Eugeniusz Oniegin — Rozdział VIII

Translated by Leopold Blumental

Był park w Liceum... Moja duszaTam zażywała słodkich chwil...Bawił ją twór Apulejusza,A Cycerona nudził styl...W dni one siedzę na murawie,Słyszę łabędzi krzyk na stawieI tonę w jakimś błogim śnie...Wtem Muza w ramię trąca mnie..Odtąd studencka moja celaBłysnęła światłem: Muza w niejNa ucztach jęła wodzić rej,Śpiewała młodą pieśń weselaI chwałę naszych dawnych lat,I serca dreszcz, i marzeń kwiat.

Świat mile przyjął Muzy dary,Z uznaniem był dla pierwszych prób;I dostrzegł nas Dierżawin staryI błogosławił, schodząc w grób.........................................................................................................................

Jeszcze nie wierząc w żadną klęskę,Uznając jedno prawo — szał,Jam szedł na uczty koleżeńskieI rzeźką Muzę z sobą brał,Gdzie huczą spory, dzwonią żarty,Ku wielkiej zgrozie nocnej warty.I Muza w ten szalony gwarRytmicznych dźwięków niosła dar,I jak bachantka, pijąc chętnie,Pieśń przy kielichu mogła snuć...

A w onych dniach przyjazna młódźZa nią włóczyła się namiętnie.A ja... wyznaję: rósł mi duch,Że mą wietrznicę chwali druh.

Wreszcie rozstałem się z druhami,Uciekłem... za mną Muza w dal...Teraz umiała pieszczotamiKoić wygnańca niemy żal,Bajką czarować słuch z wieczora;Na koniu ze mną, jak Lenora,Pędziła śród kaukazkich skał,A miesiąc srebrne blaski lał!Wodziła mnie na brzeg Taurydy,Gdzie się rusałek schodzi tłum,Abym usłyszał morza szum,Szept niemilknący Nereidy,Huczących fal wieczystą treść:Chwalebny hymn na Twórcy cześć!

I o stołecznym świecie butnymZapominała w nocnych mgłach...I gdzieś w mołdawskim stepie smutnymKryła się pod płócienny dach...Błędne plemiona nawiedzała,Żyła w szałasach i zdziczała!

Biednych języków dziwny światI piosnki, które nosi wiatr,Dały zapomnieć bogów mowy!...Wtem nowa zmiana z biegiem lat:Zjawiła się w mój wiejski sadW postaci panny powiatowej,Co się oddaje smutnym snomI w rękach ma francuzki tom.

I oto Muzę mam wprowadzićW świat wielki, na wspaniały raut;Nie wiem, czy zdoła sobie radzić,Swej prostej duszy zadać gwałt.Przez zwarty rząd arystokratów,Wojskowych dandych, dyplomatów,Cichutko sunie, siadła tam,Zdaleka od wytwornych dam;Wokoło siebie patrzy rada;Bawi ją szelest szat i słów,Przed panią domu ukłon głów,Powolna gości defilada,Wśród fraków jasne stroje dam —Obraz, co z ciemnych patrzy ram...

Podoba jej się duma chłodna,Co nie narazi się na szwank,

Oligarchiczność tonu, godnaTej mięszaniny lat i rang.Lecz kto tam w tłumie tym wybranymZda się przypadkiem zamieszanym?Zda się jest wszystkim obcy tu...Jakby natrętne widma snu,Migają przed nim ludzkie roje.W twarzy czy spleen? czy zdradza gestCierpiącą pychę? Któż to jest?Skąd wziął się? Nieba! rzec się boję...Czyż to Eugeniusz? Przebóg! On!»Dawno-ż z dalekich przybył stron?

