Powieść o rozumnej dziewczynie — całość

POWIEŚĆ O ROZUMNEJ DZIEWCZYNIE

ITak mówię do dziewczyny: Nie wwódź mnie w bór ciemny,Nie wołaj po imieniu, nie patrz oko w oko, —Bo nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemnyZ mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką.

A nuż jestem odmienny, niźli tobie chce się, —Niż ten, którego tulisz w niemej pieszczot skardze.Poznasz mię nad jeziorem — i w polu i w lesie —A nie poznasz na łożu, nie poznasz przy wardze.

O, nie pytaj mnie o nic! Nie widuj mnie we śnie!Ufaj moim pieszczotom, wierzaj w me tumany.W ramion twoich zaciszu pragnę tak bezkreśnieZasnąć choćby na chwilę — inny i nieznany.

Nuć mi do snu cokolwiek, byle oczy zwierać.Niech twa pierś mię kołysze, jak chce i jak umie —A gdy przyjdzie godzina, nie wzbraniaj umierać!Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?Dziewczyna rozumie.

III znów mówię: Gdy w nagłej stu zmierzchów żałobieCzekałaś na me przyjście, nim się Bóg nadarzy, —Mnie tylko, mnie jednego nie było przy tobie!Zapóźniłem się... Winna jakaś mgła bez twarzy...

Nieraz w obcych mi cieniów biegnę rozwiewiskaI zatracam ścieżynę do własnej rozpaczy.Czemuż jestem daleki? A ty — czemu bliska?I tak zawsze i zawsze i nigdy inaczej!

Czemu wczoraj tę brzozę wśród słońca błyskotówOzdobiłem, pląsając, w perły i korale?Dziś dla ciebie mi zbrakło strwonionych klejnotów,Puste są moje dłonie i czcze moje żale.

Czasem bywają takie na uboczu święta,Dusza przez sen tak szumi, że w tym właśnie szumieO tych, których się kocha, najmniej się pamięta...Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?Dziewczyna rozumie.

IIII znów mówię: Nie było i nigdy nie będzie!Stać się miało gdziekolwiek i już się nie stanie!Chciałem chatę snom ciosać i biec na spotkanieI zamieszkać wraz z tobą w miłosnym obłędzie.

Czemuż dusza w mrok dąży? Czemu losem zwie go?Nigdy razem! A wpobok czas pusty się wlecze.Czy jest we mnie ktoś inny, oprócz mnie samego,Co ulega tym smutkom, którym ja krwią przeczę?

O, spojrzyj, jak ja teraz bezwolnie się trudzę,Szczęściu swemu dziwaczne gromadząc przeszkody!Jak swe żale uśpione o północy budzęI jak, idąc ku tobie, omijam ogrody!

Mógłbym duszę po kwiatach dla ciebie roztrwonić,Mógłbym śmiercią oślepły znaleźć cię w gwiazd tłumie,Ale szczęścia własnego nie potrafię bronić!Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?Dziewczyna rozumie.

IVI znów mówię: Gdy zazdrość w pustce mię zaskoczy,Śnię o innej... Nikt nie wie, czem jest jej pieszczota.Ma wszystkich zmarłych dziewcząt niezbadane oczy.Suknia jej — prosto z bajki, — cała brzmi od złota!

Jedziem w modrej karocy. Usta ku mnie chyli.Tłum wyśnionych cudaków w zachwyceniu czekaNa pierwszy pocałunek... Ona jeszcze zwleka,A ja ciebie wśród tłumu postrzegam w tej chwili.

Stoisz — chora i w łachman odziana żebraczy.Widzisz mnie. Ja umyślnie wzrok utkwiłem w niebie.I starzejesz się z bólu i brzydniesz z rozpaczy,I nikt już, nikt nie zdoła dziś pokochać ciebie!

Więc biegnę z nagłym krzykiem, chwytam cię w ramiona,I płacz piersi schorzałej pieszczotami tłumię!Umierasz, a ja szepcę: „Wiedziałem, że skona!“ —Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?Dziewczyna rozumie.

VRozumie i piersiami chce karmić noc ciemną,A na byle skinienie swe czoło rozchmurza,I wie, że o mnie trzeba rozmawiać nie ze mną,I, dumając o wszystkiem, dłoń w kwiatach zanurza.

