Rozprawy wierszem i prozą — całość
Dzieła Cyprjana Norwida
W twoje chóry, pieśni nasza,Czegoż-bo nie wplecie?Od ołtarza do pałaszaWszystko, co na świecie...
Z ciebie, z ciebie powyrastaNowy lud — i miasta...
Ty przelecisz granic straże,Kraty cytadeli,I zadziwią się mocarze,Że cię nie widzieli;
I zadziwisz myślicieli,Że tak skromna szataI że prządka u kądzieliTak wysoko lata.
Zdarłeś piórka do pisania,Panie Mikołaju,Wzrosną piórka do lataniaPo nietwoim kraju;
Tylko z Bogiem i z tą wolą,Co w łasce u Boga —A popioły zaswywolą,Wstrząśnie się podłoga
I ze sklepień podkościelnych,I z oranej ziemi.Wielu wstanie nieśmiertelnychZ szablami jasnemi.
Pierwsi będą od przeszłości,Od przyszłości drudzy.Tamci króla jegomości,Ci królowej słudzy.
Jak kto kocha, tak niech kocha,Szczęść, mu, Panie Boże!Równie dobry pług, jak socha,Jeśli dobrze orze.
Niech bywalcy, co za morzemStrasznie się zmądrzyli,Szydzą zdrowi, że dziś orzem,Jak starcy uczyli.
Z Bogiem, z Bogiem, panie bracie,Jeszczeć to się zmieni!Niechno jeden spocznie w chacie,Drugi się ożeni.
Tylko śmiechu nie odmieniemZ tych pociesznych swarów,Co nie warte (z przeproszeniem)I smyczy ogarów!
Tylko zmienim nienawiści.Cnocie hołd oddamyI mądrości, co wyczyściPo łańcuchach plamy.
Po łańcuchach cytadeli,Co aż serce toczą,I tych, cośmy nie widzieli,Że są, ale tłoczą.
I tych w prawo, i tych w lewo,I tych od zachodu,Gdzie jest pono wolne drzewo.Ale człek mrze z głodu.
Wolność w Polsce będzie inna,Nie szlachecko-złota,Ni słomiana wolność gminnaOd płota do płota,
Ni słowieńsko przepaścistaO tatarskim czynie,Ni ta, z której kabalistaŚni o gilotynie.
Wolność będzie z dobrej woli,Jak w pieśni rymowej,Gdzie i z nutą myśl swawoliI nuta gra słowy.
Każdy Polak z łaski bożejSwój, a narodowy;Jeśli albo przez się tworzyDla Polski, królowej,
Lub przez Polskę dla jej dzieciZ wysokości świeci.
Przez się tworzy narodowi,Kto się doskonali;A przez naród człowiekowi,Kto naród ocali.
Lecz ta Polska nieskończonaPrzez cel, którym pała;Więc to tylko dwa ramionaŚwieckiego jej ciała.
Dwa ramiona orła — krzyża —Co spodem jest z roli.Górą k’niebu się przybliżaPrzez to, co go boli.
A przez rolę czyni wiara,Bo rzucasz nasienie,I już Bóg się o nie stara,By miało korzenie.
A zaś przez się (więc przez życie)Czyni umiejętność.Co nadziei ma sowicie,Nie dba o majętność.
A przez miłość — dobrej woliNarodu stróżowie,Co nie z roli, ani z soli,Lecz z ciernia na głowie.
A przez wiarę tylko w BogaRówność jego synów,A przez miłość tylko drogaDo braterstwa czynów.
A przez pewną swych kolei,Choć wgórę podrywa.Chrześcijańską moc nadzieiWolność się zdobywa.
Wolność bowiem to nadzieja,Zawsze ona wdali;Zawsze u niej «ja» i «nie-ja»I zawsze się pali.
Wolność nie jest to dziewica,Jak marzy pacholę.Ni płaczliwa pokutnicaW niedostępnym dole.
Wolność nie jest rzecz pędząca,Jedno pęd pocisku —Nie osoba kochająca,Lecz ogień uścisku.
Wolność jest to wszechużycieWszechpotęgi bytu;I dlategoto widzicie,Że zawsze u szczytu.
A jak słońce, choć w osobieSwej za światem gore,Przez wydany kwiat na globieW rękę jednak biorę —
Tak i wolność społeczeństwaSłońcem jest duchowém,Lecz przez kwiaty bezpieczeństwaWieńcem narodowym!
Lecz przez wonie onych kwiatówModlitwą nauki,A przez piękność ich szkarłatówArcystylem sztuki...............Pieśni — pieśni! W twoje chóryCzegóż-bo nie wplecie?A twojemi czegóż pióryNie rozdasz po świecie?
Niechno które wolność polaOzłoci promieniem,Wraz tem czarniej i niewolaOkreśla się cieniem.
Niema woli bez niewoli;Nad ich zespoleniem,Chce, czy nie chce, wszystko boliCiałem lub sumieniem.
Bo, jak Twórca w próżni ciałaŚwiatłość z cieniem różni,Tak i ludzkość niech oddziałaW ideału próżni.
A w rozdziale tylko prawemWolności z niewolą,Pod balsamu zginą jawemSny, co jawnie bolą.
Każdy Polak prawem życiaSwój. — I śmierci karaWyrzuconą jest z użycia,Jak pogan ofiara...
Lecz, kto świętych praw morderca,Świętość sam utracaI z wolności się wszechsercaW niewolę powraca —
I przykowan jest do roli,Jak w carstwie człek rolny —Tak iż carstwo do niewoliPójdzie w Polsce wolnéj...
Własność nie jest posiadaniem(Często niewłaściwie),Lecz społecznem używaniemTego, co w nas żywie.
Bo Mikolaj też posiadaLitwę i Koronę,A jednakże coś w nas gada,Że to ukradzione.
Posiadaczy praw on strzeże,Komunistów wiesza,Tylko, jeśli sam co bierze,To sam się rozgrzesza
Własność tedy to rzecz inna,Inna posiadanie —Pierwsza z rodu już niewinna,Druga, jak się stanie.
Każdy Polak z łaski bożéjSwój przez prawo życia,Więc, gdy przez się co utworzy,To ma się z użycia.
A jak tylko dobrze ma się,To przez mienie działa.Kiedy inni w tymże czasiePrzez się, z potem ciała.
Ci czas mają — ci zaś mienie;Niechże tedy wpływa,Kto ma mienie, przez sumienieNa czasów ogniwa.
Bo, jak czasy złe nastaną,Wszystkich będzie wina —Ale pierwej ci powstaną,Którym idzie ślina.
Gdy zaś zdumi właścicieli,Że ludzie pochyliNa ojczyzny się mścicieliWyheroicznili,
To zadziwić zdolna wzajemTamtych obojętnośćI, zerwawszy z obyczajem,Wpadną na majętność.
I gwałt taki się rozniesie,Jakiego nie było,Tak, że drzewo drzewu w lesieBędzie zazdrościło.
Niema mienia bez sumienia;Na każdej zagrodzieCiążą długi uprawieniaWolności w narodzie.
Życie z życiem tak graniczy,Jak zagon z zagoném,I nad rolą nie rolniczyŚwiat jest osiedlonym.
Każdy własność ma takową,Że chce posiadania.I za pracą narodowąLub ziemią ugania.
Kto nie z czasu, ale z mieniaPan, niech się nie nudzi,Lecz niech mienie usumieniaPrzez naród dla ludzi.
I jest większy, kto posiada,Jakby nie posiadał,Niż kto służy u sąsiada,By sam tylko jadał.
Lecz i taki, co nie możeInnych darzyć mieniem,Kiedy w duchu się rozmoże,Nadda poświęceniem.
Bo i przez się (więc przez życie)Tworzy umiejętność,Co nadziei ma sowicie,Nie dba o majętność...............Własność tedy to rzecz inna,Inna posiadanie —Pierwsza z rodu już niewinna,Druga, jak się stanie.
Lecz, co stanie się niewinnem,To ma wiedzę siebie,A co takiem, bo dziecinnemTego wiedza w niebie.
Własność tedy, ta z człowieka,Co szepce mu w duszy,Niech się w żądzę nie rozwścieka,Bo i własność skruszy.
A bez takiej człek własnościBłotem się już stawaI podlega konieczności,Jak płynąca lawa.
Zalać może tłum chwilowo,Lecz nic nie ocali,I podepczą go nanowo,Jak będą wracali.
Własność żądzą i szaleństwemZniszczyć się jest w stanie,A zaspanem bezpieczeństwemGłupie posiadanie.............Pieśni, pieśni, — w chóry twojeCzegóż-bo nie wplecie,Wszystkie serca niepokojeI te, co na świecie!
Boże, wiecznych praw artysto,Jak u Ciebie rządnie,Nadzmysłowie oczywiste,Serdeczno-rozsądnie!
Lilja własność ma kwitnięciaBiałemi kielichy,Ani zajrzy barw książęciaTulipanom pychy.
Ani zajrzeć może komuTaka najpiękniejsza,Jak chełpliwy dąb z ogromu,Lub trawka najmniejsza...
Co u zwierząt znakomitem,To u ludzi krzywość;I co tobie pospolitem,Dla mnie osobliwość.
Pospolitych rzeczy zatemTaka jest różnica,Jak różnica świata z światem,Z księżycem księżyca.
Wszędzie pewne prawd nasionaI kształtów warunki —Ziemię, ludzi i imionaPokrewnią w stosunki.
Tych stosunków spokrewnienieW treści, co rozkwitaI jak drzewa jest nasienie,To rzeczpospolita.
I nie spisek, ani zmowa,Ani sprzysiężenie,Ani żadna partja nowa,Lecz wielosumienie.
Rząd jest tylko sprawiedliwość,Co nieprawem karze;Gromi nawet nieuczciwość,Szanuje ołtarze.
Rząd naczyniem jest przedziwnemDla rzeczpospolitej,Co zeń wieńcem się oliwnymPrzelewa w błękity.
Pospolita rzecz jest — — wiecie,Co rzeczpospolitą?...Miłość tylko — ta na świecieŻebraczka niby to.
To, o bracia, a nie jakiKrój lub chorągiewka,Albo inne jakie znaki,Albo jaka śpiewka.
Pieśń to cała i ogromna,Ziemi śpiewająca,Jak stworzenie wiekopomna,Końca nie mająca.
I że miłość, więc dlategoW tak różne odcieniaPrzepokrewnia do jednegoŚwiatów wszechsumienia.
Bo są różne prawd nasionaI kształtów warunki,Co grunt, ludzi i imionaPokrewnią w stosunki.
Bo i nieme zmarłych słowoW pomniku lub czynie,Bo i przeszłość jednakowoZ przyszłością tam płynie.
I rząd tylko despotyczny,Co ujednoduszaPrąd miłości różnoliczny,Taki — to katusza!
Taki tylko, z piekła rodem,Runąć ma i runie,A rozleje się przechodemSwąd po jego trunie.
I nierządu przejdzie chwila,Jak dla doświadczenia,Czy już miłość się dosilaDo swego dojrzenia.