Czy zmienił się? czy maskę rzucił?Czyli poskromił dawny szał?Powiedzcie jakim dziś powrócił?Czy znów dziwaka będzie grał?Jak się przedstawi? Cień Melmota?KosmolitaKosmopolita? patryjota?Harold? świętoszek? kwakier? Ba!Może świetniejsze maski ma?Albo poczciwcem sobie będzie,Jak ty, jak ja, jak cały świat?Niech zrobi tak. Niech słucha rad...Rzucają starą modę wszędzie,Pochlebców głupich dzisiaj brak«...— Lecz, czy go znacie? — »Nie i tak!« —

— I »nie?«... Więc czemu nieprzychylnieMówicie o nim?... Czy nie stąd,Że się staramy tak usilnieO wszystkiem wydać spieszny sąd,Co z powszedności wyjdzie granic,Co nasz egoizm trzyma za nic,Co w naszem sercu nie ma ech,Obraża nas lub budzi śmiech?Że bierze umysł nierozważnyMiarę dla czynów tylko z słów;Że złość — przywilej głupich głów,Że kocha brednie człek poważny,I że przeciętność jedną światI znosić i uznawać rad.

Szczęsny, kto młodym był za młodu,Szczęsny, kto dojrzał w miarę lat,Kto z życiowego nie zmarzł chłoduI nazwyczaił się do zdrad,Kogo nie zraził tłum światowy,Kto nie biegł w marzeń kraj niezdrowy,W dwudziestu latach chwata grał,W trzydziestu posag z żoną brał,Kogo dług więcej nie uciskał,Gdy liczył pięćdziesiąty rok,

Kto regularny robiąc krok,Majątek, sławę, rangę zyskał,0 kim głoszono wyrok ten;Porządny człowiek jest N. N.

Lecz boli myśl, że nadaremnieMłodością cię obdarzył Bóg,Że ona zwiodła cię nikczemnie,Żeś sam jej lepiej użyć mógł;Że twych najlepszych pragnień roje,Marzenia najpiękniejsze twojeStraciły świeżość swoich kras,Jak liść — w jesieni zgniłej czas.Nieznośnie — taczkę niedorzecznąPo szarej drodze czasu pchać,Obrządkiem nudnym życie zwaćI za czeredą iść stateczną,Nie czując w sercu wspólnych drgań,Nie dzieląc z nią ni żądz, ni zdań!...

Nieznośnie rozmów być przedmiotem,Do głupich sądów powód dać,Gdy świat rozsądny gada o tem,Że chcesz dziwaka chlubnie grać,Gdy słyniesz jako bzik lub szatan,Lub duch, z »Demonem« moim zbratan,

Czart, albo potwór — Boże broń....Oniegin, — (znów powracam doń) —Zabiwszy druha w pojedynku,W bolesny, chmurny nastrój wpadł...Dożył dwudziestu sześciu latW życiu bez celu; w odpoczynkuCierpiał, znudzony bytem widz...Nie mógł jednakże robić nic!

Kazał mu pociąg mimowolnyBłądzić po świecie wszerz i wzdłuż(To krzyż niektórych dobrowolny,Częściej — zbolałych cecha dusz:Potrzeba straszna miejsca zmiany),Porzucił ciche wioski łanyI smutny dom, gdzie każdy dzieńZjawiał się przed nim krwawy cień,I podróżować jął bez celu —Lecz się nie wyrwał z nudy pętI do podróży poczuł wstręt,I po miesiącach wrócił wielu,A jako Czacki, tłumiąc żal,Z okrętu przyszedł wprost na bal...

Wtem szmer powstaje; coś uderzaCiekawy rzadko wyższy świat;

Ku pani domu dama zmierza,Za nią jenerał znaczny w ślad.Nie było cienia w niej pośpiechu,Ni zbytku chłodu, ni uśmiechuDla wszystkich zgoła; pychy lic,Przesady w słówkach — nic a nic...Nie tchnął pewnością wzrok nadmierną,Że los jej sztukę zwycięstw dał...Prostoty cichy czar z niej wiał...I była ona kopią wiernąDu comme il faut. Jak przekład dać?O, Szyszkow! nie grom, lepiej radź!...

Damy sunęły ku niej bliżej,Staruszki uśmiech słały jej,Mężczyźni się kłaniali niżej,Jak korny lud bogini swej.Dziewice mknęły przed nią ciszej...I szept pochlebny wkoło słyszyJenerał, krocząc za nią w ślad,I wyżej nos zadziera rad.A nie klasyczna to urodaWywoływała zachwyt ów,Lecz to, że w niej od stóp do główNie było nic, co wyższa modaZwie w Anglii vulgar... Nie wiem, jakPrzełożyć to, gdyż słów mi brak!

