Nieznana podróż Sindbada-Żeglarza — IV

IV.

Czym się spodziewał, czylim to przeczuwał,Że tęsknotami powrócę w te światy,Gdzie się szał dawny tumanem osnuwał?

Choćbyś piękniejszą dziewczynę przez kwiatyInnych ogrodów wypatrzył w podróży —Cóż ci z jej piękna, ty — bólu skrzydlaty?

Czar, dobrze znany, już się nie powtórzy, —A inny? Nie chcesz innego! Chcesz właśnieTych samych dreszczów i tej samej burzy!

Ja — Sindbad, żeglarz — zabłąkany w baśnie,Gdzie mgła naokół wspomnieniem wysnówna,Mam ducha, który bez błysku — nie gaśnie!

A w miłowaniu — nikt mi nie dorówna,Chyba, że serce zbezwładni tęsknota,Córka księżyca — blada Księżycówna!...

Umiem ja różą naznaczyć te wrota,Które w noc trzeba pukaniem zakłócić,By się rozwarły na jasność żywota.

Umiem miłości ów przepych przywrócić,By ci się stała, jako śmierć, jedyna —Umiem się dąsać, weselić i smucić —

I kazać komuś, co mnie nie wspomina,By wielkim cieniem legł na mojej duszy,Jak na słonecznym zegarze — godzina!

Z tym cieniem w drzewnej zapodziany głuszy,Czułem, jak za mną tęsknota w ślad kroczy,Żem do rąk mógł ją brać, jak kij pastuszy.

Wówczas mnie dziewczę pytaniem zaskoczy:— »Czemu, gdy pytam, czuję się zuchwała?...Czemu natrętna, gdy patrzę ci w oczy?...

Czemu mnie pieścisz nie tak, jakom chciała, —Jakby się twoje oduczyły dłoniePochłaniać ślepo kształt mojego ciała?

Choć ja — w objęciu, choć ja — na twem łonie,Lecz nie ja — w duszy i tam — pod powieką:Ty patrzysz w inną, całując me skronie!...

Dreszcz, ze mnie wzięty, na tamtą — dalekąPrzenosisz w myśli, jak skradzioną falę,Która się nagle rozminęła z rzeką!

Czyli przysięgi, szeptane mi w szale,Dziś przeciwszałem okrutnym radosne,Jak darowane odbierzesz korale?«

A ja jej na to: »Przysięgi miłosneMogą i muszą i chcą być złamane!I cóż, że wiosna przysięga na wiosnę?

I cóż, że harfa na struny harfianePrzysięga wierność jednemu śpiewowi?Zemszczą się kiedyś te — niewyśpiewane!

Nie jedną zorzą niebo się różowi!A dusza, niby ta zieloność drzewna,Od złotych żuków roi się i mrowi...«

Na to dziewczyna odpowie mi gniewna:— »Dałam twym żukom do syta napoju:Dwoistość czaru, ja — baśni królewna.

Dałam sen różny w mych piersi rozdwoju:Oczy z chmur czerni i oczy z błękitu,Włos hebanowy i złoty od znoju.

Dałam ci zmienną przerzutność zachwytuZ hebanu w złoto, z ciemności w purpurę,Z tajemnic nocy — w oczywistość świtu!

Po spadłej rosie rozpoznajże chmurę,Z którejś brał w usta napoje wciąż nowe,Wiedząc, że sycą, a nie wiedząc — które...

Lecz dziś?... O, gdybyś mieczem rozciął głowę,Gdzie wre to, czem się kiedyś w śmierci zdrzemnę,I zajrzał nagle w mroki rubinowe —

Tobyś wyśledził morderstwo nikczemne,Co się tam wiecznie po ciemku odbywa,I krwawych poszlak ślady potajemne!

Tyś mi poszepnął tę myśl? Ja — zgadliwa —Jak oswojoną wzięłam ją gadzinę,A myśl ta parzy, jak złota pokrzywa!

Tak! w myśli — tamtą zabijam dziewczynę!Nieraz mi głowę kołysząc w swej dłoni,Kołyszesz razem i jej zwłoki sine...

Choć upojona od rosy i woni —Przekleństwem krwawem potrafię ja jeszczeDosięgnąć tamtej, co twarz ci snem płoni.

I jej śmierć tobie wesoło obwieszczę,Jak rozśpiewana jej zgonem mogiła!A słów nie będzie, będą tylko — dreszcze...

