Częstochowskie wiersze

Za siwemi wołami,Za rogatemi,Po mokrym lesie, z psami,Z psami chadzam żółtemi.Jeden zowie się Brysio,A drugi, bury, Mysio,A jest i suka w łaty,Co po rżysku, po złotem,Szuka myszy kosmatéj,Kretów szuka pod płotem.

Tak ja chadzam od zorzy,Kiedy koguty piejąNa dzień, na dzionek boży,Wierzby we mgle bielejąJakby szare chmureczki,I rosy drobne pacioreczki,I niknące gwiazdeczki...

Bo nie jestem parobek,Ale chłopiec dorobek,Woły pasać wiem jako,I grabić ladajako,Grabić siano w kopy.Znosić snopy!...

Sierpem jasnym w ząbeczki,Ani gładkiemi cepyNie potrafię; bez sprzeczkiŁeb rozbiłbym w czerepy,Albo zaciął się w palec,I spadłby, jak padalec.

Umiem kopać motyką,I wykręcać fujary,I lipowe drzeć łyko,I spać w cieniu, jak stary,I ogień robić w lesieW nocy, w nocy!Aż sowa dziwuje sięI wiatrowie głębocy,Co dym niosą do góryI składają na chmury.

Uczę się też czytaniaI wiem, że O jak baniaLub jak koło uu woza,Że A jak szczyt u chaty,Że I jak gibka łoza,Że E jak dziad szczerbaty,Że U jak wół rogatyAlbo jak przewróconaDua, gdy wyprzężona...

Wiem, że Bóg jest na niebie,Co gospodarzy światemI zna wszystko u siebie,I to, co drzewem, i co kwiatem,I co dniem, i co nocą,I jak gwiazdy się złocą...

I że myśli o chlebieDla wszystkiego na świecie,A nie myśli dla siebie!I że urodził się, jak dziecięNajbiedniejsze w stajence.Choć jest świata dziedzicem,Że umarł za nas w męceNa krzyżu z bladem licemI w koronie cierniowej.Ach, włożyli go, płacząc,Do czeluści grobowej,Zamykając i znacząc,Bo się bali, jak zbóje,Czy kto ich nie szpieguje.

I tak trzy dni przeżyliLudzie źli, dawni żydzi,Myśląc, że się pozbyliTego, co wszystko widzi,I że Boga zabili,I że słońce zgasili,I że nikt ich nie słyszy,Że krew od nich nie cuchnie,I że się to uciszy,Że ta powieść nie gruchnie!

Aż na trzeci dzień ranoZadrżał kamień na grobie,I grzmot wielki słyszano,I Bóg w żywej osobieWstał z chorągwią rozwianą.Wstał w jasności słonecznéj,Od wszystkiego bezpieczny,I przebite wzniósł dłonie,I podarte wzniósł skronie,I bok, dzidą przeszyty.

I szedł wgórę, w błękity,Żeby ludzie widzieli,Że nikt nie jest zabity,Tylko ziemia go dzieli,Tak, jak ziarno zasianeW bruzdy, w groby orane,Co odrasta znów kłosem,Aż kłos zwolna mężnieje,I obrasta aż włosem,I siwieje, bieleje.

I człek taki kłos ścina,I cepem go biczuje,Bo to boża spuścina,I to Bóg nam sprawuje,Bo on myśli o chlebieDla wszystkiego, prócz siebie.

O mój Boże, mój Boże.Co nasiałeś tu duszek!Kiedyś leżał w oborze,Chwalił Ciebie pastuszekI, jak dzisiaj w niedzielę,Kiedy ludzie w kościele,Tak nie myślał o wołach,Tylko odbiegł wszystkiego,Rozkochał się w aniołach,I już nie chciał niczego!I wesoło mu było!Jakby napił się nieba,Jakby mu się nakryłoStół i dało się chlebaZ przenajzłotszej pszenicy,W najpiękniejszej kaplicy!

Wedle krzyża jak biegę,Albo świętej figury,

Co wystaje na chmury,To coś więcej postrzegę,To coś we mnie się modli,To coś dysze: O Boże!Tobie ręce przebodli,A dosiewasz wciąż zboże...I znów mówię: o Boże!

Bo, jak człowiek zasieje,To ma ino nadzieję,Ale nie wie, co w roliZiarna one rozwija,I dlaczego z fasoliNie wyrasta lilija,Albo owies z pszenicy,Albo róża z bylicy.

Tylko w swoim porządku,Jak sobota po piątku,Po sobocie niedziela,Wszystko się tam skościela.

A to człowiek nie robi,Tylko k’temu sposobi.

A czy wiecie, gdzie byłem,Gdzie się tego uczyłem?

A czy wiecie?... nie wiecie:Częstochowskie ja dziecię,Stamtąd idę piechotą,Choć daleko, z ochotą!

Tam na desce zleconejJest bo obraz święconyMatki Boskiej cudownéj,Gdzie lud płacze wędrowny.

A ta deska skąd, wiecie?Oj, ze stołu, gdzie jadałNasz Pan Jezus, i siadałZa tym stołem, tu, w świecie.I to polskie ją króle,Przez armaty i kule,Przez pogańskie pałaszeTam przynieśli, jak nasze.

Tam też cuda się dzieją,Tam też modlą się księżaI na modłach siwieją.Tam jest wiele oręża,Najostrzejszych pałaszy,I chorągwi tak wiele,Że się wszystko przestraszy,Co nie klęknie w kościele.Tam są jakby tysiąceWojska, które jest śpiącePod kościołem głęboko.Gdzie nikt dostać nie może,Ani żadne ich okoNie dopatrzy, prócz boże.

Tam zasiane są kuleI mosiężne armaty,I bogactwa w szkatule;Ale nikt z nich bogaty,Nikt Wielmożny nie będzie.Tylko taki, któremuNic się z nieba uprzędzie,A nie spyta się: «Czemu?»Tylko pójdzie za nicią,Ułowiony, jak siécią,I nie zerwie przędziwa,I nie spląta ogniwa.

Taki w skałę przecieknie,Gdzie złocisto i pięknie,Gdzie jest dużo mieszkaniaI śpiącego żołnierzaW żelazności ubrania,Gdzie się jeden przymierza,Jakby już miał wycelić,Drugi jakby wystrzelić,Trzeci jakby z pochewkiSzablę ciągnął, a czwartyJakby zdmuchał z panewki,Piąty jakby strzegł warty.

To jest wszystko tam w głębi,Aż czuć, chodząc po ziemi,Aż cię zgrucha, zgołębiSkrucha łzami żywemi.Aż upadniesz kolanemJakby drzewem złamanem,I zanucisz: «O, MatkoZbawiciela naszego!»Toć jest modlić się czego,A modlim się tak rzadko!

A to wszystko rycerstwo,A to wszystko żołnierstwo,Co śpi w głębi, to owe,Co krew lało dla wiary,Całe w sobie krzyżowe.Jak zwinięte sztandary,Każdy cicho leżący,Każdy w sobie myślący...Cyprjan z Głuchów pod Warszawą.

Comments

Loading comments…