić własnej myśli ruch.Na półkach księgi stawia rzędem,Czyta, pochłania — gnan obłędem!Tu znalazł podłość, głupstwo tam,Ówdzie bredzenie, nudę, kłam...Wszędy w kajdanach myśl, niestety!Postarzał starych książek świat,W nowych — starzyzny cuchnie ślad...Więc rzucił książki, jak kobiety,I półkę, rzędy książek, pył,Czarną firanką wreszcie skrył.

Zbrzydziwszy »świat« na zawsze, zda się,I konwenansów długi spis,Jam się przyjaźnił z nim w tym czasie;W nim olśnił mnie niejeden rys:Jakaś głąb marzeń nieprzejrzana,Oryginalność nieudana,Myśl zimna, ostra, jako stal...W nim była chmurność, we mnie — żal;Przeszliśmy obaj zmysłów szały,Dla obu spłowiał życia czar,W sercach obudwu przygasł żar,Obu złośliwe szpony rwałyŚlepej fortuny w młodych dniach,A z nimi — ludzkie szpony, ach!...

Kto żył i myślał, ten nie możeNie gardzić ludźmi; ten, co czuł,Wie, jak w zmienionej życia porze,Żal niepowrotnych snów go skuł...Nie wrócą dawne upojenia,Serce zadławi wąż wspomnienia,W duszy żałosny płacze dźwięk...Wszystko to często nada wdziękRozmowie... Zresztą mnie z początkuRaził Oniegin ostrzem słów...Później przywykłem... Nęcił ówSpór, trującego pełny wrzątku,Jego żółciowych żartów mocI szydzącego śmiechu noc.

Bywało czasem w noce letnie,Gdy przeźroczyste niebo lśni,Gdy szyba Newy błyszczy świetnie,Gdy wkoło całe miasto śpi,W uroki wspomnień pogrążeni,Dawną miłością zachwyceni,Pogodę w sercach czujem znów,Siedzimy całą noc bez słów,Wiosennym pojąc się oddechem...Jak senny więzień w nocny czas,

Przeniesion z turmy w wonny las,Budząc się, wita liść uśmiechem —Takeśmy biegli w marzeń świat,W zaranie naszych młodych lat.

Owiany tęsknych dum urokiem,O granitowy rzeki wałOparty, w cichem i głębokiemSwem zamyśleniu druh mój stał.Cisza, na krótki mig rozdarta,Kiedy na zmianę zdąża warta,Lub dojdzie głuchy fiakra huk,Lub zapóźnionej stopy stuk...A czasem tam z drzemiącej rzekiNaraz doleciał wiosła szmer,Plusnęła woda, skrzypnął sterI piosnki nadbiegł głos daleki;Drżała mi tęsknie serca cieśń,Marząc Torkwata słodszą pieśń!

Adryjatyku boskie fale!Brenta! Was ujrzeć da-ż mi los?Wówczas natchnieniem się zapalę,Wasz czarujący słysząc głos!Tęsknoty ku wam nie zagaszę...Byrona lira echa wasze

Przyniosła mi w ojczysty próg:Więc kocha was Apolla wnuk!Czyliż mi kiedyś los pozwoliWolność pod niebem włoskiem czuć,Marzenia z Wenecyanką snuć,Z nią w tajemniczej mknąć gondoli?!Poznają usta w kilka chwilPetrarki i miłości styl.

Więc mi wolności bij godzino!Już czas!... Nad morzem błądzę wciąż...Czyż wszystkie żagle mnie ominą?!...Hej, ty okręcie, po mnie dąż!Z burzami walcząc, z fal potokiem,Po tem bezdrożu wód szerokiemKiedyż rozpocznę wolny bieg?Czas już porzucić nudny brzegTej nieprzyjaznej dla mnie mocyI pod palącym nieba tchem,Pod afrykańskiem niebem mem,O tej posępnej śnić Północy,Gdziem kochał, wziął z cierpieniem ślub,Gdziem swemu sercu wyrył grób!...

Oniegin rad był ze mną jechać,Wołał go w podróż serca głos,

Lecz musiał planów tych zaniechać;Na długo nas rozłączył los.Ojciec mu umarł w owym czasie,Ku spadkobierczej zbiegł się kasieWnet wierzycieli chciwy tłum...Ogłuszył go pretensyj szum.Eugeniusz nie mógł znieść procesów,Ojcowski spadek oddał im,Rad, że zawarli pokój z nim...Może poprawę interesówPrzeczuł przez zmysł wewnętrzny swój;Odgadł, że gaśnie stary wuj.

Wkrótce mu rządca przy raporcieDoniósł, że wuj opuszcza światI że, w Letejskim stojąc porcie,Pożegnać się z siostrzanem rad.Eugeniusz smutną wieść wyczytałZ wieczora i, gdy dzień zaświtał,Już pędził od pocztowych wrót...Jechał i ziewał, myśląc wprzód,Że trzeba będzie chmurzyć czoło,Wzdychać i rolę nudną grać,Ażeby zatoza to spadek brać!Lecz nim w krewniaka wjechał sioło —(Tem otworzyłem romans swój)Na katafalku leżał wuj.

W sieni moc służby, domownicy;Goście wkraczali w domu próg,Pogrzebów wielcy miłośnicy,Sąsiadów tłum — i druh i wróg...Popi i goście jedli, pili,Potem do bryczek zawrócili,Rozjechał się poważnie tłum;I zamarł w domu zgiełk i szum...Oniegin w wiejskim tym zakątkuJest gospodarzem gruntów, wód,Cegielni, lasów, on, co wprzódGrosz trwonił, wrogiem był porządku!Rad, że ma w życiu nowy wzór,Że zmienił na coś stary tór.

Przez dwa dni zdały mu się noweStrumienia szmery, wonność pól,Wietrzyki, mknące przez dąbrowę,I gwarem pszczół brzęczący ul.Trzeciego dnia — las, śpiew ptaszęcyNie zajmowały go już więcej;Sen nań napędzał polny kret,Nużyło wzgórze: ujrzał wnet,Ze nuda na wsi gospodarzy,Jak w mieście, chociaż niema tam

Balów i wierszy, kart i dam;»Chandra« czyhała nań na strażyI biegła za nim w noc i w dzień,Jak wierna żona, albo cień.

Lecz ja o wiosce myślę wdzięczniej,Mnie był przeznaczon żywot ten;Toć w ciszy lira śpiewa dźwięczniejI barwniej błyszczy twórczy sen.Szczęśliw niewinną wczasu porąNad puste chodziłbym jezioro;Far-niente — to mych marzeń szczyt!I dziś mnie budzi każdy świtTylko na słodkie próżnowanie:Niewiele czytam, wiele śpię,Za sławą nie uganiam się,Wspominam młodych dni zaranie,Gdy na wsi dąb mnie cieniem krył...Wtedym jedynie szczęśliw był!

Wsi, ciebie kocham sercem szczerem,Ja kocham każdy polny kwiat!Różnicę w sobie z bohateremJam zawsze tu podkreślić rad, —Aby potwarczy jakiś krytyk,Albo czytelnik, który przytyk

Rad, będzieRad będzie zrobić, — chytry lis, —Sprawdzając tutaj każdy rys,Nie drwił, rzucając w obieg zdanie,Żem tu nabazgrał portret swój,Jak Byron, wiodąc z światem bój...Jakgdybyśmy nie byli w stanieZnaleźć dla pieśni inną treść,Tylko o sobie duby pleść!

Lecz a propos: toć wszyscy wieszczeOddają snom miłosnym hołd...Te sny niedawno snułem jeszcze,Płacąc im w rymach zacnyznaczny żołd.Muza, gdy drżały one we mnie,Umiała zdobić je tajemnieI opiewała »dziewę gór«,Ideał piękna, cnoty wzór,I niewolnice ze Salgiry.Dziś, przyjaciele, po tym śnie!Słyszę, jak chcecie pytać mnie:»Po kim wzdychają struny liry?»Czyją dziś nosisz z damskich szarf?»Komuś poświęcił dźwięki harf?

»I dziś na jakiej cześć dziewoi»Z kadzideł twoich wzlata dym?

»Kogoś ubóstwił w odzie swojej?»Którąś uwiecznił przez swój rym?!«— Nikogo, bracia, ach, na Boga!Ucichł miłości szał i trwoga...Kto burzy uczuć spłacił dług, —Szczęśliw, gdy z nią połączyć mógłGorączkę rymów: On podwoiłSzaleństw poezyi święty żarI Petrarkowy wznowił czarI sławą — serca ból ukoił!...Ja, gdy mnie uczuć porwał wir,Zgłupiałem i nie tknąłem lir...

Gdy miłość znikła, Muza — blizka,Rozwiewa się mej myśli mrok,Natchnienia źródło w sercu tryskaPłynie czarownych dźwięków tok...Piszę... przestaje tęsknić dusza...Pióro rysować nie przymuszaObok przerwanej pieśni słówKobiecych nóżek, albo głów...Zagasły popiół nie rozpłonie;Nie płaczę już, choć tęsknię rad...Lecz wkrótce, wkrótce, burzy śladW głębinach duszy mej zatonie.Poemat pisać znajdę chęć...Pieśni najmniej dwadzieścia pięć!

Mam plan już nawet, formę wierszy,Wiem, jak bohater ma się zwad...Tymczasem dość, że rozdział pierwszyTego romansu kończę snać...Przejrzałem wszystko to surowo,Sprzeczności mnóstwo... Daję słowo!Poprawiać nie chcę, choćbym mógł.Cenzurze pragnę spłacić dług;I dziennikarzom na rozdarciePracownej myśli oddam nić:Ku newskim brzegom zatem idź,Dziecię mej duszy!... Spiesz na starcieI sławy dań mi przynieś stąd:Wymysły, hałas, krzywy sąd!

Był to czarowny kącik ziemi —Ta Eugeniusza mego wieś...Kto sny się poisz niewinnemi,W ustronie takie serce nieś!Dwór od chat gwarnych oddalony,Górą od wiatrów zasłoniony,Nad rzeką stał; daleko wkrągCiągnęły się dywany łąk,Złociły w słońcu pola pszenne,Migały wsie, błękitniał staw,Stada błądziły pośród traw,I rzucał gęsto cienie senneOgromny, zapuszczony sad,Najmilszy smętnych Dryjad świat.

Szanowny zamek był stawianyŚwietnie; dziś takich domów brak...Komnaty ciche, mocne ściany,Jak kazał mądry stary smak.Salon z materyi miał obicie,Sufit wysoki należycie.Carskich portretów wisiał rząd,Piec z barwnych kafli zdobił kąt.Wszystko to dawno wyszło z mody.Czemu? — doprawdy nie wiem sam...Zresztą, gdy prawdę mówić mam,Oniegin w tem nie widział szkody:Jednako ziewał, patrząc w dal,Śród starych i śród modnych sal.

Penaty swe w tej izbie mieści,Gdzie stary dziwak skromnie żył,Z klucznicą darł się lat czterdzieści,I placką zręcznie muchy bił.Wszędzie tu stara prosta moda:Mięka kanapa, stół, komoda...Ni śladu z atramentu plam...Oniegin w szafę zajrzał, tamZnalazł wydatków rejestr... Za to,W kredensie, dzierżąc stałą straż,

Stał z nalewkami szereg flasz;Przy nich kalendarz z dawną datą...Starzec miał dużo spraw; do rąkNie brał więc nigdy innych ksiąg.

Śród wielkich swoich dóbr samotny,By w jakiś sposób spędzić czas,Myślał mój druh — (miał umysł lotny)Nowy porządek wnieść tu wraz.Nasz mędrzec dobre miał natchnienia:Na czynsz pańszczyznę starą zmienia,Na lekki czynsz... Odetchnął rab,Za pana modli się tłum bab.Za to skrzywiono się w sąsiedztwie:Bardziej praktycznych panów ródWróży z reformy mnóstwo szkód.Szepnął o myśli któś kalectwie.Wszyscy rozpaczny czynią gest:»To dziwak niebezpieczny jest!«

Wprzód każdy spieszył, jak pochlebca...Na przyjaźń z nim liczono snadź! —Lecz że dońskiego sobie źrebcaPrzed tylną sień zalecał dać,Kiedy na głównej drodze siołaZaturkotały tylko koła, —

Więc dąsów stąd się zrodził hukI... zmilkł na drodze bryczek stuk!»Nasz sąsiad nieuk z pyszną miną!»Mason, — nie może być dwóch zdań!»On nie całuje rączek pań!!»Szklanką czerwone pija wino!!!»Krótko tnie swoje: »nie!« lub »tak!«Rzeczono w głos: »zwyczajów brak!«

Tak krążą plotki i pogłoski...Aż znajdą nową rozmów oś...Do swej rodzinnej wrócił wioskiW tym samym czasie jeszcze ktoś...A zwał się on Włodzimierz Leński;Był to duch iście Gettyngeński...Młodzieniec piękny... Chociaż wieszcz,Kant w nim podziwu budził dreszcz...Przywiózł z Germanii mnóstwo znamion:Marzenia mgliste — wiedzy plon,Entuzyastyczny mowy ton,Kędziory czarne aż do ramion,Ognistą duszę mknącą hen! —I o wolności luby sen...

Jeszcze nie zwiędnął... Nie zdołałaWciągnąć rozpusty chłodnej toń

Tej duszy, którą mu rozgrzałaPieszczota dziewic, druha dłoń...Serce, niewiedzą miłą tchnące,Snuło nadzieje czarujące...Świata nieznany blask i szumPonętą były młodych dum...Dusza ta była jeszcze gładką,Cień zwątpień nie padł na jej biel;Śniącemu słodko życia celNęcącą zdawał się zagadką...Nie łamał głowy nad nią, wprzódPodejrzewając wzniosły cud!

Wierzył, że duszę ma pokrewną,Że tą tęsknocie płaci dań,Że się połączy z nim napewno,Że każdej chwili czeka nań...Że za cześć jego — wierzył z góry —Przyjaciel pójdzie na tortury,I że dłoń druha ani drgnie,Kiedy w potwarcze łono tnie;Wierzył, że są wybrańcy losu,Którzy prowadzą cały ludDo ideału jasnych wrót,Że nieśmiertelny dźwięk ich głosuPowoła ludzkość aż na szczyt,Że przyjdzie wieczny szczęścia świt!

Ta miłość, co przed dobrem klęka,Nienawiść złego, święty gniewI ona sławy słodka męka —Wcześnie wzburzyły jego krew.Niebo Goethego i SchilleraJaśniało nad nim; atmosferaIch pieśni wlała w duszę szał...Wówczas płomienną lirę brał,Podniosłą Muzę przywoływał...Szczęśliwych natchnień był w nim splot,Nigdy nie spadał jego lot...On w pieśniach dumnie zachowywałDziewiczych snów naiwny żar,Powagę i prostoty czar...

Miłość dobywał z duszy swojej,A tak był czystym jego tren,Jako niewinnej myśl dziewoi,Jako dziecięcia słodki sen,Jakoby Dyana w nieb pustyni —Westchnień, tajemnic, snów bogini.Nieokreślony śpiewał żal,Nieznane »coś« i mglistą dal,Opiewał róże romantyczne,Rozłąki ból, daleki kraj,

Gdzie cicho w kwiatach stąpa Maj,Gdzie płyną dziewic łzy mistyczne...Śpiewał, że pobladł życia kwiat,A nie miał... osiemnastu lat!

W pustyni, gdzie Eugeniusz jedenCenę talentu jego znał,Sąsiedzkich uczt banalny EdenSłaby dla niego urok miał...Leński od gwarnej zbiegł zabawy...Nie dziw! rozsądna treść rozprawyO porze żniw, o węchu psim,O wódce, nie budziła w nimZajęcia; w szczerej tej spowiedzi —Przez dowcip, polot, albo smak,Lub nieco żywszych uczuć znak,Nie uderzyli go sąsiedzi;A zaś ich miłych szczebiot żonNiósł jeszcze słabszy myśli plon.

W pięknym młodzieńcu konkurentaCzuł zabiegliwych matek chór...Działa zasada na wsi święta:Już wszystkie mamy dla swych córŚniły w nim zdobycz; próg przestąpi,Już mu rozmowa nie poskąpi —

Niby to dalszą snując nić —Żalów: »jak źle bez żony żyć!«Na stole stanie wnet herbatka;Na samowaru baczyć kranMa Dunia... »Duniu! pić chce pan«...Tu jej gitarę poda matkaI już (o, Boże) słychać pisk:»O przyjdź, gdzie złoty słonka błysk«...

Jego — hymenu węzeł drażni,Nie nęci jeszcze mirtu liść,On marzy tylko o przyjaźni;Do Oniegina woli iść...Zeszli się... Dziwna!... Lód z płomieniem,Proza z poezyą, wiatr z kamieniem —Mniej różnic mają, niż ci dwaj...Każdy, jak w obcy wchodząc kraj,Niepewność odczuł w pierwszej chwili;Potem nęciła różność ta,Potem zjeżdżali się co dnia, —Nierozłączeni wkrótce byli!Niejeden z nas (ja pierwszy snadź)Tak sobie serce gotów dać.

Coraz jest rzadszą przyjaźń szczera!Wszelkie przesądy zniszczył czas:

Dzisiaj we wszystkich widzim zera,Chcąc, by jednostką zwano nas;Każdy chce być NapoleonemI jak narzędziem, tak milionemDwunogich stworzeń rządzić rad.Śmieje się dzisiaj z uczuć świat!Eugeniusz w nowych praw porządkuZnośniejszym był od wielu; znałOn ludzi, wzgardę dla nich miał,Lecz (niema reguł bez wyjątku)Umiał niektórym oddać cześć,Szanował szczerą serca treść!

Z uśmiechem słuchał on poetę:Ognisty młodych sądów skok,Myśl, za doświadczeń mknąca metę,I ten natchniony wiecznie wzrok —Wszystko to było dlań tak nowem;A więc mrożącem swojem słowemNie chciał tej młodej duszy truć...Myślał: »toć głupio szczęście psuć,I tak trwa ono krótką chwilę,Życie otworzy oczy mu;Tymczasem, szczęśliw z swego snu,Niechajże wierzy dobra sile!Wybacz gorączce młodych latMłodzieńczy żar i złudzeń kwiat«.

Wszystko ich wlokło do rozmowy,Budziło myśl, wzniecało spór:Umarłych plemion szlak dziejowy,Trwałych przesądów chiński mur,Gra losu często niedorzeczna,I tajemnica grobu wieczna,I zło i dobro, prawda, błąd —Wszystko podpadło pod ich sąd.Leński, w dyspucie zapalczywy,Zapomni się, bywało, tak,Że głosi ustęp z szwedzkich sag,A mój Eugeniusz pobłażliwy,Chociaż bywała ciemną treść,Wyrażał mu uwagą cześć.

Lecz częściej dwaj anachoreciBrali za treść — miłości świat;Wyrwawszy się z jej władczej sieci,Oniegin mówił o niej rad —Z westchnieniem, z żalem mimowolnym.Szczęśliw, kto był do tego zdolnym,Że w burzę wszedłszy, uszedł tuż;Szczęśliwszy ten, co nie znał burz,Co miłość ziębił przez rozstanie,Ból przez szyderstwo; szczędził sił,

Ziewając, kawkę z żoną pił,Zazdrości w sercu tłumił granie,Nie stawiał, aby chłodzić krew,Majątku — na waleta tref!

Gdy nas rozsądek pod sztandaryPowoła swe, gdy w ciszy czasZgasną namiętnych pragnień żary,Kiedy już tylko bawi nasKapryśna żądza swym oddechem,Kiedy z spóźnionem serca echemWalcząc, tłumimy krwi swej ruch, —Wówczas nam jeszcze pieści słuchCudzej miłości powieść słodka,W głębinach duszy ryjąc znak...Ach! inwalida stary tak,Kiedy wąsaczów młodych spotka,Słyszy w swej chacie armat ryk,O nowe boje pytać zwykł.

Ale i młodość błąd milutkiPosiada: nie ukryje nic;Nienawiść, miłość, radość, smutki,Wygada wnet z rumieńcem lic.Oniegin, niby inwalidaW kochaniu, bada, jak się wyda

Leńskiego miłość; ten był radOtworzyć przed nim serca świat,Wybranki swej przymiotów dowieść...Eugeniusz przeto poznał wnetSzczegółów moc od A do Zet,Całą miłości młodą powieść —Ocean uczuć... Wyznać mam?Nie było nic nowego tam!

Włodzimierz kochał... Ach, niestety,Dzisiaj miłości takiej brak!Tylko szalony duch poetyJeszcze skazany kochać tak!Wszędzie i zawsze myśl jedyna,Pełna jej każda jest godzina,Jedno marzenie, jeden żal!Ani ziębiąca zwykle dal,Ani rozłąki długie lata,Nauki chłód i Muzy darI cudzoziemskich dziewoj czar,Gwar uczt, wrażenia barwne świata, —Nic nie zmieniło duszy tej,Którą za młodu oddał Jej!

Chłopięciem był... A już niewinneSerce uderzył Olgi wdzięk...

I na zabawy jej dziecinnePatrzył z zachwytem, czując lęk...Zwolna się zbliżył; w cieniach gaju,Dzieci bawiły się, jak w raju...Widząc krzepnący związek ten,Matki o ślubie snuły sen.W ustroniu, w cienie brzóz spowitaW oczach rodziców szczęściem drżącI niewinności czarem tchnąc,Jako konwalia kwitła skryta,Której przez traw zielony gąszczNie dojrzał motyl, ani chrząszcz.

Tak pierwsze sny, zachwyty pierwszeDała Leńskiemu Olga... WnetPoczął pisywać czułe wiersze,Zabrzmiał elegią jego flet.Żegnajcież gry dzieciństwa złote!Pokochał ciszę i tęsknotę,Samotność, gwiazdy, nocny czasI tajemniczy gęsty las,I lunę, cudną lampę nieba,Której składaliśmy i myWestchnienia nocne i te łzy,Co je wypłakać z serca trzeba...Dziś! — myślim, że jej świetlna graLatarki blask zastąpić ma!...

Zawsze posłuszna, skromna zawsze,Wesoła zawsze, jako świt,Miła, jak słówka najłaskawsze,Prosta, jak młody wieszcza byt;Oczka błękitne, jak niebiosy,Uśmieszek, w płowych loczkach włosy,Leciutka kibić, ustek mak, —Wszystko to w Oldze... Ale wszakŁacno jej portret odnajdziecie:Dość pierwszy lepszy romans wziąć!Sam mogłem ongi przy nim schnąćZ miłości — lecz mnie znudził przecie!Więc, czytelniku, — skończmy z nim...O starszej siostrze składam rym!

Jej siostra zwała się Tatjaną...Znajdziecie w tem zuchwały żart,Żem śmiał wprowadzić takie mianoDo romansowych czułych kart...Lecz wszakże mile dźwięczy w rymie...Więc cóż, że razi was to imięCzeladnej izby starym tchem...Jeżeli chcecie, wyznać śmiem,Że u nas mało smaku wszędzie,Jak w mianach, które nosi lud...

(Że już nie wspomnę naszych ód)...Z postępem iść nam trudno będzie!Ba, od oświaty — z pudrem licWzięliśmy pozę — więcej nic!

A zatem zwano ją Tatjaną...Nie wiem, w czem był jej wdzięku klucz?...Świeżością siostry swej rumianąNie mogłaby pociągnąć ócz.Dzika, milcząca, zbyt wrażliwa,Jak łania leśna bojaźliwa,Choć ją otaczał krewnych świat,Rosła w nim, jako obcy kwiat.Nie lubi pieszczot... Ojciec, matkaNie mogli czytać w duszy tej,Choć dziecię, — nie pociąga jejDzieci bawiących się gromadka.I czasem w oknie cały dzieńSiedzi milcząca, jako cień.

Zaduma była od kołyskiŻywiołem jej, przyjaznym tchem,Wczas wiejski, zawsze nudy blizki,Barwiła jej ciekawym snem.Jej delikatnej ręki palceNie znały igły; z nudą w walce

Nie zwykła do rąk kanwy brać,By w nią jedwabiem życie wlać.Gdy się w dziewczątku budzi władza,Posłuszną lalkę pragnie mieć;W konwenansową zmierza sieć,Gdy lalkę żartem w świat wprowadza...Dziewczynki lalkom — z taktem damPrawią morały swoich mam.

Ale w dziecinne nawet lataTatjana lalkę rzuca w kąt...I z nią o modach, plotkach świata,Nie toczy rozmów... Widać stąd,Że są jej obce figle dziecka;Strasznych powieści treść zdradziecka,Zimą, gdy mroki rzuca noc,Ma nad jej sercem większą moc...A kiedy niania na spacerzeZbierze dla Olgi dzieci rządI poprowadzi w parku kąt, —Ona udziału w grach nie bierze...Gwar ślepej babki, wietrzny śmiech —Nie budzą w jej serduszku ech.