Śledzi drogi dalekiej zbłąkaną krzywiznę,Gdzie wzrok ginie, jak w nurtach rozwiewnej mogiły,I w zwierciadle przegląda swoje wargi żyzne,Czy mnie bardziej, niż ona, ku sobie zwabiły?

I przesłania je dłonią i patrzy ciekawie,Czem jest bez nich? Czy sobą? I nie wie, czy sobą?Bo dla oczu, zwierciadła zbłyskanych żałobą,Ubożeje ust brakiem, że niema jej prawie...

A gdy przyjdę, — zwierciadło żegna znakiem krzyża,I wprzód wargi podaje w skupionej zadumie,A potem — dośmielona — całą siebie zbliżaI całuje i płacze i wszystko rozumie!...

SEN

Śniło mi się, że konasz samotnie,Mnie nie było, ale jestem już!...Biegłem do cię powrotnie, powrotniePo przez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarnąI zanikiem wychudzonych lic.Dłonie twoje do próżni się garną...Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicieRazem z śmiercią, co twe piersi ssie, —I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

PIERWSZA SCHADZKA

Pierwsza schadzka za grobem! Rozwalona brama.Stąpaj pilnie!... Ucałuj ten po drodze krzak.Czy to — ty? — Już zmieniona, a jeszcze — ta sama?Upewnij!... Wzrok mi słabnie... Podaj dłonią znak!

Niema znaków! Oddawna już w nic się rozwiały!Niema żadnych upewnień! Nikt nie wierzy w nas!...Zmilkły śmiechy w ciemnościach i płacze ustały.W pajęczynie po kątach zagnieździł się — czas...

Zejdź z drogi — ćmom i kwiatom!... Postroń się złudzeniom!...Chyba najrzeczywistszy jest ten — siana stóg...Czemu płaczesz? — Dla ludzi, oddanych istnieniom,Ból nasz — ledwo jest dreszczem księżycowych smug.

ROZMOWA

— Czekam na ciebie — żywa,Zbudzona, niecierpliwa.Pożądam nieprzytomnieTwych dłoni, warg i lic, —I śpiewam, póki o mnieŚmierć jeszcze nie wie nic!Czemu od jezior stronyZaklęty i spóźnionyPrzychodzisz w nocy znój,Kochanku mój?

— Przychodzę na lamenty,Spóźniony i zaklęty.Ciało się moje mroczy,Ze śpiewu idąc w śpiew.Nie wiedzą błędne oczy,Jak odbić zieleń drzew?I te, co się płomienią,Złe sny poza zielenią?Nim pierwszy zwiędnie liść,Mów — dokąd iść?

— Idź w koło — idź w półkole...Idź miedzą poprzez pole, —I rozpaloną głowęBurzliwych pełną zórz,Na maki purpurowe,Mijając chabry, złóż!Traw zieleń, błękit niebaRaz jeszcze ujrzeć trzeba...Przypomnieć jeszcze razŚwiat wokół nas...

— Widziałem sny ogromne,Lecz już ich nie przypomnę.Wiosenne spadły deszcze,A niema moich snów!Raz jeszcze i raz jeszczeO makach w polu mów!Bądź dla mnie — jako ruczaj,Głębiny mnie nauczaj —I wędrowania w dal,I szmeru fal!

— Nie jestem ja ruczajemW dolinie poza gajem,Lecz w lesie — nagłym kwiatemZakwitnę do twych stóp.To — wszystko! Nic — pozatem!Pozatem — mgła i grób...Patrz w sady — łąki — lasy,Jak w kres po wszystkie czasy!Patrz we mnie, jako w zdrój, —Kochanku mój!

DZIEWCZYNA PRZED ZWIERCIADŁEM

Zwierciadło moje, bezdenny strumieniu,Tajemnych zwierzeń odwzorny krysztale!Po jakim żwirze, po jakim kamieniuZ otchłani w otchłań włóczyłeś swe fale,Nimeś wytropił sny moje i dotarłDo mej sypialni, zbielałej od znoju,By znieruchomieć na ścian mych postoju —Srebrny — w szkarłatnem rozdwojeniu kotar!Z jakich ty dolin nieznanych i lasówWybiegłeś, szumiąc i dzwoniąc po darni,By zanieszumieć w pobliżu atłasówMojego łoża i mojej męczarni!

