Brzask poranny
Translated from French by Bohdan Wydżga
W jakichś koszarach bęben pobudką zaszczękał —Wiatr ranny, jak kamerton, po latarniach brzękał.
To godzina, gdy spływa złych snów zmora białaNa skręcone w poduszkach młodociane ciała;Gdy, jak źrenica krwawa, co mruga nim zaśnie,Lampa czerwoną plamą to łyska to gaśnie;Gdy dusza, pragnąc zrzucić cielesne przemoce,Niby lampa z dnia bielą próżno się szamoce. —Jak wiatr z policzków zbiera krople łez gorących,Dnia brzaski chłoną dreszcze żądz zamierających:Poeta pióro chowa — kobieta swe łono.
Z kominów tu i ówdzie blado zadymiono...Sprzedawczynie miłości, stargane na strzępy,Z ustami otwartemi zapadły w sen tępy;Nędzarki, tuląc piersi chude, zjałowiałe,Chuchały w czarne węgle i palce skostniałe.O tej porze w izb chłodzie nędzy, na grosz chciwej,
Wnętrza położnic w febrze drżą nielitościwej. —Jak łkanie, które przerwą kaszlu piany krwiste,Śpiew koguta się przedarł przez powietrze mgliste.Morze mgieł zatapiało domów wał rosnący —A w głębi sal szpitalnych ludzie konającyZ rzężenia przechodzili w czkawkę suchą. — ChyłkiemWracali rozpustnicy, sterani wysiłkiem.
Zwolna drżąca jutrzenka, samotna królowa,Ciągnęła nad Sekwaną, modra i różowa. —Paryż, z powiek spędzając sen niesamowity,Imał się swych narzędzi — starzec pracowity.
Comments
Loading comments…