Tatjana lubi na balkonieUprzedzać złoty jutrzni brzask,

Kiedy na bladem niebios łonieStopniowo gaśnie gwiazdek blask,Kiedy na skraju ziemi dnieje,I poseł ranka, wietrzyk, wieje,I zwolna zdąża jasny dzień.A zimą, kiedy nocny cieńOblecze wszystko czarną smugą,Gdy cała ziemia ciężko śniI mglisty miesiąc blado lśniI wschód ociąga się przydługo, —Już nie potrafi w łóżku zwlec,Ubiera się przy blasku świec.

Romanse ją zajęły właśnie;One to dla niej wszystkiem są!Ją czarowały z młodu baśnieI Richardsona i Rousseau.Ojciec jej był poczciwiec sobie,Dość zapóźniony w zeszłej dobie,Nie widział w druku szkodnych plam:Prawda, nie czytał nigdy sam,Ale w powagę ksiąg nie wierzy,Nie daje ceny wieszczym snom,Nie dba więc, jaki tajny tomPod poduszeczką córki leży.A jego żona... Czyżbym śnił?Richardson dla niej bóstwem był!

Tak! uwielbiała Richardsona —Nie, aby miała z dzieł go znać,Lub, że stawiała GrandisonaNad Lowelasa wyżej snadź, —Lecz ongi księżna Paulinka,Słynna moskiewska jej kuzynka,Mówiła właśnie o nim wciąż...A wtedy jej obecny mążBył narzeczonym... wbrew jej chęci!Bo inny ktoś, czyj piękny wąsNa jej twarzyczce budził pąs,Daleko mocniej tkwił w pamięci.Ów Grandison... ba! graczem był,Lecz mundur gwardyi na nim lśnił.

Oboje byli dziećmi mody;W snach go widziała u swych stóp;Ale się nikt nie pytał młodej,Kiedy wieziono ją na ślub...By ją rozłączyć z wspomnień zmorą,Rozsądny mąż wyjechał skoroNa wieś... Tu obcych ludzi gwarZ początku wzmógł tęsknoty żar;Rozwód — to było jej marzenieWe łzach, w nerwowych splotach rąk...

Lecz, w gospodarstwa wszedłszy krąg,Znalazła wkrótce ukojenie.Przyzwyczajenie Bóg dał sam,Aby zastąpić szczęście nam.

Przywykła... Lżejsze było życie...Powszedność sny daleko gna...Aż tu zrobiła raz odkrycie,Co pocieszyło ją do cna.Zakwitła w myśli świeża płonka:Jak pod pantofel wziąć małżonka,Jak stworzyć samodzierżczy rząd!I zawiał w domu nowy prąd:Jeździ codziennie na roboty,Łby goli, grzybów wielki koszSoli na zimę, liczy grosz,Odwiedza łaźnię co soboty,Służebne bije, wpadłszy w złość...Mąż milczał... To dla męża dość!

Kiedyś w albumy z czułą minąPisała, biorąc z palca krew,Praskowję zwała PaulinąNaśladowała mową śpiew.O wiotką kibić bardzo dbała,I »n« rosyjskie wymawiała

Zawsze z francuska, więc przez nos...Teraz ją mocno zmienił los!Album i księżna Paulina,Gorset i kajet czułych słówPoszły w niepamięć — oto znówAkulką wabi się Celina.Pani na głowie czepek ma,O watowany szlafrok dba.

Ale mąż kochał ją bez miary,W szlafroku łaził, jadł i pił,Na żonę patrzał, pełen wiary,Że czyni wszystko wedle sił.Życie płynęło tempem skorem;Zajrzał czasami w dom wieczoremSąsiad; z nim żona, kilka cór...Wesoła plotka, drobny spórSkracają chwile do wieczerzy;Bez ceremonij biegnie czas,Olga herbatą służy wraz;Wreszcie godzina snu uderzy,Odjeżdża gość ku swoim wsiom...I w ciszy tonie stary dom.

Stare zwyczaje, stare gustaRegulowały każdy czyn:

Gdy »maślanica« przyszła tłusta,Na stole ruski leżał blin;Dwa razy w roku post — niewiele!Lubili krągłe karuzele,Za stołem pieśni, chłopski chór...A w »Trójcy dzień«, gdy ludzi sznurDo cerkwi ciągnął, przy mszy ziewał,Czuli, jak serce w łonie drży,Roniąc na wierzby łezki trzy...Dom cały kwasem się zalewał...W ucztach gość nie znał, co to szwank:Noszono dania wedle rang.

I tak starzeli się oboje, —Aż oto wreszcie cichy gróbPrzed mężem rozwarł swe podwoje,Każąc mu zawrzeć z niebem ślub.Umarł w godzinę po obiedzie...Tyś go opłakał, cny sąsiedzie,Wy, wierna żono, córy dwie —A szczerą prawdą żal wasz tchnie!Bo człek był prosty, pan wyborny,I gdzie proch jego legł — na znakGrobowy pomnik głosi tak:»Śpi Dmitrij Laryn, grzesznik korny,»Hospodni rab, brygadyer... Tu»Zażywa wiecznej ciszy snu«.

Leńskiemu po powrocie pilnoByło na drogie groby iść,Sąsiada płytę nadmogilnąWestchnieniem uczcić, przybrać w liść.»Poor Jorick« westchnął Leński smutnie,»Śmierć mi wydarła go okrutnie!»On mnie na ręce często brał...»Pomnę mą radość, gdy mi dał»Do gier swój medal oczakowski!»On obrał mnie dla Olgi swej...»Myśląc: »doczekam-ż chwili tej?«...I Leński, pełny szczerej troski,Nad tym kamieniem chyląc grzbiet,Madrygał prochom stworzył wnet.

Nowy wiersz pisze dla pamiątki:Ojca i matki, tonąc w łzach,Uczcił śmiertelne drogie szczątki...Na wielkim życia łanie, ach!Z Woli Tajemnej zarządzenia,Chwilowem żniwem pokoleniaWschodzą, dojrzeją i wnet mrą ...A śladem już je inne prą...Tak samo nasze wietrzne plemięRośnie i kipi, z życiem ślub

Zawiera, pcha pradziadów w grób...Lecz przyjdzie czas — rozewrze ziemię:I wnuki nasze z biegiem latWycisną nas na tamten świat!

Ba! niech wam dni w uciechach biegą,Nim śmierć nie zwali na was płyt!Rozumiem marność życia tegoI mało cenię ziemski byt!Mnie już blask życia nie owieje...Lecz jeszcze jedną tkam nadzieję,Jeszcze mnie jednem trzyma świat:Chcę tu zostawić jakiś ślad.Zgon byłby bezeń nazbyt smutny,Więc żyję, piszę, — pochwał dymNie nęci mnie! Lecz celem mym —Zaznaczyć żywot swój pokutny,By kiedyś o mnie śród tych stronPrzypomniał choć jedyny ton!

I może rym mój kogoś wzruszyŁacniej, niż dźwięk bojowych trąb,I głosu strof mych nie zagłuszyChłonąca wszystko Lety głąb’!Próżność mnie wabi na swe szlaki!Marzę, że kiedyś nieuk jaki,

Widząc mój portret — w sercu dreszczUczuwszy, rzeknie: »to był wieszcz!«O, przyjmij słowo dziękczynieniaTy, wielbicielu cichych Muz,Który odwalisz czasu gruz,Dobędziesz rym mój z zapomnienia,Swoją życzliwą wzniesiesz dłoń,Pogładzisz w laurach starca skroń!

»Dokąd? Ot, gadaj do poety!«— Żegnaj, Oniegin; na mnie czas.»Nie trzymam cię, lecz powiedz, gdzie tyWieczory spędzasz?... Powiedz raz...«— W Larinych domu. »O, litości!I nie znajdujesz w tem trudności:Zabijać każdy wieczór tam?!«— Ani troszeczkę. »Obraz dam,Że będzie wierny, przyznaj z góry! —Prosta rodzina, ruski byt,Dla gości uprzejmości szczyt,Zwyczajem świętym: konfitury!Temat do rozmów: len i mak,Obora, bydło... Zgadłem wszak?«

— Ba, ja nieszczęścia w tem nie widzę.»A nuda? nuda? czy to nic?«...— Modnego świata nienawidzę;W tych prostych domach szczęsny widzOdetchnąć zdoła... »Znów ekloga?!Daj pokój liryce, dla Boga!No, jakże? — jedziesz?... Ale, wiesz?Czy ja-bym nie mógł ujrzeć teżFilidy onej, co twojemuNatchnieniu daje skrzydła, lot,Łzy, rymy et cetera... Ot!Przedstaw mnie jej!« — Żartujesz! »Czemu?«— Więc dobrze. »Kiedyż?« — Choćby już.Tam zawsze gościom radzi... Cóż?

— »Jedziemy!« — Już druhowie lecą... )Przybyli... W domu radość, wrzask...Stara gościnność, wyznam, niecoNużyła gościa zbytkiem łask.Ot, uprzejmości masz tortury:Niosą na spodkach konfitury,W karafce borówkowy sok —To ma umilać rozmów tok!

Wracają... Księżyc srebrne plamyRzuca... oświetla bryczki ruch...Tutaj ukradkiem podsłuchamyRozmowę naszych druhów dwóch...— Cóż, Eugeniuszu? A, ty ziewasz?»Nic, to mój zwyczaj«. Czasem miewaszWeselszą minę... »Nudy mocJednaka zawsze. Ależ noc!Poganiaj konie, ej, Andriuszka!Ot, głupia droga... A proposW prostocie bywa powab... co?Larina miła jest staruszka.Aj! co to?... Tak dokucza bok...Boję się: to z borówek sok!...

»A powiedz, która z nich Tatjana?«— Ta, co milcząca, jako głaz,Weszła posępna, jak Świetlana...Siedziała w kącie cały czas.»Tak?... A ty młodszej jesteś sługą?«— A co? »Ba, ja-bym wybrał drugą,Mając na czole Muzy znak.Toć w twarzy Olgi życia brak;To jest Madonna Wandykowa,Kraśna i krągła... Otóż masz,

Jak ta księżyca głupia twarz,Co się w ten głupi obłok chowa«.Włodzimierz sucho odrzekł cośI zamilkł... Skrzypi bryczki oś...

Ale wizyta OnieginaU Lennych sprawiła rum...Domysł tkać przędzę swą poczyna...Szepcze w sąsiedztwie swat i kum...Wprawdzie pocichu i ukradkiem,Plotka się karmi tym wypadkiem...(Wstrzymać pogłosek niema sił).»On pewnie dla Tatjany był!«W zaściankach szczerze zapewniano,Że termin ślubu pewny — raz;Powtóre: zmienion, bo na czasObrączek ślubnych nie przysłano.Mniej ich zajmował ślubny aktLeńskiego — to był stary fakt!

Tatjana z gniewem plotek słucha,Lecz myśl ta jej nie puszcza z kleszczI mimowoli w głębi duchaDziwnej radości budzi dreszcz;I w serce wpija się potrocha...Czas przyszedł — i Tatjana kocha!

Tak ziarno pada w grunt... a wiewWiośniany ciepłem żywi siew...Zdawna tęskniącej wyobraźniPotrzebną była nowa treść;Pieszczotę pragnie wziąć i nieść.Zdradziecki poryw serce drażniI młoda pierś jej nie chce schnąć...Dusza czekała ... kogobądź!

I doczekała się... I oczyRozwarła... Rzekła: oto on!Ach! teraz myśl ją jedna tłoczy,Rozbrzmiewa w sercu jeden ton;W gorących snach go zawsze spotka,Oddycha nim... Dziewica słodka,Jego czarowną czuje mocDokoła siebie — dzień i noc.Już szczebiot siostry jej dokuczyłI zbyt troskliwy służby wzrok,I gadatliwych ludzi tłok...Cień smutku lica jej obłóczył;Klnie gości, milcząc, jako głaz, —Za nagły przyjazd, długi wczas...

Z jaką uwagą teraz czytaCzułych romansów świeży tom;

Czarownym zmyśleń tchem spowita,Oddaje duszę złudnym snom!Tatjano! szczęsną mocą marzeńOżywiasz tło książkowych zdarzeń:Kochanek Julii Volmàr,Malecque-Adèl i de-Linard,Werter, męczennik buntowniczy,I niezrównany Grandison,(Nas tylko spać przymusza on), —Budzą w twej duszy sen zwodniczy;I z wszystkich jeden obraz tkasz:W nim Oniegina widać twarz!

Zdając się sobie heroinąNajukochańszych swoich ksiąg,Klaryssą, Julią lub Delfiną,Tatjana nie wypuszcza z rąkKart niebezpiecznych; błądząc w lesie,Otwartą książkę w ręku niesie...I w niej znajduje, z szczęścia drżąc,Odgłos snów swoich, tajnych żądz;Wzdycha i sercem swem zabieraZachwytów, bólów cudzych światI w zapomnieniu szepcze w śladList do swojego bohatera...A on... ba, nie wiem, kim był on? —Wiem jedno: nie był Grandison!

Płomiennych twórców przeszła era,Co wszedłszy na podniosły tór,W osobie swego bohateraDoskonałości ryli wzór;Ludzie ścigali go niesłusznie,Choć wszystko czynił dobrodusznie,Rozumem świecił, sercem żyłI jak Adonis piękny był.Na krzyk o pomoc stawał w progu,W zalety z każdą kartą rósł;Już na ofiarę życie niósł,Ale na szczęście — w epiloguZawsze skaraną była złość,A dobro miało nagród dość.

A dziś padł tuman na umysły,Rzuca nas w sen morałów ton;Grzech i w romansie kult ma ścisłyI tam już święci tryumf on!Ba! przy brytańskich Muz bajaniu,Dziewczę się rzuca na posłaniu,Nowe jej bóstwa burzą sen —Melmot, włóczęga chmurny ten,Wampir, posępny i bezdźwięczny,Złowrogi Korsarz, Wieczny Żyd,

Sbogar — tajemniczości szczyt!...Lorda Byrona kaprys zręczny —I egoizmu ciemny światPrzyoblókł w romantyzmu kwiat.

Lecz dla mnie nie jest to podnietą.I jeśli przyjdzie taki kres,Że ja przestanę być poetą,Że wlezie we mnie nowy bies,Że, chociaż zaklnie Feb ze zgrozy,Poniżę się do skromnej prozy, —Romans na bardzo stary krój,Zajmie wesoły zachód mój.I nie nadludzkich łotrów zgraje,Nie tajną mękę sumień tam, —Tylko poprostu skreślę wamRuskiej rodziny obyczaje,Czułej miłości wabny świat,Podania naszych dawnych lat.

Wskrzeszę postacie zaginione,Ojcowskich rozmów prosty typ,Dzieci spotkania umówioneU źródła, gdzieś pod cieniem lip;Błędnej zazdrości udręczenia,Rozłąki łzy, łzy pogodzenia

I kłótnie znów... A w końcu prób,Pojadę z wami na ich ślub...Przypomnę ton porywającyWyrazów, które tonąc w łzach,Szeptałem sam w minionych dniach,U czarodziejki stóp klęczący, —Pieszczotnych, słodkich słówek rój,Od których odwykł język mój!

Lecz teraz zajmie mnie Tatjana!Ty płaczesz?... Spójrz, ja płaczę też!...W szpony modnego dziś tyranaCałe swe życie oddać chcesz...Przepadniesz, miła!... Chociaż za toBlask marzeń będzie ci zapłatąI w sferę uczuć wyższy wzlot,I czarujących marzeń splot,I pragnień rozkosz, snów trucizna...Ot, marzy ci się cały czas,Że on za tobą idzie w las —Podejdzie zaraz, miłość wyzna...Gdziekolwiek niesiesz lekki krok,Tam kusiciela widzisz wzrok.

Tęsknota serce biednej toczy...Do parku idzie, zrywa liść...

Wtem nieruchome chyli oczyI nie ma siły naprzód iść...Wzniesiona pierś, opadłe ręce,Na licach nagłe lśnią rumieńce,Z pobladłych warg ulata jękI w oczach blask i w uszach dźwięk...Nastanie noc; na niebie czatyObchodzi miesiąc; w srebrnej mgleWywodzi słowik trele swe;I leją woń jaśminu kwiaty...Tatjana czuwa... snu jej brakI z nianią w mroku szepcze tak...

»Tu duszno, nianiu! Spać mi trudno!Otwórz tam okno, bliżej siądź!«— Co tobie, Taniu?! »Tak mi nudno!Opowiedz mi cokolwiekbądź!«— Ba, o czem, Taniu?! Dawniej zawdySporo i prawdy i nieprawdyChowałam w głowie, że aż strach! —O duchach złych, dziewiczych snach...A dzisiaj ciemna jestem, Taniu:Już nie pamiętam dzisiaj nic...Ot, spróchniał do cna stary rydz!...Skręciło mnie... »Opowiedz, nianiu,Jako za starych było lat?Czy znałaś ty kochania kwiat?«

— Ot, gadasz, Taniu! W nasze lataNam się nie marzył taki kwiat;Nieboszczka świekra z tego świataWygnałaby na tamten świat.»Więc jak na ślub skłoniono nianię?«— Jak Bóg przykazał... Zesłał Wanię.Mnie wyszedł już trzynasty rok,On młodszy był, więc poszło w skok..Niedziele dwie chodziła swatka,A gdy zamknięto za nią drzwi,Pobłogosławił ojciec mi,Płakałam z strachu... ze mną matka...Rozpletli warkocz; w cerkiew, bacz,Ze śpiewem wiedli, a ja w płacz...

I w obcą wzięli mnie rodzinę...Lecz ty nie słuchasz?... Nudna rzecz?.»Ach nianiu, nianiu! Patrz, ja ginę!Ciągle o jednem myślę precz!Ciągle do płaczu jestem skora!«...— Kochanie moje, jesteś chora.Zmiłuj się Panie, pomóż nam!Czego chcesz, Taniu, zaraz dam...Chcesz? Świętą wodą cię pokropię...Ty masz gorączkę... »To nie znak

Choroby, nianiu!... Kocham tak!«— Zmiłuj się, Panie. Złe wnet stropię!I niania, dziewczę ustrzedz chcąc,Żegna je starą ręką, drżąc.

»Ja kocham! Modlić się nie pora!Mnie nie pomoże krzyża znak!«— O nie, kochanie! jesteś chora!»Daj pokój, nianiu! Kocham tak!«A tu księżyca popielatyBlask się zakradał do komnaty,Srebrzył na oczach ślady rosI rozpuszczony ciemny włos;I w siwych włosów lśnił promyku,Który z pod chustki starej zbiegł;I tak Tatjanę blask ten strzegłI starą w ciepłym kaftaniku...I tak ta srebrna cisza drga,A w niej się chwieją cienie dwa...

Tatjana milczy... głowę ściska...Patrzy w promienia srebrną nić...Wtem nowa myśl w jej duszy błyska...— »Zostaw mnie samą, nianiu... Idź...»Wprzód papier, pióro dasz mi może...»Stół przysuń... Wnet się spać położę..

»Idź teraz!«... W ciszy skrzypną drzwi...Tatjana sama... Miesiąc lśni...Pisze nad stołem pochylona,Wciśnięta we framugi kąt,I nierozważnych liter rządWchłania jej miłość... Blask już kona...Za oknem słychać wiatru świst...Skończyła... Komu poślesz list?!

Znałem piękności niedostępne,Chłodne i czyste, jako śnieg,Nieubłagane, nieprzestępne,Których nie pojmie nigdy człek.Dziwiąc się pysze, modnej pono,Jam przed ich cnotą przyrodzoną —Wyznaję — uciekł... Miałem sen:Zda się, żem czytał napis tenPonad ich brwiami — napis piekła:»Nadziei tu na wieki zbądź!«Bo grzechem dla nich — miłość tchnąć,Odstraszać ludzi — rozkosz wściekła.Nad Newą nie wypadło-ż wamSpotykać mnóstwo takich dam?

Znałem i inne, ach, ponętne,O ustach, pełnych mroźnych tez,

Egoistycznie-obojętneDla westchnień, hołdów i dla łez.Cóż kapryśnice wywołały?To, że wielbiciel ich nieśmiałyUciekał od surowych słów...Lecz te umiały przecie znówPociągnąć go choć iskrą żalu;Przynajmniej czasem mowy dźwiękSłodyczą drgnął, cokolwiek miękł...I na następnym zaraz baluSzaleniec zapominał skargI biegł w przepaści łamać kark.

Czyliż winniejszą jest Tatjana?Czemu?! — że nie wie, co to kłam;Że w blasku marzeń rozkochanaNie widzi na swem słońcu plam?Że sztukę ma w miłości za nic,Że w zaufaniu nie zna granic,Że ją porywa uczuć głos,Że ją obdarzył władny los —Umysłem lotnym, wolą żywą,Burzliwym wyobraźni tchem,Nieco dziwacznem myśli tłem,Sercem ognistem, duszą tkliwą?!...Któżby kamieniem rzucić śmiałZa lekkomyślny uczuć szał?!

Tylko kokietka chłodno sądzi...Tatjana szczerze kocha snać...Jak dziecię, sobą już nie rządzi;Miłości życie pragnie dać!Nie umie liczyć tak: odłożę —Wartość miłości tem pomnożę,Pewniej go schwytam w swoją sieć...Trzeba więc plan ostrożny mieć:Wprzód niepewności zmęczę noszą,Ambicję kolnę, w serce jadZapuszczę, struję widmem zdrad...Inaczej, nudząc się rozkoszą,Niewolnik nędzny — chytry wążGotów jest rwać kajdany wciąż.

Jeszcze mam trudność: chcąc ratowaćOjczystej ziemi drogą cześć, —By list Tatjany zacytować,Muszę... przełożyć jego treść!Ojczysty język słabo znała,Dzienników naszych nie czytała;By oddać płomień swoich snów,Nie chciała długo szukać słów;A więc — pisała po francusku...Z przekąsem precz!... sprawdziłem sam,

Że dotąd miłość naszych damNie oświadczała się po rusku...Pocztowa proza — otóż masz! —Nie dba o dumny język nasz...

Wiem: chcą nauczyć nasze paniePo rusku czytać... Oto bąk!Toć ja im wyrwać byłbym w stanie»Błagonamierennego« z rąk!Na was powołam się, o wieszcze!Wszak prawda? Te, co natchnień dreszczeBudziły w was, u czyich stópGorzeliście, jak ognia słup,Składając świetnych rymów tyle, —Czuły na sobie ostry szpon,Chcąc trafić w ruskiej mowy ton,Swój język przekręcały mile, —Do francuskiego miały gust:Ten, jak ojczysty, brzmiał z ich ust.

Strzeż Boże spotkać gdzieś na balu,Gdzie z gawęd wzlata czad i dym,Seminarzystę w żółtym szalu,Akademika w czepku pstrym.Jak bez uśmiechu buzi ślicznej,Tak bez pomyłki gramatycznej

Nie mogę ruskiej mowy znieść!Lecz oto słyszę — idzie wieść:Że nowe niewiast pokolenieWypieści ruskim wierszem słuchI gramatyczny stworzy ruch, —Błagania gazet mając w cenie!Lecz ja... ach, to nie moja rzecz!Z wiernością będę patrzył wstecz...

Niedbale-słodka paplanina,Źle wymawianych słówek żar,Co wszelkich reguł zapomina —Zawsze mieć będą dla mnie czar.Sił do pokuty nie nabędęI gallicyzmy kochać będę:Bogdanowicza wiersze wszakI stare grzeszki kocham tak.Lecz dość! Tatjany listem otoDawno przyrzekłem zająć was...Ba! radbym słowo cofnąć wraz:Coś mi nie pilno z tą robotą!Wiem, nowa moda dzisiaj drwiZ westchnień i piór à la Parni!

O »Uczt« śpiewaku z duszą smętnąGdybyś tu teraz ze mną był,

Prośbą bym znużył cię natrętną;Jabym cię błagał z całych sił, —Byś na czarowne swoje dźwiękiPrzełożył mej dziewicy jęki,Co w obcej mowie słodko brzmią...Gdzie jesteś? Przybądź! — Oto sąMe prawa — oddam je z pokłonem...Nie słyszy!... pośród smutnych skał,On, który poklask ongi brał,Dziś błądzi z sercem wyziębionem...W fińskiego nieba patrząc dal,Nie wie, że druha toczy żal!...

