Anakreon — całość
Ja Atrydów sławić mam,Czyny Kadma ująć w śpiew;Struna liry dźwięczy wbrew,Że jej panem Eros sam.
Zmieniam struny: znowu chcęHeraklowe trudy grać;Lecz mi lira daje znaćŻe w niej tylko Miłość tchnie.
Więc w późniejszy chyba czas,Bohaterzy, uczcim was;Bo dziś nastrój liry mojejW Erosowej służbie stoi.
Pod północ, właśnie w tej chwiliKiedy się Arktos już chyliKu Bootowi co noc,A wszystkich ludzi najmilej,Sen obejmuje w swą moc,Zszedł Eros pod moje drzwiI dalej kołatać w nie.
— Kto tam — pytam — stukać śmie,Spędzać błogie moje sny?— „Otwórz — błagać mnie poczyna —Nie lękaj się, jam dziecina.Zimny deszcz mi zdrętwił ciało.Błąkałem się przez noc całą“.
Wzruszyły mnie jego żale:Wstaję z łoża, światło palę,Drzwi otwieram... Chłopiec mały,Zbrojny w kołczan, łuk i strzały,A skrzydełka z ramion lśnią.U ogniska sadzam go,Dłoń we własnej grzeję dłoni,I wyciskam mu znad skroniWodę, która z głowy ciecze.
Kiedy minął zimny dreszcz:— „Pozwól łuk sprobować, — rzecze, —Czy niebardzo zmiękczył deszczJego strunę“... Więc wymierzyłPrzebóg, ku mnie, — i uderzyłW środek serca. — Straszna dolo!Żadne żądła tak nie bolą.
On wesoło skoczył, drwi:— „Łuk mój zdrowy, ale ty,Gospodarzu, wybacz; twojejRany nienic już nie zagoi“.
Posochem z lilji Eros mnieOstro, zaczepnie, trącił w bok,I biedz w zawody ze mną chce.
Przez nieprzebity gąszczów mrok,Przez stawy, wzgórza i wądoły,Zdyszan, spotniały, pędzę w ślad,Siła odbiegła mnie napoły,Wreszciem bezsilny zgoła padł.
Eros mi skrzydłem owiał twarz,I orzeźwiałem, a on rzecze:— „Gdy chwytać mnie sił niedość masz,To nie wchodź w drogę mi, człowiecze“.
Młodzian sprzedać chciał woskoweObrazisko Erosowe.Przechodziłem jakoś bliskoI rzuciłem zapytanie:— Kupiłbym to obrazisko;Jaką cenę stawiasz za nie?
On zdorycka odrzekł: — „LeczPoznaj naprzód samą rzecz.Jam nie znawca w sztuce: bierzTen posążek; za co chceszOddam. Zbyt to psotny bóg,Bym z nim razem mieszkać mógł“. —
— Więc ja tobie drachmę dam:Żyć z Erosem się nie boję.On rozogni serce moje,Lub stopnieje w ogniu sam! —
Dziś ja kochać muszę, chcę!Eros kochać zmusił mnie.Przedtem, chociaż naglił, nęcił,Jam mu zawsze się wykręcił,On też w złoty kołczan swójPonapychał mnóstwo strzał,I wyzywa mnie na bój,Żem miłością wzgardzić śmiał.Ja też, niby Achil śmiały,Biorę pancerz, pawęż, dzidę,I z Erosem walczyć idę,Od uzbrojeń lśniący cały.Co on strzeli, — tarcza tuż;Aż mu strzał zabrakło już.
Wtedy, gniewny, — nimem zoczył,Sam do serca mego wskoczył.Jak zwycięzca wpadł on tam.Naco pancerz, pawęż, dzida?Naco wszelka broń się przyda,Gdy on w sercu gości sam?
Muzy małego ErosaZwiązały w pęki kwiatoweI dały pod straż Kallosa.Cytera zachodzi w głowęJak go uwolnić, i radaBogaty okup zań składa.Lecz nim go kto i wyzwoli,Eros na los swój nie biada:Miło mu w takiej niewoli.
Wracasz, jaskółeczko miła?...Każdy rok nam ciebie zsyła;Latem gniazdko ścielesz sobie,Odlatujesz w zimnej dobieDo Memfis, nad Nilu zdroje. —
Ale Eros serce mojeSobie wciąż za gniazdo bierze.Ledwie jeden zajdzie w pierze,Drugi w jajku siedzi już,Trzeci ma się wykluć tuż.Kiedy głodne te młodziaki,Rozdziawiają dzioby, — krzyki;Starsze też na zawołanieKarmią swoje Erosiki,A ledwie się skończy chów,Zakładają gniazdo znów.