Ja lubię to angielskie słowoI u nas je wprowadzam rad...Niech sobie Szyszkow kręci głową,Odrzuca je piszący świat —Jest dobre, zwłaszcza w epigramie...Ale powracam ku mej damie:Już przeszła salę, siadła juzż,A przy niej Nina Wrońska tuż —Ta Kleopatra Newy nowa!I patrząc na nie — cały światChyba to przyzna za mną w ślad,Że Niny piękność marmurowaNie mogła swej sąsiadki śćmić, —A Nina... bóstwem może być!

»Czy to być może? Czy to ona?»Czy oczy mam zasnute mgłą?»Ze stepów głuchych? Tak zmieniona!«...Natrętne swych binokli szkłoEugeniusz zwraca w jedną stronę...I widzi, jak przez mgły osłonę,Wraz inną, zapomnianą twarz...»A książę! powiedz, czy ty znaszTę damę?... z piórem na berecie...Z hiszpańskim posłem mówi... tam«...

Zaśmiał się książę: — Czy ją znam?Ho! znać, żeś dawno nie był w świecie.Chcesz, to przedstawię ciebie... Wszak...»Lecz kto to?« — Żona moja! »Tak?

Żonatyś?... Nic mi nie pisano!Dawno?« — Już drugi rok. A toć...»Z kim?« — Z panną Laryną. »Z Tatjaną?«— Znasz ją? »Sąsiadka«. — O, to chodź.Książę podchodzi z nim do żony:»Mój krewniak, druh odnaleziony«...W tym duchu rzecze kilka zdań.I oto księżna spojrzy nań...A choć się wszystko w niej wzburzyło,Gdy nagle przed nią stanął on,Lecz zachowała dawny ton,Nic jej wzruszenia nie zdradziło;Ukłon powagę zwykłą miałI wyraz lic spokojem wiał...

I nie pobladła, nie spłonęła,Zdziwienia cień nie przebiegł lic,Warg nie rozwarła, nie ścisnęła,Nie drgnęła brew jej... Nic a nic!Próżno wzrok jego szukał wprawny:Nie znalazł śladu Tani dawnej...

Chciał mówić — dziwny zdjął go lęk:Nie wyszedł z gardła żaden dźwięk.A ona pyta, kiedy wrócił?Czy dawno? skąd? czy ze wsi już?Potem na męża, co stał tuż,Znużony nieco wzrok się zwrócił...I wyszła z szmerem lekkich szat...On nieruchomy patrzył w ślad.

Czy to w istocie jest Tatjana,Ta sama, co przez cichy sadSzła raz ku niemu pomięszanaI łez na rzęsach miała ślad,Której moralne lekcye prawił,Którą tam w głuszy pozostawił,Od której chowa liścik ów,Co całe serce w ogniu słów,Co całą duszę jej obnażył?!To dziewczę?!... Nie! to chyba sen!To dziewczę, które znawca tenZa parafiaństwo zlekceważył —To ona!... Skąd ta pewność, chłód,W rozmowie z nim nieznane wprzód?

I raut porzuca, pełny gwaru,Do domu zadumany mknie;

Marzenia smutne, pełne czaru,Latają nad nim w późnym śnie.Zbudził się: lokaj list przynosi;W nim książę N. uprzejmie prosiNa wieczór. »Do niej! Boże mój!Z pewnością będę!« — Liścik swójW tym sensie śle... I niecierpliwy,Co go udręcza, nie wie sam...Co się ruszyło w głębi tam,W duszy oziębłej i leniwej?Próżności hydra? — gniewu gad?Czy miłość — troska młodych lat?