Leży przedemną list Tatjany...Świętości strzegę tej... z tych słówCzar wieje zawsze niespodziany...Czytam go... schowam... czytam znów..Kto włożył w pióro jej tę żałośćI taką słodką słów niedbałość?Skąd ten naiwnych westchnień plonI ten szalony wezwań ton,Co tchnąc słabością, moc posiada?Ja nie wiem!... Oto puszczam w światNiezręczny przekład, pełny wad...Żywego pędzla kopia blada,Melodya »Strzelca«, tylko żeW nieśmiałej uczennicy grze!...

LIST TATJANY DO ONIEGINA.

»Piszę do Pana — czegóż więcej?To jedno zdradza serca stan.Czy wydrwisz zapał ten dziewczęcy?Czy mnie ukarzesz wzgardą Pan?O nie! — w to wierzę najgoręcej,Że mi litości podasz znak,Że nie zostawisz Pan mnie tak...

A jam z początku milczeć chciała...Wierzaj: mojego serca ranNigdybyś nie mógł dojrzeć Pan,Gdybym nadzieję słabą miała,Ze zrzadka, choć w tygodniu raz,Poświęcisz nam swój drogi czas!Że głos usłyszę Twój przelotem,Rzucę Ci słówko, aby potemO jednem myśleć — dzień i noc —Aż przyjdziesz znów — tchnąć w serce moc!Lecz powiadają, żeś odludek;Nudzi Cię głuchy, wiejski świat;Więc Pana, ach! nasz skromny sadNie znęci wonią niezabudek...

Dlaczegoś Pan odwiedził nas?W tym zapomnianym kątku świata —

Nigdyby mi nie odkrył czas,Jak mocno serce w pierś kołata...I burzę słów niedoświadczonąCzas by uciszył — w życia śnie;Ktośby do serca przypadł pono,Cnotliwą matką, wierną żonąMogłabym zostać — kto to wie?!Inny!... Nie zmusi cały świat,Bym mu oddała duszę swoją!...Na Wyższej Radzie wyrok padł,To wola nieba: jestem Twoją!...Cały mój żywot był zadatkiemSpotkania naszych krewnych dusz;Bóg mi nie zesłał Cię przypadkiem,Do grobu Tyś mój Anioł-StróżZdawna mi sen Cię ukazywałI z niewidzianym łączył los;I cudny wzrok Twój mnie porywałI w duszy cudny dźwięczał głos!Lecz nie!... To nie był tylko sen!Gdyś wszedł, jam Ciebie wnet poznała,Jam zapłonęła, osłupiałaI w myśli rzekłam: oto ten!Wszak prawda? Muszę głos twój znać...To Ty mówiłeś ze mną w ciszy,Gdy szłam biednemu pomoc dać,

Gdy się modliłam, klęcząc w niszy,By w serce słodki pokój wlać!Czyś to nie Ty śród groźnych mgnień,Gdy nocą wzrok mój się wysilał,Wstępował w mgłę, jak miły cień,Nad mem wezgłowiem się pochylał?!Nie twój-że głos brzmiał dźwiękiem cytry,Szeptał, że przejdzie pora burz?...Kto jesteś?... Czyś kusiciel chytry,Czy dobrotliwy Anioł-Stróż?!Rozstrzygnij trwożne te zwątpienia...Może to wszystko jeden błąd,Okrutny błąd niedoświadczenia...I innym będzie Boży Sąd!Wszystko mi jedno!... Cały losSkładam w tej chwili w Twoje ręce,Ku Tobie z prośbą wznoszę głos:Ulżyj głębokiej mojej męce;Zrozumiej tylko: jestem sama,Nikt tu nie zajrzy w moją duszę,Mój umysł cierpi tu katusze,Dokąd się zwróci — wszędzie tama...Czyliż w milczeniu zginąć muszę?!Czekam na Ciebie w strugach łez...Ożyw mnie jednym oka rzutem,Albo złudzeniom połóż kresI zasłużonym raź wyrzutem!

Kończę!... I strach i wstyd mnie dręczy...Nie śmiem odczytać tego w głos...Za Ciebie honor Twój mi ręczy,Śmiało powierzam Ci mój los!«...

Tatjana wzdycha przy stoliku;Raz po raz list w jej dłoni drgnie,Na rozpalonym jej językuOpłatek czerwonawy schnie.Opada głowa ociężałaI zsuwa się koszulka białaZ prześlicznych ramion... Płynie czas,Promień księżyca całkiem zgasł,Przez mgłę poczyna jaśnieć niwa;Świt idzie na strumyka prógI w fali drży... Pastuszy rógZe snu mieszkańca wsi wyrywa.Już dzień... Obudził wszystkich blask.Tatjana nie wie, że już brzask;

Nie wie, że słonko jasno błyska...Znużona, snem żelaznym śpi,Pieczątkę rytą w palcach ściska...Lecz oto cicho skrzypią drzwi;To stara niania... Już przy pracy!Herbatę wnosi jej na tacy

I woła: Taniu! wstawać czas!Ba! uprzedziła wszystkich nas!Moja gołąbka już gotowa!O, ranne ptaszę... Wczora takBałam się, że ci czegoś brak...Zły wieczór!... Dzięki Bogu, zdrowa!Po takiej nocy choćby ślad!Gdzie tam! Tak świeża, kieby kwiat!

»Ach, nianiu!... prośba... mam życzenie«...— Kochanie moje, tylko każ.»Ach, nie myśl tylko... Podejrzenie ...Zrobisz to, prawda?«... — Otóż masz!Nie wierzą mi... Przysięgam przecie...— »Niech z listem tym twój wnuk w sekrecieIdzie do O... No, wiesz już kto!?Nasz sąsiad... Lecz zapowiedz to:Nikomu niech nie mówi słowa,Niechaj nie powie, list ten skąd«...— Komu, kochanie?... Zrobię błąd,Tak zesłabiała moja głowa,Sąsiadów różnych wkoło huk...Ktoby to wszystkich pomnieć mógł?

»Czyli nie możesz zgadnąć, nianiu?«— Kochanie moje, nie wiem, kto!...

U starej rozum stępiał, Taniu...A dawniej bystra byłam, ho!Pan rzeknie słówko, ja już skora...»Ach, nianiu, nianiu, czy to pora0 starych czasach teraz pleść?...No, widzisz, list ten trzeba nieśćDo Oniegina«. — Tera jasno!...Nie gniewaj się, gołąbku mój.Ja stara... A sąsiadów rój...Ot, znów ci liczka, Taniu, gasną!...»Idź, nic mi nie jest!« — Dałby Bóg.»Idź i niech zaraz spieszy wnuk«.

Dzień minął... Niema odpowiedzi...Nastaje drugi... Nic i nic!Od świtu Tania, milcząc, siedziI trwoży dom bladością lic.Do Olgi Leński przybył... OtoMatka jej pyta go: »A co to,Druh pański już zapomniał nas?«Tatjana drgnęła... »Ach, w sam razSpytała pani... Dziś przyjedzie —Rzekł Leński. — Ze mną jechać chciał,Ale robotę z pocztą miałI pewnie będzie po obiedzie«.Tatjana oczy spuszcza w dół,Jakby wyrzutem ktoś ją kłuł.

Był zmierzch... Na stole blask rozlewałSamowar, kipiąc. .. Jego warChińskie czajnika dno rozgrzewał...Wkoło się snuły kłęby par.Olga pospiesza wnet z posługą;Do filiżanek ciemną strugąLeje się płyn, wydając woń...Chłopak śmietankę poda doń...Tatjana stoi cicho, dyszeNa szyby okna ust swych tchem,I coś, porwana słodkim snem,Prześlicznym swym paluszkiem pisze;I widać na omglonem szkleLuby monogram: O i E.

Drży Tania, że ją zdradzą szpetnieŚlady na twarzy łzawych smug...Wtem tętent... Krew się w żyłach zetnie...Już bliżej... ścichło... Zdąża w prógEugeniusz. »Ach!« i jako łania,Przez drugą sień ucieka Tania,A z sieni na dwór, potem w sad...Wzdłuż ogrodowych biegnie krat,Głowy na chwilę nie odwraca,Obiegła mostki, bagna skraj,

Aleję do jeziora, gaj;Bzy łamie i do sadu wraca,Po kląbach depce i bez tchuKu małej ławce spieszy. Tu —

Upada.»On! Eugeniusz w domu!List czytał! jak mnie sądzi zeń?!«I serce pełne męki, sromu,Kryje nadziei mglistej cień.Drży cała... cała żarem dyszy.Czeka, czy idzie?... Nic nie słyszy.W sadzie służące pośród grządZbierały wiśnie... Parku kątRozbrzmiewał pieśnią nakazaną:(Nakaz ten cel osiągnąć mógł,Że pańskich jagód usty sług —Chciwemi usty nie zjadano;Bo usta musiał zająć śpiew...I na wsi dowcip rzuca siew).

»Hej, dziewice, krasawice,Gołąbeczki, kochaneczki,Rozigrajcie się,Rozbiegajcie się!

Zaśpiewajcie pieśńUlubioną swą!Oto chłopca wrazZwabcie pieśnią tą...Ledwie zwabim go,Zdala ujrzym go,Rozbiegniemy się,Zarzucimy go —Zarzucimy wiśnią,Wiśnią i maliną,Czerwonemi porzeczkamiZarzucimy ino!Nie chodź, chłopcze, podsłuchiwaćPiosnki tajemnicze!Nie chodź, chłopcze, podpatrywaćNasze gry dziewicze«.

Śpiewają... Tania mimowoliWsłuchuje się w ich dźwięczną pieśń;I czeka na to, że powoliUcichnie drżąca serca cieśń,Że twarz ochłonie rozpalona,Że się ukoi pierś wzburzona.Lecz nie pomaga parku chłód...Bardziej goreje twarz, niż wprzód.Tak, różnobarwnem skrzydłem drgając,Biedny motylek pragnie zbiedz,

A psotnik go nie przestał wlec;Tak w oziminie drży ów zającI głębiej chowa ciało w rów,Widząc przez krzaki błyski luf!

Wreszcie Tatjana lżej oddycha...Wstaje, przez mały idzie most...Lecz do alei ledwie scichaSkręciła — patrzy: przed nią wprostEugeniusz!... Idzie, błyszcząc wzrokiem,Jak groźny cień, ogromnym krokiem.Jakby się na nią ognia skrySypnęły... Stoi... Cała drży. —Lecz co się stało tam z wieczora,Jaki spotkania skutek był,Opisać nie mam dzisiaj sił;Po długiej mowie wytchnąć pora,Na spacer iść... Dość plecy giąć...Dokończę później jakośbądź!

............

Im mniej rozkochasz się w kobiecie,Tem łatwiej się podobasz jej,Pewniej ku zgubnej ciągniesz mecieI w sieć ponętną pchasz ją lżej.Rozpusta zimna w dawne wiosnyZ sztuki chlubiła się miłosnej,Trąbiła wciąż, że sprawia cud,Bo rozkosz czerpie, dając chłód;Ale poważna ta zabawa —Małp starych godna, których stekStworzył sławetny dziadów wiek.Dziś Lowelasów zblakła sława;Z pudrem wspaniałych peruk wrazPogrzebał ją zwycięski czas!

Kogóż nie znudzi — wiecznie kłamać,Tych samych słów spożywać wikt,Albo poglądy takie łamać,Których nie głosi serjo nikt;Jedne zarzuty słyszeć wiecznie,Niszczyć przesądy niedorzecznie,Których nie zdążył wetchnąć światW dziewczę, co ma ... trzynaście lat!Kogóż nie znużą klątwy, groźby,Pierścionki, łzy, żałosny ton,Listy, co mają dziesięć stron,Zdrady, ploteczki, kłamstwa, prośby,Nagłe stawanie matek w drzwiachI ciężka przyjaźń mężów, ach!

Tak drwił Eugeniusz mój z przeszłości...On, co ofiarą z młodu byłNieokiełznanych namiętności,I burz, co w oczy miecą pył...Życiem próżniaczem wypieszczony,Jakąś drobnostką w mig olśniony,Rozczarowany inną wnet,Palony żądzą tête à tête,Tryumfem łatwym szybko psuty,Wzrok topiąc w ciemny serca grunt,

Aby tam dostrzedz wieczny bunt,Ziewanie kryjąc w śmiechu nuty —Oto jak, niszcząc życia kwiat,Zmarnował osiem młodych lat!

Więc już na schadzki nie pospieszał,Leniwie nogi na nie wlókł;Odmówią — szybko się pocieszał,Zdradzą — był rad, że wytchnąć mógł.Szałem żywota nie zakłócał,Bez żalu damę serca rzucał;Miłość znużyła go i złość!Tak obojętny jedzie gośćNa wieczór, skrócić czas przy wiście;Siadł... gra się kończy... wstaje wnet...Wraca, w sypialni progi wszedłI tam zasypia oczywiście,A gdy gwar ranka przerwie sen,Nie wie, gdzie spędzi wieczór ten.

Lecz otrzymawszy liścik Tani,Wzruszony mój bohater był;Z tych uczuć, co w nim żyły raniej,Jakgdyby naraz strząsnął pył.W myśli stanęła mu dziewica,Jej bladość, piękne smutkiem lica.

W niewinny i bezgrzeszny senJuż go pogrąża obraz ten.Ogień jej listu w serce wchłania,Czuje w nim stary, znany ton...Lecz nie wyzyska przecie onDuszy niewinnej zaufania... —A teraz lećmy w sad co tchu:Na niespodziane rendez-vous.

Milczeli kilka chwil oboje...On pierwszy podszedł i rzekł tak:»Pisałaś do mnie: pismo — TwojejO, nie przecz, pani! Słów mi brak,Aby wyrazić, jak wyznanie,Niewinnej duszy zaufanie,Jak twoja szczerość wzrusza mnie!O młodych lat wspomniałem śnie,Wspomniałem dawnych marzeń roje...Od chwalb tych płonie twoja twarz? -Więc dość!... Za szczerość oto maszWyznanie szczere, jako twoje.Przyjmij mą spowiedź... Pojmiesz stąd.A zresztą sama wyrzecz sąd!

»Gdybym chciał wejść w Hymenu sieci,W domowem ciasnem kole żyć,

Gdyby mi mężem, ojcem dzieci,Przyjemny los nakazał być,Gdybym na moment choć jedynyZatęsknił sercem do rodziny, —Nie szukałbym, by spełnić sny,Innej dziewicy, niźli Ty!Bez madrygałów mówiąc wstrętnych:Gdyby ten cel mi wskazał Bóg,Ciebie-bym jedną obrać mógłNa towarzyszkę dni mych smętnych,Przed tobą-bym kolano zgiąłI szczęścia — ile można — wziął.

»Nie dla mnie szczęście jest... niestety!Los sobie zrobił ze mnie żart!Daremne wszystkie twe zalety,Nie jestem ich zupełnie wart...Wierz mi, (sumienie me poręką),Małżeństwo będzie dla nas męką;I choćbym twój uwielbił czar,Przyzwyczajenie — zniszczy żar.Ty zaczniesz płakać... Niewymowna —Dla mego serca burza łez...Tylko mi nerwy skąsa bies!Więc sądź, Hymenu dłoń czarownaJaki nam w życie wplecie kwiat?...I może tak na szereg lat!

»Cóż gorszem jest, niż ta rodzina,Gdzie biedna żona, sama wciąż,W dzień i wieczorem przypomina,Jak się odmienił nędzny mąż;Gdzie z nudy on, jej wartość znając,(A los wszelako przeklinając)Zimno-zazdrosny, chmurny wciąż,Milczący, gniewny... Piękny mąż!Jam taki! Tego-żeś szukała,Gdyś z takim żarem młodych snów,Prostotą cudny liścik ówZ takim rozumem napisała?Czyliż surowy życia głosTobie przeznaczył taki los?

»Sny nie wracają, ani lata,Nie kwitnie dwakroć duszy kwiat.Ja kocham cię miłością brata,A może czulej, niźli brat.Wysłuchaj mnie bez gniewu, proszę:Nieraz na nowych snów rozkoszeZamieni dziewczę stare sny,Tak żółty liść na drzewie drży,Lecz wiosna nowy niesie w dani...Tak Bóg urządził każdą rzecz!

Pokochasz po raz wtóry, lecz...Naucz się rządzić sobą, Pani.Nie każdy ciebie pojmie tak!Zważ, doświadczenia gubi brak!...

Eugeniusz prawił tak kazanie...Rumieniec znikł z Tatjany lic;Nie dyszy, przeczyć się jest w stanie,Słucha — przez łzy nie widzi nic.Podał jej rękę... Smutkiem tchnąca,Automatycznie, wciąż milcząca,Tatjana bierze jego dłońPochyla na bok bladą skroń...Przez ogród cieniem otulonyPrzyszła do domu razem z nim...Nikt za złe tego nie wziął im:Swoboda wsi ma miłe strony;Korzysta wieś też z swoich praw,Jak Moskwa, pyszna, jako paw.

Chyba mi przyzna tu czytelnik: —Z miłą zacnością prostych duszPostąpił sobie mój pustelnikZe smutną Tanią. Nieraz jużJednako sprawił się szlachetnie,Chociaż go świat obgadał szpetnie,

Złośliwej żyłce płacąc dług...Jego przyjaciel, jak i wróg(Ach, to na jedno wyjdzie może)Sławił go różnie — tak i siak.Komuż na świecie wrogów brak?...Lecz od przyjaciół strzeż nas Boże!Oj, przyjaciele!... Kilka słówChcę im poświęcić. — Muzo, mów!

Nie spiszę tego, co się marzy...W nawiasach stwierdzę pewną rzecz:Że niema podłej dość potwarzy,Z tych, co je łgarz uprawia precz,Płodzi na strychu gdzieś namiętnie,A świecka czerń je szerzy chętnie,Bzdurstw takich, które tworzy złość,Epigramatów brudnych dość,Aby się druh wam nie przysłużył,Bez złości krzty, bez planów złych,Z uśmiechem stokroć — żeby ichPorządnym ludziom nie powtórzył!A zresztą... wstąpi za Cię w bój,Kocha Cię tak, jak... krewniak twój!

Hm! hm! szlachetny czytelniku!Jakże tam krewni? Zdrowi-ż są?

Zapewnie krewnych masz bez liku?...Chcesz o nich znać opinię mą?Mogę Ci krewnych odmalować:Trzeba ich kochać i szanować;Na obyczaje mając wzgląd,Wizytę złożyć podczas Świąt;Albo też zamiast tego kroku,Kiedy Wigilii przyjdzie czas,Życzenia pocztą posłać raz, —Aby w ich myślach resztę rokuNie został po was ani ślad...Więc niechaj żyją do stu lat!...

Nie wierz krwi związkom i przyjaźni.W miłości masz pewniejszą broń,Gdy burza życia cię rozdrażni,Miłość ci jeszcze poda dłoń...Zapewnie tak... Lecz zmiany mody,Kobiecej duszy niepogody,Opinii świata bystry ruch.,.Płeć piękna — lekka jest jak puch...Ba! i mężowskich zdań powagaDla żony, co ma mnóstwo cnót,Musi być świętą... Rzadki cud,Gdy zbiór tych wpływów nie przemaga..Tak ginie wierność serca dam...Miłością igra szatan sam!

Więc kogo kochać? Komu wierzyć?Kto nie zgotuje nigdy zdrad?Kto naszym łokciem będzie mierzyćZ usłużną miną — cały świat?Kto o nas fałszu nie powtórzy?Kto da przytułek podczas burzy?Kto się nie zlęknie naszych plam?Kto się nie znudzi nigdy nam?O ty, co widma szukasz mylnie,Porzuć wysiłków próżnych rójI, czytelniku luby mój,Samego siebie kochaj silnie,Boć tylko w sobie — dobrze zważ —Taki uprzejmy przedmiot masz!

Lecz cóż spotkania było skutkiem?Nie trudno zgadnąć... Jasna rzecz:Z duszy, co rada żyje smutkiem,Miłość i ból nie poszły precz.Jeszcze ją mocniej szał pochłania;Goreje biedna moja Tania!Odbiega sen, a za nim w śladUśmiech i zdrowie, życia kwiat,Dziewiczy spokój — wszystko pierzcha...Snów miłych rozkosz, marzeń wdzięk —

Wszystko przepada, jako dźwięk...I Tani młody dzień się zmierzcha.Tak samo mroczy burzy cieńNa wschodniem niebie jasny dzień.

Tatjana więdnie, gaśnie, blednie,Niby zwarzony mrozem kwiat...Obcem jej życie jest powszednie,Zda się jej obcym cały świat.Ten i ów sąsiad głową kiwa,Niejeden szeptem się odzywa:»Jej za mąż pora!... dawno czas!«Lecz o tem dość... Toć muszę wasPiórem mem trochę rozweselić;Obraz miłości szczęsnej dać!Wiem... mimowoli z wami snadźChciałem mą wielką troskę dzielić...Wybaczcie mi — ten miary brak:Moją Tatjanę kocham tak!

Z każdą godziną więcej wzruszaLeńskiego — młodej Olgi wdzięk,W niewoli słodkiej jego duszaChciwie jej głosu chwyta dźwięk.Wiecznie ich razem napotkacie...Po ciemku siedzą w jej komnacie;

Gdy ranną rosą błyszczy kwiat,Pod rękę razem idą w sad.I cóż?... Miłością upojony,Leński uczuwa rzewny wstyd;Już w tem śmiałości widzi szczyt,Gdy jej uśmiechem zachęcony,Ustami dotknie skraju szat,Lub w lok rozwity wplecie kwiat.

To romans czyta jej moralnyGłosem przejętym, pełnym zmian;Naturę autor idealnySkreślił tam tak, jak Chateaubriand.A jednak po dwie, po trzy strony,Przepuszcza on — zarumieniony,Wietrząc w nich pustej bredni siew,Groźny dla serca młodych dziew.Albo przy szachach, gdzieś w altanie,Siedzą... schylone głowy w dół,Łokcie oparte są o stół...I Leński, wpadłszy w zadumanie,Wyciąga roztargnioną dłoń:Własną królowę bije koń!

Do domu jedzie; jego myśliI tam zajmuje Ola znów:

Coś w jej albumie pilnie kreśli,Zdobi go czarem swoich słów.Rysuje wiejskie w nim pejzaże,Zlekka farbami potem maże;Pomnik, Cyprydy grecki chram,Lirę z gołąbkiem skreśli tam.Do cudzych wspomnień słówko wtrąca;Na kartce, gdzie się wpisał ktoś,Czułym swym rymem doda coś;Pamiątka młodych snów milcząca,Dum błyskawicznych lekki ślad —Nie straci wdzięku z biegiem lat.

Powiedzcie: album wiejskiej pannyCzy kiedy braliście do rąk?Przez koleżanki zapisanyZ początku, z końca, z boku, wkrąg!Zwyczajem częstym tu się trafiWiersz, co jest drwiną z ortografii;Tam zbytek sylab, tu znów brak —Zły rytm — przyjaźni wiernej znak!Na pierwszej kartce napis witasz:Qu’ecrirez vous sur ces tablettes?I podpis: t. à v. Annette.A na ostatniej zwykle czytasz:»Kto bardziej kocha Cię, niż ja,Dalej odemnie pisać ma!«

Znajdziecie kwiatek tu niebieski,Dwa serca z kluczem, ognia słupI słowa: »do grobowej deskiTrwa miłość moja« — rzewny ślub!Tu retor z armii wojowniczejWlepił z pewnością wiersz zbrodniczy...W albumie tym — rzec prawdę mam? —Ja gotów jestem pisać sam.Bowiem spokojny, mam na względzie,Że każda brednia moja w migZasłuży mi na wdzięczny dyg,Że później nikt z niej drwić nie będzie,Pod lupę każde słówko brać,Ważyć, czym nie mógł zręczniej łgać!

Lecz wy, tortury rymopisów —Albumy, szyte z świetnych kart,Wy, które z biblioteki bisówChyba na świat wyrzuca czart!Sam Baratyński rymem słodkimI cudotwórczym pendzlem wiotkimTołstoj ozdabiać musiał was —Niechże was piorun spali raz!Gdy swój in quarto modna damaDa mi z uśmiechem, spojrzeć dość

Bym uczuł w piersi dreszcz i złość:Drży w głębi serca epigramma,Ledwie nie wyda gniewu twarz, —A madrygały pisać masz!

Nie madrygały Leński pisze,Lepszego album Olgi wart...Miłością pióro jego dysze,Nie błyśnie z podeń zimny żart:Coś dojrzy, słyszy coś o Oli,Notuje zaraz prawdzie gwoli.Nakształt szumiących rzeki fal,W elegiach płynie słodki żal...Jak on, Jazykow mój natchniony,Gdy jego serce ogniem tchnie,Opiewa — kogo? Pan Bóg wie, —A tom z elegij upleciony,Wsłuchanym w ich czarowny głos,Opowie z czasem jego los.

