Chwila myśli (Norwid)
MŁODZIENIEC. (przechadza się po izbie) Cóż mię tak pali, cóż tak piersi wzdyma,Że tylko milczeć, tylko płakać muszę?Zimna to mowa z całej siły trzymaPrzypadkiem na świat zabłąkaną duszę.Bogdaj to było z młodem sercem zgodniePo kwiatach życia lekką stąpać nogąI nie rozpaczać — bo to niewygodnie,Ludzie się nudzą, lica zbladnąć mogą!
A pióra? Pióra — dobre, kiedy w skrzydleZadrżą i ptastwo w polot wyprowadzą,Lecz, kiedy w mózgu, jak badawcze rydle,Zaczną przewracać, na nic się nie zdadzą.Błogosławieni, którym gardła dźwiękiMogą wystarczyć, którym dosyć ręki,Ażeby pisać — minie zaś ciżba głosekNa pogrzeb myśli, zamiast na jej chrzcinyCiągnie, dlatego, że tam lichy kłosekZbolałych uczuć nie da dziesięciny!
I któż cię prosi, żebyś pisał? WszakżeJest tyle robót: oto rąbią stróżeI zamiatają — możesz rąbać także;Drzewa jest dosyć, znaczne też podwórze.
Tylko więc nałóg, rozciepliwszy członki,Wmawia w próżniactwo jakąś wielkość ducha?...STRÓŻ. (wchodzi zapalić świecę) Dzień dobry panu, cóż to?
Czyś pan nie chory? Żyły, jak postronki,Drgają na czole...MŁODZIENIEC. (kryjąc pomieszanie)To nic, to tak sobie.Właśnie paliłem... dym... coś podobnego...Rozgrzałem głowę — a powiadam tobie,Że to z tych pieców rośnie wiele złego.STRÓŻ. (szukając ognia) Bywa-ć czasami i zagorzelizna,Ależ tu przecie nie tak napalono:Mróz nie uważa, pan to, czy chudzizna —Dzwonię zębami z trojgiem dzieci, z żoną,Aż ślina krzepnie — ściany i żelazaBialoBiało iskrzącym obrosły kożuchem;Dzieci się tulą, jakby je zarazaZwiązała w snopek i do grobu niosła.MŁODZIENIEC. Oni się z ciałem, ja się męczę z duchem.STRÓŻ. (zapala świecę, mówiąc dalej)Powiadam panu, że to stąd urosłaKłótnia pomiędzy mną a moją żoną —Ja się chcę rozgrzać; jużci doświadczono,Że wódka w miarę nigdy nie zaszkodzi;Piję więc miarą, a ta mię nachodzi...Czy oszalała, czy dopiero myśli?
Dobranoc panu.
MŁODZIENIEC. (po chwili) Takie to widziadłaUłomność ludzka przed oczyma kréśli.Pieniądz króluje — bogdajby przepadłaJego wszechmocność! A jednakże trzeba,Rozćwiertowawszy godne człeka życie,Sprzedać je nawpół.DZIECI. (płacząc za sceną) Mamo, mamo, chleba!
MŁODZIENIEC. (słucha, a potem patrzy dokoła, szukając po kieszeniach)A ja nic nie mam!
Trzeba nieodbicieSprzedać się nawpół, bo tak ni dla siebie,Ni też dla ludzi, Bóg wie, poco żyję.Mróz mi dokucza, kiedy myślą w niebieZaczynam mieszkać — kiedy ręce myjęOd spraw ziemiańskich, patrzę, aż tu smołaKipi na dłoniach — niby że topielecMokremi pletwypłetwy obwiał mię dokołaI zatumanił. Serce, jak wisielecZeschły, jednakie czucia ma na twarzy,Czy nad niem gołąb, czy też kruk się waży.
Wiem już, co zrobię! Wszak to nie nowinaDopóty pisać, aż brzęknie pod pióremSprzedany wyraz — aż zabrzękną chóremWszystkie stronice — i głowa, jak mina,Ciężarna złotem, wesprze się na ręce.
O biedny człeku! Tak-że spadłeś znowu?Zapal twój chory, siły niemowlęceŁatwo przyciągnąć magnesem obłowu,Samą nadzieją kupić bez przeszkodyCiało i duszę — a tak jeszcze młodyI rzeźwy jesteś!... Wiedz, że na twe czołoWieniec cierniami wlézie, jak na różeLiszka, co, zjadłe zataczając koło,Nie tworzy z siebie wieńca, lecz obróże.
Pisać więc, pisać i frymarczyć mową,Myśli, jak bydło, przedać całem stadem.A potem, zimne rozdrobiwszy słowo,Na młode czucia takim sypać gradem?I tym, co łakną karmi, jak pisklęta,Rzucać zabawki, bryłki posrebrzane,Jasne a nikłe?... Chwila to przeklęta,Co takie myśli, błotem pokalane,Kładzie na oczy, by zapomnieć niebaDla worka groszy.DZIECI. (z płaczem za sceną) Mamo, mamo, chleba!MŁODZIENIEC. (porywa się w rozpaczy) Bezsilna litość wreszcie mnie dobije!Bo niedość zgromić ciała przeciwników,Potrzeba jeszcze, póki serce żyje,Sprzedać je światu za kilka srebrników!A potem?... Śmiać się —
Chodźno tu, chłopczyku!DZIECIĘ. (wchodząc) Czy mnie pan woła?MŁODZIENIEC. Ciebie — ależ przecieBądź mi grzeczniejsze, moje lube dziecię.
Ja, gdym był taki, zawszem śmiał się, skakał,Jeździłem także czasem na koniku...
Wstydź się! — Czyś widział, żeby kto z nas płakał?Trzeba się bawić — to nic nie pomoże,Trzeba się bawić.DZIECIĘ. Kiedy mróz na dworze.MŁODZIENIEC. To nic — to jednak płakać nie należy,Bo się Pan Jezus będzie za to gniewał.DZIECIĘ. A, proszę pana, mama nam mówiła,Że i Pan Jezus także płakał siła.STRÓŻ. (z korytarza) Hej, chłopcze!DZIECIĘ. Lecę.
MŁODZIENIEC. Sądząc po odzieżyI po nędzocie, któżby się spodziewałTakiej jałmużny?
«Mama nam mówiła,Że i Pan Jezus także płakał siła!»
My nie nie wiemy, my przez całe życieChcemy coś wiedzieć, ale nic nie wiemy,Rośniem, zaprawdę — cóż, gdy i powicieRośnie, a nigdy go nie prześcigniemy.Świat, to powicie, my zaś wieczne dzieci,Bawim się cieniem i przed cieniem drżemy;Trwoga ta skrzydłem błyskawicy wzleci.I znów nam dobrze, i znów nic nie wiemy.Krzyż tylko jeden, wyciągnąwszy dłonie,Starców po dawnej znajomości wita,Młódź błogosławi, a, rozdarte skronieZ chmur wychylając, w oczach dzieci czyta,Czy im to wstęgi, co tak bujnie płyną,Zdadzą się na co i czy nie zaginą?O, nie zaginą! Bo, dopóki skrycie,Cicho a dzielnie myślą, nie zaś krzykiem,Boleść zakwita — i ciernistym smykiemGra nam po sercach, póty nasze życie!
(1841.)
Comments
Loading comments…