Nieznana podróż Sindbada-Żeglarza — całość
I.
...Że mi się dziewczę upatrzone wzbrania,Nieobecnością ciała w mem objęciuPustosząc ducha, co w nic się rozdzwania, —
Więc ja naprzekór sobie i dziewczęciuTej się nieznanej podjąłem podróży,By wlec swe głody po morzach dziesięciu!
Lecz i mórz dziesięć, zaprawdę, nie znużyTego, co zaznał pragnienia pieszczoty,Na którą nawet nie upadł cień róży.
Ale najgorzej, gdy właśnie zmierzch złoty,W oczach twych dziewczę zastawszy, — powoliW sen je rozemgli dla drwiny lub psoty...
W sen tem pewniejszy, że nawet nie boli,A w bezbolesność patrzysz, jak w przynętęDla swej niemocy i swojej niedoli.
Lecz dokąd skrzydeł skierujesz zniechętęBez tej, co ziemię odarła ci z cudów?Czem są twe wargi — jej wargą nie tknięte?...
Czem dłonie, które nie zaznały trudówPrzy piersiach, śpiewnych westchnienia hałasem?Marniejąc, więdną w tej próżnicy nudów!...
A gdy je spleciesz — to tylko tymczasem,A gdy rozpleciesz — to tylko tak sobie, —Głaszcząc ich szorstkość wspomnienia atłasem...
Ale ich przed się nie ściągniesz w tej dobie,By zrywać kwiaty lub zgarniać słońc złoto:Na wszystko czasu zbraknie ci w żałobie!...
Z piersią dziewczyny zmódz się chciałeś po to,Aby wykrzesać śpiew z duszy na usta,Lecz niewzajemność zwarła je niemotą!
O, jakże zdradna i krwawa i pustaJest baśń, co tęczą przesłania grzech straty!Na skroń skazańca narzucona chusta...
Choćbyś piękniejszą dziewczynę przez kwiatyInnych ogrodów wypatrzył w podróży, —Cóż ci z jej piękna, ty — bólu skrzydlaty?
Czar, dobrze znany, już się nie powtórzy...A inny? — Nie chcesz innego w tej głuszyOdczarowanej, co słońcem się mruży!
Już żadna w tobie nie wskrzesi tej duszy,Którąś miał, patrząc w źrenice, gdzie pałaTwój los, nim ciebie w jęk i w pył pokruszy!
A wszakci dusza w szczęściu się stawałaPodobną ślepo do głosu jej brzmienia,Do warg purpury, do zapachu ciała!
Naśladująca we śnie poruszeniaJej ukochanej za wszystko postaci,Brała z niej — powab, chrzest brała imienia!
Brała, nie wiedząc, że nagle utraciWszystko, co wzięła, nim jeszcze posiadła —Że za wyznanie — tym skarbem zapłaci!...
A gdy pojęła ten mus — to pobladła,Czując wstyd nędzy i próżnię i ciemność,Jak odwrócone do muru zwierciadła!...
To jedno było jej żądzą: wzajemność, —Reszta — wygnaniem w przerażeń samotę,Po za kres ziemi, lub kędyś w podziemność!
Ku życiu wieko rozchyliła złote, —Dziś — trumna, której skarb ciała odjęto,Zwraca wieczności — pustkę i ciemnotę!...
A jakże długo czekała na świętoNagłych zrozumień, by ująć w ład ścisłySłów określonych — dolę rozpierzchniętą!
Jeśli te słowa w noc twoją rozbłysły,To wiedz, że śledzę twe noce i dni twe,I że miłosne nie mylą domysły!
I ciebie życie gna w jakąś tam bitwę...Jam chciał cię unieść ku niebu rąk mocą,Jak nagą, z włosem rozwianym modlitwę!
Dziś — nie mam czem się pomodlić, ni o co...A zasię Bogu cóż po takich dłoniach,Które się w znoju i w grzechu nie spocą?
Więc wciąż uboczem a wciąż po ustroniachPłyń, zbiegu życia, co poszło w lamenty!Płyń, póki jeszcze krew śpiewa we skroniach!
I wypłynąłem na morskie odmęty...
II.
Okręt mój starszy od modrej wód chwały!Wnątrz jego szumi snem dębów tysiąca,Co niegdyś żywcem po borach szumiały.
Lecz mu starością tak pamięć się zmaca,Że nie pamięta tej borów tęsknoty,Co dęby z lądu w otchłanie mórz strąca.
Przerósł on życia własnego kres złotyI swym nadmiarem już grąży się w Bogu,Na ziemi mało mając do roboty...
Płyniesz w nim, jako w ruchomym barłogu,Gdzie wszystko drzemie, prócz skargi twej głuchej,Rozpanoszonej na morza rozłogu.
Słońce, nabrzmiałe od skier zawieruchy,Złotym wąwozem po fali się dłuży,A fala szczerbi wąwozu szlak kruchy...
I, zaczerpnąwszy zeń świateł do krużySwoich błękitów, wychyla w odmęcieTę kruż, co pianą po brzegach się burzy.
Gdziekolwiek spojrzę — tam lądów zniknięcie,I, zda się, otchłań, spodem zaczajona,Widzi, że płynę i w jakim okręcie...
Widzi tak właśnie, jak ta woda słona,Co swe szmaragdy miażdżąc w słońc ukropie,Spienionem ślepiem chce odbić skał łona!
Więc tak widziany — płynąłem po tropieFal, nasłuchując ich szumu, że ginie,Niby szum w nagle rozwiązanym snopie.
Nie odróżniałem już w owej godzinieCzasu od fali, co świateł rozpyłemZnaczy swój pobyt i zanik w głębinie.
