Rozdział VII

Od chwili ogłoszenia przez policję o zniknięciu Blandois, Artur Clennam nie miał minuty spokoju. Wszystkie obawy, wszystkie podejrzenia zbudziły się na nowo w jego sercu, dręczyły niepokojem i pozbawiały spoczynku. Jakkolwiek stosunek z matką nie mógł być serdeczny, mimo najszczerszych chęci z jego strony, była to przecież matka, i pamiętał o tem. Lecz cóż miał począć? Pośpieszył do niej natychmiast, ofiarując swoje usługi, zapytując, co może zrobić, aby jej pomóc w tej sprawie. Lecz przyjęła go zimno, z kamiennym spokojem, zdawała się być zdziwioną, że się tem interesuje, i oświadczyła, że najlepiej uczyni, nie troszcząc się o jej sprawy. Cóż go to może obchodzić, czy Blandois zniknął. Jej samej to zupełnie obojętne. Nie chciała o tem zupełnie rozmawiać. Zrozumiał, że jeżeli kryła tajemnicę, to mu jej nie odsłoni. A jednak myślał o tem bezustanku, mimo tysiącznych zajęć, ciężkiej pracy i odpowiedzialności w interesach nieobecnego wspólnika. I nagle błysnęła mu słaba niteczka nadziei: wszakże tego człowieka widział z panią Wade. A więc ona go zna. Może wie jego adres. Miał od niej wziąć pieniądze, może widziała go później. Teraz nasunęło mu się zapytanie, gdzie szukać miss Wade. Był u niej raz w Londynie, ale przekonał się łatwo, że w tem mieszkaniu nic o niej nie wiedzą. Musi ją najpierw znaleźć. Nie miał na to czasu, nie wiedział sposobu i udał się do Pancksa. Motor parowy lubił tego rodzaju zagadki i po niejakim czasie rozwiązał szczęśliwie: miss Wade mieszkała w Calais. Artur pojechał natychmiast. Miss Wade nie odznaczała się dla nikogo uprzejmością, a jednak liczył na to, że ją wzruszy, że zdobędzie tak cenne dla niego wskazówki. Przyjęła go zimną i zdziwioną twarzą, wyobrażała sobie, że znów chodzi o Tettycoram, więc wyjaśnił od pierwszego słowa, że pragnął ją widzieć w sprawie osobistej, nie mającej z Henryką nic wspólnego. Zażądała, żeby się wytłumaczył jasno. Pokazał jej gazetę, i zapytał, czy zna to ogłoszenie. Na jej twarzy odmalowało się takie zdziwienie, iż nie mógł wątpić, że nie czytała go wcale... Wpatrywała się długo, wkońcu dumnie podniosła głowę. — Nie rozumiem, dlaczego zwracasz się pan do mnie. — Pani zna tego człowieka. — Ja? — Widziałem go obok pani na wybrzeżu tego samego dnia, kiedy był u mojej matki. Miss Wade milczała chwilę. — W każdym razie zabraniam panu uważać go za mego znajomego — odezwała się sucho. — Mogłeś mię pan z nim widzieć, gdyż jest to szpieg, którego opłacałam. Nic o nim więcej nie wiem, nie widziałam go od tego czasu. — Miała mu pani płacić. Słyszałem urywek rozmowy. — Dałam mu czek, nim odszedł. Nie można było inaczej. — Może go zmienił. — To już do mnie nie należy. Nie był nigdy w moim domu i nic o nim nie wiem. Sądzę, że pańska matka, która widocznie miała z nim bliższe stosunki... Gorąca krew uderzyła do głowy Artura. — Moja matka — przerwał jej żywo — miała z tym człowiekiem stosunki handlowe. — Wątpię — odparła chłodno i dumnie miss Wade — interesów handlowych nie załatwia nikt o północy. Artur milczał, miss Wade