Rozdział X
Towarzysze niedoli nie powzięli dla Clennama życzliwości, nie potrafił zyskać tu dobrej opinji. Nazwano go dumnym, gdyż unikał towarzystwa, szukał samotności w czterech ścianach swego pokoju, nie bywał na zebraniach w więziennej kawiarni i stawał się posępnym, milczącym, leniwym, ulegając wpływom zamknięcia. Od czasu uwięzienia upłynęło już prawie dwa i pół miesiąca, a w życiu jego nic się nie zmieniło, i sprawy, przez pana Rugga prowadzone, nie obiecywały pomyślnego rezultatu. Gorliwy prawnik wraz z Pancksem robili, co było w ludzkiej mocy, aby ocalić Doyce’a. Rugg nalegał usilnie, aby Clennam przynajmniej pozwolił się przenieść do królewskiego więzienia za długi, gdzie warunki bez porównania były lepsze, lecz Artur z uporem odmawiał, choć zdrowie jego cierpiało widocznie i budziło obawy życzliwych mu ludzi. Pewnego dnia usłyszał obce kroki na schodach i nieznane stukanie do drzwi. Artur obojętnie odezwał się: — Proszę! W tej samej chwili drzwi otwarły się z hałasem i na progu z zuchwałą miną ukazał się Blandois. — Salve! — zawołał. — Życzyłeś pan sobie podobno mię widzieć... i otóż jestem! Clennam nie zdołał jeszcze zebrać myśli, kiedy weszli za przybyłym Pancks i Cavaletto. Obydwaj poraz pierwszy byli tu u Artura. Pancks sapał, chrapał, świstał, zdradzając temi głosami wzruszenie, Jan Babtysta usiadł na ziemi przy progu i nie spuszczał z oka Blandois. — Altro, jest, — rzekł z uśmiechem głębokiego zadowolenia, zwracając się na chwilę do Artura — znalazłem! Znalazłem, choć się chował jak ten kret pod ziemię. Ale znalazłem, altro! Rozpytywałem Włochów, Francuzów i Niemców... nikt, nikt go nie znał. Usłyszałem wreszcie, że w jednym domu ukrywa się siwy jegomość. Siwy jegomość! No, i dopilnowaliśmy go razem z panem Pancks. To on... i musiał przyjść. — Tych dwóch warjatów doprowadziło do tego — rzekł pogardliwie Blandois — ale kto na tem skorzysta, pytanie. — Złowieszczy ptaku — wyrzekł Artur z oburzeniem — więc rozmyślnie chciałeś na dom mojej matki rzucić podejrzenie? I poco? Dlaczego? Skąd ci przyszła do głowy taka nikczemna komedja? — Ciekawość! ha, ha, ha! Radzę ci... ostrożnie, panie Arturze Clennam, żebyś gwałtownością nie skompromitował swej szanownej mamy. — Milcz, oszczerco i podły tchórzu! — krzyknął Artur — Nie wyobrażaj sobie, że nie mam dość siły, aby zrzucić cię ze schodów. Rozkazuję ci mówić, czego chcesz od mojej matki, w jakim celu wymyśliłeś ten ohydny podstęp. Blandois zbladł i stracił wyzywającą zuchwałość, lecz po chwili pogłaskał wąsa i przemówił spokojniej, siadając bez zaproszenia na krześle. — Jestem szlachcicem, mój panie, i basta. Zawsze nim pozostanę, bez względu na grubjaństwa ludzkie. A teraz do stu katów, jeśli chcesz wiedzieć prawdę, postaw butelkę wina. Inaczej nie usłyszysz ani słowa. Artur ze wzgardą rzucił pieniądz na stół i spojrzał na Cavaletto, lecz ten potrząsnął głową, widać było, że nie odstąpi zwierzyny, którą z takim trudem wytropił. Więc Pancks zbiegł ze schodów, aby spełnić polecenie. Dzięki miejscowej kawiarni butelka szybko znalazła się na stole. — Ha, ha, ha! — śmiał się Blandois — dużą szklankę! Szlachcic rodzi się na to, aby mu usługiwano — i przesunął po wąsach białą ręką. — Otwartość była zawsze cechą mego charakteru — zaczął, napełniając drugą szklankę. — Dlaczego nie mam mówić? Użyłem podstępu? Prawda, dobry sposób, choć popsułeś go nieco, mój ciekawy panie. O co chodzi? Mam piękny towar do sprzedania, cenny, ciekawy towar. Powiedziałem o nim pańskiej szanownej mamie i nałożyłem cenę. Ale szanowna mama była w targu trochę