Warkocz Bereniki
Translated from Ancient Greek by Katullus
Ten, co świateł w przestrzeni wybadał objazdy,Kiedy wchodzą na niebo, kiedy schodzą gwiazdy;Jak na kulę ognistą zapada pomroka,Jak w pewnych porach gwiazdy znikają dla oka,Jak z szlaku niebieskiego słodkie chłopca czaryTajnie ściągają Trywię w latmijskie pieczary:Ten to Konon uczony między gwiazd promykiZobaczył mię, świecący warkocz Bereniki,Co go, lekkie ku niebu podnosząc ramiona,Bogom w on dzień ślubiła królowa strapiona,Gdy król, zaledwie świeżem małżeństwem szczęśliwy,Pustoszyć się wyprawiał assyryjskie niwy,Nosząc jeszcze ran słodkich niezgojone ślady,Znaki nocnej o wianek z panną młodą zwady.Wenus li to dziewice tak przejmuje wstrętem,Czy też wobec rodziców są błahym wykrętemTe na progu komnaty żałości i płacze?Tak, na bogów: łzy — fałszem, udane rozpacze.
Dowodem mojej pani ciężkie niepokoje,Gdy małżonka drogiego zabrały jej boje.Bo cóż łzy ci wyciska: czy z bratem rozstanie,Z bratem drogim? — czy wdowie w komnacie posłanie?Jak ci wtedy szpik w kościach żal wysuszał srodze,Jak ci wszystka odwaga, strapionej niebodze,Ustąpiła ze serca! — A przecie ja ciebieDziewicą bohaterką poznałem w potrzebie;Wszak czyn pomnisz, z którym się nic równać nie może,Co ci zjednał królewskie kochanie i łoże?A teraz — jakież były pożegnania słowa?Jak często oczka tarłaś ręką, smutna wdowa?Czy cię bóg jaki zmienił? czy też kochankowieSzczęśliwi, kiedy jedna przy drugiej połowie?Wtedy bydląt ofiarnych lejąc krew obficie,Ślubowałaś mię bogom, jeśli drogie życieZachowają małżonka. Niedługi czas mija,Małżonek ukrainy azyjskie podbija;Za to teraz jaśnieję wśród gwiazdek na niebie,Bogom ślub uczyniony spełniając za ciebie.Z żalem cię opuszczałem, z żalem, mą królowę,Klnę się na ciebie, pani, i na twoją głowę:Krzywoprzysięzcę pomsta niech trafi odrazu!Lecz cóż się oprzeć zdoła twardemu żelazu?Runęła pod niem góra, choć nad wyższym szczytemNie przejeżdżał syn Tyi w wozie złotolitym,A Med nową bałwanom otworzył dziedzinęI w korabiu Atosu przepłynął szczelinę.
Cóż poczną włosy, gdy się góry nie ostały?Jowiszu! niech przepadnie Chalibów ród cały,I kto pierwszy żelaza w ziemi śledził żyły,I nauczył przekuwać młotem twarde bryły!Jeszcze włosy braciszki płakały mej straty,Gdy goniec Arsynoy w postaci skrzydlatej,Brat Memnona, Zefirek, ruchawemi piórySzybując, wprost się po mnie spuścił nagle z góryI unosząc przez czyste powietrza etery,Złożył lekko na łonie przeczystej Wenery.Bo sama pchnęła sługę zefiryjska pani,Grajska władczyni brzegów kanopskiej przystani;I by w polu, zasianem gwiazdkami dokoła,Sam nie błyszczał dyadem z Aryadny czoła,Lecz bym i ja zajaśniał na niebios sklepieniu,Com był jasnowłosemu ozdobą ciemieniu,Gdym od łez mokry jeszcze podążał ku górze,Bogini mię w gwiazd dawnych umieściła chórze.Więc w środku między Panną, Lwa srogiego grzywą,Kallisto, Likaona córą nieszczęśliwą,A leniwym Bootem patrzę na zachodyI przed nim się zanurzam w Oceanu wody.Lecz choć w nocy stopami depcą po mnie bogi.A dzień jasny mię spycha w starej Tetys progi —Bez twej, panno ramnuska, niech będzie obrazy,Jeśli prawdę śmiałymi wyjawię wyrazy;Choć mi nigdy gwiazd grono tego nie daruje,Ja zataić nie mogę, co głąb duszy czuje —
Nigdy całe to szczęście za męki nie stanie,Które mi sprawia z panią na wieki rozstanie.Z nią ja będąc, gdy w szczęściu dziewicą rozkwita,Różanego olejku pijałem do syta.Dziś wy, którym pochodnie błysły upragnione,Nie pierwej z szat małżonkom obnażajcie łona,Do spełnienia ich chęci namiętnych nieskore,Aż wonne na ołtarzu ofiary odbioręOd was, co czystem sercem święte czcicie prawo.Lecz która łoże chucią skalała plugawą,Tej ofiarę nieczystą niech pije proch szary:Od niegodnej nie przyjmę obmierzłej ofiary!Wy zaś za swoje dary szczęście, miłość, zgodęMieć będziecie w komnatach, zacne panny młode.I ty, królowo, kiedy świętymi obchodyUczcisz Wenerę, w gwiazdek patrząc korowody,Nie zapomnij i dla mnie pachnącej ofiary,Lecz obsyp, wszak twój jestem, obfitymi dary.Czemum w niebie? — Bodajbym twoje zdobił skronie;Niechby tam błyszczał Wodnik przy Oaryonie!
Comments
Loading comments…