Przebóg! Co się ze mną stanie?Tyle się Erosów plemi,Że mi ciężko radzić z niemi.
Pszczoła znużona, w kielichuRóży spoczęła, a wtemEros się spuścił pocichuI zasiadł przy zdjętej snem. —
By w ludziach rozniecać szały,Różaną zbiera on woń,Maści nią kołczan i strzałyMiłosne, — straszliwą broń.
Budzi się pszczoła... Co zacz?...Żądłem ucina go w palec.Narazie rozśmiał się malec,Lecz wkrótce uderzył w płacz.
I z krzykiem pędzi ku drogiejCyterze, mateczce swej;By uśmierzyła ów srogiBól, rękę podnosi k’niej.
— „Mnie, — płacze — z kielicha różyCiął mały, skrzydlaty gad,Matko! i strach na mnie padł,Zaż mi to śmierci nie wróży!“
Na to odrzecze bogini:— „Gdy tobie mdłej pszczółki ciosŻycie tak strasznem już czyni,To, synku, jakiż to los,
Jak dolegliwym być możeTych biednych śmiertelnych szał,Którym wręcz serca rozporzeOstrze cieniutkich twych strzał?“
Na Lemnie tam, Cyprydy mążStrzały miłosne kuje wciąż. —Raz wyjął miedź z ogniska, potemKładł na kowadło, by bić młotem.Słodziutkim miodem kolce strzałWciąż napuszczała mu Cypryda,A syn jej, Eros, żółcią zlał.
Wtem stanął Ares: w ręku dzidaPotężna, grzmiąca. Co mu znacząStrzały Erosa! — Ten junaczoRzeknie: — „To ci się ciężkiem wyda,I długo znieść nie będziesz mógł.“
Szyderczo podjął strzałę bóg.Cypryda była tego świadkiemI uśmiechnęła się ukradkiem.Po chwili Ares westchnął cicho:— „Odbierz! to iście ciężkie licho“.
Eros z uśmiechem odpowiada:— „Wziąłeś, to dźwigaj: trudna rada“.
O! dziewice, dajcie czarę:Ja pić będę jednym tchem,Choćbym raz przebrawszy miarę,Niezmożonym legł tu snem.NieehNiech mi wasze splotą dłonieWieniec, bym opasał czoło;Kwiaty chłód rozniosą wkoło,Gdy mi zbyt zapłoną skronie.
Ale żar z Erosa rękiCo ostudzi, o! panienki?
Śni mi się że pędzę cwałemA u ramion skrzydła miałem.Eros wpogoń za mną wali;Nóżki twarde jak ze staliMiał: dognawszy, przygniotł mnie.
Jaka wróżba w moim śnie?...— Że choć nieraz w życiu całemSieć Erosa rozrywałem.Teraz jednak przygnieciony,Pozostanę bez obrony.
Żrebiaku tracki, czemu z pogardąSpozierasz na mnie, dajesz oznakiLekceważenia? Mniemasz ty hardo,Błędnie, żem jeździec ja ladajaki.
Gdybym chciał tylko, bez trudów wieluUzdę-ć założyłbym między szczęki,I za kierunkiem szedłbyś mej rękiZgodnie, powolnie, do mego celu.
Teraz po łące stąpasz wyniośle,Skaczesz i wierzgasz w bezmyślnym szale,Ufny, boś dotąd nie nosił wcaleJeźdźca, co mistrzem jest w swem rzemiośle.
Macierz przyroda wołom dała rogiA koniom kopyta żywe;Zające w skoczne opatrzyła nogi,Lwie szczęki w zęby straszliwe,Zwinne zaś ryby w pletwy, by pływały,Loty wziął od niej pierzastych ród cały,Męże odwagę zuchwałą.— „A czyż niewiastom nic się nie dostało?“
Tym dała Piękność; wystarczy.Zamiast złotem lśniącej tarczy,Zamiast dzidy rwącej ciało,Niewiasta wdzięki posiada, i temiWszystko podbija na ziemi.
Attis — mówią — dokołaPrzez góry i rozłogiBłądząc, woła i wołaWciąż Kibeli swej drogiej.