Lecz ciszej!... Słyszysz ostry przytyk?Elegij skromny wianek rwaćW strzępy — surowy każe krytyk,Na rymotwórców woła brać:»Hola, przestańcie wreszcie płakać,Wciąż jedno w srogim żalu kwakać,

I o »minionem« duby pleść,Dosyć!... Odnajdźcie nową treść!«— Masz słuszność! Pewnie nam pokażeszMaski, kindżały z dawnych lat,I odnowiwszy stary grat,Myśl »nową« wskrzesić nam rozkażesz?Czy tak, mój druhu? — Ale, ba!»Panowie! ody pisać trza!

»Według poważnej starej mody,Gdy żył potężny przodków ród«...— Co? uroczyste same ody!Czy się nie zlękniesz czasem ód?Zważ, ody tworzył i satyryk!»Cudzego zdania« chytry lirykMa-li dla ciebie większy wdzięk,Niż rymotwórców naszych jęk?»Lecz treść elegii tchnie pustotą,»Jej cel jest marny! Ody pisz,»Bo oda wzniośle dąży wzwyż,^Szlachetny cel ma«... Mógłbym oSpór wzniecić, — ale spokój dam;Po co dwa wieki kłócić mam?

Wielbiciel sławy i swobody,Z myślą burzliwych pełną nut,

Włodzimierz byłby pisał ody,Lecz Olga nie czytała ód.Wieszczu! Czyś czytał swej uroczejElegię tkliwą, patrząc w oczy?Wyższej nagrody nie zna wieszcz!Tak mi mówiono... Szczęścia dreszczWstrząsa skromnego wielbiciela,Gdy Ona — słodki przedmiot ówMiłości, rymów, westchnień, snów —Uwagi swojej mu udziela!Szczęsny... choć ona — wierzcie mi —Nie o tem myśli, albo śpi!

Lecz ja, co Muzom złożę w dani —Owoce natchnień, marzeń kwiat,Czytam jedynie starej niani,Druhowi moich młodych lat.Lub, gdy znudzony, po obiedzie,Przypadkiem sąsiad do mnie zjedzie,Rwę go za połę za ten błąd,Duszę tragedyą, cisnąc w kąt;Lub (tu żartować nie wypada),Słuchając smętnej Muzy praw,Kieruję kroki ponad staw,Wystraszam dzikich kaczek stada:Spędza je z brzegu nagły lęk,Gdy słyszą słodkich strof mych dźwięk!

A cóż Oniegin?... — zapytacie,Widząc, że Pegaz na bok mknie...Jeśli cierpliwym będziesz, bracie,Opiszę, jak przepędza dnie...Żył, jak pustelnik... Zerwał z światem...O siódmej rano wstawał latem,Wychodził na czczo... Wieś tę znam:Pod górą rzeczka płynie tam...Piewcę Giulnary naśladował,Przepływał wpław Hellespont ów;Potem do domu wracał znów,Pił kawę, dziennik zły wertował,Ubierał się........

Przechadzki, książki, sen głęboki,Strumyka szept, cienisty gaj,Czasem dziewicy czarnookiejŚwieżutki całus (w to mi graj!)Koń bystry, a wędzidłu korny,Obiad zaprawdę dość wytworny,

Białego wina puhar i —Samotność, luba cisza wsi:Ot, cały żywot Oniegina!Nieznacznie z ciszą tą się zżył...Nie liczył dni, pogodny był...W spokoju miłym zapominaPrzyjaciół, bale, Newski gródI nudę, co go gryzła wprzód. —

Ale północne nasze lato —Karykatura włoskich zim —Mignie i znikło... Zgoda na to?...Więc czemuż kryć się z sądem tym?!...Już czuć w powietrzu tchy jesienne,I słonko świeci mniej promienne,I coraz krótszy dzienny czas...Cienisty, tajemniczy lasZ posępnym szmerem głąb’ obnaża;Na pole pada mgła... Śród chmurKrzykliwych gęsi leci sznurHet, na południe... I zagrażaNuda, jesieni wierny stróż...Listopad stał na progu już...

Świt blady w mgłę się wdziera chłodną;Na łąkach hałas pracy zmilkł

I wraz z wilczycą swoją głodnąNa drogę z lasu dąży wilk;I już go poczuł koń podróżny,Rozdyma chrapy; — pan ostrożny,Pędzi co tchu na górski szczyt!Już pastuch, gdy nadejdzie świt,Z chlewu wyganiać krów nie będzie,Ani w południe jego rógNie zwoła ich na zakręt dróg;W izbie, śpiewając, dziewa przędzie,Przed nią — zimowych nocy druh,Łuczywo barwi kłębka ruch...

Lecz mróz już trzeszczy... Śnieżne burzePokryły srebrem całą wieś...(Czytelnik czeka rymu: róże;No, więc go żywo sobie weź!)Jako posadzka woskowana —Czyściej — lśni rzeka w lód odziana.Krzykliwych chłopców drobny ludŁyżwami zręcznie kraje lód.Na kraśnych łapkach gąsior dąży,Ot, chce po łonie płynąć wód,Ostrożnie zsuwa się na lód,Ślizga się, pada... Patrz, jak krążyWesołych śnieżnych płatków rój,W mig tracąc kształt gwiazdzisty swój.

Co począć w głuszy w takim czasie?Na spacer iść? Ach, stygnie krew,Gdy przykry widok oczy pasieNagością monotonną drzew.W surowym stepie jechać konno?Z biedą się spotkasz nieuchronną:Groźna podkowie ślizka błoń,Jeszcze ci nogę złamie koń!Pod dach się kryj więc od zamieci!Czytaj: ot, Pradt, ot, Walter-Scott!Nie chcesz? Rachunki sprawdzaj, ot!Gniewaj się, pij — i wieczór zleci...Nazajutrz wstąp na ten-że szlak...Pysznie ci zima zejdzie tak.

Jako Child-Harold, nieustannieOniegin duma... Próżniak zeń!Rankiem w lodowej siędzie wannie,A potem w domu cały dzieńW obrachowaniach pogrążonyI tępym kijem uzbrojonyW dwie kule na bilardzie gra...Od rana ta zabawa trwa...Nadchodzi wieczór... Wtedy z dłoniWypuszcza kij. (Ba, głód już czuł!)

Już przy kominku gotów stół...Eugeniusz czeka... Trójką koniNadjeżdża Leński... »Otóż maszGłodnego! Obiad podać każ!«

Za stołem siada mój poeta,A słowo już zmienione w czyn:Wdowy Cliquot, albo MoetaBłogosławiony niosą płyn;W zmarzniętej pieni się butelce...Niegdyś i moją duszę wielceNęciło grą swą wino to:Koledzy! wszakże za CliquotPuszczałem ongi resztki monet;Pomnicie: z tych czarownych strugPowstawał miłych bredni huk,Mnóstwo i żartów i canzonet,Niespodziewanie świetnych słów,Zajadłych sporów, słodkich snów!

Lecz dzisiaj zdradzasz mój żołądekSwą gwarną pianą, o, Cliquot!Zmieniając dawny uczt porządek,Rozsądne wolę dziś Bordeau.Ai mi szkodzi nawet szklanka...Ai — druhowie! — to kochanka,

Błyszcząca, wietrzna, zmiennych cechKapryśna, w pusty wpada śmiech!Lecz ty, Bordeau, ty jesteś druhemI towarzyszem w każdy czas,Co w smutku zwykł pocieszać nas,Wspomagać w położeniu kruchem,Miłą gawędą pieścić słuch...Niech żyje nam Bordeau, nasz druh!

Przygasa ogień... Popiół białyPowleka złoty węgla blask;Ciepło przepełnia pokój cały,W kominku ustał iskier trzask...Wzlatują z fajek dymu wstęgi,Wokół butelek tworzą kręgi...I spuszcza się wieczorny zmrok...(Ach, przy kieliszku gawęd tok —Łgarstw przyjacielskich miła chwilkaZwłaszcza o zmierzchu urok ma,Gdy ta niepewna pora trwa,»Pora pomiędzy psa i wilka«;Ten termin — mój obraża słuch),Lecz słuchaj mych przyjaciół dwóch:

»A cóż sąsiadki? Co Tatjana?I co się dzieje z Olgą twą?«

— Dolej mi wina... Dzisiaj zranaByłem tam. Wszyscy zdrowi są.Panny pokłonić się kazały...Jak plecy Oli wyładniały!Co to za dusza! Kiedyś-bądźZajedziem do nich. Proszę, sądź:Dwa razy tylko tam zajrzałeś —Gościnnie cię przyjęto tam,A ty — czy słusznie, rozważ sam —Już nosa im nie pokazałeś...Ależ... to osioł ze mnie!... WszakProszony jesteś! »Ja?«... A tak!

— W sobotę Tani imieniny...Ola i matka proszą cię...Odmówić niema wszak przyczyny...Pojedziesz, prawda? »Zlituj się!Tam kupa gości... wiem to z góry...A przytem moc hałastry, której...«— Nikt! tylko swoi! dobrze wiem!Zaręczyć mogę słowem swem.Pojedziesz! proszę! »Zgoda!« Dzięki!Jaki ty dobry! — Mówiąc to,Do góry kielich wzniósł z Cliquot,Wychylił go za Olgi wdziękiI o nich jął rozprawiać znów.Ba, miłość nie zna innych słów!

Był wesół... Toć za dwa tygodnieSzczęśliwy termin wypaść miał...Czekał na żar, co nie ochłodnie,Na szczęście, na zachwytów szał,Na małżeńskiego łoża tajnię...Nigdy nie sądził, że zwyczajnieHymen przynosi troski nam,Żal, poziewanie, chłód i kram...Gdy domowego życia scenaWrogom Hymenu wróży swąd,Albo obrazków nudnych rząd,Romans w rodzaju Lafontain’a, —Mój biedny Leński o niej śnił:Dla tego życia zrodzon był!

On był kochany... albo sądził,Że jest kochany... Szczęścia dość!Szczęśliwy, kto się wiarą rządził,Kto zdusił chłodną myśli złość,Nie wstrzymał słodkich marzeń w biegu,Jako podróżny, na nocleguSpojony, w śnie nie słyszał burz,Lub motyl ssący nektar z róż...Lecz biada temu, co przewidziJuż z góry wszystko, zimny jest,

Kto każde słowo każdy gest,Za treść wewnętrzną nienawidzi,Śród mroźnych życia zastygł burz:Zapomnieć się nie zdoła już!

Jesień w tym roku długo trwała:Jak gdyby czasu zwolniał bieg...Natura zimy wyglądała;Dopiero w styczniu upadł śnieg,Trzeciego w nocy... Już z posłania,Ocknąwszy się, spostrzega TaniaPrzez okno — pobielały dwór,Parkan z przeciwka, dachów sznur,Gałęzie sosen srebrem kryte,Na szybach w kształcie haftu szron,Na śniegu gwarne roje wron,Miękim kobiercem opowiteBłyszczące grzbiety blizkich wzgórz...Dokoła wszystko w bieli już!

Zima!... Włościanin, tryumfując,Saniami pierwszy znaczy ślad;Kobyłka, śnieg pod stopą czując,Kłusem przebiega mimo chat;Pryskając wokół śnieżnym puchem,Kibitka śmiga żwawym ruchem;Stangret na kozioł żywo wlazł,Lśni na kożuchu kraśny pas...Patrz, na folwarku biega malec,W saneczki z drzewa wsadził psa,Sam przy nich konia dzielnie gra;Swawolnik już odmroził palec.Choć ból doskwiera, mknie co tchu,A matka z okna grozi mu...

Lecz... wy wolicie temat inny,Nie tych obrazów prostych rząd;To wszystko jest natury gminnej,Nie wiele wdzięku bije stąd.Już inny wieszcz, ApollinowąObdarzon łaską, cudną mowąWam odmalował pierwszy śnieg,Wszystko o cudach zimy rzekł...Przejażdżki w saniach tajemniczeUmiał w ognisty zamknąć rym;

I pewnie was czarował nim...Z nim walczyć — sobie dziś nie życzę,Ani wymieniać z tobą strzał,Śpiewaku »Eddy« z fińskich skał!...

Tania — że ruską duszę miała —Rosyjskiej zimy chłodny wdziękCałą swą duszą ukochała...(Wyjaśnić, za co — byłby sęk!)Kochała sanek polot ślizki,W zorzy różowe śniegu błyski,Sosny na mrozie skrzący wierzch,Wieczorów grudnia długi zmierzch.Dom cały święcił zwyczaj miły:W zmroku służebnych huczał głos;Wróżyć panienkom przyszły losZ kuchni, z folwarków się schodziły:Przepowiadały im co rokWojskowych mężów blizki krok!

Tania w prostocie słucha służby,Wierzy w znaczenie wieszczych słów,W kabałę z kart, w księżyca wróżby,W przesądy, w głos proroczych snów.I różne złe ją trwożą znaki;Wypadek, przedmiot ladajaki —

Ma dla niej tajemniczy wiew;Przeczucie w żyłach ścina krew.Kot z zalotnością na kominie,Miaucząc, łapkami mordkę mył:To dla niej znak niemylny był,Że goście jadą. Wtem wypłynieDwurogiej Luny młoda twarzNa lewem niebie — otóż masz:

Tatjana zbladła i zadrżała!A kiedy, złoty kreśląc szlak,Przez ciemne niebo przeleciałaGwiazdka, spadając, — na ten znak,Tatjana spieszy szepnąć właśnie,Dopóki gwiazdka nie zagaśnie,Życzenie serca... Znaków złychUstrzedz się chce: gdy czarny mnichPrzeszedł jej drogę, albo zającMignął przed okiem pośród pól, —Uczuwa w sercu strach i ból,Na miejscu stoi, już dumając,Jaki ją rychło spotka cios,Jaki ją czeka smutny los...

Cóż? Tajny urok grozy siłaPosiada... Tanię nęci strach...

Natura tak nas utworzyła,Z sprzeczności wznosząc życia gmach!...Nastały Świątki. Toż uciecha!Młodość wróżenia nie zaniecha,Choć nie zna, wietrzna, co to żal,Choć przed jej okiem życia dalCiągnie się jasna... Z nią ochotniePrzez okulary wróży teżStarość, grobowych blizka leż,Straciwszy wszystko niepowrotnie!Nadzieja wszędzie bierze prym;Bełkotem dziecka kłamie im!...

Ciekawem okiem Tania bada,Jak mieni się, topniejąc, wosk;Przedziwny jego kształt powiada,Czy czekać uciech, czyli trosk.W naczynie z wodą kładzie rączki,Szuka pod pieśni takt obrączki,Wyjęła swoją... Biedna drży,Bo właśnie motyw stary brzmi:»A tam to chłopy są bogate,»A złota, srebra mają w bród...»Komu śpiewamy, temu cud»Przyniesie szczęście!«... Przecie stratęWróży ten motyw... Sercu dziewO »Kotku z kotką« milszy śpiew.

Noc mroźna... Niebo jasne, czyste...Gwiazdy, odwieczny pełniąc lot,Płyną poważne, uroczyste. —Tania wybiega na dwór... Ot!Lusterkiem w drżącej ręce błyśnie;Pierś wpółodkrytą drugą ciśnie,Patrzy w lusterko... W lustrze maszTylko miesiąca smutną twarz!Pst!... Śnieg zaskrzypiał... Ba, wędrowiec!Na palcach dziewczę biegnie wnetI pyta głosem, co jak fletRozbrzmiewa słodki: »Proszę, powiedz,Jak twoje imię?« Na to onSpojrzy i mruknie: »A-ga-fon!«

Tatjana, według rady niani,Nocą chce wróżb rozplątać nić;Przeto cichaczem każe w »bani«Na dwie osoby stolik kryć.Lecz straszno robi się Tatjanie...Ja sam — ach, na myśl o Świetlanie,Drżę również!... Strachu działa moc...Nie będziem z Tanią wróżyć w noc!Jedwabny pasek Tania zdjęła...Już się w posłania rzuca biel...

Nad piękną główką krąży Lel...A pod poduszkę, nim usnęła,Włożyła lustro z drżeniem rąk...Śpi Tania... Cisza legła wkrąg...

I dziwny sen się śni Tatjanie...Zdaje się jej, że idzie w dal,Idzie po śnieżnej wciąż polanie...W około mgła... a w sercu żal...Patrz! w rowie przed nią się przewalaPotoku ciemno-siwa fala;Nieskuty zimą wartki bieg,Szumiąc, unosi z brzegów śnieg...Dwie żerdzie, lodem słabo zbite,Tworzą przez potok zgubny most...Tania ku niemu dąży wprost,Lecz zatrzymała oczy wryte:Iść nie śmie... drży pod stopą żerdź...A z głębin, zda się, patrzy śmierć...

Jak na rozłąkę przykrą, srogą,Tatjana szemrze tak na toń...Po tamtej stronie — ba! nikogo,Ktoby pomocną podał dłoń.Wtem bryła rusza się śniegowa,Z pod niej potworna wstaje głowa...

Kudłaty niedźwiedź... Tania w krzyk...A na jej »ach!« odpowie ryk...Łapę, w pazury ostre zbrojną,Wyciąga zwierz; Tatjana, drżąc,Wsparła się, ledwie spojrzeć śmiąc,I przeszła stopą niespokojnąPrzez ruczaj... Idzie dalej w świat...Lecz niedźwiedź kroczy za nią w ślad.

Dreszcz trwogi wstrząsa moją Tanią;Przyspiesza krok... nie patrzy już...Ale kosmaty lokaj za niąJak nieodstępny goni stróż...Nieznośny niedźwiedź, rycząc, wali...Las nieruchomy widać w dali:Posępnie-pięknych sosen rzęd...Dźwiga gałęzi każdy skrętŚnieżną oponę; przez wierzchołkiNagich jesionów, lip i brzózBłyskają gwiazdy... Krzepnie mróz...Ni śladu drogi... Krzaki, dołki,Wszystko zamieci powiew skrył;Narzucił wszędy śnieżnych brył...

Tania do lasu... Niedźwiedź za nią...W śniegu do kolan dziewczę brnie...

To kolce sosny w szyję zranią,To długa wić ją w ucho tnieI złoty kolczyk wyrwie zdradnie;To kruchy śnieg z jej nóżki skradnieTrzewiczek mokry... Albo wrazChusteczkę zgubi... Lecz nie czasSchylić się, podnieść... Jak się zegnie,Gdy za nią niedźwiedź spieszy tuż?!Więc nawet drżącą ręką jużSzat nie unosi... Biegnie — biegnie...Zwierz za nią miecie śnieżny pył...I Tania biedz już nie ma sił.

Upadła w śnieg; a zwierz już czyha,Pochwycił, zręcznie niesie łup...Ona — bez ruchu — nie oddycha —Korna — nieczuła — jako trup...On z łupem mknie śród leśnej drogi...Wtem szałas pośród drzew, ubogi...Dokoła głucho... Z wszystkich stronŚnieg go zasypał... Lecz przez szronJaskrawem światłem błyszczy szyba,W szałasie hałas, gwar i szum...Niedźwiedź przemówił: tu mój kum...Pozwoli ci się ogrzać chyba...Do sieni wchodzi... U swych nógSkłada Tatjanę tam na próg...

Przyszła do siebie... Niedźwiedź szpetnyGdzieś zniknął... Tania wstaje w mig...Za drzwiami, jak na stypie świetnej,Słyszy brzęk szklanek, gwar i krzyk...Gdzież jest?!... Ciekawość ją pochłania...W dziurkę od klucza patrzy TaniaPrzebóg! co widzi?... stołu kąt...Przy nim potworów siedzi rząd...Tam szkielet hardy, tam dyablica,Tamten z rogami, mordą psią,Ów z łbem kogucim, z łapą lwią,Tuż z koźlą brodą czarownicaKarzeł z ogonem... dalej, ot!Napoły — żóraw, napół — kot...

Okropnych dziwów moc się skupia:Gna na pająku konno rak...Na gęsiej szyi głowa trupiaW czerwonym fezie kroczy wspak...I młyn w przysiudach żwawo pląsa,Skrzydłami warczy i potrząsa;Szczekanie, śmiechy, świst i rykTętenty końskie, ludzki krzyk!Lecz co się w sercu Tani mieści,Gdy wpadł jej w oczy pewien gość,

Co już ją w życiu strwożył dość —Miły bohater mej powieści?!Oniegin — tam! Za stołem grzmi...Czasem ukradkiem patrzy w drzwi.

Znak poda: wszyscy wnet poskoczą;Rozśmieje się — i wszyscy w śmiech;Pije — i wszyscy gęby moczą;Brwi chmurzy — wszystko wstrzyma dech.Rzecz jasna z ruchów, z jego twarzy:On na tej uczcie gospodarzy...Więc Tania z własnych obaw drwi...Zwolna otwiera nieco drzwi...Wtem wicher zadął... Drgnęli wszyscy...Gaśnie kagańców nocnych blask...Strwożona szajka... Ustał wrzask...Oniegin gniewnem okiem błyszczy,Powstał od stołu... groźnie grzmi...Powstali wszyscy... Idzie w drzwi...

I strach ją zdjął... i uciec pragnie...Lecz nie ma sił; chce wydać krzyk —Głos w gardle zamarł; drży, jak jagnię,Gdy z jaru idzie na nie dzik. —Pchnął drzwi Eugeniusz... Tania bladaW oczy piekielnym widmom wpada.

Brzmi dzikim śmiechem każdy kąt;I gorejących oczu rząd,Kopyta, kły, języki krwawe,Ogony, ryje, każdy róg —Wskazują Tanię... Mierzą w prógPalce kościste i koślawe...Lecz wymowniejszy, niźli gest,Krzyk poczwar: moja! moja jest!

»Moja!«... Eugeniusz krzyknął groźny...

I znikła szajka... tylko dymWzbił się na miejscu... We mgle groźnejZostało dziewczę samo z nim...On ją powoli wiódł do kąta,Na ławie złożył... Tam się krzątaWkoło niej, cuci... Potem skrońWsparł o jej ramię... ściska dłoń,Wtem Olga wchodzi, — Leński za nią...W izbie błysnęło mocą gusł,Oniegin rękę groźnie wzniósł,Klnie nieproszoną tę kompanią...I twarz mu skurczył dziki śmiech...Tatjanie w piersi zamarł dech...

Rozgorzał spór... Eugeniusz długiNóż chwycił nagle... Błysnął... W mig

Leński powalon. — Mroku strugiZgęstniały... straszny rozbrzmiał krzyk.Drży szałas... Ziemia go pochłania — —I w strachu z snów się budzi Tania...Patrzy... W komnatce widno już...Na zmarzłej szybie blaski zórzRóżowo grają... Drzwi otwieraOla... Wlatuje, jako ptak,A tak różowa, świeża, jakAurora, gdy się w drogę zbiera...»Siostrzyczko! — woła — kto był ten,Kogo widziałeś dziś przez sen?«

Nie widzi siostry — milczy Tania,W łóżku zajęta nie na żart,Książka uwagę jej pochłania...Przewraca szybko szereg kart.W tej książce niemasz dziwnych zdarzeń,Ani poety słodkich marzeń,Ani prawd mądrych... Jednak ot!Przenigdy Byron, ani Skott,Wirgili, Rasyn lub Seneka,A nawet Źurnal Damskich módNikogo tak nie zajął wprzód:Bowiem to Marcin był Zadeka,Co wiódł Chaldejskich mędrców huf,Kabały twórca — tłómacz snów!

W tę ustroń kupiec koczowniczy,Pod pliką książek chyląc kark,Przyniósł ten utwór tajemniczy,I z Tanią wreszcie kończąc targ, —Z Malwiną, gdzie brak kart sześćdziesiąt,Ustąpił go za trzy pięćdziesiąt.A że głęboki był to twór,Wziął na dodatek bajek zbiór,Gramatykę, dwie PetryjadyI Marmontela trzeci tom...A odkąd wszedł Zadeka w dom,Tania w nim szuka ulgi, rady...On wiernym druhem jej się stał,Pod jej poduszką zawsze spał.

Dziś senne trwoży ją marzenie...Przedmiot — uwagi głębszej wart.Ciemne groźnego snu znaczenieMusi odnaleźć śród tych kart.Po to spis rzeczy na początkuW abecadłowym ma porządku. —Znalazła: burza, bór i bieg,Mrok, mostek, niedźwiedź, potok, śnieg...Et cetera... Lecz i ZadekaZwikłanych nie rozjaśnił snów!