Będzie pląs ciała, któremu ulżyłaTa nieobecność nagła w całym świecieDrugiego ciała!...«I gdy tak mówiła,

Wspomniałem, nie chcąc, że sam już... raz... przecie,Czując w niej taki pląs bez wysłowienia,Biegłem — znęcony — przez świateł zamiecie...

Że myśli nasze hen — w krainie cieniaJuż się spotkały — jawne i namiętne,Bom śmierci owej też pragnął — bez chcenia...

I mnieby także ulżyło doszczętneZniknięcie w świata całego bezmiarachTamtego ciała, co było niechętne!

Niechęć ta za mną szła po wyspy jarach,Jak pies, co w oczy zaglądając pana,Wyje na księżyc, odbity w ich szparach.

Cóż mi zostało? Pył złoty — mdła piana!I owo wiecznie zdyszane wspomnienie —I w szkarłat własny zapatrzona rana!

I słów zdziwionych nagłe zniechęcenie,Gdy, zamiast łączyć w śpiew różnic przewinę,Bezśpiewne w otchłań spadają, jak cienie...

A gdy te cienie przynęcą dziewczynę,Wnet ją otoczy i smutek i złuda,Niosąc jej nagłą śmierci bezprzyczynę.

Bo komu pierwsza miłość się nie uda,Goniąc za inną — zemsty nie pokonaI depcze w drodze napotkane cuda.

A kogokolwiek pochwyci w ramiona,Tego pchnie, pieszcząc, na własną pochyłość, —I nikt nie zgadnie, że winna wciąż — ona...

I nikt nie zgadnie, jakich żądz zawiłośćChce snem rozstrzygnąć na piersi dziewczęcej,Co w pocałunkach widzi tylko — miłość.

Im pieści znojniej, im chciwiej, im więcej,Tem ci żarliwsze skarg jego płomienie,Tem odechciewa pewniej i goręcej!

I tem ci większe ramion znieczulenie,I tego ciała dąs od stóp do głowy,I gniew pieszczoty i ust roztargnienie...

Szept mej dziewczyny i zamęt różowyWarg, moim wargom co chwila wzajemnych,Znienawidziłem na wyspie w dzień owy.

Bom czuł, że w snach jej pokątnych i ciemnychConocnej zbrodni dojrzewają zwłoki,Niby owoce ogrodów podziemnych.

Ssąc tych owoców jadowite soki,Szedłem w kraj, zgrozą swych ponęt bezszumny,W niemiłowania cieniste zatoki...

A jużem blady był i bezrozumny,Rozradowany czarną w oczach zmorą,Niby śmierć, której przyśniły się trumny!

Niemiłowanie swą źrenicą chorąNie mniej pięknego pożąda dziewczęcia,Jak te, do których i miłość jest skorą.

Chce ująć pieszczot, chce ująć zaklęciaNie bylejakich ust znojnym koralom,By zwiększyć rozkosz owego ujęcia...

I tak przydaje przepychu swym żalom,Cierniami czesząc posłuszne warkocze,Nie wzbraniające zamętu swym falom.

Swe kły tygrysie, do żeru ochocze,Lubi ci karmić różami z wyboru —I długo patrzy w pierś, nim ją zdruzgocze!

W mym duchu, niby w zielonościach boru,Zmierzch jął się szerzyć — i coś w nim przygasło,Rzekłbyś: gwiazd kilka w głębi gwiazdozbioru.

Jakby kto hasło zamienił na hasło,Kryjąc przede mną tę zmianę rozkazu:Wołałem — echo śmiechem mi odwrzasło.

Czułem powoli, jakby czuciem głazu,Żem opętany, żem sercem oszalałNa wyspie owej!... Aż pewnego razu...

Pewnego razu w niebie się dopalałDzień i, światłami przebierając w chmurach,Na tychże światłach w zamierzch się oddalał.

A była jawna drapieżność w purpurach,Co się pokładły na piętrach obłoków,Jak krwawe paszcze na zwikłanych górach.

Pomiędzy dwojgiem dzwoniących potokówLeżała, łokciem skroń dzieląc od ziemi,A od snu biorąc brzemię złotych oków.

Oddawna wrodzy byliśmy i niemi,Sen nas nie łączył, jeno gdzieś zapodziałW dwu różnych światach z myślami różnemi.

Czyniąc tajemny z całej ziemi podziałPomiędzy mojem, a między jej ciałem,Różne nam łoża w mrok różny przyodział.