I zdało mi się, że niegdyś sam byłemBrzegiem, zniknionym w bezkresów przeźroczu,A od którego swój okręt odbiłem...
I że sam siebie straciłem już z oczu,Stając się coraz to bardziej bezbrzeżnyW rozłące z sobą i w swem podobłoczu...
I coraz bardziej sobie niedostrzeżny,Przydany falom ku ich przemijaniuWśród pian dokoła zieloności śnieżnej.
I wtedym ujrzał w mórz rozkołysaniuWyspę, skupioną w zadumy spowiciuI w nieustannem nad głębiami trwaniu.
A spoczywała na własnem odbiciu,Jak na obrzmiałym zielenią cokole,Co widniał wszystek w podwodnem ukryciu.
Czem ona w górze — tem on był na dole:W tych samych kwiatach tych samych owadów —Lecz nieco inne — bo wodne swawole...
Wzloty ich były podobne do spadówUsilnych w głębie, gdzie fali turkusemWezbrała bezdeń wywróconych sadów.
Ptak, w nich dojrzany, szedł skrzydeł przymusemNa dno — skroś liście... Zaś woda przez szparyTych liści biegła niepochwytnym kłusem.
Ledwo ją mogłeś rozpoznać po szarejPrzezroczy: tak ją wypełniły szczelnieKwiatów, motyli i liści nadmiary.
Z okrętem moim płynąc niepodzielnie,Brnąłem w tych dziwów i snów grzęzawicę,Oczarowany strasznie i śmiertelnie!...
Tam zarzuciłem w szmer wody kotwicę,Co się grążyła kolejno w ziół splotyI właśnie w złotą kędyś motylicę...
A ta — zmącona — rozchwiała swe lotyI znikła w bruzdach, jak gdyby tam — w toniW nic się rozwiązał nagle supeł złoty...
I, gdym wyskoczył na brzeg, — jeszczem o niejCoś śnił, z radości zaciśnięte pięścieWtłaczając w kwiaty i węsząc jad woni!
Gdzieś — na dnie duszy zaczajone szczęście —Wybiegło ze mnie na słońce, na kwiaty,By trwać w pszczół brzęku i łątek pochrzęście!
I biegłem dalej, wiedząc, żem pstrokatyOd słońca, które zbryzgało mi złotemOczy i włosy, i wargi i szaty!
Że ptakom zdam się zaledwo migotemŚwiatła w zieleni!... Zjawieniec słoneczny,Co się sam sobie złoci mimolotem!
W pierś mię uderzył szum lasów odwiecznyI okrzyk ptaków, uwięzły w gęstwinie,Zapamiętały, zdyszany, serdeczny!
Gdy, biegnącemu w świateł gmatwaninie,Już się pół nieba nagromadzi w oku,To mu z tych oczu cała ziemia zginie!...
I mnie zginęła, że — gotów do skoku —Stanąłem, dłonią szukając tej dali,W którą mam teraz biedz z cieniem u boku.
Aż tu — na długość dwóch sznurów korali,Albo na miarę dwojga moich cieni —Przede mną chata, jak dziw się zuchwali...
A z tak przezroczych ciosana kamieni,Żeś widział wnętrza nietajoną wzbronnośćI sprzęt wszelaki w świetlicy i w sieni.
Z sieni — w przejrzystą świetlicy ustronnośćSzła oto właśnie w najdalsze zakątyDziewczyna, w marzeń wpatrzona dozgonność.
Za siódmą górę — chyba w kraj dziesiątyPatrzyła, ręce nieznośne za szyjąWiążąc wygodnie w dwa białe trójkąty...
I w tył warkoczem wstrząsnęła, jak żmiją.Jam ją tak z mego oglądał ubocza:Nagą — idącą prosto w sen — niczyją...
Ledwo nas ściana dzieliła przezrocza,I hen — w upale jakaś dal tajała,Kroplami złota ściekając w krzów zmrocza.
I pomyślałem: niech spojrzy!... Spojrzała...A, zaniedbawszy rozwiązania dłoni, —Płonęła przeciw i nieruchomiała...
Tak my patrzyli — każde z swej ustroni —Czując, jak czas nam pod rzęsą wstrzymany,Bez tchu przemija i sam siebie trwoni...
Było nam w oczach, jakby dwa orkanyZemdlały w ciszę, podobną zieleniDwu łąk, na które dwa spadły tumany!
I gdyśmy jeszcze byli tak wpatrzeni,Szepnąłem: »Chato upojna, jak wino!I ty — świetlico! I ty — moja sieni!
Tyżeś to przyszła, wiosenna godzinoMiłosnych przygód i pierwszej rozmowyZ nieznaną jeszcze dotychczas dziewczyną?
Tyżeś mię zdybał, zawrocie mej głowy?Kto od pierwszego nie szalał wejrzenia —Ten nie zna szału i sen ma jałowy!
Bądź pochwalona przez wszystkie westchnieniaŚciano przezrocza za to, żeś przede mnąNie utaiła nawet stóp jej cienia!
Bądź pochwalona ziemio za tę ziemnąMoc, która słońcu narzuca swe kwiaty!Wyjdzi, dziewczyno, na rozkosz wzajemną!
Wyjdzi z marzenia, z omdlenia i z chaty!...«I wyszła, pustkę czyniąc we świetlicy,I zawołała szeptem, jak w zaświaty:
— »Patrz na mnie i pozbawiaj tajemnicy!Bo zdawna pragnę wszystką męką ciałaOdbić się w czyjejś szerokiej źrenicy!
