Błogosławieństwo (Baudelaire, 1927)

Translated from French by Bohdan Wydżga

Gdy zrządzeniem wyroków wyższych, niezbadanychUjrzy światło Poeta w tym nudów padole —Matka szalona miota z ust trwogą wezbranychBogu, co ją pociesza, bluźnierstwa i bole:

— „Ach, czemuż nie wydałam na świat gada raczej,Niźli swą piersią karmić tę oto poczwarę!Przeklęta nocy szału — zarodku rozpaczy —Gdy łono me poczęło tę za grzechy karę

„Mnie między niewiastami do tej roli sprosnejObrałeś, bym się męża stała obrzydzeniem —A nie mogę na ogień, jak karty miłosnej,Rzucić tego potworka, co mej sławy cieniem.

„Mściwą ręką dotknąłeś me łono matczyne —A ja twą złość odwrócę na twe pokaranieI bezlitośnie skręcę tę nędzną krzewinę,By nie rozkwitły pąki jadowite na niej!

Tak własnej nienawiści złą pianą się trujeI, na światło przeznaczeń wiekuistych ciemna,Sama w głębiach Gehenny swej duszy gotujeNarzędzia męczarń dziecka ta matka przyziemna.

Lecz pod pieczą Anioła, danego przez nieba,Wydziedziczone Dziecię do słońca się zrywa —Z prostej wody krynicznej, z powszedniego chlebaNieśmiertelną ambrozję i nektar dobywa.

Igra z wiatrem, co wieje, z obłokami gada,Upaja się, hymn nucąc o krzyżowej drodze —Tak, że Duch, co go śledzi, kroki jego bada,Łzy ma w oczach, gdy widzi tę jasność w niebodze.

Gdzie się z miłością zwróci, niechęcią go darzą,Albo też, ośmieleni tem, że taki cichy,Ludzie zimno próbują, czy bólem twarz skażąPromienną — ćwicząc na nim okrucieństw zmysł lichy.

Do chleba mu i wina z zawziętością mściwąDosypują popiołu garście — albo plwają;Odrzucają z odrazą — szczerą czy fałszywą —Czego dotknął; stóp jego ślady omijają.

Wielbiona żona głosi w ulic wszystkich rogach:„Skoro boską mą piękność zwą jego kancony,Przeto, na starożytnych wzorując się bogach,Słuszna jest, że się każę ozłocić jak one;

„Więc kadzidłem i myrrą upajać się będę;Na klęczkach składanemi mięsami i winem,Aż obyczajem boskim krwawą moc zdobędę —By serce, co ubóstwia, hołd złożyło czynem!

„Bo gdy znudzą te hołdy, farsy i pokłony,Dłoń moja nań pieszczona, ale silna spadnie,I paznogcie różowe, niby harpji szpony,Do serca jego drogę utorują snadnie:

„Jak pisklę, trzepoczące w dłoni przy ujęciu,Wyszarpię z jego piersi serce, krwią broczące,I, chcąc uciechę sprawić lubemu zwierzęciu,Z pogardą na żer cisnę je — ciepłe, dymiące!“

W Niebo, gdzie wkoło tronu z słońc płoną gromnice,Poeta jasny wznosi dłonie rozmodlone —Zaś rozległe górnego ducha błyskawiceZasłaniają mu złości wybryki szalone:

— „Bądź błogosławion, Boże, co zsyłasz cierpienia,Jako szczytne lekarstwo na nasz brud i grzechy —Tę najprzedniejszą szkołę ogniową sumienia,Która wyrabia silnych na wzniosłe uciechy!

„Wiem — dla Poety miejsce Ty chowasz poczesneW kadrach błogosławionych twych świętych Legjonów;Bowiem tam nań czekają gody niedoczesnePośród Cherubów, Mocy, Panowań i Tronów.

„Wiem, że cierpienie tytuł szlachectwa jedyny —Straszny piekłu, doczesnej nie żądny zapłaty;Że, aby spleść mój wieniec — mistyczny, bez winy —Trzebaby wszystkie czasy powołać i światy.

„Jednak, gdyby Palmiry kosztowności dostać,Nieznane dobyć kruszce z ziemi — perły z morza —Twą ręką osadzone nie mogłyby sprostaćMemu wieńcowi, co go z olśnień utka zorza;

„Bo on uwity będzie z najczystszego brzasku,Ze świętego ogniska przedwiecznych promieni —A tych oczy śmiertelne w najwyższym swym blaskuSą mizernem odbiciem w doczesnej przestrzeni!“

Comments

Loading comments…