uśmiechała się złośliwie. Triumf nad zmieszanym Clennamem dał jej tyle zadowolenia, że prawie złagodniała. — Sądzę, że nasza rozmowa skończona — przemówiła mniej twardo. — Może pan życzy sobie zobaczyć Henrykę? Otworzyła drzwi i wezwała Tettycoram. — Pan Clennam nie przyszedł po ciebie. — Nie mam do tego prawa. Ale... może panna Henryka wie co o cudzoziemcu, którego poszukują, Blandois. — Nic o nim nie wiem. Czy tamci wszyscy zdrowi? — zapytała mniej pewnym głosem. — Kto taki? — Państwo Meagles. — Zdrowi. Czy istotnie widziano cię kiedyś przy sztachetach w Tuckenheim? — Henrykę? — zawołała miss Wade wyniośle. — Nie bywa w tamtej stronie. — Owszem... byłam niedawno... i przechodząc, zajrzałam do ogrodu przez sztachety. Czyż mi nie wolno? Nie było nikogo, okiennice zamknięte... — Niewdzięczna! — zawołała miss Wade. — Gdybyś chciała kiedy powrócić, przyjmą cię zawsze życzliwie. — Nie wrócę nigdy. Miss Wade wie o tem tak dobrze, jak ja sama. Lecz jeżeli uciekłam tam z niewoli, to i tutaj nie będę niewolnicą. Artur rzucił okiem na te dwie kobiety, które mierzyły się dumnem spojrzeniem, i zrozumiał, jak bardzo muszą sobie ciążyć. Lecz z wyprawy do Calais wrócił przygnębiony. Nietylko nic nie zyskał, lecz usłyszał z obcych ust przykre słowa, których sam nie chciał powtórzyć głośno. A czy tylko miss Wade je powtarza? Co się pod niemi kryje? Siedział przy swojem biurku nad otwartą księgą, w której cyfry czekały jego uważnej myśli, lecz nie był zdolny w tej chwili pracować. Bezmyślnym wzrokiem patrzył na podwórze, gdzie wesoły Altro bawił się i gonił z dziećmi. Wtem odgrywając jakąś pantominę, zaczął śpiewać włoską piosenkę. Dzieci śmiały się i klaskały, lecz Artur zmarszczył czoło. Tę samą piosnkę nucił Blandois w ów pamiętny wieczór. Nie było w tem naturalnie nic dziwnego, każdy znać może ludową piosnkę. — Skąd znasz tę piosnkę, Cavaletto? — spytał jednak, wychylając się przez okno. — Skąd ją znam? Któż jej nie zna? Każde dziecko. Ostatni raz słyszałem ją w Italji, cudny głosik dziewczynki! Cudny! Altro! — Ja z innych ust słyszałem ją niedawno — rzekł Artur nawpół do siebie, i mimowolnie robiąc ruch ustami, jakby chciał wsunąć nos pomiędzy wąsy, dodał półgłosem: — do stu djabłów, niecierpliwość jest cechą mego charakteru! Nagle umilkł, spojrzawszy na pobladłą twarz Jana Babtysty. — Co ci jest, Cavaletto? — spytał zadziwiony. — Panie... panie... kto śpiewał tę piosnkę? — powtarzał Włoch przerażony. — Cudzoziemiec, Blandois. Znasz go? Altro potrząsnął głową, lecz nie odwracał oczu od Artura. — Pan słyszał go?... on śpiewał tę piosnkę? — szeptał. — Jeśli go nie znasz... Czekaj... Sięgnął po gazetę i głośno odczytał ustęp, odnoszący się do Blandois, z dokładnym rysopisem. Cavaletto słuchał uważnie, oczy mu błyszczały, na twarzy malowała się trwoga i radość, nagle uderzył dłonią po gazecie, jakby chciał zabić wstrętnego robaka, i szepnął kilkakrotnie. — To on! to on! to on! — Więc znasz go? — mówił Clennam głosem drżącym ze wzruszenia. — To dla mnie bardzo ważne. Opowiedz mi wszystko, co wiesz o