Bliźni
Czasem, kiedy obwożę tramwajemMoją pustkę powszedniego dnia,Zobaczę nagle oczy, ludzkie oczySmutne i mądre — bez dna.
Zobaczę nagle ust zagięcie bolesne,Załamanie spracowanych rąk,Bezwład ciężki, jak szaruga jesienna,Uśmiech dobry, jak wiosenny pąk.
I coś nagle się zrodzi, coś błyśnie,Coś zapiekłą pustkę użyźni, —I głaz martwy z piersi się stoczyW żywem westchnieniu —mój Boże, bliźni!
Comments
Loading comments…