Potępione (W bladych drżących połyskach)

Translated from French by Bohdan Wydżga

W bladych, drżących połyskach — w lamp sennych omdleniach —Zagłębiona w poduszki — w upale wonności —Hipolita się w pieszczot nurzała wspomnieniach,Co uniosły zasłonę młodej niewinności.

Poszukiwała wzrokiem zmąconym przez burzęStraconej naiwności w uchodzącem niebie —Jak podróżnik w południe po skwarnym lazurzeZa rannym horyzontem pogląda za siebie.

Łzy z ócz przygasłych, cicho zastygłe na łonie —Złamanie — osłupienie — gorące jagody —Dłonie bezwładnie zwisłe jak skruszone bronie —Wszystko zwiększało urok dziewczęcej urody.

A u nóg jej Delfina, jak szyldwach strażniczy —Lub potężny drapieżnik, co z skalnego zrębaCzujnie, radośnie strzeże łakomej zdobyczy,Naznaczywszy ją przedtem ostrzem swego zęba.

Potężna piękność u stóp piękności powiewnej —Wspaniała, dumna, winem tryumfu pijana,Okiem i uchem łowiąc w światłości niepewnejZnaki słodkiej podzięki — w szmer ust zasłuchana —

Szukała w zwilgłem oku pobladłej ofiaryNiemego hymnu, który, niby upojenieNieskończonej rozkoszy — bez słów i bez miary —Z pod powieki wytryska, jak długie westchnienie.

— „Hipolito najdroższa, dziecino bez winy —Czy pojmujesz obecnie, że grzesznie, niebogo,Nieść na święte ofiary róż twych pierwocinyW żary wichrów gwałtownych, co je zwarzyć mogą?

„Me pocałunki lekkie, jak gdy księżyc bladyNa czystą toń jeziora promienie swe leje —Kochanka zaś uściski pozostawią ślady,Niby brózdy lemiesza lub wozu koleje —

„Przejdą jak sprzężaj ciężki po twem słodkiem ciele,Kopytem i racicą tratując surową...Hipolito, spójrz na mnie, siostro — mój aniele —Duszo ma — serce — moja cała — ma połowo —

„Zwróć ku mnie oczy czyste — jasne jak gromnice!Za każde z owych spojrzeń jak balsamy wonnychOdkryję ci rozkoszy nową tajemnicę,Ukołyszę w snach słodkich — upojnych — niezgonnych!”

A na to Hipolita, wznosząc jasną głowę:— „Nie jestem ja niewdzięczna — żalu łez nie leję,Delfino — chociaż cierpię niepokoje nowe,I jak po strasznej nocnej uczcie — serce mdleje.

„Czuję, że schodzi na mnie cień tajemnej trwogi,Jak upiorów bezładne bataljony czarne —Z pod nóg mi się usuwa grunt zawrotnej drogi,A wkoło widnokręgi lśnią krwawe, poczwarne.

„Oświeć mię! Powiedz — czyśmy zgrzeszyły ogromnie?Wytłumacz, jeśli możesz! ja blednę jak chustaI drżę jak liść, gdy mówisz: „Mój aniele!” do mnie —A czuję, jak do twoich ciągną moje usta.

„Nie patrz tak na mnie, coś mię tuliła jak dziecko,Ty, ma siostro z wyboru, kochanko na zawsze —Choćbyś nawet być miała zasadzką zdradziecką,Kryjącą zgubę wieczną i męki najkrwawsze!”

Tu Delfina, wstrząsając swą grzywą tragicznąI tupiąc nogą, jakby płaza chciała zdławić,jak fatum władne rzekła z pasją despotyczną:— „Kto w obliczu miłości o piekle śmie prawić?

„Klątwa na marzyciela niechaj spadnie głowę,Który pierwszy miał płytką, próżniaczą ochotę,Zagadnienie podnosząc bezmyślne, jałowe,W sprawy miłości wmieszać uczciwość i cnotę!

„Kto w akordzie mistycznym chce złączyć — bezmała —Cień chłodny ze spiekotą, noc czarną z jasnością —Nie rozpłomieni nigdy ślimaczego ciałaPrzy purpurowej łunie, nazwanej miłością!

„Idź, skoro chcesz, do swego brutala-kochanka;Nieś mu świeże, dziewicze swe kwiaty i wonie,A z żalem i ze skruchą — skalana niebianka —Wrócisz, napiętnowana na piersiach i łonie...

„Na tym świecie trza wybrać jedynego pana!”Lecz dziewczę jęło wołać w mękach i rozterce:— „Czuję, jak ma zapada dusza rozełkanaW ziejącą otchłań — a tą otchłanią me serce —

„Gorejące jak wulkan, jak próżnia bezdenne!Nic w potworze nie zdoła ugasić zarzewia,Albowiem bez wytchnienia swe żagwie płomienneNieubłagane Furje wrażają mu w trzewia.

„Niech ciężka nas zasłona oddzieli od świata —Szukajmy ukojenia w rozkoszach nad siły!Pragnę, niech mię pochłonie twoja pierś bogata —W jej głębiach może znajdę ochłodę mogiły!”

— Staczajcie się, staczajcie, żałosne ofiary,Pędźcie po stromej drodze zaguby wieczystej —Zanurzajcie się w otchłań, gdzie zbrodnie bez miary,Smagane wichurami potęgi wieczystejnieczystej,

Warzą się, zagłuszane pomrukami burzy. —Szalone, śpieszcie, gdzie się demon żądz panoszy;Nigdy się głód wasz wściekły sytością nie znuży —Kara się wasza zrodzi z istoty rozkoszy.

Nigdy promień nie zajrzy w mroków waszych cienie;Poprzez murów szczeliny gorączki miazmatyPrzesączają się, świecąc jak błotne płomienie —I krew w was zakażają, jak zatrute kwiaty.

Cierpka jałowość waszych pieszczot wyszukanychWznieca żary, piekącą zmysły pojąc czarą —Zaś wicher rozszalały żądz ciągle chłostanychRwie w strzępy wasze ciało, jak chorągiew starą.

Zdala od świata, błędne — bez sądu skazane —Jak wilki się kryjecie w pustynne ustronie,Ofiary przeznaczenia, dusze rozpasane —Gnane lękiem wieczności, którą macie w łonie!

Comments

Loading comments…