Jedno — widoczne z wszystkich słów,Że trosk i smutków moc ją czeka.Pamięta sen... Po kilku dniachJeszcze ją ciągle dręczy strach.

Lecz z dolin dłonią purpurowąWytacza zorza słońca glob,A za jasnością zdąża dniowąGwarne imienin święto w trop...Rój gości spieszy uczcić Tanię;Od rana bryczki, wózki, sanieLecą; sąsiadów zjechał huk —Z żonami, z dziećmi, z kupą sług.W podworcu ruch i psów szczekanie,W sieni bieganie, hałas, tłok,W bawialni posuwisty krok,Śmiechy, dziewczęcych ust cmokanie,Szuranie nóg, ukłonów szyk,Dziecięcy płacz i mamek krzyk!

Z tłustą połową okazałyZjechał Pustiakow; ze wsi »Głusz«Gwoździn, gospodarz doskonały,Właściciel mnogich głodnych dusz;Siwy Skotinin ze swą starą,Z dziatek wszelkiego wieku chmarą:

Od lat trzydziestu do dwóch lat;Pietuszkow — wiejskiej młodzi kwiat;I blizki kuzyn mój, Bujanow,W cylindrze z daszkiem — (w twarzy pons,Strój w pierzach, niegolony wąs)I »otstawnoj sowietnik« Flianow,Łapownik, żarłok, stary łgarz,Plotkarska gęba, błazna twarz.

Panfil Charlikow z żoną chudą,A z niemi wraz monsieur Tricke.(Żartami i peruką rudąW Tambowie niegdyś wsławił się)...Prawdziwy Francuz — dla TatjanyKuplet w kieszeni wiózł, na znanyDziateczkom motyw; kuplet brzmi:Reveillez-vous belle endormie...Śród kart zgrzybiałych almanachuBył drukowany kuplet ów,Tricke go z prochu wskrzesił znów;Zręczny poeta nie zna strachu:Więc śmiało — zamiast belle Nina —Postawił: »belle Tatiana!«

Wtem słychać ostróg brzęk... RotmistrzaZ mieściny blizkiej poznasz krok —

Panien przejrzałych już bożyszcza,Na którem matek wisi wzrok...Wszedł... Przyniósł nowość... Ba! muzykaWojskowa dąży... PułkownikaŚle ją tu rozkaz... (Toć nie dal...)Co za uciecha: będzie bal!Zawczasu już dziewczęta skaczą...Lecz jeść podano... Powstał gwar...Idą do stołu rzędy par...Panny na blizkość z Tanią baczą...Młodzież naprzeciw. — Cichnie szum...Przeżegnał się i zasiadł tłum.

Na mig rozmowa zwykła ścichać,Gdy żują usta... Tylko dźwiękTalerzy lub widelców słychać,Zgrzyt nożów i kieliszków brzęk.Ale powoli gwar znów rośnie;Ten i ów krzyczy coś donośnie,Nie słucha nikt... Zgiełkliwy chórTworzą śmiech, hałas, pisk i spór...Wtem drzwi rozwarto, Leński wchodzi,Oniegin z nim. Gosposia — »Ach!Nareszcie!« — woła... Jeszcze w drzwiach,A już im każdy rad wygodzi:Nakrycia, krzesła zsuwa gość,By druhom zrobić miejsca dość.

Naprzeciw Tani siedli oba...Drżąc, jako łań na rogów wieść,Bledsza niż miesiąc, kiedy dobaWszczyna się ranna — nie śmie wznieśćŚciemniałych oczu biedna Tania...Wre w sercu... Duszno... PowitaniaDruhów nie słyszy... Z oczu łzyGotowe upaść... Cała drży.Biedaczka ledwie nie zemdleje...Lecz wola i rozsądku mocSchodzącą na jej duszę nocPrzemogły... Zcicha się rozśmieje,Przez zęby cedzi słówka dwa...Usiedzi, chociaż boleść trwa!

Tragi-nerwowych zjawisk różnych,Dziewiczych zemdleń, płaczu burz, —(Zniósłszy tak wiele łez usłużnych),Eugeniusz mój nie znosił już!Dziwak, że wpadł na bal ogromny,Był mocno nierad... A nieskromnyChwilowy Tani widząc szał,Już oburzeniem skrytem wrzał;Nadął się, oczy spuścił gniewnie,Leńskiego w duchu mocno klął

I zemsty plan obmyślać jął...Uknuwszy, jak go skarać pewnie,Czas skraca, w duchu, jako widz,Karykatury tworząc z lic.

Zmięszanie Tani mej uroczejNie on jedynie dostrzedz mógł,Lecz tłusty »pieróg« wszystkich oczyPociągnął wówczas; (ręką sługBył na nieszczęście przesolony)...Lecz, patrz, w butelce zasmolonej,Nim po pieczystem przyjdzie krem,»Cymlańskie« służba wniosła... Z niemRzęd kieliszków długich, wiotkich,Jak twoja kibić, o Zizi,Krysztale młodych moich dni,Przedmiocie wierszy moich słodkich,Amforo uciech, których wiewPijanił ongi moją krew...

Wystrzelił korek mokry; winoPerli się w czarach; pośród pańSiedzący — wstał z poważną minąMonsieur Tricke (już dawno krtańTłoczył mu kuplet); wszystko w ciszyUtonie; Tania ledwie dyszy;

Do niej się zwraca mówca nasz:Laurka w ręku, wzniosła twarz...Śpiewa, fałszując... Wnet ogromnyWybucha zapał: brawa, krzyk...Tania zmuszona zrobić dyg;A wieszcz choć wielki, jednak skromny,Na cześć jej pierwszy toast wzniósł,Wręczając kuplet... Zapał wzrósł.

Z powinszowaniem tłum się rusza;Wokoło Tani gości tłok;Przyszła i kolej Eugeniusza:Podszedł... Dziewicy tęskny wzrok,Przy jej znużeniu i wzruszeniu,Budzi w nim litość... Więc w milczeniuZłożył jej ukłon... Ale z óczŚwieciła tkliwość... W czemże kluczZagadki był? — Czy mimo woliWzruszony, stracił duszy hart?Czy, kokietując, zrobił żart?Nienaumyślnie? — ze swawoli?Dość, że mu wzrok pieszczotą drgnąłI w serce Tani życie tchnął.

Zagrzmiały krzesła odsunięteI do bawialni wali tłum...

Tak na wiosennych łąk ponętęRój pszczół wylata — sprawia szum...I po paradnym syt obiedzie,Już sąsiad sapie: »Hm, sąsiedzie!«...Przy piecu zasiadł matron rząd;Panny poszeptać poszły w kąt;Zielone stoły rozstawiono;Spieszy kłótliwy młody graczDo gry w bostona, a tam, patrz! —Wistem się bawi starców grono.Z ich jednostajnych czytasz min,Że każdy — chciwej nudy syn...

Już osiem robrów odegraliBogowie wista; ósmy razJuż miejsca swoje pozmieniali...Herbatę dano... Lubię czasMierzyć obiadem i kolacyą;Na wsi, zaprawdę, z wielką racyąOkreślasz jadłem pory w dniu;Żołądek jest zegarkiem tu.Lecz zauważę rad, w nawiasach,Że równie często lubię wpleśćW strofy swej pieśni miłą treść —O ucztach, winach i frykasach,Jak ty, Homerze, bożku nasz,Co wiek trzydziesty w chwale trwasz.

Herbata... Panny wzięły sztywnieSpodeczki w palce... Ale wnetZa drzwiami w długiej sali dziwnieKusząco zabrzmią trąba, flet...Parys miasteczek okolicznychRzuca herbatę z rumem; z licznychPań wybrał Olgę, objął stan:Już mój Pietuszkow pomknął w tan.Leński z Tatjaną; z CharlikowąPuszcza się w tan Tambowski wieszcz;Walc w nich rozkoszy budzi dreszcz;Uniósł Bujanow Pustiakową...Tłum sypie się z sąsiednich sal...I w całej krasie błyszczy bal...

Jam na początku poematu(Patrz pierwszy zeszyt) zamiar miał,Jak Alban, hołdy składać światu,Stołeczny bal opisać chciał...Ale porwało mnie marzenie;Znajomych nóżek przypomnienie

Uniosło w snów młodzieńczych świat;O nóżki, wasz wąziutki śladBez uwag muszę dziś zostawić;Trzeźwiejszym, mędrszym trzeba być,Przestać w dojrzalszych latach śnić,W czynach i w stylu się poprawić —I piątej pieśni snując treść,Dygresyj brzydki zwyczaj znieść...

Migają pary; walca tonyMiarowo-słodko brzmią i w rytmKłębi się walca wiatr szalony,Jak wicher śród piaszczystych wydm..Godziny zemsty słysząc bicie,Oniegin się uśmiecha skrycie,Podszedł do Olgi... Spełnia plan...Nadługo ją porywa w tan,Potem na krześle usadowił,Przemówił do niej kilka słów,A po minutach paru, znówZ swoją tancerką walca wznowił;Wszyscy zdziwieni krokiem tym...Leński nie wierzy oczom swym...

Wtem mazur zagrzmi... Dawnym czasemBywało, kiedy mazur grzmi,

Posadzka trzeszczy pod obcasem,W ogromnej sali wszystko drżyI z dźwiękiem szyb się trzęsą ramy.Inaczej dziś. — I my, jak damy,Przyjmujem cichy, ślizki chód...Lecz wieś i powiatowy gródMazura w pełnym wdzięku chowa;Hołupce, podskok, ostróg brzęk,Ogromny wąs, obcasów dźwięk —Tam żyją jeszcze; moda nowa,Choroba dnia, ten tyran nasz,Nie prędko tam ukaże twarz.

Bujanow (brat mój) z Olgą TanięProwadzi śród tanecznych zmianDo Oniegina; ten powstanie,Wybrał — i... z Olgą idzie w tan!Niedbale sunie — jeszcze chwila:Z czułością ku niej się pochyla —I komplementem pieści słuch —I rączkę ściska... — Oli duchMiłości własnej pełen: żywyRumieniec bije z pięknych lic...Drgnął Leński — mimowolny widz,Końca mazura niecierpliwyCzeka... (Zazdrością oczy lśnią!)Do kotyliona prosi ją...

Ona »nie może«... Co?! nie może?!»Dała już słowo«... Komu?! Jak?!»Onieginowi!«... Boże! Boże!Czy wierzyć uszom?... A więc tak?!Więc to możliwe!... Takie dziecko —Kokietką! Igra już zdradziecko!Już wieje chytrość z serca dna!Wietrznica! sztukę zdrady zna!...Leńskiego tłoczy straszna mara;Klnie serca kobiet, pełne zdrad. —Wyszedł... na konia spiesznie siadł...I pędzi. Pistoletów para —Dwie kule — jednej kuli cios —Rozstrzygną wkrótce jego los!...

Oniegin, po zniknięciu druha,Syt zemsty, tuż przy Oldze siadł.Nie mówi sam i jej nie słucha,Znudzony, w zadumanie wpadł.Ziewa z nim Olga — i oczymaSzuka Leńskiego... Zła, że niémaKońca kotylion... Taniec tenNuży ją tak, jak ciężki sen...Nareszcie kres... Kolacyą dano...Ścielą się łóżka... Miejsca dość...Od sieni do czeladnej gośćZnajdzie tu nocleg... PozostanąWszyscy... Oniegin jeden (snadźSen w domu woli), wraca spać...

I zeszedł spokój: już w bawialniChrapie Pustiaków; ten-że błądZdradza małżonka... A w jadalniNa krzesłach równo legli w rządPietuszkow, Gwoździn i Bujano w,I niezupełnie zdrowy Flianow;Tricke legł na podłodze tuż,Szlafmycę, trykot włożył już...W pokojach Olgi i TatjanyWszystkie panienki słodko śpią...I tylko jedne oczy lśnią...Tania w promieniach bladych Djany,Siedzi przy oknie... W sercu żal...A oczy w ciemną patrzą dal...

Jego wizyta niespodziana,Nagła serdeczność jego ócz,Potem przy Oli nowa zmiana —Wszystko ją dziwi... Gdzie jest kluczDo jego dziwactw?... Nie rozumie...Gubi się w różnych myśli tłumie...Dręczy ją zazdrość, więcej żal...Jakby dłoń zimna, niby stal,Szarpała serce, jakby pod niąCzerniała przepaść, ciągnąc w dół.

»Niech zginę — szepcze — on by czuł...»A nie — szemranie jest już zbrodnią!»Ginąć przez niego — szczęścia plon!»Innego — dać nie może on!«

Pędź, mój romansie, naprzód! nuże!Wnet nową postać wplączę weń...Od wsi Leńskiego »Krasnogórze«,O pięć wiorst mieszkał — po dziś dzieńSłynny śród szlachty okolicznej —W pustyni swej filozoficznej,Zarecki — niegdyś burda, żbik,Krzykacz i wódz szulerskich klik,Hultajów bóg, garkuchni mówca;Dziś cichy rolnik, dobry pan,Wyborny druh, z prostoty znan,Kawaler — ojciec dzieci hufca,Ba, nawet i uczciwy człek:Tak to poprawia się nasz wiek.

Niegdyś z pochwałą doń usłużnąZbliżał się słodko nawet wróg...W asa o sążni pięć nie próżnoOn z pistoletu trafiać mógł!W bitwie z odwagi raz zasłynął,Gdyby się nie spił, byłby zginął;

Lecz z kałmuckiego konia spadłOdważnie w błoto... Ani zbladł,Kiedy go Francuz brał w niewolę...Toż zakład był!... Honoru bóg,Regulus nowy, gdyby mógł,Przyjąłby znowu więźnia dolę,I Aby na kredyt u VerieCodzień butelki spijać trzy!

Niegdyś szyderstwem w ludzi godził,Z głupców zabawnie umiał drwić,I nawet mędrców za nos wodził,Powagą żart potrafił kryć;Wprawdzie za tę lub ową sztuczkęDostał niekiedy sam nauczkę;Wprawdzie niekiedy miewał kram,Gdy w własne sieci wpadał sam...Lecz się wesoło spierać umiał,Odciąć się, czasem żarcik znieść;Wcale rozważny, sam rozumiał,'" style="display:none">Wcale rozważny, sam rozumiał,Kiedy ma milczeć, kiedy pleść; Kiedy ma milczeć, kiedy pleść;'">Kiedy ma milczeć, kiedy pleść;Wcale rozważny, sam rozumiał,Skłócić przyjaciół — talent miałI w pojedynek później pchał.

Lub godził szybko spór zażarty,Aby śniadanie w trójkę zjeść, —

Poczem snuć skrycie kłamstwa, żarty,Zgodzonym wieniec hańby spleść.Sed alia tempora! Swawoli,Jak i miłości, przejdzie kolejWraz z tchem wiosennym młodych burz...Zarecki dziś, jak rzekłem już,Pod cień kasztanów i akacyjOd burz się ukrył, ciszy chce,Dzieciom wskazuje A, B, C,Kapustę sadzi, jak Horacy,0 rozpłód gęsi bardzo dba...Mędrzec — spokoju wartość zna.

Rozsądny był... Oniegin tedy,Chociaż szacunku nie miał dlań,Lubił pogadać z nim niekiedy1 cenił trzeźwość jego zdań;Chętnie widywał go czasami.Więc, gdy stukając obcasami,Zarecki rankiem wstąpił doń,Nie zdziwił się, wyciągnął dłoń...Ten ledwo wita — mina sucha —Szybko rozmowy przerwał tok —I topiąc w nim złośliwy wzrok,Podaje kartkę mu od druha.Oniegin kartkę szybko wziął,Podszedł do okna, czytać jął...

Szlachetny, miły list, a krótki:Wyzwanie; w liście Leński mójGrzecznie, lecz chłodno, bez ogródki,Zapraszał przyjaciela w bój.Oniegin ledwie okiem rzucił,Wnet ku posłowi się odwróciłI, jakby słów się zbytnich strzegł,Tylko: »jam zawsze gotów« — rzekł.Zarecki powstał... W progi rusza...»Nie może zostać: zdarzył traf,Że ma dziś w domu wiele spraw«...Znikł bez wyjaśnień... Eugeniusza,Kiedy pozostał z sobą sam,Dręczył tej głupiej sceny kłam.

I słusznie dręczył: po rozbiorze,Na wczorajszego zajścia tle,Odnalazł własną winę może;Czuł, że już w tem postąpił źle,Iż z czułych serc w minionej dobieTak lekkomyślnie zadrwił sobie;Powtóre zaś: niech czuje wieszczZ powodu głupstwa gniewu dreszczI głupstwa robi... Bo to wolnoOśmnastu latom... Ale on,

Gdy w sercu czuł przyjaźni ton,Przesądów piłką być bezwolnąNie wolen... Winien poryw zgnieść,Jak mąż z honorem zgodę nieść.

Mógł myślą krew swą uspokoić,Miast się najeżyć, jako zwierz;I młode serce mógł rozbroićUczuciem własnem... »Licho bierz!Za późno teraz... Zresztą drwinkarz —(Myśli Eugeniusz) — pojedynkarzWsadził w tę sprawę swoje kły...Gaduła stary, plotkarz zły...Prawda, jest godna dlań zapłata —Pogarda... Ale głupców cech —Ich szept — spojrzenia drwiące — śmiech«...I oto wam opinia świata!Honor — nasz bożek i nasz kat!To, na czem dziś się kręci świat!

A Leński w domu, po swym liście,Czeka, gorączki czując dreszcz...Nareszcie sąsiad uroczyściePrzywiózł odpowiedź... Rad mój wieszcz...Świąteczny dzień dla zazdrośnika!On bał się figlów swawolnika,

Co mógł obrócić wszystko w żart,I znaleźć pretekst (mimo hartSwej duszy), by nie stanąć w walce...Lecz wszystko dobrze!... Pewny — czyn:Jutro przed świtem, gdzie jest młyn,Zjadą się obaj, zimno palceNa cynglach złożą... ścisną brońI mierzyć będą w druha skroń!

Kokietkę pragnąc znienawidzieć,Wzburzony Leński nie chciał jużPrzed pojedynkiem Olgi widzieć;Patrzył na blask wieczornych zórz,Na zegar — ale... ot, wypadek! —Znalazł się wkrótce u sąsiadek.Myślał, że jego przyjazd w domUderzy w Olę, jako grom...Gdzie tam! jak dawniej z sieni skoczyWitać go Olga... Ten-że gest;Tak samo jasna, świeża jest;Tak samo przez wesołe oczyPatrzy nadziei wietrznej wschód:Słowem, jest taka, jak i wprzód!

»Czemu pan wczoraj znikł tak wcześnie?«Pierwszem pytaniem brzmi jej głos,

Leńskiemu zda się, że jest we śnie,Milcząc, na kwintę spuścił nos.I gniew i zazdrość znikły otoPrzed pieszczotliwą tą prostotą,Przed jasnym blaskiem onych ócz.I Leński myśli: »tu się ucz,Jak z oczu tych o sercu wnosić!Kocha mnie jeszcze!«... Żal i wstydI skruchę czuje... Gniewu syt,Sam przebaczenia gotów prosić...I drży... nie może znaleźć słów...Szczęśliwy jest i niemal zdrów.

I patrzy, patrzy w obraz miły...Lecz znów na czoło pada cień;Posmutniał... Biedak nie ma siłyPrzypomnieć jej wczorajszy dzień:I myśli: »będę zbawcą Oli,Nie ścierpię, aby ze złej woliRozpustnik jad w nią pochlebstw wlałI młode serce skusić miał;By na łodydze lilii hożej,Tocząc ją, usiadł podły czerw;

By kwiat dwóch ranków uwiądł wpierw,Zanim listeczki swe roztworzy!«A skryty sens tych dumań był:Stanowczo będę z nim się bił!

O gdyby wiedział, jaka strzałaW płonącem sercu Tani tkwi!Gdyby Tatjana to wiedziała,Że jutro przed grobowe drzwiEugeniusz z Leńskim pójdą razemBy o nie toczyć spór żelazem:Może jej miłość — kilka słówZłączyłyby przyjaciół znów!Lecz nikt nie umiał należycieWyczytać żaru z bladych lic;Oniegin o tem nie rzekł nic,Tatjana usychała skrycie;Niania — ta wiedzieć mogła, lecz...Zgadywać — ba, to nie jej rzecz!...

Przez cały wieczór roztargnionyLeński to wesół był, to milkł;Lecz kto przez Muzę jest pieszczony,Ten zawsze taki; to jak wilkSpojrzał — i siadł przy klawikordzieI akord bierze po akordzie;

To w Olę oczy wlepi znówI szepcze: »Jam szczęśliwy! mów!«Lecz późno; jechać pora. SerceBól ścisnął. — Kiedy żegna ją,Wszystkie mu struny w duszy drżąI sam ze sobą jest w rozterce;Więc cień na licach Oli legł...»Co tobie?« — Nic! — I z schodów zbiegł.

Przyjechał do dom; pistoletyZbadał, w szkatułce zamknął znów;Legł i drogiego tom poetyOtwiera; czar Szyllera słówNie działa jednak... Myśl ucieka,Nie drzemie serce, krwią ocieka;Nad jego łożem dzierży strażUrocza wizja: Oli twarz...Więc książkę zamknął, pióro chwyta;Przy świecy pisze... Cisza wkrąg...Pełne miłosnych bredni, mąk,Leją się dźwięki... W głos je czytaPełen liryzmu, ognia, sił,Jak Delwig, gdy pijany był.

Mam wiersze te; nie zaginęły...Oto jak pieśń Leńskiego brzmi:

»O kędy, kędyście umknęły,Mej młodej wiosny złote dni.»Dzień przyszły idzie... Cóż gotuje?»Daremnie w przyszłość wzrok szybuje,»Bo czegóż szuka w gęstej mgle?»Los słuszność ma, cokolwiek śle!»Czy padnę sam, przebity strzałą,»Czy cios mnie minie w groźnym dniu, —»Za wszystko dank: czuwania, snu,»Zakreślił czas granicę śmiało.»Błogosławiony troski dzień,»Błogosławiony nocy cień!

»Zabłysną jutro ranne zorze,»Jaskrawem światłem zagra dzień,»A ja, być może, głowę złożę»W grobowca tajemniczy cień.cichej Letejskich wód głębinie»Młodego wieszcza pamięć zginie.»Świat mnie zapomni... Niechaj tak!»Lecz ty, o dziewczę, przyjdziesz wszak —»Łzę wylać do mej wczesnej urny»I myśleć: dla mnie poniósł zgon,»Jedynej mnie poświęcił on»Świt burzliwego życia chmurny!»Najdroższa moja!... Będę śni滯em Twój małżonek... Przyjdź... o przyjdź!«...

Tak pisał on »niejasno — ckliwie«(Co romantyzmem u nas zwą,Choć ja się nazwie takiej dziwię;Lecz co tam! Jest to kwestyą czczą).Wreszcie przed samym świtem zaśnie;Znużoną głowę spuścił właśnie,Gdy pisał modny wyraz ten:»Ideał«... Lecz zaledwie senObjął go głębszy nad stolikiemI uniósł w słodkich marzeń świat,Już do pokoju sąsiad wpadł,Budzi Leńskiego głośnym krzykiem:» Godzina siódma! jechać czas!»Oniegin dawno czeka nas!«

Lecz mylił się; bo jak zabityEugeniusz w owej porze spał.Już słońce wzgórz pozłaca szczyty,Już kogut wiele razy piał.Oniegin śpi. I wyżej słońceWznosi się... Płatki śniegu lśniąceRozrzuca zamieć... Nikną mgły...On leży jeszcze... Jeszcze snyLatają nad nim... Nagle oczyRoztwiera... Senny wyraz znikł...

Coś przypomina... Rozwarł w migPoły kotary... Z łóżka skoczy.W szczelinę bije światła pas.Widzi Oniegin: jechać czas...

Gwałtownie dzwoni, nawołuje...Wbiegł lokaj — Francuz, pan Guilleau.Szlafrok, pantofle proponuje,Bieliznę wyjął, podał ją.Eugeniusz spieszy... (Moc kłopotów)...Poleca słudze, by był gotówPojechać z nim, ażeby brońW szkatułce wziął... Już parska końPrzy lotnych saniach... Siedli żwawo,Do młyna lecą... Już tam są...Za panem niesie broń Guilleau —Lepage’a groźne lufy. W prawoSkierował stangret sanek ruch...Ma czekać tam przy dąbkach dwóch.