Czeka mnie zawsze w twych głębiach udusznychSchadzka ze sobą! I nikt nie wyśledziPieszczot, któremi, jak lgnistym snem, bredziCiał dwoje, sobie nawzajem posłusznych...Z nich jedno, chłonąc upojeń mgłę białą,Własnem spojrzeniem swą nagość bezwstydzi,A drugie — w lustrze — udaje, że widzi,I tak omdlewa, jak gdyby widziało...

Strumieniu, piersi chłodzący mi obie!Ciało omyte fal twoich wezbraniemZbywa się nagle niewiedzy o sobieI siebie pierwszem ogarnia kochaniem!Bo któż mnie kochać potrafi zgadliwiej,Niźli — ja sama? Któż baśń o pieszczocieSpełni?... Kto dłonią, zagrzebaną w złocieMych włosów, w taki lwi sen rozegrzywiTę przędzę nikłą? Kto równy mi w szaleUsta pokrwawi o sen mój, nim pierzchnie?Niczyja — będę!... Wzburz gładką powierzchnię,Strumieniu chłonny! Rozwichrzyj swe fale!Wystąp z ciasnoty hebanowych brzegów!I zatop nagle tę moją świetlicęI łoże, zmorą szarpane noclegów, —A mnie — zazdrosną o głąb topielicę —Zmień w zwierciadlaną rusałkę, bym ciałoSamo się w sobie co chwila widzące,Bawiła pląsem, aż w pył się roztrącęO śmierć, jak perła o perłę zuchwałą!

NAMOWA

Ty nie słuchaj, dziewczę moje, starej matki trwożnych rad!Jej się złoci — próg rodzinny, nam się złoci — cały świat!

Co ją nęci — nas przeraża! Nienawiścią do niej spłoń, —Nienawiścią, która do ust odtrąconą tuli dłoń...

Mam ja w piersi — śpiewną burzę, — ty w zanadrzu — wonny los!..Wiedz, że będzie stara matka przeklinała siwy włos!

W szyb opalu tkwi ukosem odbitego nieba skrót, —Błękitnieje, złociścieje... Razem — w życie! Razem — w cud!

Nierozsądni, nieoględni wywędrujem w taki jar,Gdzie się czai — nieskończoność i gdzie czyha — wieczny czar!

Nie ociągaj się ze szczęściem! Daj mi tylko dłonią znak, —Dość zamyśleć, dość zapragnąć, by się stało właśnie tak!

Będę ja się w trudach pieszczot zmagał z tobą w mrok i znój, —W twem objęciu i zaklęciu spełnię się — sen skryty twój!

I spełniony i zjawiony rozpanoszę się śród zórz,A tych dłoni, co się splotły, nie rozplotę nigdy już!

Przenocujem nicość w słońcu, a za taką w słońcu nocOddaj spokój, co uwięził twego ciała czar i moc!

Słyszysz burzy zew znajomy? Złoty miecz przy boku mam.Pójdź-że dziewczę, w niewiadomość, w bezpowrotność — tylko tam!

To nieprawda, żem cię podszedł pogrążoną jeszcze w śnie,I że niema żadnych cudów! To — nieprawda! Nie i nie!

Czemuż trwonisz czas na wróżby? Naszym będzie cały świat!Ty nie blednij — ty nie słuchaj starej matki trwożnych rad!

NIEWIEDZA

Nie, — ty nie wiesz o tem, nie zgadujesz wcale,Ile mych przeznaczeń lgnie do twojej dłoni,Kiedy ją wbrew słońcu odwracasz niedbale,By chłodniejszym wierzchem — ulżyć zgrzanej skroni.

Nie wiesz, jaki zamęt łudzi mnie i mroczy,Jaka mrzonka z twojem spoufala ciałem,Gdy, ssąc milczkiem wodę, wznosisz ku mnie oczySponad brzegów szklanki, którą sam — podałem...

A gdy noc cię w drodze do zaświatów zdybie,I wzdłuż okien spłyną mglistych kotar zwoje, —Nie wiesz, ile czaru tkwi w tej drobnej szybie,Poza którą do snu naglisz piersi dwoje!

TAJEMNICA

Nikt nas nie widział, — chyba te ćmy,Co puszyścieją w przelocie.I tak nam słodko, że tylko — myWiemy o naszej pieszczocie.

Młodsza twa siostra, zrywając wrzos,Śledziła szept nasz daleki...I, mówiąc z nami, ucisza głos, —A milknąc — spuszcza powieki.