Zdrojów Febowych falePod Klaros żywo biją;Ci, co z nich się napiją,Coś śpiewają wciąż w szale.
I ja, przez Bacha tknięty,Przez pachnące oleje,Przez mej lubej ponęty,Jako tamci szaleję. —
Na Frygii wybrzeżu, jak skała,Tantala cna córka raz stała;Raz, w gajach, jaskółka spłoszona,Latała też córka Pandjona.
Ja chętnie zwierciadłem bym był,By wzrok twój co chwila w niem tkwił.Oh! gdybym na zawsze mógł zostaćTą szatą co stroi twą postać;Lub w falą przemienić się białą,Co w morzu opływa twe ciało!Balsamem tym zostać, kochana,Co zlewa twe włosy corana;Tą perłą, co zdobi twą szyję,Lub wstęgą co piersi twe kryje!Sandałem deptanym twą nogąZostałbym, — tak jesteś mi drogą. —
Ty, w Rodyjskiej sztuce wprawny,Mistrzu śród malarzy sławny,Według moich wskazań chciejLubej obraz zrobić mej,Oddalonej. — Maluj włosyJedwabistej, czarnej kosy,A gdy barwa twa nie wzbroni,Tchnij w nią nieco słodkiej woni.Pod tą ciemnią, z dwóch stron lica,Niechaj czoło jej zachwycaSwą białością; a rzęs paręZrób dokładnie w samą miarę,Ani skracaj, ani dłuż.Na obrazie swoim włóż
W jej brwi czarne, w łuk zagięte,I powagę i ponętę.Z oczu niech się sypią skry:Ale choć ich płomień szczery, —Jak u Pallas lub Cytery,Niech je cień wilgotny ćmi. —Nos i lica daj różowe,W odcień mlekiem zaprawiony;Usta zaś, jak u Pejtony,Półotwarte i gotoweDo całusa. — Niech pod małąBródką i pod szyją białąNajwrażliwsze Charyt wdziękiRzeźko wyjdą zpod twej ręki.Możesz ją i okryć szatąPurpurową, lecz zważ na to,By postaci kształty całejPoprzez szatę przezierały.
Dość już... Widzę ją. Oh, miła!Mało brak by przemówiła.
Policz, ile na jaworzeWszystkich liści istnieć może;Policz, ile wszystkich falMorze codzień spycha wdal;A dowiesz się, w życiu całemIle razy się kochałem.
Naprzód tedy się pochwalęDwudziestoma z Aten, aleI piętnaście dodam też.Potem mi z Koryntu zbierzPięknych niewiast liczne koła;Lesbos dała ich wesoła,I Achai też nieladaUrodziwych cór gromada;Z Karyi, z Rodos i potroszeZ Jonji całej: toż mniej więcejByło ich do dwóch tysięcy.— „Co ty mówisz"?... Spisuj, proszę!Jeszcze nie mówiłem tobieO Syrosie, o Kanobie,Ni o Krecie, gdzie miłościBóg we wszystkich miastach gości.A Gadejra... Czyż policzęWszystkie grona tam dziewiczeAż po Indje od Baktrjany,W których byłem zakochany.
Ty śpiewasz Tebańskie boje,Inny znów walki pod Troją;Ja opiewam klęskę moją.Mnie nie zmogli jezdni woje,Nie okrętów stłukły roje;Inna siła mnie zgnębiła:Oto pięknych oczu dwoje.
Siła pęcic, to oznakaKrwi ognistej u rumaka;Po tyjarach na ich głowiePoznasz że to są Partowie:Ja zaś tego poznam z twarzy,W którym miłość gospodarzy.Znak: gdzie spojrzy, gdzie się ruszy,Słodycz płynie z jego duszy.
Hej! dogóry czarę wznieść!Śpiewać, pić, na Bacha cześć!
W wielkim śpiewie rozkochany,On wymyślił skoczne tany,Afrodyty pięknej synaOn, Erosa, przypomina.
Bach w nas szał pobudza boski;Radość, — jego uciech plon:Z głowy płoszy czarne troski,Z serca ból wygniata on.
Ładne chłopcy gdy kolejąSłodki sok nam w czary leją,
Wnet się smutek nasz zanurza,Cichnie, jak pod słońcem burza.
A więc czary wgórę wznieść!Wszelkie troski wygnać z duszy!Bo jakiż zysk, by w katuszyNieustannej życie wieść?