Liczy godziny na zegarze,Bez końca dłuży mu się dzień.Dziesiąta wreszcie!... Zaprządz każe...Wyjechał — pędzi — wchodzi w sień —Do księżnej idzie na pokoje.Tatjana — sama... I we dwojeChwil kilka siedzą... Ale znówOniegin nie znajduje słów...Siedzi pochmurny, nawpół zgięty;Niezręczność każdy zdradza ruch...Ledwie odpowie... Jego duchUpartą myślą jest zajęty;Uparcie patrzy... lecz, jak wprzód,Widzi w niej jeno spokój, chłód...

Mąż wchodzi. Wita Oniegina,Przerywa krótkie tête-à-tête,Eugeniuszowi przypominaFigielki stare... Obaj wnetŚmieją się... Wchodzi szereg gości...Attycka sól światowej złościSypie się gęsto... Ten i ówNić lekkich bredni, zgrabnych słów,Wplata bez śmiesznej kokieteryiW ogólnych rozmów lśniący haft;I tka go myśl — bez wiecznych prawd,Bez szumnych zdań, bez pedanteryi;Tu się nie wzdryga niczyj słuchNa lekkich rozmów żywy duch.

A jednak był tu kwiat stolicy,Arystokracyi świetny ród,Niezbędni głupcy, urzędnicy,Trafiani wszędzie, wzory mód.Tu były damy żółtolice,W czepkach i różach czarownice;Z pięć dziewic brzydkich, jako grzech,Które nie znały, co to śmiech.Tu poseł był, co, gdy rozprawiałO państwie, zwykł podnosić głos;

I zdobny w siwy, wonny włosStarzec, co grono pań zabawiałSubtelnym żartem dawnych dni,Z czego dziś nieco świat już drwi...

Tu był na wszystko zły jegomość,Co epigramy tworzył w mig:Na gazet fałsz i nieświadomość,Na płaskość dam, na męski szyk,Na przesłodzoną zbyt herbatę,Na wojnę i na czasu stratęW dysputach o romansie mdłym,Na śnieg, na wiatr, na fajek dym,Na swoją własną żonę wreszcie...............................................................

Tu był Saburow, co od tłumówZa podłość wziął pochwalny list;W tysiącach stępił on albumówTwoje ołówki, o St.-Priest!A we drzwiach stał dyktator balów,Jakby obrazek z mód żurnalów,

Rumiany, jak cherubin, mrukZ obcisłą talją, rozmów wróg.Nakrochmalony zbyt pyszałekWstrzymany w gościach budził śmiechMnogością swych zabawnych cech,Groźnem wierceniem ocznych gałek;I skrzyżowanych spojrzeń prądMieścił milczący o nim sąd.

Lecz mój Oniegin wieczór całySpojrzenia ku Tatjanie śle, —Nie ku dzieweczce tej nieśmiałejNa skromnem traw zielonych tle,Lecz ku tej świetnej, chłodnej księżnej,Owej bogini niedosiężnej,Co zbiera hołdy kornych mas...O ludzie, ludzie! wszystkich wasWydała na świat matka-Ewa;Was nudzi to, co macie wciąż;I nęci was ku sobie wążW tajemniczego liściach drzewa;Hej! zakazane jabłko daj...Bez niego rajem nie jest raj!...

Zmieniona do niepodobieństwa!Zgłębiła rolę swą do dna!

Krępującego dostojeństwaWszystkie przepisy świetnie zna!Zginął dzieweczki ślad nieśmiałejW owej wspaniałej i niedbałejPrawodawczyni newskich mód!I on jej sercem władał wprzód?!O nim myślała w nocnym mroku,Za nim tęskniła długie dnie,Jego widziała w szczęsnym śnie,I patrząc w gwiazdy z łezką w oku,Marzyła, że nastąpi czas,Gdy drogą życia pójdą wraz!

Miłość nad każdym wiekiem włada;Ale na łany młodych duszTak dobroczynnie wiew jej spada,Jak w polu deszcz wiosennych burz.Bo w burzach pragnień odświeżaneDojrzeją serca młodociane,Potężne życie z biegiem latDa słodki owoc, pyszny kwiat.Ale w czas późny i niepłodny,Na przełomowym punkcie lat,Namiętność martwy znaczy ślad:Tak burze w czas jesieni chłodnyKałuże błotne tworzą z łąkI obnażają lasy wkrąg.