Pospolita rzecz panowie,To nie nierządnica,Lecz w gwiaździstym złotogłowieCzysta anielica.
Przywiedź króle i mocary,Żeby z nią mówili,A zobaczysz, czy tiaryPrzed którym uchyli.
Przywiedź katy i szalbierze,Co nam wolność kradną,A zobaczysz, czy, jak zwierzę,Do stóp jej nie padną.
Węże ona zdepce nogąLiljowej białości,I przed Panem nieubogoZabłyśnie w miłości...
........................
Panie! — Pieśniom szaty dałemTakie ubożuchne,I o sztuce zapomniałem,We wszechpieniu głuchnę:
Głuchnę, ślepnę — wgórę lecę,Olsnąłem, nie świecę...
Zapatrzyłem się w pięknościachWielkiej męczennice,W opatrznościach i w litościachTwych nad błyskawice.
Panie! — Iluż to już znałemWierniejszych Ci, Panie,
Co modlili się chorałem,Cierpiąc katowanie,I łzy leli — i krew leliW strasznej cytadeli.
Tworzącego zeszlij ducha,A kamień posłucha...
I rozwiane piasku ziarnaPo nieswoich sieniach —I gdzieś zaschła krew ofiarna,I prawdy w sumieniach...............
Niech przeciwnik nie ucztujeNa ducha pogrzebie,Ani bioder przepasujeZ odgróżką na Ciebie.
Ani, w mieście siedząc dużém,Chorągwi rozwiesza,Co na jednej słowo zburzym,A na drugiej: rzesza.
I niech złosci te ustanąPomiędzy rodzeństwemBo i słodycz wyczerpanaTem lichem męczeństwem.
Fatalności też duchowieNiechby już przestali.A stróżowie aniołowieZdala nie płakali.
Tworzącego zeszlij duchaNa świata beztory,A i głaz się udobrucha,Zakwitną topory.
I rozkapią się woniamiTe czarne chmurzyska,I psalmami, motylamiWyfruniem z mrowiska!...
Chwała, chwała Tobie, Panie,Chwała — —Niech się stanie!(1848).
Tobie, umarły, te poświęcam pieśni,Bo cień, gdy schyla się nad pargaminem,To prawdę czyta, o podstępach nie śni...Tobie poświęcam, Włodziu!... Słowem, czynem,Modlitwą bliskim znajdziesz mnie i wiernymNa szlaku białych słońc, na tym niezmiernym,Co się kaskadą stworzenia wytaczaZ ogromnych Boga piersi, co się rozdzieraW strumienie, potem w krzyż się jasny zbiera,I wraca — i już nigdy nie rozpacza!...
Tam czekaj, drogi mój! Każdy umiera...
....................................Więc pożegnałem was, którzyście chcieli,Bym nie osmucał tych brzegów zielonych,A przecież żywy-m!
...Witajcie, anieliPokornej pracy, w szatach rozświetlonych,Z zaplątanemi włosami w promienie,Jak moda świętych uczy: odniechcenie!...
O sztuko! Człowiek do ciebie powraca,Jak do cierpliwej matki dziecię smutne,Lub marnotrawny syn, gdy życie skraca,A słyszy Parek śpiew: «Utnę już — utnę!...»O sztuko, wiecznej tęczo Jerozalem,Tyś jest przymierza lukiem po potopachHistorji; tobie gdy ofiary palem,Wraz się jagnięta pasą na okopach...Ty wtedy skrzydła roztaczasz, złoconeW świątyni Pańskiej oknach szyb kolorem,Jakby litanje, cicho skrysztalone,Co na aniołów czekają wieczorem.
Tak jesteś czasu ciszy; czasu burzyTy się zamieniasz w ton, czekasz w trybunie,Aż się sumienie kształtem wymarmurzy,Podniesie czoło, i fałsz w proch aż runie!
Tak jesteś czasu burzy; czasu gromuTyś bohaterstwa bezwiednym rumieńcem,Z orłami hufce prowadzisz do domuI nad grobowcem, biała, stajesz z wieńcem...
Taka rozmowa była o Chopinie,Który naczelnym u nas jest artystą:«Co do mnie, polski ja w nim zamach cenię,Nie melancholję romantyczno-mglistą,I, chociaż małe mam wyobrażenieO sztuce, przecież wiem co jest muzyka;I może lepiej wiem od grającego,Jeśli mi serce bierze i odmyka,Jak ktoś, do domu wchodzący własnego».............«Jest to zapewne wiele — rzekł Bogumił —Lecz jabym główniej myśl artysty badał,I czy dosłownie naród on spowiadał,Czy się nie wstydził prawdy i nie stłumił,Mogąc łatwiejszy oklask zyskać sobie,Mogąc być prędzej i szerzej uznanym,Czy, mówię, prawdę na swym stawiał grobie,Czy się jej grobem podpierał ciosanym?»«Cóż te morały do rzeczy należą? —Konstanty na to o zwał się z młodzieżą —Albo cóż prawda tam, gdzie jest udanie,Tam, gdzie jest wszystko przez naśladowanie?Albo muzyka coby mi znaczyła,Żebym już musiał, jak hjeroglif, badać,Lub, wedle onych pojęć Bogumiła,Żebym się musiał w mazurku spowiadać!Co pięknem, to się każdemu podoba,I konfesjonał na to niepotrzebny.«Ho, hop — koniku mój, rwij się od żłoba...Ho hop!...» Cóż na to Bogumił wielebny?»
Tu się rozśmiało wielu, co już znaczy,Że najzupełniej prawda okazanąI że mówiący pięknie się tłumaczy,I już o sztuce tu nie rozmawiano.
Tylko grający, stojąc przy pulpicie,O kompozycji mówili warunkach,O tem wcieleniu życia w sztuki życie,Gdzie kalkul w duchu i duch sam w rachunkach.Więc znów rozmowa własną prawdy wagąW nieśmiertelniejszej powracała zbroi,Bo są nieznane siły, które nagąMyśl, gdy już o nią dumny człek nie stoi,Na niespodzianym stawiają świeczniku —Bo jest, powiadam, w słowa określnikuArchitektura taka, jak te gmachy,Gdzie, któryś z mędrców starożytnych mniema,
Że duch się jego mieści, to na dachyWstępując płaskie, to pomiędzy dwiemaKolumny w sieniach stając, to w piwnicy.Więc i z rozmowy duchem tak się stało.
«Co piękne, nie jest to — mówił Maurycy —Co się podoba dziś, lub podobało,Lecz, co się winno podobać, jak niemniejI to, co dobre, nie jest, z czem przyjemniej,Lecz, co ulepsza».
«Ha! — Konstanty nato —Więc piękne jest to coś dla kasty jednej,Więc piękne mądrym jest arystokratą?»
«Dla dwóch: dla kasty, bo tak zwiesz ją, wiednejI dla mającej czystą serca wolę».
«Ho — hop!... bogdaj to piosnki nieuczone,Ludowe. Ho — hop!»
«A przecież wiedz, że piosnki one,O których mówim tak, przy pełnym stole,Herbatę chińską pijąc, niezupełniePrzez nieuczoność się określać dająI że ich wiele jest o złotej wełnieBaranka, który za nas wszystkich ma ją,I że ich wiele jest z głębszej krainyNad to, co o nich mówi się nawiasem».
«Arystokracja jest bo i u gminy,Jak między szlachtą gmin też bywa czasem» —Ambroży dodał.
«Co do mnie, jeżeliTu o harmonji mówim — hrabia rzeknie —Ta jest z porządku. Gdzie porządnie — pięknie,Gdzie bezrząd — chaos, z szatanem anieli!Więc dyscyplina u mnie, a uczciwa,Jest tą harmonją, łączącą ogniwa.Niech zatem każdy rzeczy swej pilnuje;Ten to generał-bas harmonizuje!»
«Za pozwoleniem — przerwie znów Ambroży —Przeciw ogniwom, łańcuchom, obrożyNikt tu zapewne nie ma nic. My, panie,O idealnem mówiliśmy koleBez względu, jakie ma zastosowanie,Czy kto zeń pierścień ślubny lub niewolę,Czy kto tryumfu ark kościoła banię,Lub do zegarka łańcuch zeń utworzy».
Tu «zamachowy» mąż: «Dzięki ci, panie!Przecieżeś przy mnie stanął raz, Ambroży.To też myślałem zawsze, żeś ludowiec».
«Nie wprowadzajże mnie przez dobre chęciW niewybłąkany frazesów manowiec».
Tu zamachowicz rzekł: «Ambroży kręci!»
Alić Bogumił wezwie: «Rzecz o sztuce,Elementarna rzecz, jakże dalekoUnosi! Dalej, niźli, mówiąc, rzucęSłowami, chucią... ducha może całą rzeką,Jakoby arfą, dograć mającą w otchłani...»............«Przestańmy! Cyt!... Uciszcie się, moi kochani! —Władysław wołał — Wkrótce Bogumił zaśpiewa».
«A cóż mam śpiewać? Nie chcę być od rzeczy.Każdy o pięknem słowa się spodziewa,Więc chyba zamknąć przyszłoby rozmowęRozmowy hymnem».«Mów, nikt ci nie przeczy,I owszem, choćby i to, co nienowe».............«Spytam się tedy wiecznego człowieka,Spytam się dziejów o spowiedź piękności,Wiecznego człeka, bo ten nie zazdrości,Wiecznego człeka, bo bez żądzy czeka,Spytam się tego bez namiejętności:Cóż wiesz o pięknem?..... Kształtem jest miłości.On mi przez Indy, Persy, Egipt, Greków,Stoma języki, i wiekami wieków,I granitami rudemi, i złotem,Marmurem, kością słoniów, człeka potem,To mi powiada on, Prometej z młotem.
Kształtem miłości piękno jest, i tyle,Ile ją człowiek oglądał na świecie,W ogromnym Bogu, albo w sobie-pyle,Na tego Boga wystrojonym dziecię,Tyle o pięknem człowiek wie i głosi,Choć każdy w sobie cień pięknego nosiI każdy, każdy z nas, tym piękna pyłem!Gdyby go czysto uchował w sumieniu,A granitowi rzekł: «Żyj, jako żyłem!»Toby się granit poczuł na wyjrzeniu
I może palcem przecierał powieki,Jak przebudzony mąż z ziemi dalekiéj.Lecz to z granitu bryłą tenby zrobił,A inny z tęczy kolorem na ścianie,A inny drzewaby tak usposobił,Żeby się dłońmi splotły w rusztowanie,A jeszcze inny głosuby kolumnę,Rzucając w psalmy akordów rozumne,Porozpowijał, jak rzecz zmartwychwstałą,Co się zachwyca w niebo. Szłaby duszaTam, tam, a płótno nadółby spadało,Jako jesienny liść, gdy dojrzy grusza.