Zkąd my wiemy co nas czeka,Co nam przyszłość śle daleka?Lekki taniec więcej wart,Zapach kwiecia, śmiech i żart,
Gdy mnie dziewic wdzięk otoczyI młodzieńców lik ochoczy. —Niech pod troską czoło chyli,Kto chce, komu z tem jest milej.
Hej! puhary wgórę wznieść!Śpiewać, pić, na Bacha cześć. —
W wieńce róży stroić głowę,Bo to święto dziś Bachowe!
Tu śmiech z winem się rozlewa,Tam przy lirze tańczy dziewa:W lekkim skoku jej — ponęta,Głowa bluszczem obrośnięta,
Tyrs powtarza jej podskoki.Tu znów młodzian czarnookiDmie w fujarkę wniebogłosy,Wzmaga nastrój. A dopiero,Między Bachem i CyterąPięknolicą, złotowłosyŻwawym ruchem Eros kroczy,I uciechą lśnią mu oczy.
Na ten widok miłe dreszczeI po starcach chodzą jeszcze.
Ile razy piję wino,Zawsze troski moje giną.Niema bólu z winem w parze,Niema smutku przy puharze. —
Choćbym nie chciał, umrzeć muszęPocóż, żyjąc, trapić duszę?Używajmy, młodzi, starzy,Czem nas piękny Bachos darzy!Bo gdy błyśnie ten dar boski,Zamierają w sercu troski.
Dyjonizie, synu boski,Co uśmierzasz ludzkie troski!
Kiedy daru twego zdrojeRozweselą serce moje,Wraz się chęć do pląsów wszczyna.
Cóż za rozkosz w kruży wina!Gdy mi głowa się zaprószy,Śpiew taneczny zabrzmi w uszy,A Cytera jeszcze znęci,Tańczę, hulam bez pamięci.
Gdy Bachos zbliża się miły,Kłopoty me tracą siły,Pieśń przystępuje do głowy,Marzy się skarb Krezusowy:Bluszczem uwieńczon, przy czarze,O niczem przykrem nie marzę...
Ja pić będę. Ty się zbrój!Daj mi czarę, chłopcze mój!Ledz od wina lepiej jeszcze,Niż się dostać w śmierci kleszcze!
Bóg, co młodzież czyni sprawnąDo wszechtrudów, a w miłościNieulękłą, w tańcu sławną,
Zszedł tu raz i odtąd gości.Jego darem jest dla ludziPłyn, co snadno miłość budzi,Wilgoć latorośli — wino!Płyn w jagodzie zamknął on,Liście dał za straż jedyną. —
Gdy nastąpi cięcie gron,Radość w duchu wszystkich pała,W siłę, w piękność, rosną ciała;Każdy wolen od chorobyCzeka przyszłej letniej doby. —
Kiedy wino mnie rozrusza,Serce moje się rozgrzewa;Coś majaczy w niem, coś śpiewa,Czcią dla Muz mi wzbiera dusza.
Kiedy piję słodkie wino,Odstępują troski moje,A życiowe niepokojeJak pod pędem wiatru giną.
Kiedy piję wino stare,Wraz się Bacha żarty gonią,I jak lubą kwiatów woniąOwiewają z płynem czarę.
Gdy zabieram się do picia,Naprzód z kwiatów wieniec wiję,A jak ten mi głowę skryje,Pieśnią sławią ciszę życia.
Gdy popiję z kruźy wina,Wonnościami zwilżę ciało,A przy boku mym dziewczyna, —Pieśń Cytery brzmi pochwałą.
Kiedy w gronie piję wino,Serce moje się roztwiera,Z ust wychodzi prawda szczera,Obnażam się przed drużyną.
Skoro z winem żyć mi słodziej,Toć czyste wyrachowanie,Pić, dopóki życia stanie,Bo po wszystkiem śmierć przychodzi.
Patrz! młodzieńcy i dziewice,Wziąwszy kosze na ramiona,Idą gwarno na winnicęTłoczyć w kadzie ciemne grona.Zapełniwszy młodzież tłocznię,Moszcz wyciskać z jagód pocznie,Sławiąc boga w pracy tokuWielką pieśnią winotłoku.
Bachos im się też odpłaca:Kadzie wciąż wypełnia praca.