uparta, słowem, poróżniliśmy się. Więc dla rozmaitości postanowiłem... zniknąć. Zabawna myśl, nieprawdaż? Musieli się cieszyć i szanowna mama, i mój stary przyjaciel, Flintwinch! — Do rzeczy, panie Rigaud — przerwał surowo Clennam. Blandois zadrżał i rzucił nań spojrzenie, w którem walczyły z sobą strach i wściekłość. Lecz wychylił znów szklankę wina i roześmiał się głośno. — Ha, ha, ha! pyszny koncept. Jeszcze trochę i byłbym się napewno doczekał ogłoszenia, że wiadoma osoba może przyjść w wiadomej sprawie, gdyż jej warunki zostały przyjęte. Ale to djabli wzięli. Ja sobie poradzę, ale czego pan więcej chcesz ode mnie? Artur uczuł w tej chwili cały ciężar murów więziennych, krępujących jego swobodę. Powinien był działać, a miał związane ręce. — Jeszcze uprzedzam pana, panie filozofie, że byłoby lepiej dla ciebie nie mieszać się zupełnie do tej sprawy — dodał złośliwie Rigaud, mrużąc oczy i kryjąc nos pomiędzy wąsy. — Jedno jest wyjaśnione — odezwał się Artur — że pan żyjesz. To rzecz najważniejsza. Są świadkowie, którzy zaprowadzą pana do pierwszego policjanta i zagadka zniknięcia będzie wyjaśniona. — Nikt mnie nie zaprowadzi do żadnego policjanta! — zawołał z oburzeniem Rigaud. — Niech was djabli wezmą z waszymi świadkami, bez nich przedstawię się, komu potrzeba, i dam świadectwo, o które wam chodzi. Kontrabandzista, pióra i papieru! Cavaletto wypełnił rozkaz według wskazówek Artura, a Blandois, uśmiechnąwszy się złowrogo i podnosząc wysoko wąsy, zaczął pisać: „Wielmożna pani Clennam. Czekam odpowiedzi.
Więzienie Marshalsea. Pokój Artura Clennam.
Odczytał ten list głośno, złożył, zaadresował i rzucił Cavaletto, aby go odniósł natychmiast. Lecz Jan Babtysta nie ruszył się z progu. Pancks wyręczył go znowu. Blandois zapalił papierosa i puszczając kłęby dymu, usiłował zawiązać rozmowę. Artur jednak nie odpowiadał, zanadto był zajęty własnemi myślami. Więc zaczął nucić znowu włoską ludową piosenkę, a Cavaletto wtórował mu pomimowoli. W kwadrans Pancks był z powrotem, prowadząc za sobą Flintwincha, ale te piętnaście minut wydawały się Arturowi godzinami. Na widok Jeremjasza Blandois podskoczył, chwycił go za szyję i obrócił wkółko, zanim Flintwinch zdołał usunąć się od tych karesów. — Odpowiedź! wołał Rigaud Dawaj żywo! — Kartka do pana Artura — rzekł starzec, podając mu kawałek papieru, na którym pani Clennam napisała: „Zrujnowałeś się sam, dlaczego chcesz rujnować innych? Jeremjasz Flintwinch jest moim posłem i przedstawicielem“.
Artur przeczytał bilecik i rozdarł. — No, Flintwinch, gdzież odpowiedź? — powtórzył natarczywie Rigaud. — Pani Clennam ma ręce chore, więc przesyła odpowiedź ustną. Chciała powiedzieć, że zgadza się na pańskie warunki i prosi o przybycie za osiem dni, licząc od dzisiaj. — Bardzo pięknie! — zawołał Rigaud, wybuchając śmiechem. — Zdaje mi się, że teraz jestem wolny. Z drogi, kontrabandzisto I Możesz sobie leźć za mną, jeśli ci się podoba. Jan Babtysta pytająco spojrzał na Clennama. — Owszem — rzekł Artur jeśli go się nie obawiasz. — Już go się nie boję, odkąd pan wie o wszystkiem — odparł wesoło Altro. Rigaud-Blandois wyszedł z uprzejmym ukłonem, podnosząc w górę wąsy i nucąc włoską piosenkę. Za nim szedł Cavaletto, potem Flintwinch, kiwając głową, a wkońcu Pancks, wzdychając i wydając dziwne odgłosy, niby psująca się lokomotywa. Pozostawszy sam, Artur uczuł się tak przygnębionym, złamanym, opuszczonym i bezsilnym, jak jeszcze nigdy w życiu. Otoczyły go zupełne ciemności, w duszy zapanował niepokój i gorycz, nie widział dziś nad sobą żadnej gwiazdki.
Comments
Loading comments…