Przygody Edzia
— Uważasz, moje serce — mówił pleban do swego siostrzeńca Edzia — uważasz, moje serce, bardzo się cieszę z tego, żeś przyjechał...— I ja się także cieszę, proszę wujka! — odparł Edzio, całując pokornie okrągłą rączkę sędziwego plebana. — Zawsze to między swoimi łatwiej o serce, i... pomoc... w trudniejszych okolicznościach...Przy wyrazie „pomoc“ Edzio westchnął i rzucił tęskne spojrzenie w kierunku staroświeckiego kantorka.— Tak, tak! — potwierdził wuj, zażywając tabakę. — Serce zawsze i pomoc... moralną!Edziowi zrobiło się mdło. Dobry ten chłopiec już od trzech dni, to jest od chwili przyjazdu na probostwo, przy każdej sposobności starał się napomknąć o gotówce, lecz jego delikatne aluzje niedobrze widać były rozumiane. Teraz, korzystając z rozczulenia wujowego, przypuścił szturm stanowczy i otóż zaraz na wstępie spotkał się oko w oko z kapitałem wprawdzie, ale z kapitałem tylko moralnej natury!Bądź co bądź należało kuć żelazo póki gorące; Edzio więc przemógł chwilowy niesmak i mówił dalej:— Obecnie jestem już prowizorem...— Piękne stanowisko! — dorzucił wuj — to tak jakby kawałek doktora... Ciekawym bardzo, jak też uważasz Morisona?...— Doskonałe lekarstwo! — Chciałbym właśnie kupić aptekę w jednem powiatowem mieście...— A kamfora, proszę cię, czy z mody nie wyszła?...— O nie!... To wyborny środek przeciw molom... Otóż za aptekę chcą dwadzieścia tysięcy...— I kupisz ją? — spytał wuj, podnosząc niuch tabaki.— Kupię z największą chęcią, jeżeli wujek... pozwoli! — odparł posłuszny siostrzeniec.Plebanowi tabaka rozsypała się na ziemię.— Pozwolę, pozwolę! — odpowiedział szybko. — Ale jak kupisz aptekę, to się pewnie ożenisz, ja ci nawet pannę wynajdę.— Wszystko od wujka przyjmę z wdzięcznością! — wykrzyknął Edzio, znowu rzucając się do ręki swego dobrodzieja.— Panna, powiadam ci, porządna, dobra gospodyni... A jak ona, powiadam ci, kapłony przyrządza!... Palce lizać...— Któż to taki?— Weronisia, jedynaczka Haładrałowiczowej. Dziewczyna, powiadam ci, ma...Tu wuj zażył tabaki.— Ma i odrazu na stół ci wyłoży...Po tych słowach utarł nos.— Wyłoży ci gotówką trzydzieści tysięcy!... Jej matka posiada cząstkę w naszej parafji i nawet mówiłem z nią...— O tem, żeby za mnie córkę wydała? — przerwał zadowolony Edzio.— Czy za ciebie, czy za któregokolwiek z moich siostrzeńców. Przecież dzięki Bogu jest was sześciu, każdy chłop dorzeczny, zdrów i przytem goły jak bizun. Akurat zdatny na męża!— Więc mogę rachować na to, że mnie wuj wyswata?...— Nawet jutro.— Jutro?...— Jutro cię zapoznam; bo będę u nich święcił święcone — a po Wielkiejnocy, da Bóg doczekać, pobierzecie się.— I dostanę trzydzieści tysięcy na aptekę? — pytał Edzio, drżąc ze wzruszenia.— Trzydzieści tysięcy od matki, a ode mnie...— I od wuja?...— Ode mnie błogosławieństwo, ślub darmo...Edzio westchnął.— I mój faworytalny zegarek. Słyszysz, jak chodzi?Z temi słowy pleban wydobył z kieszeni ogromny złocony klekot, który gdakał jak zegar wieżowy, lecz wart był co najwyżej dwanaście rubli.Edzio posmutniał i cichym głosem rzekł:— Zawsze przed weselem potrzebowałbym kilkuset rubli na oporządzenie się...