Starzec, zaczerpnąwszy soku,Wnet, choć chwiejną nogą, pląsaI czupryną siwą wstrząsa.Co innego ma na okuMłodzian, który na murawie,Jak w namiocie śród gęstwiny,Zoczył smukły kształt dziewczynyRozciągniętej we śnie prawie.Pójdzie nęcić, aby miłaZ najdroższem się nie drożyła;Gdy mu się nie uda słowy,Siłą opór zgnieść gotowy:Bo bóg wina w młode lataRóżne ludziom figle płata. —
Czarną ziemię poi zlewa,Z ziemi soki piją drzewa,Morze wodą rzeczną żyje,Z toni morskiej słońce pije,Księżyc pije światło słońca.
Wy zaś, druhy, mnie broniciePić, — przez całe choćby życie?
29. NIEWINNY SZAŁ.Pozwólcie mi, oh, na bogi!Pić i szaleć, proszę was.I Alkmajon szalał raz,I Orestes białonogi;Poszaleli oni w chwili,Własne matki gdy zabili.Jam nie zabił zaś nikogo;A że wino pić mi błogo,To i szaleć mi najmilej. —
Herakl, gdy mu szał do głowyWpadł, to straszny IfitowyŁuk z kołczanem rzucił precz.Ajas szalał też zuchwale,I o własną tarczę w szaleHektorowy strzaskał miecz.
Ja zaś rzucam tylko kruże,Głowę zbroję tylko w róże;Łuku, miecza, ja nie noszę:Dajcież szaleć mi potrosze.
Chłopcze, podaj wina czary!Ja z pełnego będę pił.Tylko ścisłej pilnuj miary,Aby podział równym był:
Więc pół wody i pół wina.Bachosowy sługa stary,Nie wymawiam się od piciaI nikt mi nie przypomina,Lecz unikam nadużycia.Nie Scytyjska my drużyna,Aby bić się przy hulanceI zaprawiać rykiem tańce:Kiedy pijem, niech przy winieNajpiękniejsza pieśń nam płynie.
Rozchodzą się niewiast głosy:— „Starzejesz, Anakreonie,We zwierciedle spójrz na skronie,Z których znikły twoje włosy,Łyse czoło rośnie wzdłuż“.
Ja, zaprawdę, nie wiem jużGdzie się włosy me ukryły;Ale to wiem, że żart miłyBez żadnego wstydu możeStarzec lubić, nawet w porzeKiedy śmierć podchodzi tuż. —
Przyjemnym jest mi starzec jary! —Miłe tancerzy młodych koło;Lecz gdy się puści w pląs wesołoStarzec, — to z włosów tylko stary,A w sercu młode tleją żary.
Stary jestem, ale pijęWięcej niźli piją młodzi;A o tańce jeśli chodzi,Przy ochocie to się wszyjęMiędzy wasze młode pary,Pląsam, niby Sylen stary;Zamiast tyrsa, wiadro w dłoni:Niepotrzeba mi zarzewki.
Niech się bije, kto tak krewki!Mnie do wojny nic nie skłoni.Nie! Mnie, chłopcze, przynieś czaręBiesiadniczą, i pod miaręSłodkie wina wlewaj do niej!
Gdy spostrzegę młodych grono,Młodość wchodzi w moje łono;
Gdy taneczne suną pary,Jak na skrzydłach pędzę — stary,Hej, Kubebo! miej gotoweKwiaty, uwieńcz moją głowę.Precz mi starość! Ja w zawodyTańczę, pośród młodych — młody,A niechaj mnie też drużynaPoczęstuje miarką wina:To starego siły skrzepi.I zaśpiewa on wam lepiej,I, gdy sok zaszumi w głowie,Wesołego coś opowie.
Jak mi też włosy posiwiały,Na skroniach i na głowie całej;Mnie nie oszczędzał czasu pęd,Wymiótł staremu zębów rzęd,Iściznę życia zburzył całą,Tak, że niewiele z niej zostało. —
Wzdycham też ciężko: w państwie CieniNa lepsze nic się nie odmieni;W Hadesie smutne jest mieszkanie,I przepadł, kto się tam dostanie;Bo kogo śmierć w Podziemie strąca,Nigdy nie wraca już w kraj słońca.
Różę, która jest obrazemMiłości, połączmy razemZ Bachem. Cudne róży kwiecieNiech każdego skroń oplecie,Kto wesołej uczcie rad.Róża, najpiękniejszy kwiatI najmilsze z wiosny dzieci,W samych bogach zachwyt nieci.Wszak i Eros swój młodzieńczyWłos równianką z róży wieńczy,Z Charytami idąc w tany.Pójdziem wieńczyć, z lirą w ręku,Bachu! twego chramu ściany.Ja, z dziewicą pełną wdzięku,Idąc w pląsy, włosy mojeW wianek pięknych róż ustroję.