tym człowieku. Włoch zadrżał i cofnął się o parę kroków, strzepnął ręką o rękę, walczył z sobą widocznie. Artur czekał, badając go bystrem spojrzeniem. — W Marsylji — szepnął wreszcie — w więzieniu... zabójca... Artur zasłonił oczy, jakby uderzony piorunem. Nagle uczuł, że Altro klęczy przy nim, w jego pokoju i błagalnie powtarza: — Słuchać... słuchać! I zaczęła się spowiedź. Pod łagodnym wzrokiem Artura Jan Babtysta opowiadał dzieje swej ostatniej wyprawy z włoską kontrabandą. Schwytany, uwięziony, kilka miesięcy siedział w jednej celi z tym człowiekiem, Rigaud (Rigo), nazywa się Rigaud. Sam opowiadał mu o swojej sprawie. Uwolnili go dla braku dowodów, lecz wypuścili w nocy, aby go lud nie rozszarpał. — Och, Altro go się boi, bardzo boi! Widział go tu w Londynie. — Słuchaj, Cavaletto — rzekł Artur, kładąc mu rękę na ramieniu — czy chciałbyś oddać mi wielką usługę? — O! — zawołał, podnosząc oczy i kładąc rękę na sercu. — Szukaj tego człowieka. Idź tam, gdzie go widziałeś, pytaj o niego wszędzie. Jakże byłbym ci za to wdzięczny! Włoch pochwycił rękę Clennama i przycisnął do ust. — Nie wiem gdzie... nie wiem — mówił. — Ale pójdę... Boję się... ale pójdę. Idę zaraz. — Nie mów o tem nikomu ani słowa! — Altro! — zawołał Jan Babtysta, wybiegając. Teraz Artur nie mógł usiedzieć na miejscu: więc taki człowiek bywał w domu jego matki? — przychodził do niej w nocy, i drzwi się przed nim otwierały? — cóż za okropne rzeczy muszą się kryć w tem wszystkiem! A może matka nie wie, nie zna tego bandyty? — Może jej go narzucił Flintwinch jakim podstępem? — O, gdyby Efri chciała z nim mówić otwarcie, ona jedna mogłaby rzucić jakieś światło na tę ciemną zagadkę. Dawniej — dla niego zrobiłaby wszystko. Bądź co bądź, nie mógł tu siedzieć bezczynnie, — musi tam iść, uprzedzić, przekonać się, czy nie zaszło co nowego. Złożył księgi, załatwił najważniejsze sprawy i z pochyloną głową zapuścił się w labirynt posępnych uliczek, które wiodły do celu bardziej jeszcze ponurego. Stary Jeremjasz otworzył drzwi domu. — Co słychać? — spytał. Artur. — Nic nowego. — Pytam o zaginionego cudzoziemca. — Nie znalazł się i nic nie wiemy. Miał tak skrzywioną szyję i sterczącą chustkę, tak podobny był w tej chwili do odciętego wisielca, że Arturowi nagle błysnęła myśl nowa. Matka mogła przecież o niczem nie wiedzieć, jeśli ten człowiek potrzebował się pozbyć Blandois, jako niebezpiecznego narzędzia. Był dość chytry, aby się sam z nim załatwić tu na dole, przy wyjściu, bez żadnego świadka, chociaż odpowiedzialność ciąży na całym domu. — Może pan pójdzie na górę — przerwał milczenie pan Flintwinch, niezadowolony widocznie z bacznego spojrzenia Artura. — Nie rozumiem, co pana to wszystko obchodzi, poco tyle hałasu! — Jakto może mię nie obchodzić! — zawołał Artur oburzony — ogłoszenie policji na domu mojej matki, na rogu każdej ulicy! Czy myślisz, że się skończy na tem? Człowiek zaginął i znaleźć się musi, żywy albo... Jeremjasz już nie słuchał i szedł ze świecą na schody, z pokoju pani Clennam dochodziły jakieś głosy, zdziwiony