Więc stądto, stąd i słuchacz i widz jest artystą,Lecz prymem ten, a owy niezbędnym chórzystą;Więc stąd chórzysta w innej prymem jest operze,A prym chórzystą-widzem w nieswej atmosferze;I tak się śpiewa ona pieśń miłości dawna,Nieznana raz, to znowu sławna i przesławna...............I dość: niech «słuchacz w duszy swej dośpiewa!»To w niebo tak, a w ziemię jak się pieśń przelewa.Praktycznym wam i sobie, ilem jest praktykiem,Opowiem. Jak kamienie krągłe, za strumykiemKształcone falą, tak jest za pieśnią i praca,A praca — toć największa praktyczność na świecie.Tu człeka znów wiecznego zapytam, bo wieczny,Bo prawdę mówi, kłamać nie może, jak dziecię,Od pychy sław pancerzem historji bezpieczny.
Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy?
Prometej Adam wstał, na rękach z ziemiPodnosząc się, i mówić zacznie tak: Próżniacy!Próżniacy wy, ciekawość siły wam zatrwoży,Gdy, jak o pięknem rzekłem, że jest profil boży,Przez grzech stracony, nawet w nas, profilu cieniach,I mało gdzie i w rzadkich odczuwam sumieniach,Tak i o pracy powiem, że zguby szukaniem,Dla której pieśń ustawnem się nawoływaniem.Więc szukał Ind, nurtując granit z lampą w dłoni,I znalazł to, z czem szukał; szukał Pers w pogoni,I dognał to, czem gonił; szukał Egipt w NiluI złowił to, czem łowił; toż Grek, i Etruski,I świata pan. Rzymianin, i Part z koniem w łuski,I różny inny mąż, których jest tylu!
A teraz wróćcie do waszej rozmowyO sztukach pięknych i pieśni ludowej,A teraz wróćcie do wyobrażenia,Że jest rozrywką znudzonej materjiOdcedzać światło i czyścić półcienia,Z bezkolorowej wskrzeszając SyberjiPozatracane boskości wspomnienia;Że piękno to jest, co się wam podobaPrzez samolubstwo czasu lub koterji,Aż zobaczycie, że druga osobaPiękna, że dobro też zsamolubniejeI na wygodno koniecznie zdrobnieje,I wnet za ciasnym będzie glob dla ludzi,Aż jaki piorun rozedrze zasłonę,Aż jaki wicher na nowo rozbudzi,Aż jakie fale zatętnią czerwone!
Bo nie jest światło, by pod korcem stało,Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,Bo piękno nato jest, by zachwycałoDo pracy — praca, by się zmartwychwstało.
I stąd największym prosty lud poetą,Co nuci z dłońmi ziemią bronzowemi,A wieszcz perjodem pieśni i profetą,Odlatującym z pieśniami od ziemi.I stąd największym prosty lud muzykiem,Lecz muzyk jego płomiennym językiem.I stąd najlepszym Cezar historykiem,Który dyktował z konia, nie przy biurze,I Michał-Anioł, co kuł sam w marmurze.
Pieśń a praktyczność — jedno, zaręczone,Jak mąż i dziewka, w obliczu wieczności.Zepsułeś sztukę, to zepsułeś żonę,I narobiłeś intryg tej ludzkości,
I narobiłeś romansów. A AdamPrometej: «Z pracy, bez ciebie, upadam,O przyjaciółko!» — woła, jako w pieśni,Co nad pieśniami pieśń, próżno się wcześni!
O Polsko, pieśnią Pan Bóg cię zapala,Aż rozgorzejesz, jak lampa na globie!I chłop, co nieraz rąbie u Moskala,Dla onej pieśni robi, co jest w tobie,Dla onej, która to carstwo rozwala!
Rzecz dziwna! Wszakże jeszcze są dziwniejsze.Pieśń twa, o Polsko, przeszła już ciemniejszeI na świeczniku staje ze skrzydłamiZłotemi... także dźwięk, co gra harfamiI polonezem przechodzi Europę...I — tylko kształtu nie masz dla wnętrzności:Alabastrową jakoby kanopęDłótując, bryły zawsze nam za drobneI zawsze formy do obcych podobne...
Kto kocha, widzieć chce choć cień postaci;I tak się kocha matkę, ojca, braci,Kochankę, Boga nawet, więc mi smutno,Że mazowieckie ani jedno płótnoNie jest sztandarem sztuce, że ciosowyW krakowskiem kamień zapomniał rozmowy,Że wszystkie chaty chłopskie krzywe, że kościołyNie na ogiwie polskim stoją, że stodołyZa długie, świętych figury patronówBez wyrazu; od szczytu wież aż do zagonówRozbiorem kraju forma pokrzywdzona wołaO łokieć z trzciny w ręku Pańskiego anioła.Niejeden szlachcic widział «Apollina»I skopasową milejską Wenerę,A wyprowadzić nie umie komina,W ogrodzie krzywo zakreśla kwaterę,Budując śpichlerz, często zapomina,Że użyteczne nigdy nie jest samo,Że piękne wchodzi, nie pytając, bramą!
Kto kocha, widzieć chce choć cień obrazu,Choć ślad, do lubej wiodący mieszkania.Choć rozłożone ręce drogowskazu,Choć krzyż, litanji choć nawoływania.Choćby kamienną wieżę, w błyskawiceIdącą, Boga by oglądać lice!
Bo miłość strachu nie zna i jest śmiała,Choć wie, że konać musi, jak konała;Choć wie, że krzyżów za sobą pociągaPułk, jak wiązanych arkad wodociąga,I że przypłynie krwią do kaskad wiecznych,Czerwieniejących w otchłaniach słonecznych.
I wszelka inna miłość bez wcieleniaJest upiorowem myśleniem myślenia.Bo u Polaków Charitas z AmoremSą już miłości słowem niepodzielnem,Którego logik nie przetnie toporem,Jak bohaterska pierś, jest nieśmiertelnem.
O Grecjo! Ciebie że kochano, widzęDziś jeszcze w każdej marmuru kruszynie,W naśladownictwie, którego się wstydzęZa wiek mój, w kolumn karbowanych trzcinie,Opłakiwanej od wierzchu akantem,W łamanych wierszach na łkania zapału,I w sokratejskiej sowie z ócz brylantem,I w całej filos twojej — aż do szału!
O Rzymie! Ciebie że kiedyś kochano,W kodeksie jeszcze widzę barbarzyńskim,Którego krzyżem dotąd nie złamano,W akademickim języku latyńskim,W pofałszowanych Cezarach i w słowie:Roma. To odwróć, Amor ci odpowie!
O Polsko! Wiem ja, że artystów czołemSą męczennicy. Tych sztuka popiołem.Ale czyż wszyscy wiedzą to w ojczyźnieI czy posiałaś sztuką krwawe żyźnie?............
Pieśń masz, lecz pieśni gdzież rozgałęzianie?Toż i przywódca Konrad uwięzionyMówi-ć, że czuje jej zaokrąglanie,Że się lubuje wdziękiem onej stronyI zda się dłońmi tykać już wcielanie...Kto kocha, widzieć chce oczyma w oczy,Czuć choćby powiew jedwabnych warkoczy.Kto kocha, małe temu ogromnieje,I lada promyk zolbrzymia nadzieje;Upiorowego niedość mu myślenia.Chce w apostolstwo, czyn, dziecię wcielenia,Bohater w dzieło wielkie lub w ojczyznę.Bóg w kościół, człowiek w poważną siwiznę.
O, gdybym jedną kaplicę zobaczył.Choćby, jak pokój ten, wielkości takiej,Gdzieby się polski duch raz wytłumaczył,Usymbolicznił rozkwitłemi znaki,Gdzieby kamieniarz, cieśla, mularz, snycerz,Poeta, wreszcie męczennik i rycerzOdpoczął w pracy, czynie i w modlitwie,Gdzieby czerwony marmur, cios, żelazo,Miedź, bronz i modrzew polski się zjednałyPod postaciami, co, niejedną skaząPoryte, leżą w nas, jak w sercu skały —O, tobym w liściach rzeźbionych paproci,I w koniczyny treflach i w stokroci,I w kos zacięciu łukiem, i we freskach,O bazyljanek mówiących męczeństwie,O, tobym w drobnych nawet arabeskachZ naturą rzeczy polskiej w pokrewieństwieNierozplątanem będących, doślepił,Że to miłości balsam bronz ten zlepił...........Izrael wiarą bardzo się rozszerzył,To też największą z godzin miał godzinę,Lecz póty wierzył, aż się przeniewierzył,Gdy Wcielonego zobaczył w dziecinę.To strach mnie nieraz przechodzi zimnicą(Czy może słabość), gdy tej naszej wiary,Co ma dośpiewać się zmartwychwstalnicą,Nie widzę, aby miłości filaryPodejmowały ciężką piramidę;I drżę, i, nucąc psalm, sierota, idę.
Gdzież idę? Idę sobie do duchowych,Co materjalnym zwą mię rzemieślnikiem;Duch u nich próżnia, form brak postaciowych,Nieowładnięcie formy treściownikiem.Duch u nich miejscem na duch. Potem idęDo świeckich, ci mnie widzą za duchowymI jak mistyczną goszczą piramidę.I tak przechadzam się w śnie Prometowym!............
............To dość! O pięknem rzecz jest rozwiniona.A teraz lampę wewnątrz stawiam urny.Statuę grecką weź, zrąb jej ramiona,Nos, głowę, nogi, opięte w koturny,I ledwo torsu grubą zostaw bryłę:Jeszcze za żywych stu uduchowniona,Jeszcze to nie głaz ślepy. Jedną żyłęPozostaw, wskrzesi. I tę zrąb, zostanieMaterji tyle prawie, co gadanie.To w tem o pięknem przypowieść ma leży.I tak ja widzę przyszłą w Polsce sztukę,Jako chorągiew na prac ludzkich wieży,Nie jak zabawkę, ani jak naukę,Lecz jak najwyższe z rzemiosł apostołaI jak najniższą modlitwę anioła.
Pomiędzy temi praca się stopniuje,Aż niepotrzebne prace zginąć muszą;
Ze zbudowania w duchu się buduje,Smak się oczyszcza i żądze się głuszą,Przyroda niema jest uszanowaną,I rozebrzmiewa czyn długą hosanną!Nie on tatarski czyn, krwawa drabinaNa rusztowanie, czerwone łunami,W cesarstwie tego tu świata Kaina,Lecz konań wielki psalm z wykonaniami,Lecz praca, coraz miłością ulżona,Aż się i trudów trud wreszcie wykona».............Tu skończył. Jedni rzecz znaleźli śliczną,A gadaniną drudzy ekscentryczną,A inni dzieło pisać mu radzili,Ile możności grube, z tablicami,Którego nigdyby nie rozkupili,Czytali głośno, chwalili stronami,Któreby w Lipsku wyszło po trzech latach,Gdy może, z chleba lepiąc w kazamatach,Powstanie jaki polski BenvenutoI w orlim hełmie wyrzeźbi rozkutą!
Dość jest, jeżeli z wierszy tych zostanieDwa w życiu, jeśli medalem przysłowiaW skarbonkę słowa wierszy stąd dwa wkanie...Skończyłem.Życzę-ć, czytelniku, zdrowia.