Młoda wiosna zeszła już,Za nią idzie orszak róż,
A Charyty na ich czele.Cicho drzemią morskie wały,Żóraw dawne gniazdo ściele.Schodzą z nieba ciężkie chmury,Jasny Tytan patrzy zgóryNa wiosenną pracę ludzi,Bromjos czasem przerwie ciszęLatoroślą zakołysze;Grona winnic w liściach lśniąCiemnym sokiem, niby krwią. —
Koniku polny, przez nas czczon,Na drzew wierzchołkach masz swój tron,Żywnością kropla rosy twą,I tam ty śpiewasz jako król,A państwem twojem wszystko to,Co ztamtąd widzisz pośród pól,I co nam znoszą pory roku.Tyś najmilejszy dla rolnika,Bo ciągle jesteś mu u boku;Czczon przez każdego śmiertelnika,Bo mu zwiastujesz słodkie lato.I Muzy ukochały ciebie,Masz opiekuna w samym Febie;On w ciebie nutę tchnął bogatą.
Nie znasz starości ani bólu,Mądrym powstałeś, piewco wielki;W twem ciele niema krwi kropelki,Bogom podobnyś, śpiewny królu!
Wiosna w kwiaty tchnęła życie:Czas wygłosić pieśń dla Róż,Towarzyszek naszych kruż.Dla nich śpiew mój usłyszycie.
Róża jest radością ludzi,Woń jej w bogach zachwyt budzi,I na łonie Charyt z wiosnąErosowe róże rosną.Afrodyty tyś ozdobą,Muzy lubią cię niezmiernie,A pieśń wieszczów żyje tobą.
Kwiatów twoich strzegą ciernie,Lecz choć w palce kolniesz kogo,Chętnie on ci ból wybaczy,Gdy urokiem twym się raczy.Z tobą, Różo, wszędy błogo,Przy biesiadzie, przy puharze,I ja mało sobie ważęObojętnych na twe wdzięki.Nimf ramiona, dłoń Jutrzenki,
Blask którym Cytera świeci,Różanemi zwą poeci.Róża rzeźwi chore ciałaI umarłych jeszcze zdobi;Z Czasu sobie nic nie robi;Choć krzew liczy długie lata,Woń młodości wieje z kwiata.
Zkąd powstała, powiem dalej:Pontos w modrej, morskiej faliWzburzył pianę, a z tej pianyAfrodyty uwielbianejWywiódł postać. Z Zewsa głowyWyszła zbrojna znów Pallada,Co w Olimpie silnie włada.Płód wydała Ziemia nowy:Płód leciuchny i nieduży,Lecz z bogami porównanySiłą życia; — to cierń Róży.Podlewali go niebianyWciąż nektarem; wzrastał zatem,Aż wystrzelił cudnym kwiatem.
Tak powstała z ciernia owaDziś ozdoba Djonizowa.
Proszę, na srebrnej kruży mej,Mistrzu Hefeście, wyryć chciejNie zbrojownicę ciężką, nie!Wojenne godła na nic mnie.Stały ucztownik, krużę mą,Proszę, drąż tak, by miała dnoGłębokie. Nie Plejady, aniGwiazdę Orjona ukaż na niej,Co jest zasiewom wróżbą złą;Ani mi widzieć też ochotaGwiazdę czy Wozu, czy Boota.Niech mi w winnicy lśnią gromadyZłocistych jagód, a MenadyZ krzykiem najlepsze śpieszą rwać,Napełnią niemi Bacha kadź,A z nim na ucztę niespożytąNiech siądzie Eros z Afrodytą.
Dzielny mistrzu, zrób mi krużę,Wiosnę mając na widoku,Tę młodziuchną porę roku,Która daje pierwsze róże.
Rzeźkie koło ucztowników,A nie bożych przeciwników,Lecz co godnie bogom płużyWyryj mi na onej kruży.Bacha, najmilszego synaZewsowego, daj na przedzie,I Cyprydę, nimfę wina,Która rej z Hymenem wiedzie:I Erosy niech też kołoCharyt gżą się, drwią wesołoI bujają się bez ładuPod sklepieniem winogradu;Pięknych chłopiąt lik niech stanieZasłuchany w Feba granie.