Artur spytał, kto jest u niej. — Pan Casby z panią Florą — odparł Flintwinch. Artur miał ochotę zakląć. Uniemożliwiało to zupełnie jego zamiar jakiejś poufniejszej rozmowy, zawsze była trudną, może nieprawdopodobną, a tembardziej w pokoju, gdzie przyjmowano gości. Powitania, radosne wykrzykniki Flory, resztki skończonej uczty, za które dziękował, i to kamienne i zimne oblicze, które jakby pytało, poco przyszedł. Ponieważ pani Clennam nie wychodziła z pokoju, więc urobił się zwyczaj, że jeśli kto chciał z nią mówić na osobności, odsuwał ją z fotelem do biurka w ten sposób, że do obecnych była zwrócona plecami. Artur musiał poprzestać na tem odosobnieniu i prosił matkę o chwilę rozmowy na boku. Gadatliwa Flora mówiła tymczasem dużo, głośno, wesoło, pani Clennam milczała, patrząc zimnym wzrokiem. — Dowiedziałem się dzisiaj niektórych szczegółów o przeszłości tego człowieka — rzekł Artur — i dlatego przyszedłem. — Cóż mię to może obchodzić? — odparła pani Clennam. — Nie znam jego przeszłości i znać jej nie potrzebuję. — Jednak to rzeczy ważne i z pewnego źródła. — Więc mów — odparła, lekko wzruszając ramionami. — W Marsylji był w więzieniu, sądzony jako zabójca. Pani Clennam pobladła i milczała chwilę, w jej nieruchomych oczach malowało się przerażenie, lecz wkrótce zapanowała nad sobą. — Nie dziwi mię to wcale — rzekła sucho — ale skąd masz te wieści? — Od więźnia, który z nim siedział. — Znałeś tego człowieka dawniej? — Nie, ale... — Więc jesteśmy w tem samem położeniu — przerwała sucho pani Clennam — nasze stosunki mają równą wartość, tylko że twego znajomego nie polecił ci prawdopodobnie handlowy dom z Paryża. Na tej zasadzie mogę ci dać jedną radę: nie sądź zbyt pośpiesznie o ludziach i rzeczach, których nie poznałeś dostatecznie. Umilkła i patrzyła na niego surowo. — Więc nie mogę ci być pożyteczny, matko? — przemówił z bólem Artur. — Nie. — Nie chcesz być ze mną szczera, nie masz do mnie zaufania... — Milcz! — zawołała pani Clennam z oburzeniem. — Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób? Sam porzuciłeś mnie i mój interes, sam oddałeś mię Flintwinchowi, on zajmuje dziś twoje miejsce. Artur obejrzał się pomimowoli i zauważył, że Jeremjasz, stojąc dość blisko, z natężoną uwagą stara się łowić wyrazy tej poufnej rozmowy. — Więcej nic nie masz mi do powiedzenia...? — Nic, matko. — W takim razie możemy podzielić się z gośćmi tą interesującą rozmową. Chciała odwrócić fotel, lecz Artur ją powstrzymał. — Matko — rzekł — mojem zdaniem, tego nie można powtarzać, tego lepiej nie mówić wszystkim, proszę cię o to, matko. Pani Clennam spojrzała na niego uważnie. — Żądasz tajemnicy? — spytała z ironją. — Pamiętaj, że ty wniosłeś ją do tego domu. Tak samo jak podejrzenia i badanie. Twoja odpowiedzialność. Przesunął się z fotelem do stolika i nie słysząc, co mówią koło niego, myślał, w jaki sposób spełnić drugi zamiar, wzruszyć Efri i skłonić ją do otwartości. Nie sprzyjały mu dziś warunki. Flora bezustannie mówiła do niego, więc błysnął mu nowy pomysł i zapytał cicho, czy nie