Włos jej pod niebem nawpół zwieczorniałemJeszcze dniał złotem... Więc źrenic przejrzystyBłękit pod bielą powiek zgadywałem.

Może w ten błękit, jak w miłosne listyZbrodnia się wkradła? I przez sen przelotnyŚniła ot — teraz czyjś sen wiekuisty?

Może spoczynek jej był wciąż robotnyZmorą, weśnioną pilnie w zwłoki mgławe?W dłoni mej właśnie nóż błyskał samotny.

Jej warkocz, spadły pół-wężem na trawę,Zdał się zuchwałem, bujnem przedłużeniemUkrytej myśli na kark biały — w jawę.

Zrazu weń chciałem ugodzić brzemieniemNoża, co zdala — utkwiony w namyśle —Już go na dwoje przecinał swym cieniem.

A potem chciałem w piersi, co obciśleTężyły żywe a ciężkie atłasy,Ważąc je w ramion czujnem koromyśle.

A potem w skronie, skąd świadomość krasy,Krwią pulsująca, — winem się rozlewaW ciemnościach ciała, gdzie drzemią bezczasy...

A gdym się wahał, niby cień, od drzewaWichrem zdmuchnięty na brzegi urwiska,Postrzegłem, że coś we śnie podejrzewa.

Że się jej ostrze nazbyt w rzęsach błyska,A sen, jak ślepy kret, ryjący w złocie,Ów błysk ze swego zwęszył kretowiska.

Wtedym nożowi nadał ruchy kocie,Ażem go ostrzem zaczaił pomiędzyOczy, szalejąc w mej krwawej robocie!

Lecz je rozwarła w blask noża i prędzej,Niżelim pragnął... A one — błękitne —Wnet pociemniały od przerażeń nędzy!

I po warkoczu złotym niepochwytneDreszcze przebiegły — i także pociemniał!— »O, spójrz — szepnęła — jak ja czarno kwitnę...«

I nic nie rzekła ...A mnie wypodziemniałTen skrawek ziemi pod stóp mych przemocą, —I nóż mi wypadł z dłoni i — znikczemniał!

Bo zrozumiałem, że zmierzchłe barw nocąJej oczy nigdy już nie zbłękitnieją,A sploty nigdy już się nie odzłocą!

I że ten wieczór, świateł beznadziejąKrwawiący chmury, nigdy nie przeminieNad snami wyspy, gdzie serca szaleją!

I zrozumiałem, że coś we mnie ginieI coś umiera, — bo wszak niewiadomo,Co w nas i w której ma umrzeć godzinie...

Jakiś sen wielki twarzą już znajomą —Skonał... A straszno zerwać się na nogiZe snu takiego nad przepaścią stromą!

Więc, by się wesprzeć snem o jakieś progi,Wspomniałem nagle dziwnie rzeczywisteWonnego siana gdzieś na łąkach stogi...

Cisza się piętrzy wraz z nimi i mglisteCienie chmur chodzą po nich bezhałaśnie, —I już poprzez te stogi pozłociste,

Poprzez te stogi, łąk skoszonych baśnie,Patrzyłem na nią, wiedząc, że nie wzbroniMym oczom takich łąk!... A ona właśnie

Ów nóż podniosła, co wypadł mi z dłoni,I jęła, niby kołysząc go w śpiewie,Do ust przykładać, do piersi, do skroni...

I, przykładając, mówiła: »Nikt nie wie,Co w kim zabija, gdy, jak stopą bosą,Nagim nań nożem następuje w gniewie.

Tyś zabił we mnie tamtą — złotowłosą,Co była tobie błękitami gwarna,Rozmowna słońcem, rozśpiewana rosą.

Lecz pozostała ta druga, ta czarna!Że uszła tobie i kłom twego noża,Więc trwa — zbyteczna, smutna i bezkarna.

I już niczyja i nawet nie boża,Bo i Bóg nie chce nocować w źrenicy,Gdzie mają nocleg mroki i bezdroża.

Po złotowłosej odlocie siostrzycyTrwam ja — samotna, ja — com śniła zbrodnieI krwi purpurę w srebrze błyskawicy!

Dwie różne we mnie płonęły pochodnie, —Tyś jedną zgasił... Zgaszoną grześć musisz!Czyżem wiedziała, że ogień tak chłodnie?