I po ogrodzie mknie wzdłuż i wszerz,Zaprzepaszczona w swym śpiewie!I tak nam słodko, że ona teżWie o tem, o czem nikt nie wie...

ZMIERZCH

Pierwsza zmierzchu falaSpływa ponad dach.W szybach — mrok, a zdalaSłońce się dopalaW nasturcjach i mgłach.

Mąci nam rozmowęPustych murów biel...Dłonie swe różoweŚciel pod moją głowę, —Nic nie mówiąc, ściel!

Kto swe serce zbadaW taki zmierzch jak ten?Łza śmiertelnie bladaW snu głębinę spada,Choć nie wierzy w sen!...

Gdy domdlewasz na łożu, całowana przeze mnie,Chcę cię posiąść na zawsze, lecz daremnie, daremnie!

Już ty właśnie — nie moja, już nie widzisz mnie wcale:Oczy mgłą ci zachodzą, ślepną w szczęściu i szale!

Zapodziewasz się nagle w swojem własnem pomroczu,Mam twe ciało posłuszne, ale ciało — bez oczu!...

Zapodziewasz się nagle w niewiadomej otchłani,Gdziem nie bywał, nie śniwał, choć kochałem cię dla niej!...

WE ŚNIE

Śnisz mi się obco. Dal bez tła,Wieczność się w chmurach błyska.Lecimy razem. Mgła i mgła!Bóg, ciemność i urwiska.

Do mgły i mroku naglisz mnieI szepcesz, zgrzana lotem:— „Toć ja się tobie tylko śnię!Nie zapominaj o tem“...

Nie zapominam. Mkniemy wzwyżDo niewiadomej mety.O, jak ty trudno mi się śnisz!O, jawo moja, gdzie ty?

NOCĄ UMÓWIONĄ

Nocą umówioną, nocą ociemniałąPrzyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, —Było mu na imię tak samo, jak tobie...

Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło, —Na pościeli zimnej obok się pokładło, —Dla mnie się pokładło, bym je mógł całowaćI znużyć — i zużyć — i nie pożałować!

Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące...W ciemnościach — w radościach — na granicy łkaniaMdlało od nadmiaru niedoumierania.

I nic w niem nie było, prócz czaru i grzechu,Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu —I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —A bez niego ciało — ciała nie rozumie.

POCIEMKU

Wiedzą ciała, do kogo należą,Gdy pociemku obok siebie leżą!Warga — wardze, a dłoń dłoni sprzyja, —Noc nad niemi niechętnie przemija.Świat się trwali, ale tak niepewnie!...Drzewa szumią, ale pozadrzewnie!...A nad borem, nad dalekim boremBóg porusza wichrem i przestworem.I powiada wicher do przestworu:„Już nie wrócę tej nocy do boru!“ —Bór się mroczy, a gwiazdy weń świecą,A nad morzem białe mewy lecą.Jedna mówi: „Widziałam gwiazd losy!“Druga mówi: „Widziałam niebiosy!“ —A ta trzecia milczy, bo widziałaDwa pociemku pałające ciała...Mrok, co wsnuł się w ich ściśliwe sploty,Nic nie znalazł w ciałach, prócz pieszczoty!

NAD RANEM

Śpisz jeszcze... Na twych rzęsach — skra drobna poranku.Strachy śnią się twej dłoni — bo i drga i pała.Oddychaj tak — bez końca. Czaruj — bezustanku.Kocham oddech twej piersi, ruch śpiącego ciała.

Ileż lat już minęło od pierwszej pieszczoty?Ile dni od ostatniej upływa niedoli?Co nas wczoraj — smuciło? Co jutro — zaboli?I czy zbraknie nam kiedyś do szczęścia ochoty?

Przyjdzie noc o źrenicach zaświatowo łanichI spojrzy — i zabije... Polegniem — snem czynni...Jakto? Więc musim umrzeć taksamo jak inni?Jak ci — choćby sprzeciwka?... Pomódlmy się za nich...

ROMANS

Romans śpiewam, bo śpiewam! Bo jestem śpiewakiem!Ona była żebraczką, a on był żebrakiem.

Pokochali się nagle na rogu ulicy,I nie było uboższej w mieście tajemnicy...

Nastała noc majowa, gwiaździście wesoła,Siedli — ramię z ramieniem — na stopniach kościoła.

Ona mu podawała z wyrazem skupieniaTo usta do pieszczoty, to — chleb do gryzienia.