Niestety! Kocha się, jak dziecko,W Tatjanie dziś bohater mój;Tęsknota toczy go zdradziecko,A w sercu wzbiera pragnień zdrój.I na zwyczaje już nie baczy,Ku szklanej sieni jej w rozpaczyPodjeżdża niemal każdy, dzień;Za nią ugania się, jak cień;Już szczęsny, gdy puszyste boaZarzuci wkoło ramion tych,Albo też pułk li bery j pstrychPrzed krokiem jej rozsunąć zdoła,Gorąco dotknie ręki tej,Lub chustkę spadłą poda jej.

Choć konaj, zda się, nie łaskawszeBędą jej oczy... W planach trwa;U siebie z nim swobodna zawsze,W gościnie rzuci słówko, dwa.To ukłon w miarę mu odważy,To wcale go nie zauważy...Nie kokieteryi jest w tem ślad,Bo tej nie znosi wyższy świat.Nie widzi, że Oniegin blednie,Lub widzieć nie chce; sądząc z lic,

W suchoty wpadnie; nic a nicTo jej nie wzrusza... Leki przednieRadzą mu ludzie i do wódŚlą go doktorzy... Próżny trud!

Nie jedzie; raczej sam jest w staniePradziadom posłać list, by ciJuż nań czekali... A TatjanieTo wszystko nic!... (O, sroga płci!)On też uparty... ma nadziejęNa nowe plany i ideje.I śmielszy, gdy w chorobie zległ,Z łóżka się z piórem w ręku zwlekł,Pisze namiętną epistołę:Choć zdawna słusznie twierdził sam,Że papier nie podbija dam,Lecz położenie niewesołeZmogło go... Wierzy mocy słów...Tu zacytuję liścik ów:

Wiem naprzód — to szalony krok!Wiem, że jest rzeczą nierozumnąWyjawiać duszy swojej mrok;Wiem, że jedynie wzgardą dumnąZabłyśnie dumny Pani wzrok,

Że gniew wywoła na Twe licaOdkryta smutna tajemnica.Choć do złośliwej wesołościZapewne tylko powód dam —Lecz muszę ujście dać miłości...Choć czego żądam — nie wiem sam!

Przypadkiem ongi mnie spotkawszy,Dałaś mi zajrzeć w swoje serce;Iskrę uczucia tam dojrzawszy,Jam nie śmiał wierzyć tej iskierce!Nie mogło być — przed duszą Twoją,Bym swym zwyczajom folgę dał,A znowu — wolność nędzną swojąJam się utracić wówczas bał!Jeszcze nas jedno rozłączyło:Ofiarą biedny Leński padł;Wszystko, co sercu miłem było,Jam rzucił wówczas... uszedł w świat!I obcy wszystkim w onej porzeI z niczem wówczas niezwiązany,Wierzyłem, że do szczęścia zdolnośćZastąpić mogą spokój, wolność, —Że one — szczęściem!.., O mój Boże,Jakżem za błąd ten ukarany!Nie!... Iść za Tobą, jako cień,Módz Ciebie widzieć co minutę,Do ócz Twych oczy mieć przykute,

Chwytać Twój uśmiech każdy dzień,Przy Tobie uczuć własną małość,Pojmować Twoją doskonałość,Słuchać, co usta Twoje głoszą,I każdy dźwięk tych ust pożerać,I znowu słuchać, znów spozierać,Przed Tobą pośród mąk zamierać,Blednąc i gasnąć... to rozkoszą!

I ja jej nie mam!... I w obłędzieNapróżno Ciebie szukam wszędzie,Dokąd iść każe przeczuć głos,Zawodnie szepcąc: ona będzie!Drogi mi dzień, godzina droga,Bo dni me już policzył los,A mnie tęsknota dręczy sroga!A ja czas tracę na szukanie!Wiem: już niewiele pozostanieŻyć mi... Zbyt ciężko płynie czas...Lecz abym dłużej żyć był w stanie,Muszę być pewnym w dnia zaranie,Że w dniu tym ujrzę Cię choć raz...