Dlategom taką chatę zbudowała,Ażebym widna była w mej niemocyGwiazdom i słońcu! Wszystkiemu, co pała!...
Widział mnie sen mój własny, sen sierocy,I widział motyl i bąk pełen znoju,Jak mię samotność utrudzą po nocy!
Bezczynna — w chaty przezroczej postojuNieustannością wonnego istnieniaPoiłam ducha, bo pragnął napoju.
Czy i ty także doznajesz pragnienia?Patrz we mnie — w piersi i w duszę i w lice, —I stóp różowość uważ odniechcenia!...
A jam rzekł, patrząc w moją samotnicę:— »Skąd twa ze światem na wyspie rozłąka?Gdzie twa ojczyzna? Kto twoi rodzice?«
— »Rodzice?... Słuchaj: w pamięci się błąkaNi to twarz słońca... ni to żar zbyteczny...I po raz pierwszy ujrzana gdzieś łąka...«
Więc zrozumiałem, że ją traf słonecznyStworzył i ciała białośnieżną ciszęRozśpiewał nagle w purpury zgiełk wieczny —
I rozkołysał w znój — i wciąż kołysze...A gdym w nią patrzał — tak znojną bezkreśnie,Myślałem, że z patrzenia zaniedyszę!
A ona rzekła: »Przemijam boleśnie:Śnią mi się nocą ognie i szkarłaty,Barw ostateczność przeraża mię we śnie!...
Dzień bywa jeno we kwiaty bogaty,A że prócz kwiecia — nikogo wokoło,Więc do zmęczenia zrywałam te kwiaty!«
Mówiła jeszcze, że nieraz na czołoKładła dłoń własną tak zwinnym odruchem,Jak czyjąś obcą — zdradziecko wesołą...
A raz — niedawno — że stała się duchemI, jak w głąb sadu, poszła w niewidzialność,Szumiącą kędyś — nad urwiskiem głuchem...
Pytała jeszcze, czy wierzę w upalnośćSłońca — w ogrody, widziane przelotem,Od których w oczach mży sama oddalność...
A jam jej mówił o wszystkiem i o tem,Jak ducha w morzach nie mogłem pomieścić,Ani utwierdzić pod gwiezdnym namiotem —
Ani po kwiatach w ciszę rozszeleścić!I o dziewczynie, co tak nie umiałaNi łkać, ni pragnąć, ni kochać, ni pieścić —
Ni snem się w niebo zamierzyć, jak strzała,Ani wysłuchać modlitwy, szeptanejPrzez własną duszę do własnego ciała...
I gdym to mówił, wspomnieniem zdyszany,Ona te słowa w rozszerzone oczyBrała, jak w głębie cienistej altany.
I odgarniała natrętnych warkoczy,Ażeby przydać uwagi żałobieSwego słuchania — boleśnie ochoczej.
I rzekła, dłonie załamując obie:— »Czy tamtą mogę tem zwalczyć, że jestem?...Tem tylko jednem, że jestem przy tobie?«
A wymówiła to niemal szelestemWarg, którym własne bruździły korale,I niemal głosu już echem dwudziestem...
— »Tamta — szepnąłem — nie godna jest wcaleTrwogi słów twoich! I gdyby tak możnaMyślą śmierć zadać pomimo oddale...«
— »Zabijmy! — rzekła nagła, nieostrożna —Myślą zabijmy! Niech z czarów jej życiaNie pozostanie nawet mgła rozdrożna!«
I wyrzuciła z warkoczów ukryciaDłonie, jak z nagle rozdwojonej szaty,I wyciągnęła usta, jak do picia...
Wszystkie nam naraz zaszumiały kwiaty.
III.
Im się uważniej przyglądam dziewczynieOd wschodu słońca, aż do gwiazd pokazu,Tem senniej dusza w domysłach mi ginie.
Spytany nawet z błębitówbłękitów rozkazuO barwę oczu i współbarwę włosa,Nicbym nie umiał powiedzieć odrazu.
Bo o poranku, skoro świt i rosa,Na piersi mojej z uśmiechem omdlewaBłękitnooka i złocistowłosa.
Lecz kiedy wieczór mrokami obrzmiewa, —Ciemnieją włosy, zmierzchają źreniceI kruczym splotem nęci czarnobrewa...
Próżno pieszczotą badam tajemnicę,Wargami pijąc rozkosz tej przemiany,Co w jednej — dwie mi daruje siostrzyce.
Jak gdybyś rozlał sen jeden w dwa dzbanyI jagód przydał dla samej czerwieniI dla wonności, ku słońcu wywianej!
Gdy myślę o tem — to w oczach się mieni,A dusza cudów nasłuchuje czujnie,Bo kochać tylko umieją — zdziwieni!...
Zaprawdę — byłem kochany podwójnie:Inaczej zrana i zmierzchem inaczej,Dwóm snom odmiennym dając ramion spójnię!
I w niezrozumień upojnej rozpaczyZaprzepaszczałem w dziwach tego ciałaZmyślnego ducha niepokój tułaczy,
Wobec tych kwiatów, gdzie rosa mży biała,Wobec księżyca, co wzdyma się złotem —Nieraz w objęciach moich — wieczorniała...
Wieczorniejącą — spytałem przelotemSzeptów, zdyszanych podziwem rozkoszy,Czy wie, że inna?... Nie wiedziała o tem...
Ale w niewiedzy, napozór macoszej,Czuła, że coś w niej na wieczór się zmienia,Coś się przebarwia — i czai — i płoszy...
Czuła przeróżność wonnego istnieniaI wszechmożliwość i wszechniespodzianośćI uśmiechnięty czar niezrozumienia...