I tak, śniąc, przegryzali pod majowem niebemNaprzemian chleb — pieszczotą, a pieszczotę — chlebem.

I dwa głody sycili pod opieką wiosny:Jeden głód — ten żebraczy, a drugi — miłosny.

Poeta, co ich widział, zgadł, jak żyć potrzeba?Ma dwa głody, lecz brak mu — dziewczyny i chleba.

ZAKLĘCIE

Ptaku nocny, coś bywał za świata rubieżąI widziałeś umarłych, — mów, co czynią? — Leżą.A co jeszcze? — Wciąż leżą bez przerw, bez wytchnienia.Niema dla nich ni słońca, ni wiatru, ni cienia!Nie modlą się, nie płaczą, nie śnią i nie wierzą —I nic — tylko tak leżą! Nic — tylko tak leżą!Dziewczyna, co się mojej sprzeciwia przemocy,Niechaj w łożu obłędnem polegnie tej nocy!Bezoporna, bezsilna, bezbronna, bezwiednaNiechaj, grzesząc pragnieniem, leży sama jedna!Niech nie modli się, nie śni, nie płacze, nie wierzy —I niech tylko tak leży, — niech dla mnie tak leży!

WYZNANIE SPÓŹNIONE

Lubię twojem weselem rozniecony gwar, —I twojemi oczami upatrzoną drogę, —I czar w śmiechu zjawiony — ten sam zawsze czar!...Żem cię dotąd nie kochał — zrozumieć nie mogę!

Dziś, gdy ogród zaszumi, lub zaskrzypią drzwi,Zrywam się, aby stwierdzić pustkę beznadziejną,I przypomnieć twe kroki — i głos twój — i brwi, —I o ustach i dłoniach pomarzyć kolejno.

Słyszę płacz przewezbrany obłoków i zórz!Wszystko — klęczy i błaga!... A ty — coraz dalej!O, nie wracaj, nie wracaj, — tylko dłonie złóżDo modlitwy za wszystkich, co cię nie kochali!

Już czas ukochać w sadzie pustkowie bezdomne,Ptaki niebem schorzałe i drzewa ułomneI płot, co tyle desek w złe stracił godziny,Że na trawę cień rzuca przejrzystej drabiny.

Już czas ukochać wieczór z tamtej strony rzeki,I zmarłego sąsiada ogród niedaleki,I ciemność, co, nim duszę sny do snu uprzątną,Żywi nas pokryjomu dobrocią pokątną.

Już czas ciułać okruchy ostatniego znojuW ubogich złocistościach zlękłego pokoju,I skroń złożyć w twe ręce, wycieńczone mgłami, —I nie płakać — nie płakać wspólnemi siłami!

PIOSENKA

Między mną a tobą — czarna gródź, —Między mną a tobą — martwa łódź.Takim piersiom za karę — zgon biały,Że w pobliżu miłosnem nie trwały.

Między mną a tobą — obcy los, —Między mną a tobą — cudzy głos, —Usta w mgłach się bez pieszczot zatracą.Boże, Boże — dlaczego i za co?

Między mną a tobą — drętwy czar,Między mną a tobą — ciemny jar, —Zanim ścieżkę upatrzymy własną,Wpierw się oczy dowiedzą, że gasną...

ZMIERZCH BEZPOWROTNY

Różowieje o zmierzchu twój spłowiały liścik...Wóz turkocze za oknem. Może sen mój właśnieTak odjeżdża w złą ciemność — śpiewnie i kolaśnie...W niebie — drobnych obłoków napuszysty wyścig!

Reszta Boga — w niebiosach! Zachód, tlejąc, zrudział.O, uwierzyć w tę Resztę i potrwać w tym błędzie!W dziejach gwiazdy najdalszej brać zawrotny udziałI zawczasu już srebrnieć tem, co kiedyś będzie...

Lub tam, gdzie żale świata na szczytach się śnieżą,W tym śniegu, w tym wzbielałym ku zaciszom zgonieZnaleźć dwie załamane, dwie bez jutra dłonieI całować, nie wiedząc, do kogo należą...

Gdym twe dłonie w wiosennej całował zamroczy,Cóżem wiedział o tobie? Nic, — śnie mój nietrwały!A kochałem twe dreszcze, i duszę, i oczy,I świat cały — i usta — i znowu świat cały!

BRAT

Odtrąciłaś dłoń moją... Zachmurzona zorzaPrzeobrażała świat.A zawołał cię właśnie z pobliskiego łożaUmierający brat.