Ja drżę, że w prośbie tej błagalnejDostrzeże Twój surowy wzrokChytrości nędznej zamysł walny —I gniewem spłonie na ten krok.O, gdybyś znała tę męczarnię:Miłości ciągłe czuć pragnienie,

Płonąć — i myślą swoją karnieBez przerwy tłumić krwi wzburzenie;I pragnąc objąć Twe kolana,I pragnąc płakać u Twych nóg,Pragnąc Ci wyznać, ukochana,Co tylkobym wyrazić mógł, —Wszystko udaniem w sobie zgnieść,Wplecionym być w męczarne koło,Chłód włożyć w oczy, w rozmów treść,Z Tobą rozmowę lekką wieść,Na Ciebie patrzyć się wesoło!

Więc niech się stanie; takiej męceJuż nie wydołam... Wolę cios!Stało się: oto w Twoje ręceOddaję teraz cały los!

Na list — milczenie... Drugi, trzeciŚle... odpowiedzi zawsze brak...Wyszedł, na bal do klubu leci...Ona! Wprost idzie... Da-ż mu znak,Że cierpi?... Boże! jak surowa!Nie widzi go, nie rzecze słowaDo niego... Chłód jej jeszcze wzrósł...Z niej trzaskający wieje mróz!...I powstrzymanem oburzeniem,Zda się, uparte usta drżą...

On wzrok badawczy wlepia w nią...Plam łzawych szuka z upragnieniem...Litości cienia... Nic a nic!Gniew tylko patrzy z onych lic.

Widoczny gniew, — nie strach tajemny,By nie zgadł z twarzy świat lub mąż,Że jako strumień rwie podziemny,Tak krew się skrycie burzy wciąż...Oniegin z balu wnet ucieka,Klnie szał swój, świata się wyrzeka.Nadzieję stracił, przecie szałWciąż w nim głęboko jeszcze trwał.I w swym milczącym gabineciePrzypomniał z niezbyt dawnych lat,Jak spleen okrutny za nim w śladPodążył, gonił go po świecie,Nareszcie go za kołnierz wziąłI — do ciemnego kąta pchnął.

Czyta od rana do wieczora:Gibbona połknął i Rousseau,Bichat, Herdera i Chamforfa,Manzoni, panią Stael, Tisseau,Przeczytał sceptycznego Bayle’a,Utwory cięte Fontenelle’a,

Naszych autorów kilku zjadł,O ile który w ręce wpadł,I almanachów, gazet stosy,Gdzie dzisiaj nas pouczać chcą,Gdzie moje pisma strasznie tną,A gdziem był ongi pod niebiosyWynoszon... w tem stałości brak...E sempre bene — tak czy siak!

Lecz cóż?... Czytały tylko oczy,A myśli gdzieś uciekły w dal,Błąkały w mglistej gdzieś roztoczy,Ścigały sny, pragnienia, żal...Napiętej duszy oczy czynneŚród wierszy druku — wiersze inneCzytały... I w nich duszą grzęzł,Wczytywał się w ich skryty sens...To były dawnych dni podania,Zamierzchły a serdeczny świat,Urwane sny i groźby strat,Wróżby, dziwaczne rozmyślania,Wzorzysty długiej bajki haft,Przeczucia niespodzianych prawd.

Myśl coraz mniej się uwyraźnia,Jakby zapada zwolna w sen...

Rozwija przed nim wyobraźniaSzeregi fantastycznych scen:To młodzian leży tam na śniegu,Jakgdyby śpiący na noclegu,Bez ruchu... Słychać krzyk: »no cóż?Zabity!« — wszystko znikło już...To widzi wrogów zapomnianych,Potwarców, podłych tchórzów rój,To młodych zdrajczyń modny strój,To towarzyszy pogardzanych,To wiejski dom — przy oknie w łzachOna... I zawsze Ona!... Ach!...