Czyżem wiedziała, czem ducha pokusisz,Gdy, nie kochając, dotkniesz go pieszczotą?I co w nim zmienisz, podepczesz i zdusisz?

Czyżem wiedziała, że burze mnie zmiotą,Wspartą oburącz na wyśnionym przęśleMostu, wspiętego nad nizin drętwotą?

Czyżem wiedziała, że mi jakieś gęśleZdruzgoczesz w duszy i ciśniesz w jezioro,Co od księżyca wysrebrza się wklęśle?

I że ci czarną objawię się zmorą,Znaczoną krwawym nienawiści chrzestemI zbyt śmiertelnie na istnienie chorą?

Dziś mnie kwiat każdy przeraża szelestem,Bo wiem, że sądzi i widzi mnie inną,Niźli być mogłam, prócz tej, którą jestem...

Byłam ci Bogu wiadomą i słynnąZ podwójnej mocy, którą we mnie złożył,I duszę miałam dwojgiem baśni czynną.

Tyś tę jaśniejszą wypłoszył i zmorzyłI bezmiłosnej pieszczoty kradzieżąO cały błękit pierś moją zubożył!

I już me oczy nie wierzą, nie wierząW barw niespodzianość, w możliwość błękituI czarnej barwie odtąd przynależą.

Coraz to mniej w nich patrzenia i śwituI przejrzyścieją, jak umarłych dłonie,Przez które widać złotawość niebytu...

W śmierci się złocę, niby słońce w klonie,Bo jestem z rodu, co umiera właśnie,Gdy po raz pierwszy pomyśli o zgonie!«

Mówiła — a jam widział, jak mi gaśnieW oczach — i opasałem ją ramieniem,By wspomódz ciało, nim zcichnie i zaśnie.

Zasnęły najpierw oczy pod rzęs cieniem,A potem piersi zgodne, jak dwie łanie,Co się nad jednym wstrzymały strumieniem...

A potem usta poszły na skonanie,A potem ręce — i nóż wypadł z ręki,Bo go ściskała wciąż na pożegnanie.

A jam się patrzał w otworzystość męki —Między warg sińce — i w oczy, tak mocnoWbite w mrok śmierci, jak dwa nagie sęki!

I w tę konania pracę bezowocną,Po której palce prostują się zwolna,Spełniwszy trud swój w godzinę mąk nocną.

I jeszcze śmierci wysiłkiem mozolna —Już zaciążyła ku ziemi snem ciała,W którem się tai tęsknota padolna.

Z pomiędzy dwojga strumieni, gdzie spała,Niosłem ją teraz do przeźroczej chaty,Ażeby gwiazdom w swej śmierci widniała.

Niosłem przez gąszcze, przez cienie, przez kwiatyI przez ten wieczór, co światłem majaczył,Jakby ją dźwigał wraz ze mną — w szkarłaty.

Gdzieś wpobok dąb się od wilgoci paczyłI skrzypiał w sobie lub gałęzi skurczem,Jeślim o gałąź zwłokami zahaczył.

Gdzieś wpobok — w dziuple,czy w gnieździe wiewiórczemNagły się szelest ozywał i ciszęŁamał na dwoje w jej skupieniu twórczem...

Gdzieś wpobok czułeś, jak mrok chłodem dyszeW gęstwie, gdzie tylko jeden liść bezwcześnie,Bo po dziennemu lśni się i kołysze...

A my szli ciągle — oboje, jak we śnie, —Z jednakim trudem, z jednakim pośpiechemI nierozłącznie i tak jednocześnie!

I, gdyby ziemia rozległa się echem,Tobyś rozpoznał czworga stóp odgłosy:Tak razem szliśmy, senni śmierci grzechem...

Niosłem ją pilnie, jak nocne niebiosyNiesie nurt rzeki w zwierciadeł pochwycie,Pełniąc się niemi po brzegów ukosy.

Tak ciągle miałem w oczach jej odbicie,Wciąż przepełniony aż po ramion brzegiCiałem, co ciszą wezbrało obficie...

Wieczór, przesiany poprzez drzew szeregi,Na twarz jej bladą i na pierś niewzbronnąKładł złote pasma i szkarłatne piegi.

I taką jeszcze światłami osłonnąI piegowatą — wniosłem do świetlicy,Gdzie dla niej jednej dość było przestronno.

Tam ją złożyłem, pełną tajemnicy,Wpodłuż a równo, skrzętnie a ostrożnie,Jak nad brzegami nieznanej krynicy...