Wsparty o groblę Leński czeka,Wpatrzony w dal... Zarecki siadł;O młynie znawczy sąd wyrzeka:W biegaczu znalazł kilka wad. —Oniegin podszedł... wybaczeniaZa zwłokę prosi... Lecz zdziwienia

Zarecki zrobił ręką gest:»A gdzież sekundant Pański jest?«Klasyk i pedant w pojedynkachMetodę kochał, chciał, by człekNie byle jak od kuli legł,Lecz jak w przepisach i przyczynkachDo owej sztuki kazał świat;Czcił święcie prawa dawnych lat.

»Sekundant mój?« — Eugeniusz powie —»On tu, monsieur Guillot, mój druh...»Nie sprzeciwicie się, panowie...»Dodam, gdym wasz obraził słuch,»Że choć nieznany, bez znaczenia,»To człek uczciwy — bezwątpienia!«Zarecki wargi przygryzł... ÓwDo przyjaciela rzecze znów:»Więc cóż? zaczniemy?« Wstrząsnął głowąWłodzimierz: »Owszem«... I za młynSzli obaj... Sekundantom z minCzytasz, że ważną są umowąZajęci... Odwróceni wpółWrogowie stoją... Oczy w dół...

Wrogowie?!... Dawno-ż ich rozdzielaKrwi bratniej żądza — straszny głód?!

Dawno-ż śród słodkich chwil weselaDzielili uczty, myśli, trud?A teraz gniewni i cyniczni,Jakby wrogowie dwaj dziedziczni,W śnie, czy w obłędzie, z zimną krwiąW pierś przyjacielską mierzyć chcąI knują zguby plan surowo?Czyż się nie zaśmiać, zanim dłońKrwią nie powala bratnia skroń?Czy się nie rozejść pokojowo?Ba!... świeckiej złości dziki zgrzytZna jedną moc — fałszywy wstyd!

Już pistoletów lśni żelazo,Słychać o stępie młotków dźwięk,I kule w rżnięte lufy włażą,I zabrzmiał pierwszy kurków szczęk.I szarą strugą na panewkiProch się posypał ze sakiewki.A cyngiel trzyma kurka ząbW odwodzie jeszcze... Już za dąbGuillot się schował... Płaszcz szerokiOdrzucił każdy z wrogów dwóch...Zarecki, ściśle ważąc ruch,Trzydzieści dwa odmierzył kroki...Prowadzi druhów do ich met...Pistolet bierze każdy wnet.

» Teraz się schodźcie«...Idą wrogi,Jeszcze nie mierząc, z zimną krwią...Wolno i równo wznoszą nogi...Trzy kroki przeszli... Ach, to sąTrzy stopnie, które w grób prowadzą!...Eugeniusz pierwszy, z wielką władząNad sobą, ciągle krocząc w bój,Pistolet jął podnosić swój.Jeszcze pięć kroków przeszli... LeńskiPrzymruża oko... z ciężkim tchemCelować począł... Ale wtemOniegin strzelił... Groźna klęskiGodzina bije... Leński dłońRozwarł, wypuścił cicho broń...

Na pierś bez jęku składa rękęI pada... Lecz zamglony wzrokŚmierć wyobraził, a nie mękę.Tak wolno w dół przez górski stokŚnieżna lawina sunie, jeszczeW słońcu miotając iskier deszcze...Eugeniusz pobladł, uczuł chłód,Spieszy na pomoc... Próżny trud!...Patrzy i wzywa... Nadaremnie:Jego już niema. Młody wieszcz

Kres wczesny znalazł... Chłodu dreszczW kwiat piękny wniknął potajemnie...I uwiądł kwiat w jutrzniowy czas, —I na ołtarzu ogień zgasł...

Leżał bez ruchu. Dziwnie byłaSpokojną twarz... Śmierć starła gniew.Kula na wylot pierś przebiła;Dymiąc się, z rany ciekła krew...Wcześniej o jedno okamgnienie,A biło w sercu tem natchnienie,Nadzieja, miłość, boleść, gniew,Igrało życie, wrzała krew.Teraz, jak w domu opuszczonymCisza i zmrok... Na pustki znakW nim okiennice przywarł hakKu szybom, kredą pobielonym.Uszła zeń pani kędyś w świat...Gdzie jest? — wie Pan Bóg... Przepadł ślad...

Mile jest sypać śmiałe żarty,Gdy się nie umie odciąć wróg,Mile jest patrzeć, gdy upartyW dół schyli swój bodliwy rógI nie śmie spojrzeć się w zwierciadło,By się w niem poznać nie wypadło;

Milej, gdy wściekły w świetle dniaZawyje zgłupia: toć to ja!I mile jest, gdy w uniesieniuWreszcie was wyzwie taki kiep,Celować w jego blady łeb,Stojąc w szlachetnem oddaleniu...Lecz nie wiem, czyli byłbyś rad,Posławszy go na tamten świat.

A cóż dopiero, kiedy padnieOd waszej kuli młody druh,Że odpowiedział niedość ładnie,Lub głupstwem wasz obraził słuch,Drobnostką dotknął przy butelce,Chociażby sam, rozdrażnion wielce,Wyzwanie harde posłał wam! —Powiedzcie sami, ile plamZnajdziecie wówczas w swojej duszy,Widząc, jak zachwiał się, jak padł,Śmiertelnie w oczach waszych zbladł,Kiedy się więcej nie poruszy,Kiedy na ziemi stygnie w mig,Głuchy na wasz rozpaczny krzyk —

Pistolet dłonią gniótł zdrętwiałąJakby go Harpij legion strzegł;

Eugeniusz oczy wlepił w ciało.»No cóż? Zabity!« — sąsiad rzekł.»Zabity!« Krzyk ten go ocucił;Eugeniusz zadrżał, broń odrzucił,Odchodzi — woła ludzi — znikł...Zarecki zręcznie, jako zwykł,Na saniach składa chłodne ciało,Skarb straszny kryje burką swą...Poczuwszy trupa, konie drżą,Rozdęły chrapy, pianą białąBryzgają na wędzideł stal...I już, jak strzała, lecą w dal...

Wam żal poety, przyjaciele!Los w nim naczynie drogie stłukł,On zapowiadał nadziej wiele;Nim złote wróżby spełnić mógł,Uwiądł!... Gdzie teraz poryw świetny,Gdzie wzniosły zapał, gdzie szlachetnyUczuć i myśli młodych pęd?Przed brudem życia piękny wstręt?Gdzie są miłości żądze złudne?Dążność do wiedzy, grzechu strach,Pragnienie pracy, — i gdzież, ach!Marzenia tęskne, widma cudneInnego życia — i gdzież wy,Świętej poezyi słodkie sny! —

Ach! może on dla dobra świata,Lub choć dla sławy zrodzon był...Z umilkłej harfy pieśń nie wzlata,Co może miałaby dość sił,By grzmieć przez wieki... Duch poetyMoże do wyższej kroczył metyPrzez stopnie świata... W straszny dzieńJego męczeński zabrał cień.Ze sobą świętą tajemnicę...I może przez złowrogi losZmilkł żywotwórczy dla nas głos,I za mogilną już granicęDoń nie doleci w przyszły czasHymn błogosławieństw wdzięcznych mas!

A może być i tak: poecieZwyczajny los gotował czas;Młodości dni-by przeszły przecie,Ogień-by w duszy jego zgasł.On sam-by mocno się odmienił,Z Muzą się rozstał i ożenił,

Życie zrozumiałby w sam razI w haftowany szlafrok wlazł;Na wsi szczęśliwy i rogatyW podagrze późny żywot wiódł,Jadł, pił, poziewał, tłuściał, chudłI w łóżku wreszcie skończył z laty,Pośród lekarzy, dziatwy, sług,Bab, co się z bekiem tłoczą w próg.

Tak, czy inaczej — Muz wielbiciel,Wsłuchany w dźwięk nadziemskich stron,Kochanek młody i marzyciel,Z ręki przyjaźni znalazł zgon!...Jest miejsce: w lewo idź od sioła,Gdzie mieszkał pieszczoch Muz — tam wołaOracza w skwar dwu sosen cień;Korzenie swoje jeden pieńTam z korzeniami splótł drugiego;Wkrąg nich owinął strugi sweStrumień, co z gór pobliskich rwie:Z dzbankami tam żniwiarki biegą;Cień gęsty bije tam na twarz;W tem miejscu prosty pomnik masz.

Pod nim (gdy skąpe krople zlewaWiosenny czas na zasiew pól),

Pastuch, pstre łapcie plotąc, śpiewaRybaków wołżskich tęskny ból.Mieszczanka młoda, w letniej porzeMieszkając na wsi, po ugorzeSamotna konno mknąc co tchu,Rzemienną uzdę ściąga tu,Wstrzymuje konia przed kamieniem,Odsłania woal, napis ów,Złożony z kilku prostych słów,Przeczyta biegłych ócz spojrzeniem;I oczy jej przesłoni mgła,Po miłem licu spłynie łza.

I stępa jedzie pośród pola,Marzenia w sercu wiodą rej...I mimowoli wieszcza dolaZapełnia całą duszę jej.I myśli: »Co się z Olgą stało?Czy długo serce jej cierpiało?Czy krótko płacząc, zniosła cios?I jaki jest jej siostry los?Gdzie dziwak ów chmurnego serca,Piękności modnych modny wróg,Wygnaniec ze światowych dróg,Młodego wieszcza druh-morderca?«Czekajcie, proszę: przyjdzie czas,O wszystkiem powiadomię was.

Ale nie teraz... Choć serdecznąDo bohatera słabość mam...Chociaż doń wrócę... Dziś koniecznąRzeczą jest wytchnąć... Wyznam wam,Że wiek do twardej prozy skłania,Mój wiek figlarny rym odgania;Za rymem — ach! nie odgadłbyś —Leniwszym krokiem stąpam dziś.Ochoty dawnej braknie stalceMazać arkusze, wiersze snuć,Gdy moją duszę począł trućI w ciszy wsi i w świata walceInnej, surowszej troski jad,Innych, zimniejszych marzeń kwiat!

Jam głos usłyszał innych marzeń,Mam w sercu sroższych bólów stal,A zwiał nadzieję bieg wydarzeń;I dawnych smutków dziś mi żal.O sny! gdzież wasza jest osłoda?Gdzie wieczny rym jej: dusza młoda?Czyż czas z jej wieńca świeżość starłI wianek z głowy mojej zdarł?Bez elegijnej metaforyWypada-ż wreszcie przyznać mi,

Że znikła wiosna moich dni,(Com żartem twierdził do tej pory),I już mi jej nie wróci świat?Trzydzieści-ż skończę wkrótce lat?!

Wybił południa czas... WyraźnieTrzeba to przyznać... Już po śnie!Więc pożegnajmy się przyjaźnie,Młodości mojej lekkie dnie!Więc dzięki wam za upojenia,Za smutek, słodkie udręczenia,Za uczty, burze i za gwar,Za wszystkich darów waszych czar, —Za wszystko dzięki ci, młodości!Od ciebie w ciszy i śród trwógJam zaznał uciech... iłem mógł!...Jam syty! Dość!... Na szlak przyszłościZ jasną dziś duszą wstąpić chcę,Odpocząć po młodości śnie!

Niech się obejrzę!... Sadów cieniu,Gdziem żył śród głuszy, tyle snówZ mej duszy wysnuł, gdziem w pragnieniu,W lenistwie pędził dni, — bądź zdrów!Lecz ty, natchnienie młode, raźniéjSłuż postarzałej wyobraźni,

W drzemiącem sercu obudź prądI często zjawiaj się w mój kąt.Nie daj ostygnąć duszy wieszczej,Zgoryczeć, uschnąć, iżby czasZamienił ją na twardy głaz —Pośród światowych uciech kleszczy,Śród głupców, którzy blaskiem lśnią,Pyszałków, którzy z uczuć drwią;

Śród tchórzów chytrych i cynicznych,Spieszczonych dzieci z duszą czczą,Śród łotrów nudnych i komicznych,Służalców, co do kajdan lgną;Pośród kokietek rozmodlonych,Śród sędziów tępych, nieproszonych,Pośród powszednich, modnych scen,Miłości nikłych, jako sen;Pośród oszczerców, błaznów, trutni,Co w zimnych sądach szerzą jad;Śród płaskich myśli, grzecznych zdrad,Bezmyślnych rozmów, nędznych kłótni, —W odmęcie tym, gdzie z wami wrazPogrążył mnie nasz miły czas!

Już śniegi, wiosny promieniamiPognane z gór, stojących wkrąg,Mętnymi zbiegły strumieniamiNa zatopione równie łąk.Ocknąwszy się z uśmiechem w oku,Natura wita ranek roku;Lśni błękit nieba w ranny czas...I przezroczysty jeszcze lasW zielony puch się stroi szczytnie;Pszczoła opuszcza biedny ul,Leci podatek zbierać z pól;Dolina schnie i w barwy kwitnie.Na drogach stada wzbiły kurz;I nocą słowik śpiewał już.

Miłości poro! wiosno! wiosno!Jak smutnie witam powrót twój!W mej duszy budzisz pieśń żałosną,Poruszasz rzewnie krwi mej zdrój.Ach, z jakiem ciężkiem upojeniemDziś się napawam twojem tchnieniem,I gdy twój powiew leci z pól,W tej ciszy wiejskiej czuję ból!Czyli mi obcą jest uciecha?Czy wszystko, co radością drży,Co życiem drga i blaskiem skrzy, —We mnie tęsknoty budzi echa?I tylko nudy wieje tchemNa duszę, śpiącą martwym snem?

Gdy wiosna nowy listek wplataNa miejsce tego, który zmarł,Czyż pamiętniejszą bywa strataTych, które wiatr jesienny zdarł?Czyliż z naturą ożywionąŁączymy myślą zasmuconąSprzeczność więdnących naszych lat,Których nie wróci nigdy świat?Być może, inną, starą wiosnęMarzenie przypomina nam

I na swych skrzydłach niesie tam,Gdzieśmy roili sny miłosne,W tę księżycową cudną noc,Gdyśmy poznali szczęścia moc!...

Próżniacy mili, którym chmuraNie zasępiła nigdy czół,Wy, mędrcy szkoły Epikura,I ty, rolniczych dziatwo szkół,I wy szczęśliwej wsi Pryjamy,I wy, sentymentalne damy,Hej, wiosna woła na wieś już —Pora roboty, ciepła, róż,Pora przechadzek ulubionych,Kuszących nocy miły czas...Hej, w pola! wszyscy pędźcie wrazW karocach szczelnie zapełnionych,Lub pocztą na wsi zróbcie zjazdPoprzez rogatki waszych miast...

I ty, mój miły czytelniku,W swój zagraniczny siadaj kocz;Z miasta, gdzieś zabaw miał bez likuPrzez całą zimę, za mną skocz...Pójdziem z kapryśną Muzą mojąTam, gdzie szumiące wierzby stoją,

Tam, gdzie potoku szemrze zdrój,Tam, gdzie Eugeniusz mieszkał mój,Pustelnik, z dziwactw swoich sławny,Gdzie jeszcze bawił zimy tej,W sąsiedztwie miłej Tani mej,Tej marzycielki niepoprawnej, —Gdzie niema go, bo uszedł w świat...Gdzie smutny pozostawił ślad.

Śród gór, półkolem roztoczonych,Pójdziemy, gdzie strumienia pasPo łąkach wije się zielonychKu rzece przez lipowy las.Tam róż kochanek, słowik, śpiewaPrzez całą noc; tam rozebrzmiewaSzept źródeł; dziko kwitnie tarń.Tuli się głaz mogilny w darń,Pod cieniem sosen dwóch zgrzybiałych;Napisem rytym mówi głaz:»Włodzimierz Leński śpi tu... ZgasłW rozkwicie wieku śmiercią śmiałych«.Wiek i rok śmierci idzie tu...»Niech ziemia lekką będzie mu!«

Nad cichą urną tą, bywało,Z gałązki sosny wianek zwisł;

Wiatr ranny nim kołysał śmiało,A czasem czerw się w listki wgryzł.Bywało tam w wieczornej dobie:Szły dwie dziewice i na grobie,Spowite w księżycowe mgły,Objąwszy się, mięszały łzy.Dziś... zapomnienie tutaj włada;Do grobu trawą porósł szlakI na gałęzi wianka brak;Tylko pod głazem jeszcze siadaSiwiutki pasterz, plecy gnie,Nuci i łapcie plecie swe.

Mój biedny Leński!... Wszakże onaJuż wypłakała łez swych zdrój...Ach! jego młoda narzeczonaPrędko zdradziła smutek swój...Ktoś inny jej pociągnął oczy,Ktoś inny pochlebstw jad uroczyWlał w serce wietrzne, uśpił żal...Już za ułanem patrzy w dal...Ułana kocha sercem całem...Z nim przed ołtarzem stoi już;

Na licach blask wstydliwych róż,Schylona twarz pod wieńcem białym,Na ustach lekki uśmiech drga,W spuszczonych oczach ogień gra...

Mój biedny Leński! Czy mogiłaNie daje mocy wszystko znieść?Czy go za grobem zasmuciłaO zdradzie tej fatalna wieść?Czy go nad Letą nic nie smęci?Spi, szczęśliw z wiecznej niepamięci,Głuchy dla ziemskich dźwięków, zdrad,I niemym jest dla niego świat?!...Tak! obojętne zapomnienie —Oto umarłych zwykły los:Kochanek, druhów, wrogów głosZamilknie wnet; o nasze mienieJedynie spadkobierców chórProwadzi brudny, gniewny spór.

Już wkrótce dźwięczny głosik OliW Larinych domu zmilknąć miał.Ułan, niewolnik swojej doli,Jechał do pułku, żonę brał.Staruszka, córkę swą żegnając,Gorzko się łzami zalewając,

Trzęsła się cała; Tania, aczŚmiertelnie blada, jednak płaczWstrzymała, raczej łez nie miała...W pamiętny pożegnania dzień,Służba stłoczyła się przed sień,Karetę młodych otaczała...Wszystko się jęło krzątać, biedź...Tania nie mogła słowa rzec...

I długo, blada, jako ściana,Patrzyła za karetą w ślad...I oto sama jest Tatjana!Ach! przyjaciółka tylu lat,Owa młodziutka gołębica,I blizka krwią jej powiernicaW świat obcy dąży... Straszny cios!Na zawsze je rozłączył los.Jak cień bez celu, błądzi Tania,W osierocony idzie sad;Wszystko w jej serce sączy jad;Wszystko, od chwili pożegnania,Coraz w niej sroższy budzi żal...Zdusiła łzy i patrzy w dal...

Czas w samotności smutnie płynie,Powstają roje dawnych snów...

I o dalekim OnieginieSerce poczyna mówić znów...Ach, nienawidzieć go powinna:W zgubie Leńskiego była czynnaDłoń jego... Przezeń zginął brat —Mąż przyszły Oli... Ale światZapomniał wieszcza... NarzeczonaKocha innego... poszła z nim...Pamięć o piewcy, jako dym,W błękitne niebo lecąc, kona...Jeszcze go może serca dwaPomną... Lecz na co ból ich trwa?

Był zmierzch... Ciemniało niebo... RzekaPłynęła cicho... Brzęczał chrząszcz...Wiatr pieśni ze wsi niósł... Zdaleka,Za rzeką, ponad lasów gąszczZ rybaczych ogni dym wzlatywał;Miesiąc wieczorną mgłę przeszywałBlaskiem... i srebrem drżała mgła....Tatjana w polu sama szła...Szła... szła... Aż wtem przed zamyślonąPod wzgórzem wyrósł pański dwór...Na lewo sad, na prawo bór...Patrzy na dom, na odwróconąW szybie wód ścianę... W chwili tejSilniej zabiło serce jej...

Przez moment ją wątpliwość trzyma...Iść naprzód, czy się cofnąć?... At!Nikt mnie tu nie zna, jego niema,Spojrzę na dom ten, zajdę w sad«.I schodzi z wzgórza... Ledwie dyszy...Wchodzi we wrota... W martwej ciszy,Zda się, spoczywa pusty dwór...Wtem ze szczekaniem psiarni chórRzuca się na nią... Tania krzyczy...Zbiega się wiejskich chłopców tłum;Zachodzi kłótnia, rośnie szum,Każdy obronić pannę życzy...Lecz rozegnali wreszcie psy...Tatjana jeszcze lekko drży...

»Czy można« — ochłonąwszy nieco,Pyta — »zobaczyć pański dom?«Wnet do Anisji dzieci lecą,Wracają z krzykiem: »klucze som!«Stara za dziatwy zdąża zgrają...Klucz zgrzyta, drzwi się otwierają...Tatjana wchodzi... brak jej tchu...On! on! niedawno mieszkał tu!Patrzy: kij na bilardzie w saliŚpi zapomniany... Przeszła próg...

Wciśnięta w zmiętej sofy rógSpicruta leży... Tania dalej...Stara: »kominek jest tu... TamNasz pan siadywać lubił sam.

»Tutaj z nim często obiadywałNieboszczyk Leński... kiedy żył...Nasz sąsiad często u nas bywał...A tu gabinet pański był...Tu sypiał... Kawę pijał rano...Tu mu raporty podawano...I książkę czytał tu do snu,Dawniejszy pan też mieszkał tu...W niedzielę... że to nudno w głuszy.Tu okulary kazał dać,W »czarnego Piotra« raczył graćZe mną... Zbawienie jego duszy,A kościom pokój niech da Bóg...Był krzepki... jeszcze żyć-by mógł!«

I długo, długo, rozrzewnionaOgląda Tania każdą rzecz;W bolesną rozkosz pogrążona,Nie prędko krok stąd cofnie wstecz.Tu, wszystko drogiem jest jej pono:I stolik z lampą zakopconą

I dywan, wytwór pilnych rąk,Byrona portret, stosy ksiąg,I w srebrną smugę księżycowąPrzenikający drobny kurz,I widok z okna pól i wzgórz;I słupek z lalką metalowąO chmurnem czole, oczach wzwyż,Rękach na pierś złożonych w krzyż.

Tatjana stoi w celi modnej,Jakby porwana w czarów kraj...Lecz późno... Wiatr się zrywa chłodny.W dolinie mroczno. Zasnął gaj.Miesiąc ukrywa się za górą1 rzeka czerni się ponuroI tajemniczo szemrze las...Pielgrzymce dawno wracać czas.Westchnienie tłumi i spojrzenieRaz jeszcze rzuca; już do wrótPodąża, lecz od starej wprzódBierze Tatjana pozwolenieWizycie nadać dalszy ciąg,Korzystać w pustym zamku z ksiąg.

Za bramą żegna się z klucznicą.A rankiem już na trzeci dzień,

Lipową krąży znów ulicąI wchodzi w porzuconą sień.W milczącym siada gabinecie...Zapominając tam o świecie,Długo na smutny płacze los...Potem przewraca książek stos.Niechętnie naprzód patrzy na nie,Wypuszcza je z bezwładnych rąk...Lecz ją uderza wybór ksiąg.Wkrótce zagłębia się w czytanieZ płomienną żądzą młodych lat, —I w nich odkrywa nowy świat.

Choć znudzonego EugeniuszaOddawna już nie nęcił druk,Do kilku dzieł go parła dusza,Tych nie wyrzuciłby za próg.Tam śpiewak Giaura i JuanaNa stole leżał; z nim dobranaRomansów wiązka; kartek stek,W których się nieźle odbił wiekI człek współczesny z duszą suchą,Egoistyczną, nędzną, czczą,Z myślą oziębłą, niemal złą,Bez moralności, z wolą kruchą,Wciąż szukający błędnych mar,Na próżny czyn tracący żar...

Tam na niejednej był stronicyZnaczny paznokcia ostry rys;I żywiej płonął wzrok dziewicy,Czytając ustęp obok kres...I dreszcz się w Tani coraz wzmaga,Gdy widzi, jaka myśl, uwaga,Trafiała w serca jego tonI z czem się, milcząc, zgadzał on.Tam jakąś kartkę on zagina,Tu znak na marginesie kładł;Wszędzie ołówka zdradny śladWydaje duszę Oniegina:Króciutki frazes, »nie«, lub »tak«,Wykrzyknik, zapytania znak.

I coraz jaśniej — Bogu chwała! —Przed okiem Tani staje ten,Przed którym dusza jej zadrżała,Kto rzucił ją w dręczący sen...W czem sens zagadki niebezpiecznej?Ów dziwak chmurny, niebezpieczny,Piekieł, czy stref niebieskich twór,Ten pyszny czart, czy anioł z chmur, —Któż on?... Cień nędzny, co kopiowałCudze pomysły?!... Obcych min

Komentarz tylko?!... Moskwy syn,Co się w Harolda płaszcz drapował?!Leksykon pełny modnych słów?Wreszcie parodja cudzych snów?!