«A ja wam mówię, — Wiesław się odzywa —Że, co opinji głosem się nazywa,To jest... cóż?To jest proroctwa promieniemOstatnim, z którym świat niecałkiem zrywa;To jest ludzkości wstrząśniętem sumieniem,I nie narodu tego lub owego,Wedle spuścizny i ojczyzny jego,Co tylko służy ku zespołecznieniuRóżnowyraźnych akordów w sumieniu,Ale ludzkości, ile jej dojrzewaCo wiek, co wieku mąż, co cud, co dzieło,Jeśli się w Boga obliczu poczęło!»
«To jest mistycyzm — Konstanty mu na to —Lub filozofja; to Schelling i Plato...»«To urojenie głów bezczynnych», — dodaGenerał jazdy.«To jest może odaDo czynu...» szepnie mąż tak zwany stanu.
«A ja zaprzeczyć śmiem jasnemu panu —Prowadził dalej Wiesław — mnie się widzi,Że człowiek zawsze sił się wyższych wstydziI, do motyla podobny na wozie,«Ot, jakże ciężę mu!» lubi powtarzać...»«Nie przeczę... owszem... choć się kocham w prozie —Konstanty nato — lecz... może się zdarzać!»
«Jeśli mistycyzm jest to urojenie,Lub urojenie tylko mistycyzmem,To nie wiem, zaco słowo to: «sumienie»,Miałby dotykać kto z was ostracyzmem.I owszem... to-ć jest urzeczywistnienieNajdoskonalsze, i może jedyne,I owszem, brylant to jest, który wagąPrzecieka, prując powierzchowną glinę,I owszem, prawda to z swą piersią nagą!
Co większa, tu się spytam generała:Czy siła, która zastępby złamałaKarabinierów konnych, jest marotą?Nie, a więc mniejsza, czy z śpiżu, jak działa,I czy jest konna, czy chadza piechotą,Jeśli przepędza zbrojnych, mniejsza o to».
«I owszem — na to z uśmiechem generał —Radbym dowodził takowym żołnierzem».
«A jabym — na to ktoś — rad go ubierałI karmił wojsko takie...»
«Bardzo wierzem!»Krzyknięto, wielce dowcip chwaląc owy,I o opinji nie było rozmowy ......
Bo tak się w Polsce, tej najtragiczniejszejZ narodów, każda dyskusja przecina,Choćby o rzeczy z ważnych najważniejszej,Choćby o siłę szło, co sprawę wszczyna.Dowcipność lada, często bardzo krucha,Skrępowanego prawdy UgolinaDruzgoce. Cichość nastąpiła głucha,Jak po zaśpiewie na pogrzeb chóralnym,Jak po zabiciu kogoś choć moralném,Jeśli moralnem może być zabicie?!!«Panowie! — Wiesław wszczął — czemu milczycie?Czemu po śmiechu każdym taka próżnia?Czy nie zabito w lesie tym podróżnia?Czemu ta cichość, jakby po przestępstwie?Otóż znów powiem wam, ja, natręt nudny,Że to po drwinach z prawdy, po odstępstwie!I...»
Tu zaczęto zżymać się. «Obłudny...Wykrętarz...» «Człowiek, świata nie znający —Szeptano.
«Oh, znam ten świat cudnyI przeto trzymam go tak za puls drżący,A, w chore oczy patrząc, śledzę życie!...Znam go, bom spytał was, czemu milczycie?To dość...»
Tu kilku rzekło: «Gadaj dalej!...»«Widzicie: prawda jest, tylko się paliPod popiołami białemi, co leżą,Jako westalek chór z śnieżną odzieżą.
Owóż opinji jeszcze onej cieniemJest i milczenie to wasze przed chwilą.Bo ona, rzekłem już, że jest promieniemOstatnim proroctw. Sny jej się nie mylą.Ona, jak chmury dotknie, to wystrzela,Ona, jak słowo rzeknie, to się wciela,Ona, jak czoło pomaże, to wstawa,I promienieje, i promień rozdawa...Bo ona głosem ludu, głosem Boga!
Tu muszę szerzej mówić, tu, jeżeliBym przerwał, krzywaby was mogła drogaTam powieść, kędy źli chodzą anieli.Tu już nie pytam was o pozwoleństwo,Sam mówię.
Skądże głos ów ma pierwszeństwo?Czemu na puszczy on ma być wołaniem?A stąd proroctwem czemu? W IzraeluSkąd są proroki? Z tem się zapytaniemPrzechadzam.
Owóż widzę ich tam wielu,Jako z pospólstwem, z książęty, z kapłanyNajuporczywiej walczą te łachmany.Któż oni? Prawo jakie ich podpiera?To, że dla prawdy każdy z nich umieraCodzień, co chwila, co słowo, co groza,Co oklask. Prawa przed nimi literaDrży, jak pod wiatrów skrzydłem żółta łoza,I mają tylko dwa warunki zgóry,Pierwszy: że jeden ojców Bóg, a wtóry:Żeby walczyli prawdą i dla prawdy.Dziś, kiedy w ustach lud wszędzie i zawdy,Głos ludu musiał wnijść, i masz go w jury.............
Opinjo, ojczyzn ojczyzno, twe siłySą z głosu ludu. Głos ten wszakże wtedyPozarastane otwiera mogiłyI jest ogromnym głosem Boga, kiedyJuż tylko głosem i bez swojej siły —Kiedy orzeka prawdę, by ją orzec,Jak w nieczłowieczem ujęciu toporzec —Kiedy jest przeto na puszczy wołaniem,Gdy musi żebrać, aby go słuchano,Choć mógłby bawić tęcz umalowaniem —Kiedy jest ducha ostatnią wygraną,Kiedy, bez kształtu prawie i bez linji,Głos czegoś... nie wiem... głos jakiejś opinji...............
To strach! — — Milczycie teraz, strach to wielki,Ten głos, przez potów, krwi i łez kropelkiOciekający w sumienia naczyniePod narodami, jak w mistyczną skrzynię,Jak w wór bajeczny Greków z morskim wiatrem,Jak w ściek pod męczeństw tu amfiteatrem...
To mówiąc, słuchać każę, każę nato,By nie ociekła i stąd kropla zato...»............
«Ho, więc prorokiem jesteś? Nie wiedziałem!» —Konstanty wrzaśnie, a inni z zapałem:«Przestań!» A inni: «Mów...»
«Już powiedziałem!Więc, co jest prorok, wiecie, a co wieszcze,Przestańcie gwarzyć, pokrótce obwieszczę.Jako więc prorok, wychodząc z sumienia,Prawdą dla prawdy gore w kształt promienia,Tak wieszcz z piękności wychodzi poczucia(A piękność kształtem prawdy i miłości),Więc od snowania wchadza do wysnucia,Określa profil... Stąd zalet całościSzukamy w wieszczu — stąd wszyscy wieszczowieRozpoczynali piękności podziwem —Stąd nieraz wiecznych się z nich rzeczy dowieTen tylko, kto wie, że ogniw z ogniwemZłączenia właśnie są przez przeciwności,Że za profilem prawdy i miłościTegoż profilu całość jest odjemna,Przeciwna, jakbyś wystrzygł nożycamiZ papieru i część odleciała ciemna,Część tła, co w profil się szczerbami plami.Tę część na niebo kładąc, wieszcz powiada:Oto błękitnej prawdy jest plejada!Gdy prorok, owszem, część istotną bierze,W nadziei razem, w miłości i wierze,Bo prorok idzie, wieszcz po próżni lata,Unosi, częściej zachwycać potrafia,A wróżbiarz z fatów, z przypadkowań łata,Nie idzie, ani ulata, lecz trafia.
I tak, w Italji, tej mojej macosze,Tak pięknej, wieszczów laur na gruzach szumi...I tak, u matki mojej jest potroszeProroctwa, choć je car i głupstwo tłumi,Car, bo rozumny, głupstwo, bo tchórzliwe,Zamiast oczyszczać, depce serca żywe!
I tak wróżbiarze, z trafów się karmiący,To są dzisiejsi świata politycy,Kuglarze, fatum słudzy, czarownicy!Tym wieszcz i prorok — to miecz gorejący!»............
Tu kredą koło zakreślił na stole,A potem z środka promień wywiódł w koleI mówił:«Środek, który centrum znaczy,Znaczy i sposób w tym polskim języku,Który ma w sobie i w ludziach słuchaczy.Owóż to jeden sposób! O, mistykuNajwiększy, Piaście stary, tyś to wiedziałOd złotowłosych pielgrzymów z za świata!»............
Tu zamilkł. Potem rzekł: «Ta cała krataPromieni, w formy strzelających przedział,To są prorocze wnętrzności narodu,A wieszczów wieniec to linja obwodu,A wnętrzny koła astr, skąd są promienie,To przenajczystsze narodu sumienie!
Stądto natchniony kmieć na trafowników,Na powierzchownej prawdy udawaczy,Ma ono mądre słowo carowników.Car w ludzie jest to, co le prestige znaczy.
Więc niechaj prawdą dla prawdy walczącyWpierw rozczarują czar ów carujący,Car ów, co władzy zewnętrznem kłamaniem,Więc nie od Boga władzy pochodzącej,Niech go odgarną dziś, a dziś powstaniem!Dziś jeszcze wstawszy stąd, od tego stoła,Gdzie zasiedliśmy w podobieństwo koła.............A czar ów w nas jest, kiedy się drapujem,W niewiastach, kiedy anielskości kłamią,W duchownych, w których ducha mało czujem,W konspiratorach, co sztylety łamiąNa wykrzykników trupie, w mężach stanu,Co w oknach lampy palą przez noc całą,W poetach, ile zaślepieni chwałą.Najjaśniejszemu ci wciąż służą panu,Bo on, to papież czaru.
Czar papieży,Ile z zewnętrznej pochodzi przyczyny,Z szat drogich, pawich piór i pajęczynyKoronek, również do niego należy,I przez to tylko łączność tam być może,Nim wojnę prawdy Polska wygra w sobie,Nim przed oblicze miecz przyniesiem boże,A On odpowie: «Dość jest. Resztę zrobię».
O Polsko! Granic twych nie widzę linji,Nic nie masz oprócz głosu, tak uboga!Istniejesz przecie: tyś córą opinji,Tyś głosem, który jest to, co głos Boga!
O Polsko! Twojem proroctwo wyznaniem,Bo jednaś dzisiaj na puszczy wołaniem.
Tak wierzę, tak jest, ile człowiek może,Że jest, powiedzieć; tak jest, wielki Boże!............A teraz wróćcie do waszej rozmowy,Do rozłamania głosu na koterje,Gdzie w drobnych kółkach coraz genjusz nowy,Powstając, ludzkie za sobą mizerje,Osobistości, będzie wlec dopóty,Aż i proroctwa nie stanie... na buty!»
