Zmrok poranny
Translated from French by Adam M-ski
Po dziedzińcach koszarów bębny brzmiały gwarniePobudkę, — a wiatr ranny zdmuchiwał latarnie.Był to czas snów niezdrowych, co natrętnym rojemSen ciemnowłosych chłopców burzą niepokojem,Gdy jak źrenica krwawa a wiecznie drgająca,Lampa czerwonem piętnem zda się na tle słońca,A duch walczący z cielskiem odrętwiałem, sennemNaśladuje te walki nocy z dniem promiennym;Gdy mąż piórem — kobieta miłością się nuży.Już świt; — już się z kominów tu i owdzie kurzy:Ze sczerniałą powieką, z otwartemi usty,Toną w śnie ogłupienia, bachantki rozpusty,Podczas gdy nędza z piersąpiersią wystygłą, zapadłą,Chucha w ręce lub nieci żar, by zwarzyć jadło.Czas to był, gdy w kryjówkach i chłodu i głoduNajsroższe dla położnic godziny porodu;Gdy jak głuszone falą spienionej krwi łkanie —Rozdzierało powietrze w dali kurów pianie;
Morze mgły pogrążało gmachy, jak w kąpieli,A po szpitalach, na swej śmiertelnej pościeli,Mrący w napadach czkawki żegnali się z życiem.Rozpustnicy wracali złamani użyciem.Jutrzenka, drżąc pod falą zielono-różaną,Podnosiła się zwolna nad pustą Sekwaną,A Paryż — ten wyrobnik stary — na roboczyDzień — zbierał swe narzędzia i przecierał oczy.
Comments
Loading comments…