Głos (Baudelaire, 1894)

Translated from French by Adam M-ski

Kolebka moja stała gdzieś u drzwi bibljoteki:Babelu, gdzie baśń, romans — śród mądrych ksiąg ogromu,Mięszały się — a z niemi w pyle Rzymiany, Greki;Ja sam nie byłem wyższy od porządnego tomu.I słyszałem dwa głosy. Stanowczy a układnySzeptał jeden: „Ta ziemia — to wyrób cukierniczy;Mogę (wówczas w rozkoszy nie spotkasz tamy żadnej)Dać ci apetyt równy powabom tych słodyczy.“A drugi: „O, pójdź ze mną błądzić po marzeń drogach,Za krańce możebności, w dal, poza światy znane!“Głos ten śpiewał, jak wicher szumiący po rozłogach,Jak widmo nieokreślne, nie wiedzieć zkąd przywiane,

Co słodko pieści ucho, a jednak trwoży sobą.„Jam gotów, głosie luby!“ rzekłem — i od tej pory,Czuję to, co — niestety! — można zwać mą chorobą,Fatalnością mych losów. Odtąd poza pozoryOgromu wszechstworzenia, w czarnej otchłani głębi,Ja, ofiara dręczona przez jasnowidztwa harpie,Odróżniam tysiąc dziwnych światów, co się w mgle kłębi,

I wlokę z sobą żmiję, która mi stopy szarpieI podobny prorokom, jak ongi ci tułacze,Ukochałem tak czule głąb morską i pustynię;Śmieję się śród żałoby, przy ucztach świetnych płaczę,I znajduję smak zdrowy w najbardziej gorzkiem winie;Często spełnione fakta uważam za złudzenia,Lub okiem tonę w niebie, gdy grunt spod stóp się wali.Lecz głos szepce z pociechą: „Zachowaj twe marzenia;Piękności snów szaleńczych mędrcowie nie zaznali!“

Comments

Loading comments…