— Ja ci pożyczę! — uspokoił go wuj — ale po deklaracji.— Ja już jestem zdeklarowany, proszę wuja.— Tak, to dobrze! Ale widzisz, trzeba jeszcze pannę poznać, w głowie jej trochę pokręcić... no, przecież musisz to umieć?— Umiem, wujku! i nawet zrobię to jutro natychmiast, bylem miał słowo wujka co do tych kilkuset rubli... — mówił rozgorączkowany Edzio.— Masz moje słowo! ale teraz idźmy spać.— Jakto, spać o dziewiątej?— Rozumie się! szkoda zdrowia i światła. Nafta droga.Po tych słowach wuj wyszedł do swego pokoju, zostawiając siostrzeńca pogrążonego w rozkosznych marzeniach.Mówiąc między nami, Edzio był chłopak dobry i niegłupi, lecz trochę utracjusz i impetyk. Do żeniaczki wstrętu nie miał, lecz do kobiet czuł żal z następującego powodu.Będąc jednego roku w Ciechocinku, poznał tam ładną i majętną panienkę i począł jej robić grzeczności. Panienka gustowała w przystojnym i eleganckim Edziu, a jej ciotka okazywała mu dosyć przychylności, czem zachęcony, oświadczył się w wyrazach bardzo doborowych.— Cieszę się z tego — odparła ciotka — tylko, że widzisz pan... wczoraj o panu źle mówiono w pewnem towarzystwie...— Cóż takiego? — spytał zatrwożony Edzio — w tej chwili bowiem przebiegła mu przez myśl dość znaczna liczba kucharek i pokojówek.— Mówiono... że pan jest... aptekarskim subjektem!Ponieważ Edzio był istotnie aptekarskim subjektem, porwał więc kapelusz i milcząc, pożegnał widocznie chorą na umysł damę. Od tej chwili jednak nienawidził kobiet, a prawie odchodził od siebie z gniewu, gdy kto w ich towarzystwie ośmielił się przypomnieć mu o jego specjalności.Tym sposobem brak taktu ze strony jednej kobiety szkodliwie wpłynął na usposobienie Edzia i coraz bardziej usuwał go od całego zastępu płci nadobnej.Po odejściu dobrego wuja, Edzio wyszedł na spacer, aby wystawić rozgorączkowaną głowę na zbawienny wpływ chłodnych powiewów wietrzyka. W tej chwili nie myślał on o swej ciechocińskiej przygodzie, lecz raczej o pięknej i posażnej Weronisi, o aptece w mieście powiatowem, o zegarku swego drogiego wuja, a nadewszystko o kilkusetrublowej pożyczce, po którą umyślnie przyjechał, a bez której nie mógł się nawet pokazać w Warszawie, dzięki niewyrozumiałości wierzycieli.Nadeszła noc, w ciągu której Edzio miał sny bardzo prorocze. Widział się już właścicielem apteki, mężem Weroniki i ojcem dorodnych dzieci. To też wstawszy rano, zdziwił się swemu kawalerstwu i pałał żądzą poznania swojej przyszłej, pewnym będąc, że się dziś jeszcze oświadczy, zostanie przyjętym i otrzyma od wuja obiecaną pożyczkę.Około trzeciej po południu (a było to w wielką sobotę), pani Haładrałowiczowa przysłała konie po plebana, z którym zabrał się rozkochany młodzieniec.Po półgodzinnej jeździe, wuj wyrzekł:— Widzisz ten folwark?... To Haładrałówka! Pamiętaj dobić targu, bo się ciebie wyrzeknę.Edzio czuł, że mu serce uderza coraz spieszniej, nie był jednak pewnym z jakiego powodu: czy z miłości, czy też dlatego, że bryczka okropnie trzęsła.Gdy zajechali przed ganek, ukazała się na nim sędziwa matrona, z którą pleban zapoznał Edzia.