Pobiegłaś i wróciłaś... Już nie żył... A w niebieChmurom się złocił — los.Szepnęłaś: — „Odtąd tylko należę do ciebie“. —I w łzach się złamał głos.

I nie patrząc ci w oczy, spytałem półgłosem:— „Czy wiedział?“... Rzekłaś: — „Tak“. —Za oknem, myśl o dalach wzniecając ukosem,Przemknął na zawsze — ptak.

TAMTEN

Sad, błyskając sękami, cieniście się martwi,Że trawom ciąży zwiewna niedola błękitów, —I że motyl, co walczył zgrozą aksamitówZ pachnącą bzem wiecznością — zmarł ciszkiem na marchwi.

Czy pamiętasz młodości dzielny czar? A dalej —Otchłań wiosny, w niebiosy tak luźnie oprawną?Albo to — jak ciał naszych pragnęła głąb alej?Bo mnie wciąż się wydaje, że to tak niedawno!

I któż wówczas nie wierzył w rozpęd naszych łodzi?W rozwarte dłonią naszą do zaświatów bramy?Dziś ta wiara już mija — i my z nią mijamy...Nie! Nie mogę zapomnieć, żeśmy byli młodzi!

Widzę siebie — tamtego, co w łzach się nie zmieścił —I w nicość wywędrował, wołany daremnie!Wszakże pieszczę cię dotąd tak, jak tamten pieścił...A ty wstecz się doń garniesz, choć widmem jest we mnie.

Ale jego widmowość nie całkiem jest pusta, —On się jeszcze odradza na zgliszczach i w dymie!I gdy mnie — dzisiejszego — całujesz, śniąc, w usta, —Tamten we mgle się budzi — i szepce twe imię!

NOCĄ

Coś bez twarzy i nawznak śpi w gwiazdach niezłomnie,Śpi i nie chce się zbudzić w tych skier zawierusze.Mieszkasz w domu nad rzeką i trwożysz się o mnie.Przyjdę jutro napewno! Dziś smucić się muszę.

Śpieszy w zaświat na żebry cień brzozy sierocy.Krzyż chce w przepaść się rzucić z pagórka nad drogą!Wszyscy naraz bogowie wymarli tej nocy,I odtąd już się nie mam pomodlić do kogo!

Nie zaufam bezmiarom! Nie załkam w noc ciemną!Rąk nie wzniosę ku niebu po modlitwy zgonie!A ty za mnie w tej chwili wyciągasz swe dłonie,Choć wiesz, że, prócz tych dłoni, nic niema nade mną!

Jest tylko ta próżnica, w którą czar przelewaSłońce, ażeby spełnić mgieł wolę daleką...Ta próżnica — te kwiaty — motyle i drzewa, —Drzewa — kwiaty — motyle — i ten dom nad rzeką...

Tam na rzece jest napewno łódź,Trzeba tylko fale wiosłem pruć.

I napewno jest za rzeką — dal,Trzeba tylko wytężyć swój żal.

Patrzysz na mnie — oniemiała snemNic nie mówisz, ale wszystko wiem!

Wiem ja, kiedy poruszyć, jak mgłą,Ciałem twojem, żeby ku mnie szło...

Wiem, jak spojrzeć — co szepnąć... I znówDłoń do piersi przytulić bez słów...

Chętna ciału — suknia twoja lgnieDo tych bioder, co kochają mnie.

Wiem ja wszystko! Ale czemu łkam, —Tego nie wiem, nie pojmuję sam!...

WIERSZ KSIĘŻYCOWY

W księżycowy wniknąć chłód,Wejść w to srebro nawskroś złote,W niezawiły śmierci cudI w zawiłą beztęsknotę!

Był tam niegdyś czar i śmiech,Tłumy bogów w snów obłędzie, —Było dwuch i było trzech —Lecz żadnego już nie będzie!

Został po nich — rozpęd wzwyż,I ta oddal bez przyczyny,I ten złoty nadmiar cisz —I te srebrne szumowiny...

Tambym ciebie spotkać chciał!Tam się przyjrzeć twemu licu!Właśnie dwojga naszych ciałBrak mi teraz na księżycu!

Noc oddycha naszą krwią,Krew podziemną płynie miedzą...Nasze ciała teraz śpią, —Nasze ciała nic nie wiedzą...

Comments

Loading comments…