byłaby ciekawa obejrzeć starego domu. Natychmiast wyskoczyła z tym projektem, poprostu trudno jej było odmówić, Artur — rzecz naturalna — będzie przewodnikiem, a Efri im poświeci. Lecz usłużny Jeremjasz przyłączył się do towarzystwa. Artur zrozumiał manewr. Nie pozbędzie się go. Zeszli na dół, oglądając stare i ciemne komnaty, które im nasuwały wspomnienie dzieciństwa, bardzo miłe i zajmujące dla Flory. Artur skorzystał z chwili, gdy Jeremjasz oświetlał jakąś ścianę i nachylił się do Efri. — Chciałbym bardzo pomówić z tobą — szepnął cicho. Lecz w odpowiedzi Efri wydała krzyk trwogi i nakryła głowę fartuchem, gdyż we drzwiach na dole rozległo się mocne uderzenie młotka, a w ścianie najwyraźniej lekki szelest, jakby kto rzucił piaskiem. — Już ja się porachuję z tobą za te strachy! — krzyknął Flintwinch ze złością. — Dam ci taką naukę, że popamiętasz do śmierci. — Tymczasem jednak trzeba drzwi otworzyć — chłodno zauważył Artur. Flintwinch rzucił na niego tak wściekłe spojrzenie, iż nie można było się mylić co do uczuć, z jakiemi zostawiał ich z żoną. Zaledwie się oddalił, Artur zwrócił się do Flory. — Błagam cię, pozwól mi pomówić na stronie z Flintwinchową. I posadził ją na krześle, a sam zbliżył się do Efri. — Efri — szepnął półgłosem — zlituj się, powiedz prawdę, co się w tym domu dzieje? — Nie wiem... nie wiem... boję się... on zabije! — Słyszysz go przecież, że rozmawia przy drzwiach. Możemy być spokojni, nim je zamknie. — Ściany słyszą — szeptała stara — tu coś chodzi... kroki, westchnienia, szum... Boże mój, Boże! — Ale oprócz tych strachów. Ja tego nie słyszę. Efri, przypomnij sobie, jak mię kochałaś. Byłaś dla mnie jak matka! Efri, ja cię tak kochałem... W dziecinnych troskach tyś mię jedna pocieszała, dziś ty jedna pomóc mi możesz. Czyż niema żadnych już uczuć w twem sercu? — Czego chcesz ode mnie, Arturze? — Chcę wiedzieć wszystko o tym człowieku, Blandois. — On był tylko dwa razy. Pierwszy raz oglądał dom. Jeremjasz go oprowadzał. Jeremjasz wraca! — Nie, widzę go stąd we drzwiach uchylonych. — A drugi raz... wtedy... Gdy wyszedłeś, Jeremjasz zamknął drzwi za tobą, a potem wziął mię za kark tak, że o mało się nie udusiłam, popchnął do sypialnego pokoju i kazał się rozebrać, położyć do łóżka, potem drzwi zamknął i... — I cóż dalej? — A cóż, kiedy byłam w łóżku... Nie, Arturze, nic już nie powiem, nie mogę. Nie jesteśmy sami. Ja żyję we śnie, sny mię otaczają. Weź w garść tych dwóch mądrali, jak ci już raz mówiłam, wtedy może coś powiem. Nie dzisiaj, już idzie! Stuknięcie drzwi dało się słyszeć na dole, w tej chwili Artur zdmuchnął świecę. — Idę naprzeciw Jeremjasza — szepnął, biorąc z jej ręki świecznik — a ty Efri, pamiętaj, żądam od ciebie pomocy jak dziecko, które dawniej kochałaś. Przemów, a ja cię wezmę pod swoją opiekę. Spotkał Jeremjasza na połowie schodów i oświadczył, że niechcący zgasił świecę. Flintwinch trząsł się ze złości i pchnął żonę tak mocno, że zatoczyła się z krzykiem na ścianę, a potem szedł w milczeniu, niby dozorca więzienny.

Comments

Loading comments…