— Prezentuję pani mego siostrzeńca Edwarda Flaczkowskiego...— Aha! — odparła dama z roztargnieniem, które Edzia ubodło.Ściśle rzeczy biorąc, nie miał się czego gniewać, roztargnienie bowiem damy pochodziło stąd, że jej się ciasta nie udały.— Mój proboszczu! — rzekła matrona — mam ci parę słów powiedzieć. A pan, niech pozwoli tymczasem do saloniku.Gdy zostali sami, pleban zaczął:— Cóż, podobał się jejmości ten wyrostek? Tęgi chłop.— To do mojej Weronisi? — spytała matrona z uśmiechem. — Niczego chłopak!— Zrobimy im wesele, co?— Ja tam nie od tego! byle się sobie oboje podobali. Czemże on jest?— Aptekarzem — odparł pleban.— Dobry kawałek chleba.— Chce kupić teraz aptekę, ale nie ma pieniędzy.— Znajdziemy! — rzekła figlarnie pani Haładrałowiczowa — byle Weronisi wpadł w oko!Tak rozmawiając, poszli staruszkowie oboje na czworniak; czeladzi bowiem miał proboszcz najpierwej poświęcić.Widzimy więc, że interes Edzia był na świetnej drodze. Podobał się matce odrazu i przysiąc prawie było można, że przed upływem miesiąca, zostanie już szczęśliwym mężem Weroniki.Edzio jednak nic nie wiedział o swem położeniu, a co gorsza był już zniechęcony. Zdawało mu się, że matrona przyjęła go lekceważąco, a gdy jeszcze nie zastał nikogo w saloniku, wpadł w wielki gniew i z impertynenckiemi myślami rzucił się na kanapę.Nagle w drugim pokoju, do którego drzwi były przymknięte, usłyszał szmer i rozmowę na dwa głosy. Była tam widocznie panna Weronika ze służącą.— Czy już jest ten obiecany?... — pytała panna.— Jest... Ażeby też panuncia wiedziała jaki ładny!— Musi być ładny, bo proboszczowskiego chowu.Usłyszawszy to, Edzio zsiniał.— Taki mastny, panunciu.— Że możnaby z niego parę słoików pomady wycisnąć — dopowiedziała panna.Odchodzący od przytomności, Edzio przyznał jednak w duchu, że włosy jego istotnie zbyt mocno były wypomadowane.— A pachnie!... — prawiła służąca — rychtyg jak aptekarz.— Fe — odparła panna. — Nie jak aptekarz, tylko zwyczajnie jak prosiak!Edzio zerwał się wściekły i otworzywszy drzwi, krzyknął:— Ja pachnę jak prosiak, ale pani zato masz mniej rozumu od gęsi!...Panna Weronika zalała się łzami, a konkurent jej jak szalony piechotą poleciał na probostwo.
W godzinę potem wrócił stary pleban fioletowy z gniewu. Zdawało się, że go apopleksja zabije.— Gamoniu jakiś! — krzyknął na siostrzeńca, stając w progu. — Ja z matką układałem się już prawie o dzień ślubu, a tyś tymczasem łotrze pannie nawymyślał?...— Ona mnie obmawiała! — szepnął struchlały Edzio.— Obmawiała cię?... Ona ze służącą rozmawiały o prosiaku, którego im darowałem na święta!... Nie chcę cię znać, hultaju!... Obie te poczciwe kobiety rozchorowały się przez ciebie.W tej chwili przed oczyma Edzia przesunęła się jakaś krwawa chmura, wśród której znikły: panna Weronika, apteka, pozłacany zegarek i kilkusetrublowa pożyczka wuja.Pewni jesteśmy, że biedny chłopak szkaradnie święta przepędził.
Comments
Loading comments…