Jakże miłe dla mnie sąDjonizosa chorowody!Jak porywa duszę mąDźwięk tej liry wiecznie młodej!A największe me weseleGdy je z gronem dziewic dzielę,Mnie tam zawiść nie poruszy,Co zapuszcza jad do duszy;Wstrętnym język mi zuchwały,Co zelżywe rzuca strzały;Nienawidzę śród gromadyBiesiadników wszelkiej zwady. —
Obym cicho żywot całySpędził w pięknych kobiet gronie,Śpiewał, tańczył śród biesiady,Grając na swym barbitonie.
Gdyby, kto złota ma obficie,Mógł sobie za nie kupić życie,Gromadził-że bym je bez końca,By, przy spotkaniu śmierci gońca,Rzec mu: — Bierz złoto, każdą rzeczZabieraj ztąd, i ruszaj precz!
Lecz gdy daremnie marzyć o tem,Ażeby śmierć przekupić złotem,Co się mam próżno skarżyć, jęczyć,I widmem złota duszę dręczyć!Wszelka tu troska na nic zda się,Skoro śmierć przyjdzie w swoim czasie.
Lepiej mi więc bez troski żyć,Z druhem przy słodkiem gwarzyć winie;A jeśli Afrodyta skinie,Gotowym na jej rozkaz być.
Czemu ty mnie zalecasz prawaI krasomówców sztuczne mowy?Jakaż to dla mnie w tem zabawa,Mogęż się cieszyć mdłemi słowy?Dlaczego nie zalecasz ty miPić daru Bacha wraz z innymi,Na Afrodyty pięknej cześćZe śpiewem lekkie żarty pleść?
A!... bieleć moja skroń poczyna?...Więc lej-że wodę mi do wina,Uśpij mą duszę, żywym złóżW grób — a przestanę szaleć już. —
Odkąd wszedłem na ten światBy ciężary życia nieść,Znam lat przeszłych całą treść,Lecz mi tajny przyszły ład.Nie dam się kłopotom zjeść.Precz kłopoty! my nie brać.Nim śmierć tknie mię ręką swą,Wolę śpiewać, tańczyć, grać,Tam gdzie Bacha kruże lśnią.
Na posłaniu ja wspaniałemZ mirt, lotosu, raz leżałem,I pić zdjęła mnie pokusaA wtem Eros mi na barkiPłaszcz zarzucił z papyrusaI nie szczędził wina miarki...
Szybko, niby szprychy w kole,Biegną w życiu ludzkie dole,Kości kruszą się potrochuAż człek legnie garścią prochu! —Naco maścić kamień, nacoLać na ziemię płyn ladaco?Ty za życia maść mnie, w zwójŚwieżych róż mą głowę strój,Towarzyszkę daj rozkoszy.A nim zejdę tam, gdzie bladaCieniów błąka się gromada,Niech pląs troski moje płoszy.
Hej! Gigiesa, Sardów pana,Sława mi niepożądana.Z królewskiego choćby domuNie zazdroszczę nic nikomu.Troska moja: — bym miał ranoBrodę wybalsamowaną,
Potem świecił na mej skroniWieniec z kwiatów miłej woni. —
Niema co się troszczyć wiele:Kto wie co nam jutro ściele!
Za twój świergot co ja tobie,Jaskółeczko, złego zrobię?Czy, choć sprawa to obrzydła —Mam ci chyże złamać skrzydła?Albo może wolisz tyBym, jak ongi Terej ów.Język z gardła wydarł ci;Że ty śród mych lubych snówRanną skargą śmiesz co chwilaObraz płoszyć mi Batylla?
Choć włos mój biały, dziewico,Ty nie uciekaj ode mnie.Choć młodość krasi twe lico,Niech ja nie wzdycham daremnie,
Niech cię nie zraża różnica!Choć róża szkarłatem pała,A lilja zgoła jest biała,Wieniec z nich splecion zachwyca. —
Na posłaniu rozciągniętyA przez Bacha nieco cięty,Raz zapadłem w sen głęboki.Same śnią mi się uroki:Śmiechy, żarty i swawole,Bujam w pięknych dziewcząt kole.Jak Bach, ładni chłopcy, mali,Figlarnie się uwijali,Drażniąc serce me raz w raz,Bym się do tych dziewcząt rwał.I już mnie ogarnia szał,Kiedy naraz sen mój zgasł.
I zostałem sam, samotny,Aż mnie ujął sen powrotny.