I tajemnicy znojność i różaność,I Boga czuła, niby dąb szumiący,Pod którym ciała spoczywa pijaność!
A, zrozumiawszy, że sama — niechcący —Jest między dziwy wliczona i róże,Wyszła z mych objęć w świat, zmrokiem gorący —
I na poblizkie wszarpnęła się wzgórzeI tam — w kiężycaksiężyca wielkiem posrebrzyskuStanęła — czerniejąca na lazurze!
— »Chce mi się pląsać tu właśnie — w rozbłysku,By zbadać pląsów zadumą przekorną,Czem byłam w chaty przezroczej schronisku?
Rankiem — zaranną, wieczorem — wieczorną,Wobec bezkresów, jest one — bezkreśną,A wobec jezior, jak one — jeziorną...
W polu mi — polno, a w lesie mi — leśno,Dość mi wbiedz w gęstwę,by stać się tam drzewnąZmorą, dębowi jakiemuś rówieśną!...
Chcę nagłą wiedzę o sobie, snem śpiewną,I już od dzisiaj w duszy nieustannąGłosić ze wzgórza w tę ciszę rozwiewną!
Chce mi się w śnieżność księżyca wbiedz sannąWzwyż rozszalałą, nim szepniesz ust skrajemCzy mnie wieczorną wolisz, czy zaranną?...
A choć obydwie zazdrosne nawzajem,Obydwóm przysiąż zarówność kochania,Bo my ci obie grzech wszystek oddajem!
Przysiąż, że nigdy z mych piersi posłaniaNie zdźwigniesz ducha, by ująć mu truduWiekuistego nad szczęściem czuwania!
Że będziesz — wzorem złotego gwiazd luduŚnił bezrozłąkę swej duszy z błękitem,Choćby ją uląkł snu nadmiar i cudu!
Że nie zawołasz wspomnieniem ukrytemDziewczyny tamtej, dziewczyny zwyczajnejPrzy mnie, co jestem dwóch w jednej rozkwitem!
Że w pieśni leśnej i w pieśni ruczajnejBędziesz wyznawał odtąd mimowolnośćSerca, chciwego swobody rozstajnej!
Przysiąż na bogów do śmierci niezdolność,Że mi nie zbiegniesz hen — w niemiłowanie,W głuchą bezleśność i w nudną bezpolność!...«
— »Przysięgam tobie, że w żadne rozstanieNie ujdę duchem z twojego objęcia, —Gdzie miłość moja — tam moje otchłanie!
I będę chłonął czar twego zaklęcia,Bezrozum szczęścia i zamrocz pieszczotyDługo — bez przerwy — aż do wniebowzięcia!
Aż bóg nade mną, niby wiszar złoty,Szumiąc w bezmiarach bujnością potęgi,Stłumi pląs serca i głowy zawroty!«
I jeszcze pełen dreszczu i przysięgi —Biegłem ku wzgórzu, jak fala do brzegu,Srebrnem bezdrożem księżycowej wstęgi.
Czekała na mnie — na szał mego biegu,Nucąc i piersią i kibicią całąOd stóp do głowy — pieśń bez słów szeregu...
Jak gdyby tańcem zakłócone ciało,Że mu ciężyła słów żmudna osłona,Samym słów brakiem — swą nagość śpiewało!..
Tak śpiewającą — porwałem w ramionaI w znak przegiąłem — jeszcze śpiewającą —Czując jak w niej — przegiętej — śpiew ten kona.
I jak od tego skonu — sny się mącą...
IV.
Czym się spodziewał, czylim to przeczuwał,Że tęsknotami powrócę w te światy,Gdzie się szał dawny tumanem osnuwał?
Choćbyś piękniejszą dziewczynę przez kwiatyInnych ogrodów wypatrzył w podróży —Cóż ci z jej piękna, ty — bólu skrzydlaty?
Czar, dobrze znany, już się nie powtórzy, —A inny? Nie chcesz innego! Chcesz właśnieTych samych dreszczów i tej samej burzy!
Ja — Sindbad, żeglarz — zabłąkany w baśnie,Gdzie mgła naokół wspomnieniem wysnówna,Mam ducha, który bez błysku — nie gaśnie!
A w miłowaniu — nikt mi nie dorówna,Chyba, że serce zbezwładni tęsknota,Córka księżyca — blada Księżycówna!...
Umiem ja różą naznaczyć te wrota,Które w noc trzeba pukaniem zakłócić,By się rozwarły na jasność żywota.
Umiem miłości ów przepych przywrócić,By ci się stała, jako śmierć, jedyna —Umiem się dąsać, weselić i smucić —
I kazać komuś, co mnie nie wspomina,By wielkim cieniem legł na mojej duszy,Jak na słonecznym zegarze — godzina!
Z tym cieniem w drzewnej zapodziany głuszy,Czułem, jak za mną tęsknota w ślad kroczy,Żem do rąk mógł ją brać, jak kij pastuszy.
Wówczas mnie dziewczę pytaniem zaskoczy:— »Czemu, gdy pytam, czuję się zuchwała?...Czemu natrętna, gdy patrzę ci w oczy?...
Czemu mnie pieścisz nie tak, jakom chciała, —Jakby się twoje oduczyły dłoniePochłaniać ślepo kształt mojego ciała?
Choć ja — w objęciu, choć ja — na twem łonie,Lecz nie ja — w duszy i tam — pod powieką:Ty patrzysz w inną, całując me skronie!...
Dreszcz, ze mnie wzięty, na tamtą — dalekąPrzenosisz w myśli, jak skradzioną falę,Która się nagle rozminęła z rzeką!
