Nieznana podróż Sindbada-Żeglarza — III

III.

Im się uważniej przyglądam dziewczynieOd wschodu słońca, aż do gwiazd pokazu,Tem senniej dusza w domysłach mi ginie.

Spytany nawet z błębitówbłękitów rozkazuO barwę oczu i współbarwę włosa,Nicbym nie umiał powiedzieć odrazu.

Bo o poranku, skoro świt i rosa,Na piersi mojej z uśmiechem omdlewaBłękitnooka i złocistowłosa.

Lecz kiedy wieczór mrokami obrzmiewa, —Ciemnieją włosy, zmierzchają źreniceI kruczym splotem nęci czarnobrewa...

Próżno pieszczotą badam tajemnicę,Wargami pijąc rozkosz tej przemiany,Co w jednej — dwie mi daruje siostrzyce.

Jak gdybyś rozlał sen jeden w dwa dzbanyI jagód przydał dla samej czerwieniI dla wonności, ku słońcu wywianej!

Gdy myślę o tem — to w oczach się mieni,A dusza cudów nasłuchuje czujnie,Bo kochać tylko umieją — zdziwieni!...

Zaprawdę — byłem kochany podwójnie:Inaczej zrana i zmierzchem inaczej,Dwóm snom odmiennym dając ramion spójnię!

I w niezrozumień upojnej rozpaczyZaprzepaszczałem w dziwach tego ciałaZmyślnego ducha niepokój tułaczy,

Wobec tych kwiatów, gdzie rosa mży biała,Wobec księżyca, co wzdyma się złotem —Nieraz w objęciach moich — wieczorniała...

Wieczorniejącą — spytałem przelotemSzeptów, zdyszanych podziwem rozkoszy,Czy wie, że inna?... Nie wiedziała o tem...

Ale w niewiedzy, napozór macoszej,Czuła, że coś w niej na wieczór się zmienia,Coś się przebarwia — i czai — i płoszy...

Czuła przeróżność wonnego istnieniaI wszechmożliwość i wszechniespodzianośćI uśmiechnięty czar niezrozumienia...

I tajemnicy znojność i różaność,I Boga czuła, niby dąb szumiący,Pod którym ciała spoczywa pijaność!

A, zrozumiawszy, że sama — niechcący —Jest między dziwy wliczona i róże,Wyszła z mych objęć w świat, zmrokiem gorący —

I na poblizkie wszarpnęła się wzgórzeI tam — w kiężycaksiężyca wielkiem posrebrzyskuStanęła — czerniejąca na lazurze!

— »Chce mi się pląsać tu właśnie — w rozbłysku,By zbadać pląsów zadumą przekorną,Czem byłam w chaty przezroczej schronisku?

Rankiem — zaranną, wieczorem — wieczorną,Wobec bezkresów, jest one — bezkreśną,A wobec jezior, jak one — jeziorną...

W polu mi — polno, a w lesie mi — leśno,Dość mi wbiedz w gęstwę,by stać się tam drzewnąZmorą, dębowi jakiemuś rówieśną!...

Chcę nagłą wiedzę o sobie, snem śpiewną,I już od dzisiaj w duszy nieustannąGłosić ze wzgórza w tę ciszę rozwiewną!

Chce mi się w śnieżność księżyca wbiedz sannąWzwyż rozszalałą, nim szepniesz ust skrajemCzy mnie wieczorną wolisz, czy zaranną?...

A choć obydwie zazdrosne nawzajem,Obydwóm przysiąż zarówność kochania,Bo my ci obie grzech wszystek oddajem!

Przysiąż, że nigdy z mych piersi posłaniaNie zdźwigniesz ducha, by ująć mu truduWiekuistego nad szczęściem czuwania!

Że będziesz — wzorem złotego gwiazd luduŚnił bezrozłąkę swej duszy z błękitem,Choćby ją uląkł snu nadmiar i cudu!

Że nie zawołasz wspomnieniem ukrytemDziewczyny tamtej, dziewczyny zwyczajnejPrzy mnie, co jestem dwóch w jednej rozkwitem!

Że w pieśni leśnej i w pieśni ruczajnejBędziesz wyznawał odtąd mimowolnośćSerca, chciwego swobody rozstajnej!

Przysiąż na bogów do śmierci niezdolność,Że mi nie zbiegniesz hen — w niemiłowanie,W głuchą bezleśność i w nudną bezpolność!...«

— »Przysięgam tobie, że w żadne rozstanieNie ujdę duchem z twojego objęcia, —Gdzie miłość moja — tam moje otchłanie!

I będę chłonął czar twego zaklęcia,Bezrozum szczęścia i zamrocz pieszczotyDługo — bez przerwy — aż do wniebowzięcia!

Aż bóg nade mną, niby wiszar złoty,Szumiąc w bezmiarach bujnością potęgi,Stłumi pląs serca i głowy zawroty!«

I jeszcze pełen dreszczu i przysięgi —Biegłem ku wzgórzu, jak fala do brzegu,Srebrnem bezdrożem księżycowej wstęgi.

Czekała na mnie — na szał mego biegu,Nucąc i piersią i kibicią całąOd stóp do głowy — pieśń bez słów szeregu...

Jak gdyby tańcem zakłócone ciało,Że mu ciężyła słów żmudna osłona,Samym słów brakiem — swą nagość śpiewało!..

Tak śpiewającą — porwałem w ramionaI w znak przegiąłem — jeszcze śpiewającą —Czując jak w niej — przegiętej — śpiew ten kona.

I jak od tego skonu — sny się mącą...

Comments

Loading comments…