Tu przestał, słowo hamując ostatnie.Jedni mówili: «Prawdę ma!» A drudzy,Że się tłumaczy niedość akuratnie,Że demokratą, ni arystokratą,Że mógłby wody dolewać, jak słudzyNa Galilejskiej Kanie. Wiesław na to:
«O bracia! Wino jeśli silne dawam,Nie małobaczny piwnic jam niszczyciel,Tylko, że w wierze o winie przestawam.Jak zbraknie, wody dam — zmieni Zbawiciel!»
Tu przemilkł. Potem rzekł: «Prawdy powietrzePóki jest czyste, wszystko się rozwija:Weselsze kwiaty, liście w sobie letsze,Jaśniejszy lilji dzban, smuklejsza szyja,Wolniejszy człeka ruch i myśli człeka...To zbrudź, to zamąć — liść, kwiat, człowiek czeka!
A chcecież widzieć tego, który mąci?Oto, patrzajcie, tam stoi ten krwawiecI mówi: «Jam jest, który Pana strąciZwysoka, jako zepsuty latawiec —Jam jest, któremu msze się także mrucząW każdem pochlebstwie sobie, każdym swarze,W teatrze pychy własnej, w pychy farze —Jam jest, któremu nieraz dzieci ucząNa księży, wdzięczyć nakazując twarze,Stygmatyzować fałszem, biedzić, krasić,Któremu palić świece nie nowinaI nie nowina zapalone gasić,Któremu poszczą nieraz, ba, i biczemTną się, by o tem wszystkiem trąbić niczem,Któremu stroją się w ornaty złote,Krok udawając, co nie z tego świata,Albo i w chłopską, dziurawą kapotę,Albo i w mądry biret i w stygmata —Jam jest on wszechfalsz zewnętrznego świata!»
Ten, ów, widzicie, mąci, mąci tyle.Że, gdy do walki wyjdzie z nim gladjator,To nieraz bracia, co wątpią o sile,Wpierw mu, jak Jowisz, murem staną, Stator,Albo rozszarpią i uczczą w mogile!
Ileż to razy za piękne on stawiłPotworne? Peruk piętrowaniem bawił,Bo mu do rogów były podobniejsze,Lub nadętością szat, bo tem próżniejsze!Albo wspinaniem się na korki twarde,Jak kopyt róg, lub musem na postawy hardeI rozrzucenia bohaterskie włosa.Zmrużenia powiek, wgórę podrzucenia nosa,
Schylenia powiek nakształt dojrzałego kłosa!To on, mąciciel, który mszy tych i kantykówZdaleka słucha póty, póty, tuman czyniąc.Aż mają uszy, a nie słyszą krzyków,Aż Boga przedać idą gdzie za piéniądzI przepijają szaty jezusowe...............Aż złe i dobre miną, wezmą nowe!»
Szekspira dramat, który ma takie nazwanie:«Śmierć Juljusza Cezara», czytano wieczoremI, jakkolwiek znał każdy z wchodzących w zebranieTo arcydzieło, jednak ciszono się chórem,Jakby drżąc, albo razem znów słuchać nie chciano:I niby arfą byli, przez mistrza ograną.Działo się to pod wieczór ciepły; otworzoneNa balkon okna w salę brały laurów wonie,Od góry zaś niepewną gwiazd białych koronęTej konstelacji, która, upadłszy po stronieDrogi mlecznej, zowie się «tarczą króla JanaSobieskiego».
— Czytano scenę, co jest znana,Scenę nocną, w samotnym Brutusa namiocie,Kiedy miał szpadą sarkazm wypisać o cnocie —Jeśli więc mówię: byli do arfy podobni,To już z Szekspira biorę, który chłopca woła,Żeby grał Brutusowi w tejże właśnie scenie,Potem ażeby zasnął i przyszło widzenie —A przyszło, skoro pamięć czuć się już nie zdoła,Przepadłszy pierwej, struna za struną, pod palcemChłopca, którego zdejmą sen. Takim to malcem,Jakoby paziem, Szekspir porobił przyboryDo wrażeń, umilkł potem — i wchodzą upiory.Choć pewno pisarz o tym nie myślał fortelu,Tylko tworzył, logika tworzenia nie naszaI dlatego tak dziwnie misterna, jak wieluŻadną się być wydaje. Tworzył, jako czasza,Do wrębów pełna, błękit powtarza wysokiI uchyla płyn z siebie, dopiero, gdy w czaręŁzy upadną na płynem odbite obłoki,Łzy, co nie mierzyć zwykły, lecz przepełniać miarę.Archimedes tak znalazł koronny rachunek,Wcale nie poto idąc do łaźni publicznej —Twórczość albowiem jest to pewnik i trafunek,Przypadkowy nazewnątrz, wewnętrznie logiczny.Z sumienia nań gdy pojrzysz, wyda ci się onaZłożoną z długich zasług, aż jest dopełniona,Niby koroną pracy będąc sprawiedliwą;Z zewnątrz zaś twórczość, owszem, będzie ci się zdawaćDarem hojności niebios i tą linją krzywą,Bez której prostym życia musi nie dostawać,Linją, co w geometrji buntem jest, leczonaCzyni, że geometrja jest zużyteczniona,Bo inaczej bez liter byłaby wskazówką,Niezaprzeczenie pewną w sobie łamigłówką.
Czytano więc jak twórczą rzecz, zaś jako znanąPrzerywano w czytaniu i czytać wracano —Aż wreszcie od Cezara przyszła republika
I polityka czasów, które się dotykaZ tym grzmotem słów, narazie bolesnych i mętnych,Które historja mija, a realność myli:Sądem poważnych, sercem ludzi niepamiętnych,Czyniąc zjednanych co rok z tem, z czem się waśnili.
«Oh! Doświadczenie — Wiesław mówił — doświadczenie,Czemże ty dla nas jesteś? Przyjrzyjmy się, proszę,Wszak, nie będąc starcami, gdy cofniem wspomnieniePoza nas: pobojowisk sto, cztery rokosze.I cała młodość nasza przeszła na czytaniuTelegraficznych depesz o różnem powstaniu —I mawia się wśród sinej krwi, jak wśród bławatków:Od ostatnich do tylko co zaszłych wypadków —A nim wyrzekłeś ona chrześcijańską datę,Już się zmieniła! Czasy w wypadki bogate...Bogdajby w myśli, cnoty i dopięcia planów!O, nie patrz na uśpione w kolebce dzieciny,Ani rad igrzyskami chłopiąt się zastanów,Ani bądź ojcem, ani licz się między syny,Ani, piastunem będąc, drobne baw pacholę —Bo samolubem konasz, zostawując — bole!I nic więcej».
To rzekłszy, ręką szukał serca,Spokojny, jako chirurg, blady, jak morderca,Gdyż wiedział, że mu na to odrzekną: «Bądź bogiem!»I naprzód czuł, że prawdy te są monologiem.Chryzogon, to słyszawszy, pocznie w inne słowa:«Ludzkość wymaga ofiar — ludzkość jest zbiorowa,Gdy jednostkowy człowiek kona, albo chory,Ona idzie — silna to jest dziewka i zdrowa —Ten, owy grób przeskoczy, odepchnie doktoryI dalej rusza — to jest realności prawo:Bogiem bądź lub nie przychodź tu z twarzą bladawą,Jak nów katakumbowy, bo ludzkość urosła!»— «Przyznaję — na to Wiesław — że krzepka to pani,Lubo nie mogę mniemać, że czuła i wzniosła,Ani zwałbym postępem, co wstecz się pogani —Rzeczywistości nawet wręcz odmawiam zwaniaEnergji, która tylko to wie, że ugania!»
«Jako? Cóż to jest? — nagle razem zawołano —Tak rychło więc do tego doszliście już, abyO realności samej poróżnić się miano?Jeżeli tak, to koniec. Wpierw rozmowa szłaby.Ale, jeżeli nawet w tem się już różnicie,Że ów nazywa śmiercią, co tamtemu życie —To za wiele; czytajmyż już lepiej Szekspira!
Czytajmy!» — i ucichli —
— Okno ktoś otwiéra,Które był lekko przywiał Wiesław — ktoś nadchodzi,Płaszczem okryty —
— Ha! ha! Straszyć nas przychodzi —Zgadnijcie, kto? — To mówiąc, milcząca posturaWstrzymywaną jest, aby nie zdjęła kapturaAksamitnego — —
— «Bądźcie spokojni, panowie,Zawoła gość, nie zgadnie żaden! Powiem ja sam,Kaptur zaś, ile zechcę, zatrzymam na głowieI długo was nie znudzę — idę — nie popasam —»A słowa te powoli mówiąc, siadł przy stole,Ręką podparłszy głowę, gdy kaptur, na czoleWywinięty, obrzucał lica jego cieniem;Łokciem zaś parł Szekspira tom ów otworzony.
Milczano z półuśmiechem — «Ja jestem zwątpieniemRzeczywistości — mówił ów gość nieproszony.«Jakoż, gdyby naprzykład cień królewicowi
Ojcowski się pokazał i rzekł, jak w Szekspirze:— Dwór ten cały i orszak cały równe snowi,I wszystek blask ów, co się po zbroicach liże,Jak wąż — i te chorągwie, i to, co stanowiCałą realność, wszystko to równe jest snowi.I żeby, mówię, skreślił rzecz każdą prawdziwie,Jak ona jest — i żeby widział więc królewic,Jak jest, to naprzód byłby warjatem u dziewic,Potem u wszechpochlebców, potem u dworaków,Potem u czaszek pustych, potem i u ptakówCmentarnych, i rzucanoby kościami za nim,Wołając «ideolog! Realność popsowa,Bo warjat jest» — — i taka tragedja grobowaGrałaby się, a grała kosztem arcytanim,Tańszym, niż ten Szekspira dzisiaj tom.
— — Tu zcichaZaśmiał się, potem ręką sięgnął do balkonuI urwał kwiat — i głowę skłonił do kielicha,Jak ten, co czystą lubi woń lub śni i wzdycha.
Tu rzekł Chryzogon: «Lampa gaśnie nam, panowie!Światła!» — Wraz świecznik, który, na bronzowej głowieSfinksa oparty, gorzał, zniknął — zadzwoniono:I po przestanku równie cichym, jak niedługim,Sługa wbiegł ze świecznikiem takim samym drugim,Głowę mającym sfinksa — głowę pozłoconą.1847.
Ktokolwiek pisze rzeczy, jak one się dzieją,Ten stawa się cynikiem kto, jak się dziać mogą,Ten bywa wizjonarzem, radzi się zeń śmieją,I bardzo słusznie — trzecią zaś kto idzie drogą,Czyli kto pisze, jak się rzeczy dziać powinny,Ten bywa nawet zdrajcą — to niemniej jest słusznie,Bowiem zdradza nałogi. Pierwszy więc jest gminnyI plaski, drugi marzy tylko wielkodusznie,Trzeci zaś obrał drogę, dopóki żyw, brudną:Styl jego nieprzystępny i intryga nudną.
