Podróż (Baudelaire, 1927)
Translated from French by Bohdan Wydżga
Dziecku, zapatrzonemu w ryciny i karty,Świat zdaje się olbrzymi, jak jego pragnienia —Jak w świetle lampy atlas in folio rozwarty! —Lecz jakże on maleje w pryzmacie wspomnienia!
Pewnego dnia ruszamy; głowy nam się palą,Serca ciężkie od uraz i od błędów własnych —I płyniemy przed siebie, unoszeni falą,Żądni nieskończoności w mórz granicach ciasnych:
Jedni, klątwę cisnąwszy swej ziemi ojczystej;Inni, aby opłókać gniazd rodzinnych bagno;Wreszcie Astrologowie, w głębi przepaścistejÓcz tonący — Circei uroków ujść pragną,
By w trzodę się nie zmienić. — Tych nęci dalekaDroga przez morza — góry — tęcze — gwiezdne łany,Bo wiatr mroźny czy słońce, co w miedź twarz obleka,Zabliźniają powoli pocałunków rany.
Lecz prawdziwi wędrowcy — ci jadą dla jazdy!Z lekkiem sercem — balony wolne w wietrznej fali —Lecą, gdzie pokierują przeznaczeń ich gwiazdy,I, nie wiedząc dlaczego, wołają wciąż: „Dalej!” —
Ci, których pożądania jak chmury płomienne,Którzy — jak młódź rycerska o dział huku marzy —Roją rozkosze górne, nieuchwytne, zmienne,Jakich ludzkość z imienia nie zna, ani twarzy!
Każdy zapamiętale jak piłka lub frygaW półśnie, a pół na jawie wiruje bez końca;Ciekawość nami targa — i toczy, i śmiga —Niby Anioł zawzięty, coby smagał słońca.
Osobliwe dążenia — cel ich ciągle zmienny,A, że nigdzie go niema — więc może być wszędzie!Zaś Człowiek, zaślepiony i w nadzieje plenny,Aby zaznać spoczynku — jak szalony pędzi!
Do Ikarji marzonej fantastyczna jazda;Gdy „baczność!” nakazuje z pomostu rozwaga —Głuszy ją głos uniesień z bocianiego gniazda:„Kochanie... sława... szczęście!” — A to skała naga!
Każda wysepka, co ją majtek z masztu zoczy,Zda mu się Eldoradem, a różowe brzaskiWyobraźni ją zdobią w tęczy strój uroczy —Zanim w niej złą wykryją rafę dzienne blaski.
Jednak majtka-fantastę, co nadzieją łudzi,Odkrywcę krain rajskich — majtka-pijaczynę,Co mirażami swemi roje tęsknot budzi —Mamyż, szaleńca, w morze rzucić za tę winę?
On jak stary włóczęga, co na błocie, deszczuMarzy o rajskich leżach w dostatniej siedzibieI, zbytkowne Kapuy śniąc w rozkosznym dreszczu —Widzi je w lada budzie, gdzie światło drga w szybie. —
Niezwykli podróżnicy — wspaniałe powieściCzytamy w oczach waszych, pełnych mórz tęsknoty!Pokażcie, co się w skrzyniach wspomnień waszych mieści:Cudne, z gwiazd i eterów zdziałane klejnoty.
Ruszymy z wami w drogę — bez żagli i pary! —By ożywić mdłą nudę naszego więzienia,Na mózgi jak na płótno rzućcie wspomnień czary:Krajobrazy i ludzi — zdarzenia — złudzenia...
— Mówcie, coście widzieli?
— „Gwiazdyśmy widzieli;Fale z nami igrały i piasków ułuda,Ale z słońca purpury, z śnieżnych szczytów bieli —Wszędzie na nas, jak tutaj, zstępowała Nuda.
„Fjołkowe mórz powierzchnie, w słońca blaski strojne,Glorje grodów, tonących w zachodach słonecznych,Zapalały nam w sercach żądze niespokojne,By skąpać się w tych niebios odbiciach przedwiecznych.
„Bogdychana stolice czy fantazje doży —Bledną, nikną, zaćmione przez przepychy owe,Które z chmur i obłoków mistrz-przypadek tworzy,Nieosiągalnych pragnień budząc żądze nowe.
— Życia potęgę wiecznie użycie odradza —Jak stare drzewo żądza kwiatu wciąż odmładza;I, choć się kora staje i grubsza i twardsza,Młode pędy do słońca prze chęć coraz hardsza!