Czyli przysięgi, szeptane mi w szale,Dziś przeciwszałem okrutnym radosne,Jak darowane odbierzesz korale?«
A ja jej na to: »Przysięgi miłosneMogą i muszą i chcą być złamane!I cóż, że wiosna przysięga na wiosnę?
I cóż, że harfa na struny harfianePrzysięga wierność jednemu śpiewowi?Zemszczą się kiedyś te — niewyśpiewane!
Nie jedną zorzą niebo się różowi!A dusza, niby ta zieloność drzewna,Od złotych żuków roi się i mrowi...«
Na to dziewczyna odpowie mi gniewna:— »Dałam twym żukom do syta napoju:Dwoistość czaru, ja — baśni królewna.
Dałam sen różny w mych piersi rozdwoju:Oczy z chmur czerni i oczy z błękitu,Włos hebanowy i złoty od znoju.
Dałam ci zmienną przerzutność zachwytuZ hebanu w złoto, z ciemności w purpurę,Z tajemnic nocy — w oczywistość świtu!
Po spadłej rosie rozpoznajże chmurę,Z którejś brał w usta napoje wciąż nowe,Wiedząc, że sycą, a nie wiedząc — które...
Lecz dziś?... O, gdybyś mieczem rozciął głowę,Gdzie wre to, czem się kiedyś w śmierci zdrzemnę,I zajrzał nagle w mroki rubinowe —
Tobyś wyśledził morderstwo nikczemne,Co się tam wiecznie po ciemku odbywa,I krwawych poszlak ślady potajemne!
Tyś mi poszepnął tę myśl? Ja — zgadliwa —Jak oswojoną wzięłam ją gadzinę,A myśl ta parzy, jak złota pokrzywa!
Tak! w myśli — tamtą zabijam dziewczynę!Nieraz mi głowę kołysząc w swej dłoni,Kołyszesz razem i jej zwłoki sine...
Choć upojona od rosy i woni —Przekleństwem krwawem potrafię ja jeszczeDosięgnąć tamtej, co twarz ci snem płoni.
I jej śmierć tobie wesoło obwieszczę,Jak rozśpiewana jej zgonem mogiła!A słów nie będzie, będą tylko — dreszcze...
Będzie pląs ciała, któremu ulżyłaTa nieobecność nagła w całym świecieDrugiego ciała!...«I gdy tak mówiła,
Wspomniałem, nie chcąc, że sam już... raz... przecie,Czując w niej taki pląs bez wysłowienia,Biegłem — znęcony — przez świateł zamiecie...
Że myśli nasze hen — w krainie cieniaJuż się spotkały — jawne i namiętne,Bom śmierci owej też pragnął — bez chcenia...
I mnieby także ulżyło doszczętneZniknięcie w świata całego bezmiarachTamtego ciała, co było niechętne!
Niechęć ta za mną szła po wyspy jarach,Jak pies, co w oczy zaglądając pana,Wyje na księżyc, odbity w ich szparach.
Cóż mi zostało? Pył złoty — mdła piana!I owo wiecznie zdyszane wspomnienie —I w szkarłat własny zapatrzona rana!
I słów zdziwionych nagłe zniechęcenie,Gdy, zamiast łączyć w śpiew różnic przewinę,Bezśpiewne w otchłań spadają, jak cienie...
A gdy te cienie przynęcą dziewczynę,Wnet ją otoczy i smutek i złuda,Niosąc jej nagłą śmierci bezprzyczynę.
Bo komu pierwsza miłość się nie uda,Goniąc za inną — zemsty nie pokonaI depcze w drodze napotkane cuda.
A kogokolwiek pochwyci w ramiona,Tego pchnie, pieszcząc, na własną pochyłość, —I nikt nie zgadnie, że winna wciąż — ona...
I nikt nie zgadnie, jakich żądz zawiłośćChce snem rozstrzygnąć na piersi dziewczęcej,Co w pocałunkach widzi tylko — miłość.
Im pieści znojniej, im chciwiej, im więcej,Tem ci żarliwsze skarg jego płomienie,Tem odechciewa pewniej i goręcej!
I tem ci większe ramion znieczulenie,I tego ciała dąs od stóp do głowy,I gniew pieszczoty i ust roztargnienie...
Szept mej dziewczyny i zamęt różowyWarg, moim wargom co chwila wzajemnych,Znienawidziłem na wyspie w dzień owy.
Bom czuł, że w snach jej pokątnych i ciemnychConocnej zbrodni dojrzewają zwłoki,Niby owoce ogrodów podziemnych.
Ssąc tych owoców jadowite soki,Szedłem w kraj, zgrozą swych ponęt bezszumny,W niemiłowania cieniste zatoki...
A jużem blady był i bezrozumny,Rozradowany czarną w oczach zmorą,Niby śmierć, której przyśniły się trumny!
Niemiłowanie swą źrenicą chorąNie mniej pięknego pożąda dziewczęcia,Jak te, do których i miłość jest skorą.
Chce ująć pieszczot, chce ująć zaklęciaNie bylejakich ust znojnym koralom,By zwiększyć rozkosz owego ujęcia...
I tak przydaje przepychu swym żalom,Cierniami czesząc posłuszne warkocze,Nie wzbraniające zamętu swym falom.
Swe kły tygrysie, do żeru ochocze,Lubi ci karmić różami z wyboru —I długo patrzy w pierś, nim ją zdruzgocze!
W mym duchu, niby w zielonościach boru,Zmierzch jął się szerzyć — i coś w nim przygasło,Rzekłbyś: gwiazd kilka w głębi gwiazdozbioru.
Jakby kto hasło zamienił na hasło,Kryjąc przede mną tę zmianę rozkazu:Wołałem — echo śmiechem mi odwrzasło.