Widzisz tego woła? Mnie sięZdaje że to Zews — o, dziecię...Z Sydonu na grzbiecieDziewicę on niesie.
W morze padł i pędzi wdalWierzchem fal.Inny, wprost od stada wół,Racicamiż by je pruł?Nie! Takie dziwySprawia jeden, osobliwy!
— Gołąbeczko miła, kędy,Zkąd, cię niosą szybkie pędy?Dokąd zmierzasz skrzydłem swemNad obszarem wód i ziemNapowietrzny prując szlak?
— Anakreon posłał mnieDo młodzianka co się zwieBatyllosem: piękny, miły;Kocha go też z całej siły. —Mnie Cytera za niedługiHymn poecie zaprzedała;I odtąd też na usługiJam oddana jemu cała.Ot i teraz, — widzisz tu?Mały liścik niosę mu.Gdy dostarczę, — przysiągł na to, —Wolność ma być mi zapłatą.Lecz choć pan mój mnie wyzwoli,Ja zostanę w tej niewoli.
Cóż się wciąż uganiać mamTo po górach, po dolinie,Albo w różnych drzew gęstwinie,Aby żywność znaleźć tam?...
Dzisiaj słodki ja chleb dziobięNa Anakreona dłoni;A gdy mnie pragnienie skłoni,Wprost do czary idę sobieKtórej usta dotykałyPańskie: napój mam wspaniały.Gdy zaś sen nadchodzi, radamSiąśdźSiąść na jego lirze... siadam. —
Dość! Już wszystko się wysnuło:Wiesz, co chciałeś... Idź, człowiecze!Przez cię stałam się gadułą,I jak jaka sroka skrzeczę. —
Niekochać — smutna to rzecz,I kochać smutno też; leczNajsmutniej, gdy miłość naszaZamiast przynęcać — odstrasza.
Urodzenie nic nie znaczy.Rozum, prawość, — nie inaczej;Pieniądz popłaca jedynie.O! niechaj ten pierwszy zginie,
W kim tę miłość pieniądz nęci.Pieniądz waśni z sobą braci,On usuwa wzgląd na dzieci,Szczuje wojnę, śmierć bogaci,I ta smutna to potęgaWęzły sprzęga lub rozprzęga. —
Któż jest ten, co stworzył morze,Czyj to umysł zawołanyPuścił fale na przestworzeTej powierzchni zwierciadlanej?Jaki genjusz, jaki bógW toni wód umieścić mógłŚliczną, białą tę boginię,Szczęsnych bóstw życiodawczynię?Nagą puścił ją, jedynieTo zasłania u niej falaCzego jawić nie dozwalaSrom. Swobodnie ona płynie,Jako morska róża biała;I gra po załamach fal,Chowa się w toń do półciałaPrzez bałwany naprzód, wdal,To rozpruwa z dwóch stron wodę:Zponad wody widać brodę,Lecz różane łono skrywa.Jak śród bratków urodziwa
Lilja sterczy, tak śród falAfrodyta ciągnie wdal.Na tańczącym zaś delfinieHimeros z Erosem płynie:Gżą się, zwinne czynią zwroty,Z ludzkiej śmieją się głupoty.Dziwnych ryb gromada całaŁby wychyla na wierzch wody,Wdzięczne tworząc korowodyWokół pięknej Pafji ciała.
— Gdy się Eros podkradał do miodu pod ule,Ucięła go złośliwa żądłem pszczoła. BólePiekły go w palce wszystkie u obu rąk. WrękęDmucha, tupie o ziemię, do Cyprydy wołaZe skargą, okazując swe bolączki: — „Pszczoła,Takie małe stworzenie, wielką sprawia mękę!“Matka z uśmiechem: — „Pszczole podobnyś: maleńkiJesteś, a jakże wielkie ludziom sprawiasz męki!“
— „Płynęła długo, aż się wzbiła piana białaWokół... Z niej powstałaDziewica, która naprzód Cyteryjskie łanyZwiedziła boskie, potem Cypr wodą oblany,A gdzie pięknej, wspaniałej bogini nóżętaZgrabne stąpiły, trawa buchała na ziemi.Piankową — Afrodyte — ją bogi a z niemiLudzie nazwali, jako że z piany poczęta;Kwiecistą Cytereją, świadcząc o pobycie;Cyprydą, że na Cyprze wykwitło jej życie.Eros jej, ładny Himer, towarzyszą stale“... i. t d.
Comments
Loading comments…