Tak więc — nie piszmy w onych trzech zboczeniach głównych,To jest: nie piszmy wcale — lecz, znając usterki,Przejdźmy z manowców sztuki do ścieżek jej równychZ laską krytyki w ręku, jak dawne pasterki,Te zwłaszcza, które wieków temu parę lano,W powykrzywiane formy, bladą porcelaną.Lub, co jest tem bezpieczniej dla błędnych stóp człeka,Oprawmy je w żelaza, niczem niezachwiane,Tam i owdzie puszczając, gdy stanęła rzeka,Szyby swoje ku słońcu podawszy pisane —A każda kresa na nich, jak ślad dyjamentu,W geometryczne jasno złoży się figury,Od równoległych linij do elips zakrętuŻadnej nie cierpiąc chyby ducha i natury!Jakkolwiek powielekroć wśród takiej zabawkiNiejeden krytyk runął, lecz runął z uwagą,Że człek jest tylko marnem igrzyskiem ślizgawki —Szaty że pęknąć mogą — prawda że jest nagą!Co więc bynajmniej z toru myśleńca nie zbija;Ty mówisz, że on upadł — on że się omija,Albo pogląda w niebo, z ArystotelesemNatchnąć się i tem raźniej poskoczyć obcesem.
Niema-bo jak krytyki rzemiosło sprężyste,Na czytelników krótkiej oparte pamięci,Tudzież na smaku; dwie to bazy wiekuiste,
Jak granit! Chcesz krytykiem być? Wystarcza chęci.Wczoraj jeśli sarkałeś na stylu zawiłość,Głośże dziś, że niejasno tłumaczy się miłość,Że cienie są potrzebne, jak północna pora —By poufnego tobie zakryć autora —Chmur kilka tam i owdzie wcale nie zawadzi,Skoro chmura, jak słońce, do celu prowadzi;Jutro znów jasność stylu zalecisz innemu,Szkłem pałacem sprowadzisz mu światło na lice;Czytelnicy przepomną, nim spytają «Czemu?»I pióra twego wielbić będą błyskawice;Onegdaj jeśli cynizm gromiłeś w kim innym,Możesz pojutrze książki oddzielić od człeka,Wskazać, iż tchnienie boże nie samym niewinnym,Lecz, komu chce, się dawa i zasług nie czeka —Lilja że w błotach miękkie zapuszcza korzenie,Wenus z szumowin morskich bierze narodzenie,Że błędem jest pożądać od sztukmistrza czynów,Nie zaś dzieł sztuki jego — palm, nie zaś wawrzynów.Sposobem tym, gdy pamięć czytelników płocha,Uczynisz, co chcesz, z sądem takiego motłocha,Bo tylko smak, i tylko jeszcze twój koniecznie,Dasz jemu w miejsce prawdy, istniejącej wiecznie.To zaś, gdy trwa przez wiele lat, robi się potemSamo przez się, jak śpiącej prządce z kołowrotemNić idzie w palce martwe, włókno w nić się niesie,Noga w takt kołem kręci i nie morduje się;A ktoby ci zarzucił, że gościsz niedługoW przysionkach prawdy, jako niestały przechodzień,Westchnij i powiedz: «Człek jest jedno-dziennym sługą,Wystarcza mu więc, gdy się niepokoi o dzień».
W ruinach, w nocy, mówią się i takie słowa,Które gdzie indziej dziwnym brzmiałyby sposobem;Nietylko bowiem z myśli jest myśli osnowa —Człowieka myślącego postawno nad grobemI mów z nim, a następnie, spotkawszy go w tłumieMaskaradowym, spytaj o rzeczy też same:Zobaczysz, co rozumiał tam, co tu rozumie.Wprowadź go w okowaną więzień niskich bramęI do tryumfalnego arku, co błękitnąZ wnętrza jaśnieje szybą czystego powietrza,A poznasz wraz, gdzie jego myśl pocznie być szczytną,Gdzie szybszym rytm i tęcza porównań gdzie letsza?Zali to jest mistyczne? Nie wiem, ale to wiem,Że nie tłumaczy się to dyjetą i zdrowiem,Bo ani się ku temu przeziębić nie zdoła,Ani dostać gorączki.
— W świątyni pokoju,Gdzie przez wyłomy sklepień gwiazdy ciekną z nieba,Gdzie bluszcz czarny gronami pełnemi się wiesza,Chodził o nocy Wiesław z Markiem. Głazów rzeszaOgromnych, jak postaci wiele w sądnym stroju,Lub rzesza widm, tu, owdzie — sterczała głowami:Niektóre spały, inne niby ramionamiDźwigały się, a inne pochylały skronie.Cicho było — zdaleka czerniał ark Tytusa,Kolosseum i Forum po przeciwnej stronie,I oliw sad. Firmament, jak lice Chrystusa,Wypogodzony bardzo, jasny od promieni,Z historycznością onych na dole kamieniZgadzał się, jako gdy jest tło stosowne z twarzą,Pejzaż z sceną, dla której stanowić ma ramy.W taki czas spyta Marek:
— Czy się jeszcze zdarząZburzenia takie, jak te, co tu spotykamy?Czy ruin takich więcej zostanie po świecie? —— Takich? Wątpię — całości ku temu nie mamyRównie plastycznych; wszakże, tychto ruin dziecię,Tejże wynik oświaty niemniej kolosalny,Naprzyklad naród cały skoro się obala,Potężna jest ruina, zarys mniej widzialny.Tu zmilkli; potem Marek rzekł:
— Przyszłość ocala,Co jej potrzebne; naród żaden nie umiera,Tak, jako człowiek — ciało tylko się otwiera,Niby trumna — następnie duch, wedle zasługi.Zstępuje lub wstępuje wyżej, albo niżej —Cały ciąg przyrodzenia, ilekolwiek długi.Służy ku temu — formy są, jak mnogość krzyżyLżejszych lub cięższych — w roślin przechodzi formułęWegetujące martwe serce — więcej czułePrzechodzi w formę ptaka, mniej czułe w minerał;Jak żył duch, tak się będzie nareszcie ubierał —Acz są i wyższe sfery.
— Tego nie czekałem! —Wykrzyknie Wiesław. — Mówisz więc, że za pokutęDuch się z właściwą sobie formułą i ciałemSpotka w ciągu stworzenia, jako nuta w nutę?Cóż mi to za pokuta? Harmonja skończona!Jam myślał wprost przeciwnie: że forma rozstrzona,Że duch nad ciało wzniesion i całowidzenieSił życia niepowrotne — że to jest cierpienie!Gdy duch nad czasów gruzem, smętnie rozrzuconym,Jest, jak ten oto księżyc, w górze zawieszonymNad bezharmonją ruin — i włóknem promieniNastraja ład i cierpi, że nie może siłą,Jak za życia, oburącz chwycić tych kamieni,By złożył je w świątynię — — I tak nad mogiłąSamego siebie siada, lamentując póty,Aż Bóg lub człek mu dogra niedogranej nuty.Kmieć polski to opiewać zdaje się, gdy mniema,Że ten lub ów spokoju człowiek zgasły nie maDla tej lub tej przyczyny — że we śnie, na jawie,W symbolicznej o pomoc kwestuje postawie —I pokutuje.
Sztuka gdyby jeszcze byłaCzuwającą, nie taką, jak ją widzisz, zgniła,To winnaby w grobowcu wyświecać potrzebęZmarłego; dziedziczyłby syn po ojcu glebę,Nie zaś one kolumny złamane, lub oneTrupie głowy. Cmentarze chrześcijan z tej przyczynyGorszą mię; codzień mówisz: w ciała zmartwychwstanieWierzymy — lecz cmentarze tak są opuszczone,Takie bezmyślne, starogreckie gadaniny,Pojęte źle, jonickie, korynckie płakanie,W herbach ze średnich wieków, z krzyżem, jak z orderem,Przypiętym gwałtem — wszystko wyraźnie nieszczerem:Nałóg tylko, i nałóg, i lekceważenieŻycia lub śmierci, w mgliste ubrane westchnienie.Z czego ani się dziwię, że metempsychozęWykładasz mi, z Owida przełożywszy w prozę,Bo, jeśli mniemać można, że dziś chrześcijanieNiezbyt wierzą w uznane ciała zmartwychwstanie,To nie dziw mi, iż wracasz w czasy Pytagora,Platona i Owida, w tych rzeczach doktora.— Wszakże ja — ciągnął Wiesław — widzę, iż to ciałoNawet, jak uczy chemja, jest z głównej zasady,Której sztucznie otrzymać nigdy się nie dało
Z absolutną czystością — że, dalej, pokładyRozliczne doń się niosą swemi proporcjamiI że, jako się w chemji ma z minerałami,Tak jest i z ciałem ludzkiem: ileś go ocaliłCzystością, tyłeś podniósł i uzmartwychwstalił.Reszta zaś, powiedziałbym, w ogniu się odcedza,Jak rozrzucone w świecie uczucie i wiedza,Albo czyn, albo praca. Co złe z nas zostaje,To w ustach złych w siedemkroć wraca i powstaje;My zaś cierpim, czekając, aż w lepsze się zmieniPrzez lepszych. — My rzucamy tu mnóstwo promieniKrzywych lub prostych — dobrzy, te zebrawszy drugie,Pracują, by odprościć pierwsze, i zasługęW tem mają. Trudno zatem wierzyłbym w przemianęOwidjuszową — owszem, skoro złe uczynięI płaczę, to gdy wyższym się od siebie stanę,Bo, jeślim równy sobie, jako się obwinię?Że zaś upadek podnieść nie może człowieka,Więc łaska to sprawuje, że upadek widzę;Więc się zadłużam Temu, co mię lepszym czeka,Więc z łaski pokutuję i z łaski się wstydzę.Gdybym zaś, jak ty mniemasz, czyniąc rzecz pająka,Stał się pająkiem, duch mój grzechu nie wyjąka,Owszem, byłby w swej prawdzie, czyniąc, co się tyczePająka, tryumfalne przywdziawszy oblicze,I jako prawy pająk chełpiłby się z czynu,I nawet byłby wielkim wśród pająków gminu!Powiem nawet, że prawie możnaby już wiedzieć,Skoro się duch z pokuty wyzwala czasowej;Neron czy w limbach jeszcze dotychmiast ma siedzieć?Pytanie śmieszne — wszakże, z zwyczajów osnowyBacząc, czy obojętnym już, lub jeszcze kusi,Lub wzbudza żal — poznamy, ile cierpieć musi.A wszystko to, jak widzisz, prawie namacalneI tak jasne, że, gdybym dał do PrzeglądnikaW Poznaniu, to nie wziętoby mię za mistyka:Tylkoby oskarżono znów, że materjalne.Mniejsza o to!