A więc zagadkę rozwiązała?Znalazła słowo?... Jaki srom!Godziny biegną; zapomniała,Że na nią czeka cały dom. —Za stołem dwóch sąsiadów siada;Przed nimi stara matka biada:»Co robić? — czekaj? ręce złóż?»A Tania nie jest dzieckiem już!»Toć od niej młodszą była Ola.»Wydać dziewczynę dawno czas,»Lecz co z nią począć? Każdy raz»Odmawia: »taka moja wola!»Nie pójdę za mąż«... Nie je nic...»W las bieży... Smutek wieje z lic...«

— A może kocha? »Ależ! — kogo?Bujanow swatów przysłał: — precz!Pietuszkow — odszedł tą-że drogą,Był huzar Pychtin — myślę: rzeczTu pójdzie składniej... Tydzień gościł,Patrzył i wzdychał, prawie pościł,

Do nóg się kłaniał... Ale gdzie!Los świetny — nic! Uparła się!«— Do Moskwy, matko, by się zdało!Tam jarmark panien... Dalibóg!I wolnych miejsc, jak słyszę, huk...»Och, ojcze mój! dochodów mało!«— Na jedną zimę starczy wam;A nie, to ja pożyczkę dam!

W myśl starej trafia dobra rada:Do Moskwy! — słusznie sąsiad rzekł...Rachunki robi, cyfry bada,Czeka, aż spadnie pierwszy śnieg.Tania nierada z wieści nowej:Jechać, na świata sąd surowyPonieść spóźnionych strojów krój,Styl mowy starszy, niźli strój,Prowincyonalnych jasnych rysówProstotę, którą wydrwi świat...Iść pod kłujących spojrzeń gradMoskiewskich Cyrcej i dandysów!O, strach! nie lepiej-ż to się kryć?Śród głuszy lasów zawsze żyć?!

I Tania teraz wstaje z brzaskiem,Mknie w pole... Rozwiał się jej włos...

Jej oczy smutnym świecą blaskiem...Staje, spogląda, mówi w głos.»Żegnajcie, ciche wy doliny,»I wy, znajomych gór wyżyny,» Żegnaj i ty, o lasku mój,»Coś w moich oczach zmienił strój,»Wesoła żegnaj mi przyrodo!»Zastąpią-ż twój pogodny blask»Świata bezmyślny szych i blask?»I ty mi żegnaj, o swobodo!»Kędy-ż przeznaczeń ciągnie głos?»Co mi gotuje przyszły los?«

Coraz są dłuższe jej spacery...Listek, natury miły dar,Strumyczek, wzgórze, drzew szpalery —Jawią jej jeszcze żywszy czar...W gajach i polach biegać rada,Jak z przyjaciółmi z niemi gada,Żegna rodzinnej rzeki brzeg...Ale szybkiego lata biegDogania wreszcie jesień złota;Jako ofiara, cały światDrży w blasku najświetniejszych szat.Już północ chmur kłębami miota,Zawyje wiatrem, śniegiem tchnie; —I czarodziejka zima mknie!

Przyszła, rozparła się; i szmatyWiesza na każdy dębu sęk;Na pola, szczyty gór, na chatyKobierców miękich rzuca pęk.I brzegi z rzeką nieruchomąSwym puchem równa... I łakomoMróz czyha... Ale wiejski światZ figielków matki-zimy rad.Ty jedna smucisz się, o Taniu!Na jej spotkanie nie chcesz iść,Na mrozie dyszeć, śniegu kiśćZdjąć z dachu łaźni o zaraniu,Obmyć nim piersi, plecy, twarz...Ty w myśli straszną podróż masz!

Już odjazd nieraz odroczono;Wreszcie stanowczy przyszedł dzień.Starą landarę, odświeżoną,Toczy kilkoro sług przed sień.I obóz gotów — cztery fury;Na nich manatków całe góry...Kufry, krzesełka, z kuchni sprzęt,Rondelki, misy, garnczków rzęd,Słoje konfitur, z drobiem klatki,Sienniki i do pierzyn puch...

Wre na dziedzińcu hałas, ruch...Wszczyna się w izbie śród czeladkiKrzyk, pożegnalny płacz i gwar...Przywiedli klaczy dziewięć par.

W powóz wprzągnięto je bojarski;Jadło z kucharskich wzięto łap;Woźnice klną; ich okrzyk dziarskiMięsza się z kłótnią dworskich bab...Na klaczy chudej i kosmatejZasiada foryś, chłop brodaty,I czeladź zbiega się do wrót,Żegna się z państwem dobry lud.Siedli. Szanowny powóz rusza...Z dziedzińca wreszcie wywlókł się...» Przytułku drogi, żegnam cię!Ujrzę-ż cię kiedyś, wsi, gdzie duszaW ciszy roiła słodkie sny?!« —I z oczu Tani trysły łzy...

Kiedy oświacie dobrodajnejSzerzej się nasz otworzy świat,(Według rachuby niezwyczajnejMędrców — za pięćset ledwie latNastąpi u nas czas ten błogi),Zmienią się mocno w Rosyi drogi:

Przerzną ją szosy tam i siam,Przetną, za łącznik służąc nam.Żelazne mosty nad wodamiZarzucą swój zuchwały łuk,Przewiercim góry mnóstwem dróg,Pod wodą przejdziem tunelami,Na każdej stacyi chrzczony ludGospodę znajdzie — istny cud!

Dziś zapomniane mosty gniją,Stan dróg jest opłakanie zły,Na stacyach krew z nas chciwie pijąI spać nie dają pluskwy, pchły.I gospód niema. W izbie chłodnej,Kwiecisty w stylu, ale głodnyPrejskurant dla oględzin masz;Wisi, apetyt drażniąc nasz.Zgłodniały czekasz, aż cyklopyWiejskie w wolnego ognia skrach.Wyleczą ruskim młotkiem, ach!Leciuchny wyrób Europy,Modląc się, by zachował BógWyboje, rowy wiejskich dróg.

Lecz za to śnieg o porze chłodnejKryje dróg naszych mnogi brak...

Jak wiersz bez myśli w pieśni modnej —Tak gładki jest zimowy szlak.Bieg naszych trójek niezmęczony,Siarczyście mkną Automedony, —Miga wiorstowych słupów rzęd,Niby sztachety — taki pęd!Lecz ba! pocztówki koszt przestraszaLarynę... (Miała racyi krztę)...Własnymi końmi wlokła się...Nudziła się też Tania nasza;Milczy wciąż w drodze... Matka śpi...Jechały tak przez siedem dni...

Lecz blizko już... Już coraz bliżejJest biała Moskwa... Płoną jużW powietrzu blaski złotych krzyżyNa starych szczytach wszerz i wzdłuż.Jam już nie prosił, bracia, o nic,Gdy raz mi w oczy cerkwi, dzwonnic,Pałaców, parków szereg wpadł...Lecz później, w biegu młodych lat,Wygnaniec, gorzkie pędząc chwile,Gdy serce gryzł tęsknoty wąż,Moskwo, o tobie-m myślał wciąż!Moskwo!... w tym jednym dźwięku tyleDla rosyjskiego serca drży!I tyle ech w tym dźwięku brzmi!

Piotrowy zamek pośród wrzosówStoi tam... Czas niedawny wlałWeń chmurną dumę... Pieszczoch losów,Tu Napoleon długo stał —I tu się zawiódł w swoich planach!...Czekał, że Moskwa na kolanachWyjdzie doń, niosąc Kremla klucz;Lecz nie spuściła trwożnie ócz,Nie szła do niego Moskwa moja!Gdy on na darów czekał rój,Ona przywdziała z ognia strój,Ją przepasała z iskier zbroja...W tem miejscu on w zadumę wpadł,Patrzył w płomienie, z gniewu bladł...

Żegnajcie sławy zgasłej świadki,Piotrowe baszty... Ruszaj! Wio!Bieleją słupy u rogatki,Wehikuł skrzypi, konie mkną,Po Twierskiej skaczą przez wyboje.Migają w oczach miejskie stroje,Budki, latarnie, płoty, mur,Chłopaki, baby, sklepów sznur,Pałace, parki, monastery,Bulwary, sady, lwy u wrót,

Apteki, magazyny mód,Tatarzy, kupcy, chłopi, skwery,Balkony, wieże, cerkwie, dzwon.I wkoło krzyżów stada wron!

O Moskwo! Moskwo!............

Tania nie patrzy... Jest znużona...Bez końca zda się wielki gród...W zaułku cerkwi CharitonaWreszcie wstrzymały się u wrót.Staruszka ciotka tu mieszkała,W suchotach czwarty rok cherlała,Nie miała w licach kropli krwi...Naoścież im otworzył drzwiW kaftanie pstrym, z pończochą w łapie,Siwiutki kałmuk... Mruknął, znikł...Spotyka je w bawialni krzykKsiężnej, leżącej na kanapie.Uderzą w płacz staruszki dwie,Wołając wraz, całują się:

»Księżno, mon ange!« — Pachette! »Polinko!«— Ktoby pomyślał? — »Tyle lat!«

— Na długo? »Jak się masz, kuzynko?«— Usiądź! Ot scena!... Jakbyś skradłZ romansu opis powitania...»A to jest córka moja, Tania«...— Ach, Tania!... Dziecko, pójdźno tu...Wiesz, wszystko to ma pozór snu...Kuzynko, pomnisz Grandisona?»Kto? Grandison? — A, Grandison!»Jakże? pamiętam!... A gdzież on?«— On mieszka tu, u Simeona;Był u mnie w święta, w karty grał.Niedawno syna żenić miał.

A ten... ach, później ci opowiem.Jutro odwiedzisz krewnych... Tak!Pokażesz Tanię... Źle z mem zdrowiem...Pojechać z wami sił mi brak...Ledwie powłóczę chore nogi...Lecz wy zmęczone pewnie z drogi...Pójdźmy odpocząć.,. Sił mi brak...Osłabłam jakoś... To zły znak:Teraz już radość też mnie męczy,Nietylko smutek... Ach, Pachette,Niechby mnie Pan Bóg zabrał wnet!Na starość życie tylko dręczy...Już nic nie jestem warta... Ach! —I rozkaszlała się we łzach...

Chorej pieszczoty i uciechaWzruszają Tanię... Lecz cóż stąd?Milsza domowa nizka strzecha,Niźli tych obcych komnat rząd.Jedwab, kotary, nowe łoże —Wszystko zbyt obce... Spać nie może.Zrywa się, kiedy w domu śpią,Zaledwie ranne dzwony brzmią,Zwiastując wczesną pracę ludzi.Rzednieje mgła... Ją trapi ból, —Gdy z okna, zamiast swoich pól,Ogląda widok, co ją nudzi:Kuchnia i stajnia, obcy dwórI oficyny żółty mur.

Co dnia rodzinne są obiadki,Rozjeżdża Tania z kąta w kąt...Widzieć ją pragną babcie, dziadki,O młodej wnuczce powziąć sąd.Wszędzie okrzyki, słówka miłe —Krewne z dalekiej wsi przybyłeNapotykają... »A to kto?Tania? Ta panna?! Bobo to!Niedawno do chrztu ją trzymałam«.— A ja ci naznosiłam fig!

— Ja klapsa dałam za zły dyg!— A ja na ręce ciebie brałam.I wszystkie babcie głoszą wraz:»Mój Boże, jak też leci czas!«

Co do nich, czas nie zmienił wcaleAni ich min, ni w życiu ról:Ciotka Helena nosi staleTen sam czepeczek, tenże tiul.Wciąż się pudruje Darja Lwowna,Jednako łże Liubow Pietrowna,Iwan Pietrowicz z biegiem latNie zmądrzał; nie schudł jego brat.Ciotki Aglai NikoławnyMonsieur Finmuche jest druhem wciąż;Nie zmienion chart, nie zmienion mąż,A mąż ten — klubu członek dawny,Wciąż cichy, ciągle zły ma słuch,Pije za trzech, a je za dwóch.

Ich córki, Gracye Moskwy, TanięObjęły, cedzą kilka słów;I okiem wprawnem a starannieZmierzyły ją od stóp do głów;Sądzą, że nieco jest dziwaczna,Że prowincyalność na niej znaczna,

Zbyt blada, chuda — duży błąd!Niebrzydka zresztą... Skończon sąd,Natura młoda górę bierze:Do swoich komnat wiodą ją,Całują, przyjaciółką zwą,Trefią jej modnie włos i szczerzeZwierzają swe sekrety już,Tajniki swoich serc i dusz:

Świetne zwycięstwa salonowe,Nadzieje, sny, figielki swe...Czasem w niewinną ich rozmowęLeciutka potwarz wkrada się...Potem za miłą paplaninę,Pragną jej wyznań wziąć daninę:Niech im otworzy serce swe;Lecz moja Tania, jakby w śnie.Słucha ich rozmów bez udziału,Zaledwie chwyta słów ich treśćI tajemniczą serca wieść,Skarb szczęścia, łez, drogiego szałuChowa. Nie zwierzy nigdy! Nie!Ukrywa ból na serca dnie.

W rozmowy chce się wsłuchać Tania,Rozważyć to, co każdy rzekł:

Lecz wszystkich bawi i pochłaniaNieznośnych, płaskich bredni stek!Tak blado, obojętnie bają,Ba, nudno nawet spotwarzają;Z tych bezowocnie suchych mów,Bezmyślnych plotek, starych słów,Przez cały wieczór, choć przypadkiem,Nie błyśnie myśli nawet skra;Ani tam serce żywiej gra,Ani drgnie rozum choć ukradkiem.Świat pusty zdawna dobrze znam:Nawet głupstw śmiesznych niemasz tam.

Z podełba patrzy się na TanięCzupurna, archiwalna młódź...Śród nich kursuje cicho zdanie,Że ją prowincyą nazbyt czuć.A oto jakiś błazen smutnyStanął przy drzwiach, jak cień pokutny,W niej idealną widząc treść,Tworzy elegię na jej cześć.Spotkawszy ją u nudnej ciotki,Wiaziemskij przy niej jakoś siadł,Ten jeden głębszą duszę zgadłI zajął ją; wnet starzec słodkiWidząc ją z nim, perukę swąPoprawia, pragnie poznać ją.

Lecz tam, gdzie grzmiąco się odzywaPrzeciągły Melpomeny ryk,Gdzie chłodnych tłumów nie porywaJej płaszcza szych, jej wzniosły krzyk,Gdzie Talia brawa nie usłyszyI zadrzemała sobie w ciszy,Gdzie tylko Terpsychory licWygląda chciwie młody widz,(Jak działo się i w dawnej porze,Za waszych i za moich lat)Nie zwrócił na nią oczu świat,Nie skierowały na nią loże,Dam pełne, swych zawistnych szkieł;Znawcy nie wzięli jej na kieł.

Do klubu wiozą moją Tanię ...Tam ścisk, gorąco, duszność, gwar,Orkiestry grom i świec błyskanie,Miganie, wicher szybkich par,Piękności słynnych lekkie strojeI na galery ach ludzkie roje...Tam salonowych mnogość lwów,Panien do wzięcia, ciepłych wdów;Tam dandys w walcu lub w galopie,Wystawia lśniąco-biały gors,

Swą arogancyą i swój tors.Huzarzy, będąc na urlopie,Grzmią tam, podziwu budzą krzyk,Błysną, zwyciężą, znikną w mig.

Jest moc na niebie gwiazdek ślicznych,A w Moskwie wiele pięknych dziew,Lecz jaśniej śródod gwiazdeczek licznychLśni Luna ódśród przezroczych stref.Lecz Ona, którą strun mych dźwiękiemTrwożę w tej chwili z wielkim lękiem,Gdzie pięknych pań jest huczny zjazd,Jak Luna błyszczy pośród gwiazd.Z jakąż niebiańską dumą OnaDotyka ziemi stopką swą!Jej oczy jakimś czarem lśnią!Zapowiedź pieszczot bije z łona!Lecz dosyć! dosyć! wszakże szałOdemnie dość już danin brał!

Ukłony, śmiechy, mazur szumny,Ogonów szelest, szybki krok...A śród dwóch ciotek, u kolumny,Gdzie jej nie dojrzy niczyj wzrok,Tatjana patrzy — i nie widzi,Światowych gwarów nienawidzi...

Jej duszno tu... Marzeniem stądUcieka w cichy wioski kąt,Gdzie stoją biedne chłopskie chatki,Gdzie się odbija w stawie prom,Gdzie pośród brzóz jest stary dom,Gdzie są jej książki i jej kwiatki,Gdzie lipa gęsty rzuca cień,Gdzie on się zjawił w pewien dzień!

Marzy... o balu zapomniała,Znikł jej z przed oczu gości tłok...A poważnego generałaTymczasem śledzi za nią wzrok.Kiwnęły obie ciotki na się,Trącą ją w łokcie w jednym czasieI każda Tani szepcze już:»Na lewo, Taniu, prędzej spójrz!»— Na lewo? gdzie? cóż tam takiego?»Patrz!... teraz ręką zrobił ruch...»Tam, gdzie w mundurach jeszcze dwóch...»Teraz lokaje dwaj doń biegą...»O, bokiem stanął... Dał im znak«...— Kto? ten generał tłusty? — »Tak!

Tu możem Tani powinszowaćZwycięstwa... przeczuć dobrą wieść...

I w inną stronę wzrok skierować,Bom już przeoczył główną treść!Więc niech mnie słowa te ostrzegą:»Opiewam druha tu młodego,Jego dziwactwa, jego los...Epicka Muzo, na mój głosZnijdź błogosławić mej podróży,Pozwól iść śladem twoich nóg,Nie daj mi zbaczać z moich dróg!« —Dość! już się klasyk nie oburzy,Nie podrze pieśni mej na strzęp...Choć późno — jest epicki wstęp!...

Był park w Liceum... Moja duszaTam zażywała słodkich chwil...Bawił ją twór Apulejusza,A Cycerona nudził styl...W dni one siedzę na murawie,Słyszę łabędzi krzyk na stawieI tonę w jakimś błogim śnie...Wtem Muza w ramię trąca mnie..Odtąd studencka moja celaBłysnęła światłem: Muza w niejNa ucztach jęła wodzić rej,Śpiewała młodą pieśń weselaI chwałę naszych dawnych lat,I serca dreszcz, i marzeń kwiat.

Świat mile przyjął Muzy dary,Z uznaniem był dla pierwszych prób;I dostrzegł nas Dierżawin staryI błogosławił, schodząc w grób.........................................................................................................................

Jeszcze nie wierząc w żadną klęskę,Uznając jedno prawo — szał,Jam szedł na uczty koleżeńskieI rzeźką Muzę z sobą brał,Gdzie huczą spory, dzwonią żarty,Ku wielkiej zgrozie nocnej warty.I Muza w ten szalony gwarRytmicznych dźwięków niosła dar,I jak bachantka, pijąc chętnie,Pieśń przy kielichu mogła snuć...

A w onych dniach przyjazna młódźZa nią włóczyła się namiętnie.A ja... wyznaję: rósł mi duch,Że mą wietrznicę chwali druh.

Wreszcie rozstałem się z druhami,Uciekłem... za mną Muza w dal...Teraz umiała pieszczotamiKoić wygnańca niemy żal,Bajką czarować słuch z wieczora;Na koniu ze mną, jak Lenora,Pędziła śród kaukazkich skał,A miesiąc srebrne blaski lał!Wodziła mnie na brzeg Taurydy,Gdzie się rusałek schodzi tłum,Abym usłyszał morza szum,Szept niemilknący Nereidy,Huczących fal wieczystą treść:Chwalebny hymn na Twórcy cześć!

I o stołecznym świecie butnymZapominała w nocnych mgłach...I gdzieś w mołdawskim stepie smutnymKryła się pod płócienny dach...Błędne plemiona nawiedzała,Żyła w szałasach i zdziczała!

Biednych języków dziwny światI piosnki, które nosi wiatr,Dały zapomnieć bogów mowy!...Wtem nowa zmiana z biegiem lat:Zjawiła się w mój wiejski sadW postaci panny powiatowej,Co się oddaje smutnym snomI w rękach ma francuzki tom.

I oto Muzę mam wprowadzićW świat wielki, na wspaniały raut;Nie wiem, czy zdoła sobie radzić,Swej prostej duszy zadać gwałt.Przez zwarty rząd arystokratów,Wojskowych dandych, dyplomatów,Cichutko sunie, siadła tam,Zdaleka od wytwornych dam;Wokoło siebie patrzy rada;Bawi ją szelest szat i słów,Przed panią domu ukłon głów,Powolna gości defilada,Wśród fraków jasne stroje dam —Obraz, co z ciemnych patrzy ram...

Podoba jej się duma chłodna,Co nie narazi się na szwank,

Oligarchiczność tonu, godnaTej mięszaniny lat i rang.Lecz kto tam w tłumie tym wybranymZda się przypadkiem zamieszanym?Zda się jest wszystkim obcy tu...Jakby natrętne widma snu,Migają przed nim ludzkie roje.W twarzy czy spleen? czy zdradza gestCierpiącą pychę? Któż to jest?Skąd wziął się? Nieba! rzec się boję...Czyż to Eugeniusz? Przebóg! On!»Dawno-ż z dalekich przybył stron?

Czy zmienił się? czy maskę rzucił?Czyli poskromił dawny szał?Powiedzcie jakim dziś powrócił?Czy znów dziwaka będzie grał?Jak się przedstawi? Cień Melmota?KosmolitaKosmopolita? patryjota?Harold? świętoszek? kwakier? Ba!Może świetniejsze maski ma?Albo poczciwcem sobie będzie,Jak ty, jak ja, jak cały świat?Niech zrobi tak. Niech słucha rad...Rzucają starą modę wszędzie,Pochlebców głupich dzisiaj brak«...— Lecz, czy go znacie? — »Nie i tak!« —

— I »nie?«... Więc czemu nieprzychylnieMówicie o nim?... Czy nie stąd,Że się staramy tak usilnieO wszystkiem wydać spieszny sąd,Co z powszedności wyjdzie granic,Co nasz egoizm trzyma za nic,Co w naszem sercu nie ma ech,Obraża nas lub budzi śmiech?Że bierze umysł nierozważnyMiarę dla czynów tylko z słów;Że złość — przywilej głupich głów,Że kocha brednie człek poważny,I że przeciętność jedną światI znosić i uznawać rad.

Szczęsny, kto młodym był za młodu,Szczęsny, kto dojrzał w miarę lat,Kto z życiowego nie zmarzł chłoduI nazwyczaił się do zdrad,Kogo nie zraził tłum światowy,Kto nie biegł w marzeń kraj niezdrowy,W dwudziestu latach chwata grał,W trzydziestu posag z żoną brał,Kogo dług więcej nie uciskał,Gdy liczył pięćdziesiąty rok,

Kto regularny robiąc krok,Majątek, sławę, rangę zyskał,0 kim głoszono wyrok ten;Porządny człowiek jest N. N.

Lecz boli myśl, że nadaremnieMłodością cię obdarzył Bóg,Że ona zwiodła cię nikczemnie,Żeś sam jej lepiej użyć mógł;Że twych najlepszych pragnień roje,Marzenia najpiękniejsze twojeStraciły świeżość swoich kras,Jak liść — w jesieni zgniłej czas.Nieznośnie — taczkę niedorzecznąPo szarej drodze czasu pchać,Obrządkiem nudnym życie zwaćI za czeredą iść stateczną,Nie czując w sercu wspólnych drgań,Nie dzieląc z nią ni żądz, ni zdań!...

Nieznośnie rozmów być przedmiotem,Do głupich sądów powód dać,Gdy świat rozsądny gada o tem,Że chcesz dziwaka chlubnie grać,Gdy słyniesz jako bzik lub szatan,Lub duch, z »Demonem« moim zbratan,

Czart, albo potwór — Boże broń....Oniegin, — (znów powracam doń) —Zabiwszy druha w pojedynku,W bolesny, chmurny nastrój wpadł...Dożył dwudziestu sześciu latW życiu bez celu; w odpoczynkuCierpiał, znudzony bytem widz...Nie mógł jednakże robić nic!

Kazał mu pociąg mimowolnyBłądzić po świecie wszerz i wzdłuż(To krzyż niektórych dobrowolny,Częściej — zbolałych cecha dusz:Potrzeba straszna miejsca zmiany),Porzucił ciche wioski łanyI smutny dom, gdzie każdy dzieńZjawiał się przed nim krwawy cień,I podróżować jął bez celu —Lecz się nie wyrwał z nudy pętI do podróży poczuł wstręt,I po miesiącach wrócił wielu,A jako Czacki, tłumiąc żal,Z okrętu przyszedł wprost na bal...