Szaleńcom więc wizyami sprostał,Nieomal w obłąkanie wpadł,Poetą ledwie że nie został...Nie wiem, co na to rzekłby świat!Zaprawdę: mocą magnetyzmu,Rosyjskich wierszy mechanizmuSprężynę skrytą chwytał już...A dawniej w rytmach — ani rusz! —Gdym uczył go... Dziś, jak poeta,Gdy na kominku płoną drwa,W kąciku siada, w dumach trwa,Lub miauczy: »Idol!« »Benedetta!«Choć w ogień mu pantofle z nógSpadały — dalej marzyć mógł!

Czas płynął, zimie rzekł już veto!I w termometrze spadła rtęć.Nie umarł, nie stał się poetą,Zachował swoich klepek pięć.Żywi go wiosny duch skrzydlaty:Rzuca zamknięte swe komnaty,(Jak borsuk w norze siedział tam),Kominek, rząd podwójnych ram, —I w saniach mknie w pogodę cudnąWzdłuż Newy... Wodą idą kry...W błękitnych lodach krzesze skrySłoneczny blask... Topnieje brudnoSkopany na ulicach śnieg...Zgadnijcie, kędy szybki bieg.

Skierować kazał? Dość zabawnyZ mej strony ten pytania znak!Przyjechał dziwak niepoprawnyDo niej, do Tani swojej... Tak!I idzie z miną nieboszczyka,Nikogo z służby nie spotyka,Przechodzi pustych komnat rząd...Otwiera drzwi.., I naraz prądJakby mu wstrząsnął wszystkie nerwy!...Tam księżna sama... bladą skroń

Siedzącej biała wspiera dłoń...Po licach płyną łzy bez przerwy...List jakiś w drugiej ręce ma...I czyta go — i cicho łka.

Jej niemą boleść w chwilce jednejChyba z tych lic wyczytałbyś!Kto Tani dawnej, Tani biednejNie poznał w owej księżnej dziś?!Szalona żałość nim owłada...Eugeniusz jej do nóg upada.A ona drgnęła... Patrzy nań...Nie mówi nic... Nie słychać łkań...Nie widać gniewu, ni zdziwienia...Usprawiedliwiał jego krokZagasły, chory jego wzrok...Ten niemy wyrzut ją odmieniaI z dawnem sercem, pełnem snów,Wskrzesza w niej proste dziewczę znów!

Długo na niego patrzy tkliwa,Na jego śmiałość nie ma skarg,Nieczułej ręki nie odrywaOd jego chciwych bladych warg...W jej duszy wskrzesło uczuć tyle!W milczeniu schodzą długie chwile...

Wtem drgnie i cicho rzecze wraz:»Dość tego! Wstań pan!... Nadszedł czasWyznać, com kryła tak opornie...Oniegin, czy pamiętasz dzień,Gdy nas we dwoje w lipy cieńSprowadził los, gdy tak pokornieJam wysłuchała lekcyi twej?Z kolei ty cierpliwość miej!

»Oniegin! młodszą wtedy byłamI, zda się, większy miałam wdzięk...Kochałam ciebie... Cóż odkryłam?Jaki w twem sercu zabrzmiał dźwiękI jakie echo?... Ach, surowe!Nie było to dla pana nowe —Rzucić w tak proste serce siew;A dzisiaj, Boże! — stygnie krew,Kiedy przypomnę wzrok ten chłodnyI to kazanie... Ale winNiema na panu... Pański czynWówczas szlachetny był i godny...I wobec mnie miał słuszność pan...Wdzięczną ci jestem... krwią mych ran.

»Nieprawdaż, wtedy w mej pustyniPan nie znalazłeś we mnie nic?...

Patrzyłeś chłodno. Cóż dziś czyni,Że prześladowcą stał się widz?Czemuś mnie raczył dojrzeć przecie?Czyli nie stąd, że w wyższym świecieZjawiam się śród zbytkownych ram,Że tytuł i majątek mam,Że mąż mój w ranach z bitw powróciłI dwór nie szczędzi nam swych łask,Że mój upadek miałby blask,Oczyby świata na nas zwrócił,Że dziś ma hańba panu snadźPragnioną chwałę może dać?!