„Łudzisz się, wielkie drzewo, trwalsze od cyprysów —Żeś wieczne! — Zachowała jednak myśl kalekaNa żer sztambuchów trochę wrażeń — luźnych rysów —Dla was, bracia, dla których piękne, co zdaleka!
„Podziwialiśmy kornie bóstwa w trąby zbrojne;Trony, zdobne w klejnotów konstelacje świetne;Pałace fantastyczne, w taki przepych strojne,Że zjadłyby bankierów fortuny sławetne;
„Suknie pyszne i wdzięczne — jak róże, lilije;Z barwionemi zębami senne białogłowyI uczonych kuglarzy, których pieszczą żmije”...
— I co jeszcze — cóż jeszcze?
— „O, dziecinne głowy!
„Wiedzcie! — Nie wolno ukryć rzeczy kapitalnej!Wszędzie, śród nędzy czarnej i zbytku parady —Od góry aż do dołu drabiny fatalnejCisnęły się przed oczy odwieczne szkarady:
„Przy żonie — niewolnicy podłej, pysznej, głupiej —Rozmiłowanej w cielska własnego widoku,Władca-mąż, sprośny chciwiec, co swych bliźnich łupi:Niewolnik niewolnicy — strumień śród rynsztoku;
„Tłum w zabawie jednako wina i krwi chciwy;Łzy ofiar — i radosna, godna sytość kata;Trucizną władzy zżarty despoty mózg mściwy —I ludy wychowane w podłej czci dla bata;
„Liczne religje — naszej siostrzyce rodzone —Wszystkie pną się ku niebu; zaś żądne ŚwiętościNędze, niby w puchowem łożu zanurzone,U włosiennic i gwoździ żebrzą szczęśliwości;
„Cna Ludzkość rozgadana, ze swej wiedzy dumna,Szalona dziś jak ongi — w sposób niepojętyWołająca do Boga, zła i bezrozumna:„Mój obrazie, mój panie, mistrzu — bądź przeklęty!”
„A najmniej ogłupiali, zuchwali w Szaleństwie,Rzucają uświęcony trzody byt codziennyI szukają ucieczki w narkozy przekleństwie!...— Taki świata całego konterfekt niezmienny”.
Gorzki jest plon podróży — bo niesmak niezmierny!Świat mały, monotonny... I taki jest ninie,Wczora, jutro — i zawsze... To nasz obraz wierny:Oaza okropności — śród nudów pustyni!
— Więc, czy jechać, czy zostać? — Jedź, jeśli ci drogaSądzona — zostań, jeśli możesz... Różni różnieOszukać się starają okrutnego wroga —Czas! — Jedni zadyszani, trwożni pędzą w próżnię,
Niby Źyd-wieczny-tułacz, albo apostoli,Co rzekomo z nakazu śpieszą czy nałogu —A chcą ujść Czasu sieci. — Są inni atoli,Co potrafią go zabić w rodzinnym barłogu. —
— A gdy wreszcie nam kosę przyłoży do garła,Matka-nadzieja każe jeszcze krzyczeć: Dalej!I jak do Chin, czy Indyj ułuda nas parła —Jeszcze się błędny ognik wiary w sercu pali.
Przeto ster kierujemy na morze Ciemności,Zwabieni nowym szlakiem, pełni świeżych chęci. —— Czy słyszycie te głosy, witające gości —Słodkie wołanie: „Tędy, wy, których woń nęci
Lotosu! Przybywajcie — tutaj winobranie!Tu owoc, którym raczy Noc swoich kochańców;Chodźcie, niech was ukoi to królewskie danie —Niemych, bezdennych mroków, co nie mają krańców!”
Już gwarzymy zażyle z przyjaciół widmami —Bratnie usta i oczy mówią: „Bądźcie z nami”.— „Przychodź — będę ci siostrą, zroszę wonnościami!” —Szepce ta, której stopy zlewaliśmy łzami.
W drogę! Czas wielki! Śmierci, stary kapitanie,Odbijaj już! Tu nudno! Rozepnijmy żagle!Chociaż morze i niebo czarne jak otchłanie,Serca się na myśl jazdy rozjaśniły nagle!
Sącz się, czarna trucizno — z sił najpotężniejsza!By zalać żar, co w czaszkach krwawą huczy gamą,Zanurzymy się w otchłań — w Raj, czy Piekło, mniejsza —W bezdeń Niewiadomego — byle nie w to samo!
„Ciekawość nami targa — i toczy, i śmiga —Niby Anioł zawzięty, coby zmagał słońca”.
Comments
Loading comments…