A sam się z wnętrza usunąłem trwożnie,By z innych światów poglądać ubocza,Jak w śnie niezłomnym spoczywa wielmożnie.

Ledwo nas ściana dzieliła przezrocza...Gdym zmarłą okiem rozważał i mierzył,Postrzegłem nagły niepokój warkocza.

Ten — rósł po śmierci, dłużył się i szerzył,Spóźniony w zgonie — rozszumiał się cały,Jakby w swej pani zgon jeszcze nie wierzył.

Na pierś jej wpełzał, na kark spadał biały,W czarnych kędziorach szept skargi przytłumiał,Szukał tych dłoni, które go czesały...

Znalazł je wreszcie — i wszystko zrozumiał.I, węsząc bezwład śmiertelnej drzemoty,Zwikłał się w sobie i tak zanieszumiał.

Wówczas mu chyba pozgonne zalotyKazały zmarłą przystroić w żałobie,Bo się odzłocił nagle — żywiec złoty!...

Kto mu przywrócił ten dar? Czy sam sobie?Czy chciał, by zmarła w sen nie byle jakiSzła po dawnemu, we wszystkiej ozdobie?

A może ona sama skroś orszakiCieniów, pośmiertnym skupionych kuligiem,Złote mi zowąd podawała znaki?...

Abym zapragnął... i ramion podźwigiemWspiął ku niej brzemię tych kwiatów i woni,Tropiąc ją w mroku — miłości pościgiem.

Lecz, gdym się wsłuchał w szmer śmierci koło niejI echem stóp jej odbrzmiałe zaświaty, —Już dalszą była, niźli tentent koni!...

Gdym ku niej myśli posyłał we swaty,By ją po śmierci myślami poślubić,Tom zląkł się nagle zbyt przeźroczej chaty!...

I w myślach duchem począłem się gubić —Jak kochać zmarłą?... Co zmarłej obiecać?...I czem nasycić? I jak przyhołubić?...

A już się począł wiatr po jarach wzniecaćI zmierzch ze światłem prząść w jedną tkaninę,I chmury czarne ze złotemi sklecać,

I zezem oka spostrzegłem, że sineJej stopy — prosto przed się wyciągnięte —Zdają się jedną wskazywać godzinę...

I że, w tej samej godzinie poczęte,Myśli me, czarną obleczone szatą,Biegły w kierunku tych stóp — w ich ponętę!

Więc jąłem nagle uchodzić przed chatą,Przeświecającą zwłok dziewczęcych bielą,Niby zbytkowną dla ziemi poświatą.

Biegnąc, słyszałem, jak kwiaty się ścieląWichrem po ziemi, — i jak wicher przeczyDrzewom, co szumem od nieba się dzielą!

Słyszałem potem niby płacz wszechrzeczyNa wyspie, kędy wśród gąszczów zieleniJa tylko jeden miałem kształt człowieczy!

I biegłem, kształt swój unosząc wśród cieniWylękłych dębów i brzóz i olszyny,Bojąc się odbić w zwierciadłach strumieni —

I ujrzeć trafem twarz, pełną przewiny,Twarz ludzką — obcą i tak niepojętąDla wszelkiej, ziemię zdobiącej, rośliny!

Twarz, co pragnęła, by bladość jej zżętoSierpem księżyca i zrównano właśnieZ macierzankami, z piołunem lub z miętą...

Echem w dokolne rozległy się baśnieStóp mych od wyspy ku morzu powroty, —Tam czekał okręt, wpatrzony w fal jaśnie.

Przerósł on życia własnego kres złotyI już się w Bogu grążył swym nadmiarem,Na ziemi mało mając do roboty.

Wbiegłem na pokład i ciała ciężaremPrzywarłem duszę do miejsca, aż zbladłaBez tchu — błękitnym drgająca oparem...

A wonczas, mącąc mórz jasne zwierciadła,Wyspa się w nagłe rozluźniła cienieI rozechwiała się w szmer i — przepadła!

Fale się nad nią we ślubne pierścienieSkędzierzawiły... Gdym zliczył secinę —Ostatnie po niej zanikło wspomnienie.

A ja, nie wiedząc, gdzie teraz popłynę,Wichrowi żagiel podałem rozpiętyI na szerokość zmierzyłem głębinę —

I wypłynąłem na morskie odmęty.

Comments

Loading comments…