»Ja płaczę... Jeśli swoją TanięJeszcze pamiętasz, o! to wiesz,Że nad namiętność, łzy, błaganie,Którem me serce zmiękczyć chcesz, —Ostre wolałabym wyrzuty,Szyderstwem chłodnem sąd zatrutyObraziłbyś mnie dzisiaj mniej!Wtedy dla śniącej duszy mejMiałeś choć litość... Choćby karnośćUczułeś wobec młodych lat...A dziś — jak trafiasz na mój ślad?Do nóg śmiesz padać?... Jaka marność:Rozum i serce pańskie mieć,A w płaskiej żądzy wpadać sieć!

»A mnie ten przepych tylko gniecie,Ten maskarady nędzny szych...Moje tryumfy w pustym świecie,Mój świetny dom... I cóż jest w nich?Jam każdej chwili oddać radaSzmat, którym pstrzy się maskarada,Cały ten gwar, i blask, i czad,Za półkę ksiąg, za dziki sad,Za skromny dom nasz i — pamiętasz?Za miejsce to, gdzie jeden razSprowadził los we dwoje nas,I za ubogi wiejski cmentarz,Gdzie dzisiaj wierzb płaczących trenKołysze biednej niani sen.

»A szczęście było tak możebne!Tak blizkie!... Lecz rozstrzygnął los!To poświęcenie niepotrzebneDyktował nieopatrzny głos.Lecz w łzach widziałam matkę biedną,A dla mnie... wszystko było jedno,Już nie czekałam szczęsnych zmian.I wyszłam za mąż... Musisz panTo uznać, czego już nie złamać!Zostaw mnie! Proszę ... Honor masz

I obowiązku drogę znasz...Ja kocham ciebie... (Po co kłamać?)Lecz z innym już mnie związał ślubI wierną żoną zejdę w grób!«

Odeszła... Sam Eugeniusz został...O, Boże! Kres już wszystkim snom!...O, w jakiż wir się uczuć dostał!Jaki na głowę spadł mu grom!Wtem brzęk ostrogi dźwięknął znany,I w progu stanął mąż Tatjany...I... czytelniku! w chwili tej,Dla bohatera mego złej,Na długo chcę go pozostawić...Na zawsze!... Za nim dosyć jużBłądziliśmy po świecie wzdłuż...W przystani nogę czas postawić,Winszować sobie brzegu wraz...Nieprawdaż?... dawno skończyć czas!

Ktokolwiek jesteś, czytelniku,Druh, albo wróg mój, — pragnę dziśW przyjaznym żegnać cię okrzyku...Więc bywaj zdrów! CokolwiekbyśSzukał tu w strofach mych niedbałychCzy to wytchnienia z prac wytrwałych,

Czy przypomnienia młodych snów,Obrazów żywych, ciętych słów,Czy to omyłek gramatycznych —Niech Bóg ci da: znajdź w książce tejDla serca, dla fantazyi swej,Dla snów, dla krytyk polemicznych,Lub dla rozrywki choćby źdźbło!Bądź zdrów! Bodaj ci dobrze szło!

Żegnaj i ty, wędrowcze smętny,I ty, Tatjano, wzorze cnót...A z wami niech mi żegna skrzętnyI żywy, choć niewielki trud.Znałem w nim to, co drogo cenię:O burzach świata zapomnienie,Czar, co w rozmowie z druhem tkwi.Uciekło wiele, wiele dni,Odkąd Tatjany postać ślicznej,A z nią Oniegin w mglistym śnieNawiedził po raz pierwszy mnieI, jak przez kryształ lśniąc magiczny,Jeszcze we mgle obłocznych falBłysnęła mi romansu dal...

Lecz ci, co mile mnie słuchali,Gdym pierwsze strofy czytał im...

»Jednych już niema, inni — w dali«,Jak Sadi rzekł w »Ogrodzie« swym.Bez nich Oniegin wykończony,A Ona, którą duch natchnionyObrał za wzór Tatjany mej...Los wiele, wiele odjął jej!...Szczęśliw, kto nie do dna wysączyłŻywota puhar; szczęsny człek,Co z uczty ziemskiej wcześnie zbiegł,Romansu życia nie dokończył,I tak się umiał rozstać z nim,Jak ja tu — z Onieginem mym!

Comments

Loading comments…