Hymn do piękna
Translated from French by Adam M-ski
Czy znijdziesz z Niebios, czyli otchłań cię wyzieje,Piękności, wzrok twój boski i piekielny razem
Dobrodziejstwa i zbrodnie bez wyboru sieje —I w tem działania wina jest wiernym obrazem.W twem oku zachód słońca i zórz łuny gorą,Rozlewasz wkoło wonie jak wieczór burzliwy:Twe całusy napojem, usta są amforą,Przez nie dziecko jest mężem, mąż słabnie tchórzliwy.Czyś rodem z czarnych piekieł, czy z krain jutrzenki?Jak pies, za twoją szatą idzie Przeznaczenie;Radość i klęski natraf lecą z twojej ręki.I bezodpowiedzialnie rządzi twe skinienie.Po trupach, z których szydzisz, stawiasz swoje kroki,Groza nie najmniej wdzięcznym jest z twoich klejnotów,A mord między najdroższe twe wliczon brelokiNa wzdętem dumą łonie pobrzękiwać gotów.Jednodniowy gość ziemi — śmiertelnik olśniony —Płonie w twych żarach, mówiąc: „Świeć się ogniu jasny!“Nad drogiem ciałem w dreszczach miłości schylony,Jest on jak konający, co kopie grób własny.Co mi — czy Nieb czy piekieł wydała się sfera —Cherubie prosty, szczery, a grozą owiany!Gdy twój wzrok, uśmiech, noga przedemną otwieraKraje nieskończoności błogiej a nieznanej?
Cóż — żeś, Bóg, Szatan, Anioł czy syrena zwodna,Ty — pieśni, blasku, woni, ty — z aksamitnemiOczyma wróżko, pani jedynie czci godna,Gdy czynisz świat mniej wstrętnym, chwile mniej ciężkiemi?
Comments
Loading comments…