Czułem powoli, jakby czuciem głazu,Żem opętany, żem sercem oszalałNa wyspie owej!... Aż pewnego razu...
Pewnego razu w niebie się dopalałDzień i, światłami przebierając w chmurach,Na tychże światłach w zamierzch się oddalał.
A była jawna drapieżność w purpurach,Co się pokładły na piętrach obłoków,Jak krwawe paszcze na zwikłanych górach.
Pomiędzy dwojgiem dzwoniących potokówLeżała, łokciem skroń dzieląc od ziemi,A od snu biorąc brzemię złotych oków.
Oddawna wrodzy byliśmy i niemi,Sen nas nie łączył, jeno gdzieś zapodziałW dwu różnych światach z myślami różnemi.
Czyniąc tajemny z całej ziemi podziałPomiędzy mojem, a między jej ciałem,Różne nam łoża w mrok różny przyodział.
Włos jej pod niebem nawpół zwieczorniałemJeszcze dniał złotem... Więc źrenic przejrzystyBłękit pod bielą powiek zgadywałem.
Może w ten błękit, jak w miłosne listyZbrodnia się wkradła? I przez sen przelotnyŚniła ot — teraz czyjś sen wiekuisty?
Może spoczynek jej był wciąż robotnyZmorą, weśnioną pilnie w zwłoki mgławe?W dłoni mej właśnie nóż błyskał samotny.
Jej warkocz, spadły pół-wężem na trawę,Zdał się zuchwałem, bujnem przedłużeniemUkrytej myśli na kark biały — w jawę.
Zrazu weń chciałem ugodzić brzemieniemNoża, co zdala — utkwiony w namyśle —Już go na dwoje przecinał swym cieniem.
A potem chciałem w piersi, co obciśleTężyły żywe a ciężkie atłasy,Ważąc je w ramion czujnem koromyśle.
A potem w skronie, skąd świadomość krasy,Krwią pulsująca, — winem się rozlewaW ciemnościach ciała, gdzie drzemią bezczasy...
A gdym się wahał, niby cień, od drzewaWichrem zdmuchnięty na brzegi urwiska,Postrzegłem, że coś we śnie podejrzewa.
Że się jej ostrze nazbyt w rzęsach błyska,A sen, jak ślepy kret, ryjący w złocie,Ów błysk ze swego zwęszył kretowiska.
Wtedym nożowi nadał ruchy kocie,Ażem go ostrzem zaczaił pomiędzyOczy, szalejąc w mej krwawej robocie!
Lecz je rozwarła w blask noża i prędzej,Niżelim pragnął... A one — błękitne —Wnet pociemniały od przerażeń nędzy!
I po warkoczu złotym niepochwytneDreszcze przebiegły — i także pociemniał!— »O, spójrz — szepnęła — jak ja czarno kwitnę...«
I nic nie rzekła ...A mnie wypodziemniałTen skrawek ziemi pod stóp mych przemocą, —I nóż mi wypadł z dłoni i — znikczemniał!
Bo zrozumiałem, że zmierzchłe barw nocąJej oczy nigdy już nie zbłękitnieją,A sploty nigdy już się nie odzłocą!
I że ten wieczór, świateł beznadziejąKrwawiący chmury, nigdy nie przeminieNad snami wyspy, gdzie serca szaleją!
I zrozumiałem, że coś we mnie ginieI coś umiera, — bo wszak niewiadomo,Co w nas i w której ma umrzeć godzinie...
Jakiś sen wielki twarzą już znajomą —Skonał... A straszno zerwać się na nogiZe snu takiego nad przepaścią stromą!
Więc, by się wesprzeć snem o jakieś progi,Wspomniałem nagle dziwnie rzeczywisteWonnego siana gdzieś na łąkach stogi...
Cisza się piętrzy wraz z nimi i mglisteCienie chmur chodzą po nich bezhałaśnie, —I już poprzez te stogi pozłociste,
Poprzez te stogi, łąk skoszonych baśnie,Patrzyłem na nią, wiedząc, że nie wzbroniMym oczom takich łąk!... A ona właśnie
Ów nóż podniosła, co wypadł mi z dłoni,I jęła, niby kołysząc go w śpiewie,Do ust przykładać, do piersi, do skroni...
I, przykładając, mówiła: »Nikt nie wie,Co w kim zabija, gdy, jak stopą bosą,Nagim nań nożem następuje w gniewie.
Tyś zabił we mnie tamtą — złotowłosą,Co była tobie błękitami gwarna,Rozmowna słońcem, rozśpiewana rosą.
Lecz pozostała ta druga, ta czarna!Że uszła tobie i kłom twego noża,Więc trwa — zbyteczna, smutna i bezkarna.
I już niczyja i nawet nie boża,Bo i Bóg nie chce nocować w źrenicy,Gdzie mają nocleg mroki i bezdroża.
Po złotowłosej odlocie siostrzycyTrwam ja — samotna, ja — com śniła zbrodnieI krwi purpurę w srebrze błyskawicy!
Dwie różne we mnie płonęły pochodnie, —Tyś jedną zgasił... Zgaszoną grześć musisz!Czyżem wiedziała, że ogień tak chłodnie?
Czyżem wiedziała, czem ducha pokusisz,Gdy, nie kochając, dotkniesz go pieszczotą?I co w nim zmienisz, podepczesz i zdusisz?
Czyżem wiedziała, że burze mnie zmiotą,Wspartą oburącz na wyśnionym przęśleMostu, wspiętego nad nizin drętwotą?