Słyszałeś, że i świętych ciałaZnajdują się w całości, jakby forma ona,Zatrzymana lub na czas w duchu zachwycona,Dnia gromnego zmartwychwstań swobodnie czekała.Bywa nawet, że ciało to blaskiem jaśnieje;Tu, zda się, mówię brednie — tak wszelako bywa.Mniej u żywych, aczkolwiek i tu światłość dniejePromienna, coś, jakoby mojżeszowa grzywa,Blask, podobien do tego, który apostołyW czas przemienienia swemi schylonemi czołyWitali, gdy mówili: «Dobrze nam tu, Panie» —światłość ta, to jest przedświt już na zmartwychwstanie.Przypomnij sobie, jeśli widziałeś, obliczePoczciwego człowieka, gdy myśli rzecz świętą,Zali niema tam blasku? Albo głowę, ściętąW sprawie czystej? Lub może widziałeś i biczeCiemności na człowieku, co myśli rzecz ciemną,Chroniąc się od światłości, iż mu nieprzyjemną.Skra jest skrą! Lecz ta światłość w potędze ogromnej— Nie już w odblasku — Szawła butnego obala.Kto spojrzał, gdzie sam w sobie gore wiekopomny,Temu się łuną czoło śmiertelne zapala.Figur zaś tu nie myślę retorycznych — wierzę.W życiu, co dnia, acz tego nie oddawa słowo,Nieraz ów blask nad zacną przelatuje głową,I jeśli powiem widny, to tylko zbyt szczerze,Bo jest więcej wewnętrzny, niźli planetarny,Bo złowić go nie zdołasz sztuką fotografu;
Bo szybszy i nie jako czas i przestrzeń marny,Szybszy od gromu, szybszy od wszelkiego trafu,Od ścisłych czasu mierzeń — co więcej, iż przytemNiewydrożonem sumień płynący korytem.Chciej-no go pendzlem schwycić, musisz wprzód sam w sobieZbudować się ku temu — twarze wtedy obie,Tego, co kreśli obraz, i jego modelu,Podobne są chwilowo, współzbłysnąwszy w celu.Mów, jak chcesz, i zwij, jak chcesz, te słowa, a przecieKażdy, kto palcem sztuki dotknął, wyzna ze mną,Że tak jest pewno, pewniej, niż wiele na świecieNieomylności ludzkich, — i, choć mówię ciemno,Jaśniejsze to od jasnych wielu kontradykcyj,Co świecą dziś, lecz jutro już trza im restrykcyj,Nawet i kłamstw, ażeby świetną ich wymowęUtrzymać — bo rozpierzcha się, jak mgły marcowe,Po których ciemne widać błoto.
O, tak, bracie:Katakumby tak mówią, tak tu i w dogmacie,W życiu i w wiedzy. Cóż mi są metempsychozy?Eneasz wszedł do piekieł i wyszedł bez zgrozy,Orfeus i Pytagor byli tam niechrzczeni —Lecz mnie ci więcej drożsi, co, w rzeczach potocznychTrzeźwi będąc, są przecież w wieczne zachwyceni,Treść niewidzialną z onych zgadując widocznych.Jakkolwiek wiem, iż ludzie uwzięli się na to,Żeby nie iść do niebios, lecz stękać za kratą,Szwankując się i trapiąc. Wszystkie weź cmentarzeI aby jeden pokaż, który mi zaprzeczy:Bo inna protestanckie one wirydarze,One ogródki, ono, wcale nic do rzeczy,Skrywanie aktu śmierci kobiercem fijołków,A inna zamyślenie smętne pod drezdeńskąSykstyną Rafaela, pogodnych aniołków,Co wieją jeszcze oną wolną, nazareńskąProstotą i bynajmniej nie są przerażeniWidzeniem, ani oczu kryją, jak Żydowie,Kiedy grzmotami mówił Bóg w snopach promieniDo Mojżesza — i owszem, to im jest na zdrowie.Twarzy swoich nie martwią one wyniszczeniem,Lecz włos trefiony mają, wzrok jasny natchnieniemI łagodnością błogiej głębiny sumienia:Grób żaden tak lekkiego nie użył kamienia! —
Nieraz gorzki mię uśmiech brał na tych cmentarzach,Gdzie plączące niewiasty, w batystach z marmuru,Martwią się; nie widziałem w tych posągów twarzachRóżnic życia a śmierci — wszystkie, jak z albomuPortrety, które mało obchodzą nas w domu.Widziałżeś grób człowieka, co umarł szczęśliwie,Grób prawie że radosny? Grób, co tobie mówi:Ciesz się, bo oto ludzie kończą już godziwieI śmierć podobną bywa łagodnemu snowi!Krokiem zwycięstwa nowym nie pogardzaj, bracie!Nie — oni ci postawią płaczącą figurę,Siebie żałując — w trzy dni ani wiesz o stracie.Skoro ci ząb wypadnie, czujesz miejsce próżne,Lecz często mniej, gdy duchy odchodzą podróżne,A figury kamienne płaczą — płaczą zranaI wieczór, jak najęte.
O ty ukochanaLudzkości chrześcijańska! Czy taić ci o tem,Że jesteś nieskończenie szanowne nicpotem? —Osiemnaście więc wieków trwasz, a taka próżnia
We wszystkiem! Mało gdzie cię myśl wyższa odróżniaOd pogan, z których żyjesz!
Czyście nie widzieli,Że mieszkacie w świątyniach starożytnych bogówI w bohaterów grobach? Że aniby śmieliStworzyć co architekci, prócz stodół a stogów,Bez świątyń tych i grobów, z których nasze domy?Cóż zaś zostanie po nas?
Tu Marek rzekł: «Co myMyśleć mamy o grobach w wilję zmartwychwstania?Lada ranek czekamy dnia ostatecznego».
Czekacie? — Prawda! Znam ja ten liryzm czekania,Usprawiedliwiać zdolny, ależ nie każdego!Przysłowiem się on stał już. Tak i o narodzieMniemamy! Mając kilka błyskawic w odwodzie,Czekać można, aż spyta kto: «Mili panowie!Rzeczono jest, że ani nawet aniołowieNie wiedzą dnia tych czasów i że będzie właśniePrzeciwnie — skądże jedni wy wiecie tak jaśnie?»Co zaś znów do narodu — zaiste, że miłoPowiedzieć sobie: na czas stanowczy się chowam,Aż dzień przyjdzie, gdy wszystko będzie się robiłoSamo przez się; więc k’temu rzeknę tylko to wam:Że — bądźcież bezpotomni, skoro tak myślicie,Lub życiu czyńcie przyszłość, powodując życie!Mnich gdy powie, że Pana wygląda na niebie.Istnie on prawdę mówi, użyteczną wielce,Bo jest tą dziewką mądrą, co czuwa za ciebieI oliw tłustość co dnia wlewa po kropelce.On społeczeństwo czasu pragnienia napoi,Chleb pomnoży. Lecz inna, gdy tam się nie stoi,Gdy i bierze się z świata i światu zadłuża,A klasztornego zewnątrz używa przedmurza.Lecz dość — bo smutków wiele znam niewyrażonych,A mało słów, co służyć im lubią. Mój drogi!Smutno jest, gdyby z pierwszych który umęczonychWstał teraz i z swą stanął palmą pośród drogi,Co te do arku płaskie wyściela kamienie —Ah, drogi mój — i gdyby spytał o krwi morze.Wylane za nas...
Tutaj stało się milczenie.Droga pomiędzy nimi, jak potoku łożeWysłanego kamieniem, bardzo była pusta —Tą szli pod ark Tytusa; gdzie niegdzie zdalekaBielał kolumny odłam, jak wisząca chusta,Lub czernił się na niebios otchłannem przezroczu.Szli tak po głazach, kędy wracał imperatorZe zburzonego miasta świętego, co czytajW Tacycie — i sumienia, czemu tryumfator,Zapytaj!Pisałem 1849
«O społeczeństwo ludzkie, ty byłobyś rajem,Albo przynajmniej czemsiś pogodnem bez przerwy,Gdyby nie ta rzecz jedna, co zowią: zwyczajem,I druga, niedość znana starożytnym: nerwy!Galileusz, gdy matka w kolebkę go niosła,Czy winien był, że przed nim barbarzyńskie sędzieRoznamiętnili kodeks, a klątwa z nim rosła? —I że pierw jest człowieka wróg, nim człowiek będzie?Wróg zwyczaj, pokolenia nie ważący za nic,
Jakby je wszystkie naprzód znał i był bez granic.Jemu to gdy pokażą niemowlę w pieluchach,Ceni je ledwo jako ogniwko w łańcuchach,Jak dalszy ciąg, jak wiersza zerwanego kropki,Próbując, ile ramię będzie do maczugi,Ile do ostróg nowonarodzone stopki? —Aż tu właśnie że przyszedł czas zrzucać kolczugi,Aż tu broń idzie palna za kolebką dziecka,I dorósł mąż, wołając: Ludzkości zdradziecka!Cóż mi ty za obecność dałaś? — NarodzeniPo panteizmie, który biblję fałszem mieni,Inaczej znów w też same wstępują okowy —Człowiek nowy swobodnie wznieść nie może głowyKu niebu, tylko zaraz przez ordzałe kraty,Bo, zanim wyjdzie na świat, są już kazamaty.Bo, jeśli woła «wierzę», pierwej jest pytanie,Czy, jak to on powiedział, usłyszeć są w stanie,Czy raczej tak, jak słuchać się ponawykało,Nim usta te, co rzekły «wierzę», były ciało!»
To mówiąc, Wiesław w ciche pozierał niebiosy,Jak człek, którego bliższa nadzieja ucieka.Skwar był — kropelka jedna, jak zbłąkanej rosy,Upadła mu na rękę — zagrzmiało zdaleka —Szyb drżenie i szmer kwiatów, co u okna stały,I lot gołębia, krzywo pędzącego nadół,Ledwo że atmosfery zmianę zwiastowały.Jużci grom bił na niebie i deszcz lał na padółI wielkie smugi złotych błyskawic na ścianie,Jakoby adamaszku żółtego zdzieranie,Tam i owdzie w mieszkaniu czyniły niepokój;Rzekłbyś, że skrzydła z siarki zagarnęły pokój.Grzmiało tak i łyskało się zapamiętale,Wtem, kołatanie do drzwi usłyszawszy mocne,Wstał Wiesław i, przebiegłszy osiarczoną salę,Drzwi otwiera, lecz komuż?
— Jak widzenie nocne,Gdy w spieczonej gorączką rozbłyśnie źrenicy,Poznał nieprzyjaciela!
— «Co chcesz tu, Maurycy?Ty, który, nim gdzie wnijdę, oczerniasz mię gniewnie?»Maurycy na to: «Więcej o tem ani mowy,Ani myśli! Czy słyszysz, jak pada ulewnie?Czas zmienił się — przepraszam cię — jestem nerwowy!»
Tu samo się przysłowie stare napomyka,Mało gdzie równie trafne — że: «racja fizyka!»
Konna rozmowa czasem nie jest nieprzyjemna,Zwłaszcza, gdy księżycowa noc, od spodu ciemna,Od góry jasna, srebrzy drzew wierzchołki pełne,Jak runa owiec, gęsto puszczających wełnę,Młyny gdy przytem szumią na stawach dalekie,A ku drodze się dęby schylają kalekie,I jest smętno — konie zaś, z jednej będąc stajni,Strzyżeniem ucha szepcą wzajemną pociechę,Że spocząć pod znajomą powracają strzechę.W podobny czas do domu zjeżdżać są zwyczajniJerzy i Wiesław — pierwszy na siwym, a owyNa jabłkowitym, perskim, który ma podkowyKute w Tobolsku, grzywę czarną, kulę w karku,Iż jest od Kabardyńca kupion na jarmarku.
