Odjazd (Leśmian)

ODJAZD.

Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,Podkute szafirowym dookoła sińcem.Był klomb i rój motyli i błękit przezroczy,I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy.A, gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedyI czemu — przypomniałem te oczy, przyziemnieŚledzące mą zadumę i wpatrzone we mnieTem wszystkiem, czem się można wpatrzeć w świat i dalej.Co widziały te oczy, nim w tysiącu alejZginąłem, jedną chatę rzucając za sobą?I czemu z szafirową zawczasu żałobąPatrzyły w ten mój odjazd po przez zieleń rdzawąRezedy, co pachniała, przytłumiona trawą?I dlaczego te oczy były co raz łzawsze?Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawszeI zostawiać samopas kędyś — na uboczu?Czy nie wolno odjeżdżać znajomym gościńcemI oddalać się zbytnio od tych złotych oczu,Podkutych dookoła szafirowym sińcem?

Comments

Loading comments…