Czyżem wiedziała, że mi jakieś gęśleZdruzgoczesz w duszy i ciśniesz w jezioro,Co od księżyca wysrebrza się wklęśle?
I że ci czarną objawię się zmorą,Znaczoną krwawym nienawiści chrzestemI zbyt śmiertelnie na istnienie chorą?
Dziś mnie kwiat każdy przeraża szelestem,Bo wiem, że sądzi i widzi mnie inną,Niźli być mogłam, prócz tej, którą jestem...
Byłam ci Bogu wiadomą i słynnąZ podwójnej mocy, którą we mnie złożył,I duszę miałam dwojgiem baśni czynną.
Tyś tę jaśniejszą wypłoszył i zmorzyłI bezmiłosnej pieszczoty kradzieżąO cały błękit pierś moją zubożył!
I już me oczy nie wierzą, nie wierząW barw niespodzianość, w możliwość błękituI czarnej barwie odtąd przynależą.
Coraz to mniej w nich patrzenia i śwituI przejrzyścieją, jak umarłych dłonie,Przez które widać złotawość niebytu...
W śmierci się złocę, niby słońce w klonie,Bo jestem z rodu, co umiera właśnie,Gdy po raz pierwszy pomyśli o zgonie!«
Mówiła — a jam widział, jak mi gaśnieW oczach — i opasałem ją ramieniem,By wspomódz ciało, nim zcichnie i zaśnie.
Zasnęły najpierw oczy pod rzęs cieniem,A potem piersi zgodne, jak dwie łanie,Co się nad jednym wstrzymały strumieniem...
A potem usta poszły na skonanie,A potem ręce — i nóż wypadł z ręki,Bo go ściskała wciąż na pożegnanie.
A jam się patrzał w otworzystość męki —Między warg sińce — i w oczy, tak mocnoWbite w mrok śmierci, jak dwa nagie sęki!
I w tę konania pracę bezowocną,Po której palce prostują się zwolna,Spełniwszy trud swój w godzinę mąk nocną.
I jeszcze śmierci wysiłkiem mozolna —Już zaciążyła ku ziemi snem ciała,W którem się tai tęsknota padolna.
Z pomiędzy dwojga strumieni, gdzie spała,Niosłem ją teraz do przeźroczej chaty,Ażeby gwiazdom w swej śmierci widniała.
Niosłem przez gąszcze, przez cienie, przez kwiatyI przez ten wieczór, co światłem majaczył,Jakby ją dźwigał wraz ze mną — w szkarłaty.
Gdzieś wpobok dąb się od wilgoci paczyłI skrzypiał w sobie lub gałęzi skurczem,Jeślim o gałąź zwłokami zahaczył.
Gdzieś wpobok — w dziuple,czy w gnieździe wiewiórczemNagły się szelest ozywał i ciszęŁamał na dwoje w jej skupieniu twórczem...
Gdzieś wpobok czułeś, jak mrok chłodem dyszeW gęstwie, gdzie tylko jeden liść bezwcześnie,Bo po dziennemu lśni się i kołysze...
A my szli ciągle — oboje, jak we śnie, —Z jednakim trudem, z jednakim pośpiechemI nierozłącznie i tak jednocześnie!
I, gdyby ziemia rozległa się echem,Tobyś rozpoznał czworga stóp odgłosy:Tak razem szliśmy, senni śmierci grzechem...
Niosłem ją pilnie, jak nocne niebiosyNiesie nurt rzeki w zwierciadeł pochwycie,Pełniąc się niemi po brzegów ukosy.
Tak ciągle miałem w oczach jej odbicie,Wciąż przepełniony aż po ramion brzegiCiałem, co ciszą wezbrało obficie...
Wieczór, przesiany poprzez drzew szeregi,Na twarz jej bladą i na pierś niewzbronnąKładł złote pasma i szkarłatne piegi.
I taką jeszcze światłami osłonnąI piegowatą — wniosłem do świetlicy,Gdzie dla niej jednej dość było przestronno.
Tam ją złożyłem, pełną tajemnicy,Wpodłuż a równo, skrzętnie a ostrożnie,Jak nad brzegami nieznanej krynicy...
A sam się z wnętrza usunąłem trwożnie,By z innych światów poglądać ubocza,Jak w śnie niezłomnym spoczywa wielmożnie.
Ledwo nas ściana dzieliła przezrocza...Gdym zmarłą okiem rozważał i mierzył,Postrzegłem nagły niepokój warkocza.
Ten — rósł po śmierci, dłużył się i szerzył,Spóźniony w zgonie — rozszumiał się cały,Jakby w swej pani zgon jeszcze nie wierzył.
Na pierś jej wpełzał, na kark spadał biały,W czarnych kędziorach szept skargi przytłumiał,Szukał tych dłoni, które go czesały...
Znalazł je wreszcie — i wszystko zrozumiał.I, węsząc bezwład śmiertelnej drzemoty,Zwikłał się w sobie i tak zanieszumiał.
Wówczas mu chyba pozgonne zalotyKazały zmarłą przystroić w żałobie,Bo się odzłocił nagle — żywiec złoty!...
Kto mu przywrócił ten dar? Czy sam sobie?Czy chciał, by zmarła w sen nie byle jakiSzła po dawnemu, we wszystkiej ozdobie?
A może ona sama skroś orszakiCieniów, pośmiertnym skupionych kuligiem,Złote mi zowąd podawała znaki?...
Abym zapragnął... i ramion podźwigiemWspiął ku niej brzemię tych kwiatów i woni,Tropiąc ją w mroku — miłości pościgiem.
Lecz, gdym się wsłuchał w szmer śmierci koło niejI echem stóp jej odbrzmiałe zaświaty, —Już dalszą była, niźli tentent koni!...
