Do *** (Norwid)
Póki w cienistych kniejach buja rzeźka łaniaI z lekkością marzenia suwa się po lesie,Póty oko zachwyca — lecz, gdy wiatr rozniesieGarstkę spaczonych kości, które pleśń osłania,Któż ten widok podziwi? Tak samo myśl człeka:Zrazu wiele ma krasy, lecz, gdy się rozsypieW garść spaczonych wyrazów, które znów poszczypiePióro zatrutem żądłem i tak porozwlekaPo bladych stepach księgi, cóż z tej pastwy gaduZostanie powabnego?...
Kwiat od kropli jaduZwarzy się i przepadnie, lecz, gdy przyjdzie rosa,Otworzy modre oko i przyćmi niebiosa.Kto więc myślą pisarza chce się uradować,Ten niechaj ją przytuli do łona swej duszy,I niechaj ją obejmie uczuciem, a wzruszyMartwe znaki, że wreszcie nie zechcą tamowaćGłosu swego, i będą kwilić, jako stadaNawpół zbudzonych ptaków promieniem jutrzenki,A poznamy dopiero, jak to myśl upadaNa siłach, jak to płacze, kiedy ją w sukienkiCzarnych głosek obleką!
Gdybym zrzucił ciałoI z kości się wyłamał, gdyby pozostałoŚcierwo w błocie, a dusza jeszcze miała oczyDla świata, tobym może jaki hymn proroczyWielkim głosem zanucił — ale gdy tak słabyI tak maluczki jestem, skądże wezmę siłyKu temu? Bo, choć myśli, jak najemne draby,Klną dziko i wołają, by im zapłaciłySłowa moje, lecz słowa?... Blaszki pozłacane,Mdłym dźwiękiem gadające! Grosze połamane,Fałszywe... Ha, ubóstwo, nędza to szalona.Gdy nawet słów brakuje, gdy otumanionaDusza, co począć, nie wie — albo raczej możeWie wszystko — i do Ciebie woła: «Pomóż!» Boże...
Takie to zgraje marzeń tu i ówdzie rosną,Jak kępy żółtej trawy, ocuconej wiosną —Takie to bole człowiek póty cierpi, póty,Póki nie zdziała czego, póki, nie zakutyW czyn swój, marnieje tylko albo się sposobi,Albo się uczy robić wprzódy, nim co zrobi.Myśl z dźwiękiem butne harce wiedzie bezustanku,A snać inaczej pieśni wcaleby nie było.Więc plączą się widziadła, niby na krużgankuWysokim stojącemu, gdy tak jakoś miło,Tak mdło uczucia grają, a spadzistość bliskaDrażni oczy, a poręcz, zgniłem próchnem śliska,Drażni serce — i tylko niebo wycieplone,Tylko samotna chmura, jak ślepy kaleka,Bez toru zabłąkana, tylko okroplone,Ciche drzewa snem marzeń zachwycają człeka.My więc, dla których pióro, jak proporczyk biały,
Powolnym wiatrem wzdęty, nieskalany jeszcze,Tak drżąco się rozwija... my bez blasku chwałyI bez niecnoty blasku — nasze czucia wieszczePieśnią Bogarodzicy chrzcijmy! A bez końcaWalczmy, od wschodu słońca do zachodu słońca!
Comments
Loading comments…