Wtem szmer powstaje; coś uderzaCiekawy rzadko wyższy świat;

Ku pani domu dama zmierza,Za nią jenerał znaczny w ślad.Nie było cienia w niej pośpiechu,Ni zbytku chłodu, ni uśmiechuDla wszystkich zgoła; pychy lic,Przesady w słówkach — nic a nic...Nie tchnął pewnością wzrok nadmierną,Że los jej sztukę zwycięstw dał...Prostoty cichy czar z niej wiał...I była ona kopią wiernąDu comme il faut. Jak przekład dać?O, Szyszkow! nie grom, lepiej radź!...

Damy sunęły ku niej bliżej,Staruszki uśmiech słały jej,Mężczyźni się kłaniali niżej,Jak korny lud bogini swej.Dziewice mknęły przed nią ciszej...I szept pochlebny wkoło słyszyJenerał, krocząc za nią w ślad,I wyżej nos zadziera rad.A nie klasyczna to urodaWywoływała zachwyt ów,Lecz to, że w niej od stóp do główNie było nic, co wyższa modaZwie w Anglii vulgar... Nie wiem, jakPrzełożyć to, gdyż słów mi brak!

Ja lubię to angielskie słowoI u nas je wprowadzam rad...Niech sobie Szyszkow kręci głową,Odrzuca je piszący świat —Jest dobre, zwłaszcza w epigramie...Ale powracam ku mej damie:Już przeszła salę, siadła juzż,A przy niej Nina Wrońska tuż —Ta Kleopatra Newy nowa!I patrząc na nie — cały światChyba to przyzna za mną w ślad,Że Niny piękność marmurowaNie mogła swej sąsiadki śćmić, —A Nina... bóstwem może być!

»Czy to być może? Czy to ona?»Czy oczy mam zasnute mgłą?»Ze stepów głuchych? Tak zmieniona!«...Natrętne swych binokli szkłoEugeniusz zwraca w jedną stronę...I widzi, jak przez mgły osłonę,Wraz inną, zapomnianą twarz...»A książę! powiedz, czy ty znaszTę damę?... z piórem na berecie...Z hiszpańskim posłem mówi... tam«...

Zaśmiał się książę: — Czy ją znam?Ho! znać, żeś dawno nie był w świecie.Chcesz, to przedstawię ciebie... Wszak...»Lecz kto to?« — Żona moja! »Tak?

Żonatyś?... Nic mi nie pisano!Dawno?« — Już drugi rok. A toć...»Z kim?« — Z panną Laryną. »Z Tatjaną?«— Znasz ją? »Sąsiadka«. — O, to chodź.Książę podchodzi z nim do żony:»Mój krewniak, druh odnaleziony«...W tym duchu rzecze kilka zdań.I oto księżna spojrzy nań...A choć się wszystko w niej wzburzyło,Gdy nagle przed nią stanął on,Lecz zachowała dawny ton,Nic jej wzruszenia nie zdradziło;Ukłon powagę zwykłą miałI wyraz lic spokojem wiał...

I nie pobladła, nie spłonęła,Zdziwienia cień nie przebiegł lic,Warg nie rozwarła, nie ścisnęła,Nie drgnęła brew jej... Nic a nic!Próżno wzrok jego szukał wprawny:Nie znalazł śladu Tani dawnej...

Chciał mówić — dziwny zdjął go lęk:Nie wyszedł z gardła żaden dźwięk.A ona pyta, kiedy wrócił?Czy dawno? skąd? czy ze wsi już?Potem na męża, co stał tuż,Znużony nieco wzrok się zwrócił...I wyszła z szmerem lekkich szat...On nieruchomy patrzył w ślad.

Czy to w istocie jest Tatjana,Ta sama, co przez cichy sadSzła raz ku niemu pomięszanaI łez na rzęsach miała ślad,Której moralne lekcye prawił,Którą tam w głuszy pozostawił,Od której chowa liścik ów,Co całe serce w ogniu słów,Co całą duszę jej obnażył?!To dziewczę?!... Nie! to chyba sen!To dziewczę, które znawca tenZa parafiaństwo zlekceważył —To ona!... Skąd ta pewność, chłód,W rozmowie z nim nieznane wprzód?

I raut porzuca, pełny gwaru,Do domu zadumany mknie;

Marzenia smutne, pełne czaru,Latają nad nim w późnym śnie.Zbudził się: lokaj list przynosi;W nim książę N. uprzejmie prosiNa wieczór. »Do niej! Boże mój!Z pewnością będę!« — Liścik swójW tym sensie śle... I niecierpliwy,Co go udręcza, nie wie sam...Co się ruszyło w głębi tam,W duszy oziębłej i leniwej?Próżności hydra? — gniewu gad?Czy miłość — troska młodych lat?

Liczy godziny na zegarze,Bez końca dłuży mu się dzień.Dziesiąta wreszcie!... Zaprządz każe...Wyjechał — pędzi — wchodzi w sień —Do księżnej idzie na pokoje.Tatjana — sama... I we dwojeChwil kilka siedzą... Ale znówOniegin nie znajduje słów...Siedzi pochmurny, nawpół zgięty;Niezręczność każdy zdradza ruch...Ledwie odpowie... Jego duchUpartą myślą jest zajęty;Uparcie patrzy... lecz, jak wprzód,Widzi w niej jeno spokój, chłód...

Mąż wchodzi. Wita Oniegina,Przerywa krótkie tête-à-tête,Eugeniuszowi przypominaFigielki stare... Obaj wnetŚmieją się... Wchodzi szereg gości...Attycka sól światowej złościSypie się gęsto... Ten i ówNić lekkich bredni, zgrabnych słów,Wplata bez śmiesznej kokieteryiW ogólnych rozmów lśniący haft;I tka go myśl — bez wiecznych prawd,Bez szumnych zdań, bez pedanteryi;Tu się nie wzdryga niczyj słuchNa lekkich rozmów żywy duch.

A jednak był tu kwiat stolicy,Arystokracyi świetny ród,Niezbędni głupcy, urzędnicy,Trafiani wszędzie, wzory mód.Tu były damy żółtolice,W czepkach i różach czarownice;Z pięć dziewic brzydkich, jako grzech,Które nie znały, co to śmiech.Tu poseł był, co, gdy rozprawiałO państwie, zwykł podnosić głos;

I zdobny w siwy, wonny włosStarzec, co grono pań zabawiałSubtelnym żartem dawnych dni,Z czego dziś nieco świat już drwi...

Tu był na wszystko zły jegomość,Co epigramy tworzył w mig:Na gazet fałsz i nieświadomość,Na płaskość dam, na męski szyk,Na przesłodzoną zbyt herbatę,Na wojnę i na czasu stratęW dysputach o romansie mdłym,Na śnieg, na wiatr, na fajek dym,Na swoją własną żonę wreszcie...............................................................

Tu był Saburow, co od tłumówZa podłość wziął pochwalny list;W tysiącach stępił on albumówTwoje ołówki, o St.-Priest!A we drzwiach stał dyktator balów,Jakby obrazek z mód żurnalów,

Rumiany, jak cherubin, mrukZ obcisłą talją, rozmów wróg.Nakrochmalony zbyt pyszałekWstrzymany w gościach budził śmiechMnogością swych zabawnych cech,Groźnem wierceniem ocznych gałek;I skrzyżowanych spojrzeń prądMieścił milczący o nim sąd.

Lecz mój Oniegin wieczór całySpojrzenia ku Tatjanie śle, —Nie ku dzieweczce tej nieśmiałejNa skromnem traw zielonych tle,Lecz ku tej świetnej, chłodnej księżnej,Owej bogini niedosiężnej,Co zbiera hołdy kornych mas...O ludzie, ludzie! wszystkich wasWydała na świat matka-Ewa;Was nudzi to, co macie wciąż;I nęci was ku sobie wążW tajemniczego liściach drzewa;Hej! zakazane jabłko daj...Bez niego rajem nie jest raj!...

Zmieniona do niepodobieństwa!Zgłębiła rolę swą do dna!

Krępującego dostojeństwaWszystkie przepisy świetnie zna!Zginął dzieweczki ślad nieśmiałejW owej wspaniałej i niedbałejPrawodawczyni newskich mód!I on jej sercem władał wprzód?!O nim myślała w nocnym mroku,Za nim tęskniła długie dnie,Jego widziała w szczęsnym śnie,I patrząc w gwiazdy z łezką w oku,Marzyła, że nastąpi czas,Gdy drogą życia pójdą wraz!

Miłość nad każdym wiekiem włada;Ale na łany młodych duszTak dobroczynnie wiew jej spada,Jak w polu deszcz wiosennych burz.Bo w burzach pragnień odświeżaneDojrzeją serca młodociane,Potężne życie z biegiem latDa słodki owoc, pyszny kwiat.Ale w czas późny i niepłodny,Na przełomowym punkcie lat,Namiętność martwy znaczy ślad:Tak burze w czas jesieni chłodnyKałuże błotne tworzą z łąkI obnażają lasy wkrąg.

Niestety! Kocha się, jak dziecko,W Tatjanie dziś bohater mój;Tęsknota toczy go zdradziecko,A w sercu wzbiera pragnień zdrój.I na zwyczaje już nie baczy,Ku szklanej sieni jej w rozpaczyPodjeżdża niemal każdy, dzień;Za nią ugania się, jak cień;Już szczęsny, gdy puszyste boaZarzuci wkoło ramion tych,Albo też pułk li bery j pstrychPrzed krokiem jej rozsunąć zdoła,Gorąco dotknie ręki tej,Lub chustkę spadłą poda jej.

Choć konaj, zda się, nie łaskawszeBędą jej oczy... W planach trwa;U siebie z nim swobodna zawsze,W gościnie rzuci słówko, dwa.To ukłon w miarę mu odważy,To wcale go nie zauważy...Nie kokieteryi jest w tem ślad,Bo tej nie znosi wyższy świat.Nie widzi, że Oniegin blednie,Lub widzieć nie chce; sądząc z lic,

W suchoty wpadnie; nic a nicTo jej nie wzrusza... Leki przednieRadzą mu ludzie i do wódŚlą go doktorzy... Próżny trud!

Nie jedzie; raczej sam jest w staniePradziadom posłać list, by ciJuż nań czekali... A TatjanieTo wszystko nic!... (O, sroga płci!)On też uparty... ma nadziejęNa nowe plany i ideje.I śmielszy, gdy w chorobie zległ,Z łóżka się z piórem w ręku zwlekł,Pisze namiętną epistołę:Choć zdawna słusznie twierdził sam,Że papier nie podbija dam,Lecz położenie niewesołeZmogło go... Wierzy mocy słów...Tu zacytuję liścik ów:

Wiem naprzód — to szalony krok!Wiem, że jest rzeczą nierozumnąWyjawiać duszy swojej mrok;Wiem, że jedynie wzgardą dumnąZabłyśnie dumny Pani wzrok,

Że gniew wywoła na Twe licaOdkryta smutna tajemnica.Choć do złośliwej wesołościZapewne tylko powód dam —Lecz muszę ujście dać miłości...Choć czego żądam — nie wiem sam!

Przypadkiem ongi mnie spotkawszy,Dałaś mi zajrzeć w swoje serce;Iskrę uczucia tam dojrzawszy,Jam nie śmiał wierzyć tej iskierce!Nie mogło być — przed duszą Twoją,Bym swym zwyczajom folgę dał,A znowu — wolność nędzną swojąJam się utracić wówczas bał!Jeszcze nas jedno rozłączyło:Ofiarą biedny Leński padł;Wszystko, co sercu miłem było,Jam rzucił wówczas... uszedł w świat!I obcy wszystkim w onej porzeI z niczem wówczas niezwiązany,Wierzyłem, że do szczęścia zdolnośćZastąpić mogą spokój, wolność, —Że one — szczęściem!.., O mój Boże,Jakżem za błąd ten ukarany!Nie!... Iść za Tobą, jako cień,Módz Ciebie widzieć co minutę,Do ócz Twych oczy mieć przykute,

Chwytać Twój uśmiech każdy dzień,Przy Tobie uczuć własną małość,Pojmować Twoją doskonałość,Słuchać, co usta Twoje głoszą,I każdy dźwięk tych ust pożerać,I znowu słuchać, znów spozierać,Przed Tobą pośród mąk zamierać,Blednąc i gasnąć... to rozkoszą!

I ja jej nie mam!... I w obłędzieNapróżno Ciebie szukam wszędzie,Dokąd iść każe przeczuć głos,Zawodnie szepcąc: ona będzie!Drogi mi dzień, godzina droga,Bo dni me już policzył los,A mnie tęsknota dręczy sroga!A ja czas tracę na szukanie!Wiem: już niewiele pozostanieŻyć mi... Zbyt ciężko płynie czas...Lecz abym dłużej żyć był w stanie,Muszę być pewnym w dnia zaranie,Że w dniu tym ujrzę Cię choć raz...

Ja drżę, że w prośbie tej błagalnejDostrzeże Twój surowy wzrokChytrości nędznej zamysł walny —I gniewem spłonie na ten krok.O, gdybyś znała tę męczarnię:Miłości ciągłe czuć pragnienie,

Płonąć — i myślą swoją karnieBez przerwy tłumić krwi wzburzenie;I pragnąc objąć Twe kolana,I pragnąc płakać u Twych nóg,Pragnąc Ci wyznać, ukochana,Co tylkobym wyrazić mógł, —Wszystko udaniem w sobie zgnieść,Wplecionym być w męczarne koło,Chłód włożyć w oczy, w rozmów treść,Z Tobą rozmowę lekką wieść,Na Ciebie patrzyć się wesoło!

Więc niech się stanie; takiej męceJuż nie wydołam... Wolę cios!Stało się: oto w Twoje ręceOddaję teraz cały los!

Na list — milczenie... Drugi, trzeciŚle... odpowiedzi zawsze brak...Wyszedł, na bal do klubu leci...Ona! Wprost idzie... Da-ż mu znak,Że cierpi?... Boże! jak surowa!Nie widzi go, nie rzecze słowaDo niego... Chłód jej jeszcze wzrósł...Z niej trzaskający wieje mróz!...I powstrzymanem oburzeniem,Zda się, uparte usta drżą...

On wzrok badawczy wlepia w nią...Plam łzawych szuka z upragnieniem...Litości cienia... Nic a nic!Gniew tylko patrzy z onych lic.

Widoczny gniew, — nie strach tajemny,By nie zgadł z twarzy świat lub mąż,Że jako strumień rwie podziemny,Tak krew się skrycie burzy wciąż...Oniegin z balu wnet ucieka,Klnie szał swój, świata się wyrzeka.Nadzieję stracił, przecie szałWciąż w nim głęboko jeszcze trwał.I w swym milczącym gabineciePrzypomniał z niezbyt dawnych lat,Jak spleen okrutny za nim w śladPodążył, gonił go po świecie,Nareszcie go za kołnierz wziąłI — do ciemnego kąta pchnął.

Czyta od rana do wieczora:Gibbona połknął i Rousseau,Bichat, Herdera i Chamforfa,Manzoni, panią Stael, Tisseau,Przeczytał sceptycznego Bayle’a,Utwory cięte Fontenelle’a,

Naszych autorów kilku zjadł,O ile który w ręce wpadł,I almanachów, gazet stosy,Gdzie dzisiaj nas pouczać chcą,Gdzie moje pisma strasznie tną,A gdziem był ongi pod niebiosyWynoszon... w tem stałości brak...E sempre bene — tak czy siak!

Lecz cóż?... Czytały tylko oczy,A myśli gdzieś uciekły w dal,Błąkały w mglistej gdzieś roztoczy,Ścigały sny, pragnienia, żal...Napiętej duszy oczy czynneŚród wierszy druku — wiersze inneCzytały... I w nich duszą grzęzł,Wczytywał się w ich skryty sens...To były dawnych dni podania,Zamierzchły a serdeczny świat,Urwane sny i groźby strat,Wróżby, dziwaczne rozmyślania,Wzorzysty długiej bajki haft,Przeczucia niespodzianych prawd.

Myśl coraz mniej się uwyraźnia,Jakby zapada zwolna w sen...

Rozwija przed nim wyobraźniaSzeregi fantastycznych scen:To młodzian leży tam na śniegu,Jakgdyby śpiący na noclegu,Bez ruchu... Słychać krzyk: »no cóż?Zabity!« — wszystko znikło już...To widzi wrogów zapomnianych,Potwarców, podłych tchórzów rój,To młodych zdrajczyń modny strój,To towarzyszy pogardzanych,To wiejski dom — przy oknie w łzachOna... I zawsze Ona!... Ach!...

Szaleńcom więc wizyami sprostał,Nieomal w obłąkanie wpadł,Poetą ledwie że nie został...Nie wiem, co na to rzekłby świat!Zaprawdę: mocą magnetyzmu,Rosyjskich wierszy mechanizmuSprężynę skrytą chwytał już...A dawniej w rytmach — ani rusz! —Gdym uczył go... Dziś, jak poeta,Gdy na kominku płoną drwa,W kąciku siada, w dumach trwa,Lub miauczy: »Idol!« »Benedetta!«Choć w ogień mu pantofle z nógSpadały — dalej marzyć mógł!

Czas płynął, zimie rzekł już veto!I w termometrze spadła rtęć.Nie umarł, nie stał się poetą,Zachował swoich klepek pięć.Żywi go wiosny duch skrzydlaty:Rzuca zamknięte swe komnaty,(Jak borsuk w norze siedział tam),Kominek, rząd podwójnych ram, —I w saniach mknie w pogodę cudnąWzdłuż Newy... Wodą idą kry...W błękitnych lodach krzesze skrySłoneczny blask... Topnieje brudnoSkopany na ulicach śnieg...Zgadnijcie, kędy szybki bieg.

Skierować kazał? Dość zabawnyZ mej strony ten pytania znak!Przyjechał dziwak niepoprawnyDo niej, do Tani swojej... Tak!I idzie z miną nieboszczyka,Nikogo z służby nie spotyka,Przechodzi pustych komnat rząd...Otwiera drzwi.., I naraz prądJakby mu wstrząsnął wszystkie nerwy!...Tam księżna sama... bladą skroń

Siedzącej biała wspiera dłoń...Po licach płyną łzy bez przerwy...List jakiś w drugiej ręce ma...I czyta go — i cicho łka.

Jej niemą boleść w chwilce jednejChyba z tych lic wyczytałbyś!Kto Tani dawnej, Tani biednejNie poznał w owej księżnej dziś?!Szalona żałość nim owłada...Eugeniusz jej do nóg upada.A ona drgnęła... Patrzy nań...Nie mówi nic... Nie słychać łkań...Nie widać gniewu, ni zdziwienia...Usprawiedliwiał jego krokZagasły, chory jego wzrok...Ten niemy wyrzut ją odmieniaI z dawnem sercem, pełnem snów,Wskrzesza w niej proste dziewczę znów!

Długo na niego patrzy tkliwa,Na jego śmiałość nie ma skarg,Nieczułej ręki nie odrywaOd jego chciwych bladych warg...W jej duszy wskrzesło uczuć tyle!W milczeniu schodzą długie chwile...

Wtem drgnie i cicho rzecze wraz:»Dość tego! Wstań pan!... Nadszedł czasWyznać, com kryła tak opornie...Oniegin, czy pamiętasz dzień,Gdy nas we dwoje w lipy cieńSprowadził los, gdy tak pokornieJam wysłuchała lekcyi twej?Z kolei ty cierpliwość miej!

»Oniegin! młodszą wtedy byłamI, zda się, większy miałam wdzięk...Kochałam ciebie... Cóż odkryłam?Jaki w twem sercu zabrzmiał dźwiękI jakie echo?... Ach, surowe!Nie było to dla pana nowe —Rzucić w tak proste serce siew;A dzisiaj, Boże! — stygnie krew,Kiedy przypomnę wzrok ten chłodnyI to kazanie... Ale winNiema na panu... Pański czynWówczas szlachetny był i godny...I wobec mnie miał słuszność pan...Wdzięczną ci jestem... krwią mych ran.

»Nieprawdaż, wtedy w mej pustyniPan nie znalazłeś we mnie nic?...

Patrzyłeś chłodno. Cóż dziś czyni,Że prześladowcą stał się widz?Czemuś mnie raczył dojrzeć przecie?Czyli nie stąd, że w wyższym świecieZjawiam się śród zbytkownych ram,Że tytuł i majątek mam,Że mąż mój w ranach z bitw powróciłI dwór nie szczędzi nam swych łask,Że mój upadek miałby blask,Oczyby świata na nas zwrócił,Że dziś ma hańba panu snadźPragnioną chwałę może dać?!

»Ja płaczę... Jeśli swoją TanięJeszcze pamiętasz, o! to wiesz,Że nad namiętność, łzy, błaganie,Którem me serce zmiękczyć chcesz, —Ostre wolałabym wyrzuty,Szyderstwem chłodnem sąd zatrutyObraziłbyś mnie dzisiaj mniej!Wtedy dla śniącej duszy mejMiałeś choć litość... Choćby karnośćUczułeś wobec młodych lat...A dziś — jak trafiasz na mój ślad?Do nóg śmiesz padać?... Jaka marność:Rozum i serce pańskie mieć,A w płaskiej żądzy wpadać sieć!

»A mnie ten przepych tylko gniecie,Ten maskarady nędzny szych...Moje tryumfy w pustym świecie,Mój świetny dom... I cóż jest w nich?Jam każdej chwili oddać radaSzmat, którym pstrzy się maskarada,Cały ten gwar, i blask, i czad,Za półkę ksiąg, za dziki sad,Za skromny dom nasz i — pamiętasz?Za miejsce to, gdzie jeden razSprowadził los we dwoje nas,I za ubogi wiejski cmentarz,Gdzie dzisiaj wierzb płaczących trenKołysze biednej niani sen.

»A szczęście było tak możebne!Tak blizkie!... Lecz rozstrzygnął los!To poświęcenie niepotrzebneDyktował nieopatrzny głos.Lecz w łzach widziałam matkę biedną,A dla mnie... wszystko było jedno,Już nie czekałam szczęsnych zmian.I wyszłam za mąż... Musisz panTo uznać, czego już nie złamać!Zostaw mnie! Proszę ... Honor masz

I obowiązku drogę znasz...Ja kocham ciebie... (Po co kłamać?)Lecz z innym już mnie związał ślubI wierną żoną zejdę w grób!«

Odeszła... Sam Eugeniusz został...O, Boże! Kres już wszystkim snom!...O, w jakiż wir się uczuć dostał!Jaki na głowę spadł mu grom!Wtem brzęk ostrogi dźwięknął znany,I w progu stanął mąż Tatjany...I... czytelniku! w chwili tej,Dla bohatera mego złej,Na długo chcę go pozostawić...Na zawsze!... Za nim dosyć jużBłądziliśmy po świecie wzdłuż...W przystani nogę czas postawić,Winszować sobie brzegu wraz...Nieprawdaż?... dawno skończyć czas!

Ktokolwiek jesteś, czytelniku,Druh, albo wróg mój, — pragnę dziśW przyjaznym żegnać cię okrzyku...Więc bywaj zdrów! CokolwiekbyśSzukał tu w strofach mych niedbałychCzy to wytchnienia z prac wytrwałych,

Czy przypomnienia młodych snów,Obrazów żywych, ciętych słów,Czy to omyłek gramatycznych —Niech Bóg ci da: znajdź w książce tejDla serca, dla fantazyi swej,Dla snów, dla krytyk polemicznych,Lub dla rozrywki choćby źdźbło!Bądź zdrów! Bodaj ci dobrze szło!

Żegnaj i ty, wędrowcze smętny,I ty, Tatjano, wzorze cnót...A z wami niech mi żegna skrzętnyI żywy, choć niewielki trud.Znałem w nim to, co drogo cenię:O burzach świata zapomnienie,Czar, co w rozmowie z druhem tkwi.Uciekło wiele, wiele dni,Odkąd Tatjany postać ślicznej,A z nią Oniegin w mglistym śnieNawiedził po raz pierwszy mnieI, jak przez kryształ lśniąc magiczny,Jeszcze we mgle obłocznych falBłysnęła mi romansu dal...

Lecz ci, co mile mnie słuchali,Gdym pierwsze strofy czytał im...

»Jednych już niema, inni — w dali«,Jak Sadi rzekł w »Ogrodzie« swym.Bez nich Oniegin wykończony,A Ona, którą duch natchnionyObrał za wzór Tatjany mej...Los wiele, wiele odjął jej!...Szczęśliw, kto nie do dna wysączyłŻywota puhar; szczęsny człek,Co z uczty ziemskiej wcześnie zbiegł,Romansu życia nie dokończył,I tak się umiał rozstać z nim,Jak ja tu — z Onieginem mym!

Comments

Loading comments…