Gdym ku niej myśli posyłał we swaty,By ją po śmierci myślami poślubić,Tom zląkł się nagle zbyt przeźroczej chaty!...
I w myślach duchem począłem się gubić —Jak kochać zmarłą?... Co zmarłej obiecać?...I czem nasycić? I jak przyhołubić?...
A już się począł wiatr po jarach wzniecaćI zmierzch ze światłem prząść w jedną tkaninę,I chmury czarne ze złotemi sklecać,
I zezem oka spostrzegłem, że sineJej stopy — prosto przed się wyciągnięte —Zdają się jedną wskazywać godzinę...
I że, w tej samej godzinie poczęte,Myśli me, czarną obleczone szatą,Biegły w kierunku tych stóp — w ich ponętę!
Więc jąłem nagle uchodzić przed chatą,Przeświecającą zwłok dziewczęcych bielą,Niby zbytkowną dla ziemi poświatą.
Biegnąc, słyszałem, jak kwiaty się ścieląWichrem po ziemi, — i jak wicher przeczyDrzewom, co szumem od nieba się dzielą!
Słyszałem potem niby płacz wszechrzeczyNa wyspie, kędy wśród gąszczów zieleniJa tylko jeden miałem kształt człowieczy!
I biegłem, kształt swój unosząc wśród cieniWylękłych dębów i brzóz i olszyny,Bojąc się odbić w zwierciadłach strumieni —
I ujrzeć trafem twarz, pełną przewiny,Twarz ludzką — obcą i tak niepojętąDla wszelkiej, ziemię zdobiącej, rośliny!
Twarz, co pragnęła, by bladość jej zżętoSierpem księżyca i zrównano właśnieZ macierzankami, z piołunem lub z miętą...
Echem w dokolne rozległy się baśnieStóp mych od wyspy ku morzu powroty, —Tam czekał okręt, wpatrzony w fal jaśnie.
Przerósł on życia własnego kres złotyI już się w Bogu grążył swym nadmiarem,Na ziemi mało mając do roboty.
Wbiegłem na pokład i ciała ciężaremPrzywarłem duszę do miejsca, aż zbladłaBez tchu — błękitnym drgająca oparem...
A wonczas, mącąc mórz jasne zwierciadła,Wyspa się w nagłe rozluźniła cienieI rozechwiała się w szmer i — przepadła!
Fale się nad nią we ślubne pierścienieSkędzierzawiły... Gdym zliczył secinę —Ostatnie po niej zanikło wspomnienie.
A ja, nie wiedząc, gdzie teraz popłynę,Wichrowi żagiel podałem rozpiętyI na szerokość zmierzyłem głębinę —
I wypłynąłem na morskie odmęty.
V.
Duchu mój, wbiegły w brzask niebieskich kopuł,Zawadzający skrzydłami z wysokaO nawał Boga, jak o senny szkopuł!...
Święć się twój pobyt i miłosna zwłokaNa piersi ziemi, wybuchłej rozkwitemPod warg twych musem i pod strażą oka!
Święć się wiosenny twój płacz nad zarytemW murawach szczęściem, gdy rozśmiane gardłoŁka, zachłyśnięte sercem i błękitem!...
Święć się twój nagły dreszcz nad obumarłąU stóp twych burzą, po której pogrzebieDwoje się oczu dziewczęcych zawarło.
Święć się twój udar słoneczny na niebie,Gdy — nieprzytomny — zasłaniasz się dłoniąOd blasku śmierci, co oślepił ciebie!
Zwól — niechaj szumią i szemrzą i dzwoniąChóry niczyich, bezimiennych głosów,Od których usta przelęknione stronią...
Zwól — niech na żyznym błękicie niebiosówObłędna brzoza — wbrew ziemi — wyrośnie,By coś tam zmącić zielonym snem włosów!...
I niech twe ciało, podane ku wiośnie,Wicher ci zszarpie, niby płaszcz, ulewąTwych łez bezwolnych przemokły radośnie!
Czemu tak patrzysz w okrętowe drzewo,Gdzie przepych lasów oddawna zbezlistniał?I w wicher patrzysz, bielący się mewą?
Czyliś się nie dość, ty — duchu, naistniał?Nie dość nachłonął i brzasków i cieni,Gdzie się nie jeden sen uoczywistniał?
Rozpielgrzymiony po wirach bezdeniDokądże dążysz? Jakaż baśń w przestworzePoprzód twych oczu we mgle się zieleni?
Wściągnij się w sobie, zesłabnij w pokorze,Na pierwszym lądzie z pierwszym oto płazemWij się i czołgaj, wspominając morze!
Klęknijmy kornie przed kwiatem, przed głazem,We mgłach — na łąkach — u wylotu alej, —Gdziekolwiek można — tam klęknijmy razem!
I błogosławmy naokół i dalejMotylom — kwiatom — i ptakom — i pszczołom, —A ty mi wówczas, błogosławiąc, szalej!
I maluczkością świata się oszołom!I pobłogosław zjawionym w śnie twarzom,I ze snu głębi wychylonym czołom —
I zagubionym w sobie wirydarzom.Gdzie ślady stóp się skradają i łasząDo gęstwy, cieniów zostawionej strażom.
I szczęścia widmom, co nęcą i straszą,I utraconej na zawsze dziewczynie,Która być mogła — a nie była naszą...
I wszelkiej męce i wszelkiej przewinie,I wszelkim innym, nieznanym dziewczętom,Które w nieznanej czekają krainie!
I wszelkim morzom i snom i okrętom!...
Comments
Loading comments…