Jechali więc tyłami stodół, dzwonnic, młynów —A był nad nimi księżyc pełny, srebrny cały,Jak rzymski medal męża, dojrzałością czynówZupełnego, co w tryumf przeszedł arkiem chwały,Jak pieniądz srebrny z czasów tragicznych Cezara,Na którym legjonisty postać z ciężaramiWojennemi wykrągla się kształtem filara.Albo jak dawna polska złotówka z orłami.Jechali tak w oplotach starego cmentarzaŻydowskiego, co kirkut zwą u arendarza.Kamienie białe, zwierzchu księżycem srebrzone,Sterczały naokoło, jak widma, gdy nocąZ murawy się podnoszą cicho i szczebiocąDo siebie, czy od ludzi nie są spostrzeżone?
Jechali tak, gdy Jerzy z rozmowy w gościnie,Skąd wracali, te słowa z westchnieniem wywinie:«Smutno, o, smutno! Wielkie rozdarcie na świecie,Na które gdyby ludzie lekarstwo wiedzieli,Ile że jest lekarstwo, ustaliby przecieRozdzierać się i męczyć. Pan ciągle kościeliI jedna, oni dręczyć się i targać wolą —Rany zadawać, nie jak chirurgowie śmieli,Lecz jakoby oprawce, węglem, gwoździem, soląI żółcią». Alić Wiesław odpowie mu na to:«Próżność i wywyższenia się żądza to czyni.Zaradzić temu? Chyba, że wolności stratąKonieczną i cenzurą, co, jak ochmistrzyni,W opiekę weźmie, silną także dyktaturą.Albo zaradzić temu jeszcze można chłostąSprawiedliwości Pańskiej, głodem, gromów chmurą,Najazdem i zarazy obrzydliwej krostą».
Więc Jerzy rzecze, dając siwemu ostrogę:«Bóg tylko, że jest wiecznym, i ci, co mu chwałyZaprzeczyli, obierać taką zwykli drogę —Człowiek zaś, nieśmiertelny zarówno jak mały,Nie mniemam, by skutecznie tychże sprężyn użył;Dłużny jest — cóż więc, gdyby nadto się zadłużył?»To mówiąc, przejeżdżali łąkę ścieżką wąską,A konie, cugle mając zlekka opuszczone,Igrały nozdrzem z każdą po drodze gałązką.Strzemiona na wierzch siodeł były zarzuconeNiedbale, niby obrót mowy w zaufaniu —A było zorze, jakby tuż na przedświtaniu.———————————Lilje wonne opodal rosły —————————————————————— przeto JerzyTe powie słowa: «Gdyby, co wiedzieć należy,Wiedzieć chciano i pomnieć chciano wszechprzytomnie,Pomnieć i ufać temu całą prawdy siłą(To zaś jest, co te lilje mówią teraz do mnie —To zaś jest, co tym liljom powiedziano byłoPrzed wiekami, na puszczy — tam), gdyby wiedziano,Że, mimo żądz i miotań, więcej się nie stanąNa cal jeden nad tyle, ile stać się mogą;Że ani włosa barwy zmienić nic są w stanie,Ale że biada, jeśli wsteczną pójdą drogą,Nie dotrzymawszy miary, o, najdroższy panie,Jakżeby dziś już równo było na planecie,I nikt na krnąbrne sarkać nie musiałby dziecię,I aniby zdradzano, ni podstępowano.Ni oczerniano, święcąc kropidłem rozsądkuAlbo umiejętności. Wtedyby w porządkuPrzedwiecznym dojrzewano i zmartwychwstawano.Wtedyby odpoznano, że zazdrość bezsilna,Ślepa zawiść, praktyczność, bez Boga omylna,I że się nie zda na nic kłamać w imię boże,Lub zbożnieć w imię kłamstwa — że, chcecie albo nie,Prawda zwycięży, choćbyś w grot ubrane słoniePopędził na nią, choćbyś na tortur ją łożeWyciągnął».
A więc Wiesław tu wstrzyma swojegoCzerkieskiego — i czapki przed krzyżem uchyliI rzecze: «Dzięki Tobie, Ojcze, ze wszystkiegoMojego serca, iżeś tym, co się spysznili
Umiejętnością, zakrył rzeczy te, a onymProstaczkom je objawił ciemnym i wzgardzonym».
Modląc się tak, wesoło do dom powrócili.To zaś wszystko działo się o nocy, bo we dnieMożeby wstydem było modlić się przed krzyżemPrzydrożnym — raz, że fraszki nie dają powszednie,Drugi raz, że to droga traktu z Żytomiérzem,Kędy powozy jeżdżą, zaś ostatni, trzeci,Że, skoro chcesz się modlić, to wnijdź do komoryI sam z Przedwiecznym zostań, jak z ojcem są dzieci.To ostatni jest powód — nie najmniejszym wtory!
MATKA. Wiesz sam, i rzeczą jest najprostszą w świecie,I tak to bywa wciąż, że, co się rodzi,Przechodzić musi przez śmierć w nicość trzecię,W wieczność...HAMLET. Wiem, pani: tak, to tak przechodzi...MATKA. Więc czemuż rzeczy nie brać, jak są one?Zwyczajne czemu zdawać się ma dziwném?HAMLET. Zdawać?... O pani, to nie jest zmyśloneCzarnym kolorem płaszcza, ruchem sztywnym,Wzdychaniem, które silę płuc oznacza,Bladością cery, dużym łez potokiem,Z całą ich formą, modą i urokiemKtóry się zdawać może, że rozpacza...Nie, to mię wszystko najmniéj nie wyraża.Właśnie, iż sztuka wygrać to jest w stanie,Właśnie, iż często udać się to zdarza,Gdy to, co cierpię ja, jest nad udanie...
— Że Hamlet ojca płacze, jest przykładnie,Bardzo przykładnie, owszem, bardzo ładnie...
XVII.Stary był, pomnę, Zorjan się nazywał;Gdy go palono, cichszy od owieczkiNa lirze sobie czasami podgrywał,I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.Ani klątw rzucał, ani wydobywałGłosu wielkiego z maleńkiéj lireczki —Głaskał ją tylko, wyjaśniwszy lice,Niby zlęknioną, białą gołębicę.
XVIII.Zdawał się mówić i twarzą i ręką,Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:Nie bój się, liro, bo śmierć nie jest męką,Ani się lękaj cielesnego zboja!Nie bój się, moja maleńka lirenko,Nie bój się, siostro, nie bój, córko moja!A natożby to nasza mądrość była,Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła.
XIX.Przyjmowano cię po domach, po chatachPókiś ty ze mną była wędrownicą;Bądźże dziś wdzięczna, a nie płacz przy katach,Bo się ucieszą i ton twój podchwycą.....................Czekaj — wstaniemy oboje po latach,Gdy błysną luki z tęcz nad okolicą,Wstaniemy razem z wielką jaką zgrająHarfiarzy, co, jak anioły, śpiewają...
W dwa półkręgi przeciwznaczneNiech dwa chóry mię opaszą —Dla obydwu śpiewać zacznę,Aż się zwiodą, skrzyżą, spaszą...Potem wirem, tokiem, prądemDalej w prądy, toki, wiry —Szałem, sądem i rozsądemGwiazdy z nieba, z ziemi żwiry...Potem całoczłowieczością,Potem całonarodowiem,Półboskością, bo mdłością,Aż gdzie kończy się wszechzdrowiem,Gdzie zaczyna — nadśmiertnością,Aż — gdzie zawiem — nie dopowiem!!
Was — co tęsknić nie umiecie,Was, co sercem, okiem, dłoniąStanowicie dziś na świecie —I was, których tchnienia goniąW pozateraz, w pozalecie —Półkręgami chórów dwomaRozeznacza, choć nie wiecie,Kto? — i radzi sobie w świecieNie to świecka, nadwidoma.Więc wam, których duszą oczy,Dziś wiecznością, a ruch życiem,Gdy orzeknę, że was stoczyCzas, to przecież wzruszę gniciem!....A wam, których okiem dusza,Wieczność dniem i ruchem życie,Wam gdy wspomnę, co przymusza,Co w śmierć, w ono nadużycie
Niedowolnem prawem skuszą,To z nadświata w świat zbłądzicie!...
Rozpocząłem z śmierci progu,Bo mi ona siostrą w Bogu...Bo mi ona ręki cieniem,Skoro w słońca patrzę tarczę,A wzrok stapia się z promieniem,I już wątpię, czy wystarczę,I już wątpię, czy sumieniemWszechsumienia nie obarczęI — już wątpię...
A w zwątpieniu —Śmierć przyzywam po imieniuI jej włosa owian krepą,Jak z przepaską napół ślepą —Lub, jak w wielkiem ołzawieniu,Przez brylantu patrzę kraty —Niedolotek, choć skrzydlaty,I przewolny, choć w więzieniu...
Śmierć mi rytmem w nieskończeniu,Wszczęciem słowa, co nad słowa,I językiem, w podniebieniuGwiazd, piejącym: O Jehowa...Aż sprzeczności gdzie rozsnowaW harmonijnem zjednoczeniu,Aż gdzie ani dnia, ni cieniu!
Pytaniem pierwszem dla mnie: co niewola?Iż niedość płaszczyć się pod głazu bryłą,Duchowi bluźniąc, że to ludzka dola,A choćby nawet tobie łatwem było,To nie sam jesteś...
Rodzisz pod mogiłą,Więc niewolników drugie pokolenie,Na poojczyste zakląwszy westchnienie,Myślisz, że zdoła o psalmie pokutnym,O zrozpaczeniu żyć niemęsko smutném?
Do czasu jedni pościć będą pieśnią,Drudzy zamarzą się i w mgły roześnią,Inni utoną w śmierci oceanie,Ci w Sybir pójdą, owi na wygnanie,A owi... Do tych mówię:
Kto zostanie,Niech już nad grobem ojczyzny nie płacze,Lecz niech uważa głaz, pytając w duchu,Gdzie stopy wryję? Dłońmi jak zahaczę?...Iż coraz ciaśniej przyjdzie gnić w łańcuchu —A skoro pierwsze, szronem już pokryte,Na drugie, bólem pokolenie zryte,Z niezrozumieniem patrzeć będzie chłodnem,Jużci i trzecie nadbieży przebite —To, choćby którym grób stał się wygodnym,Drudzy im skłócić przyjdą nawet sny te.
Więc pytam ciebie, prostem pytam słowem,Czy wiesz (acz cierpisz), co to jest niewola?Skąd ona, pokąd jest ona narowem,A pokąd kresem lub granicą pola,I koniecznością tak nieodcofniętą.Jak śmierć, co każdą nić rwie napoczętą?
Jeśli-bo z siebie wyrzucisz niewolę,Ile narowem w krew się jej zaniosło,A ile prawem, zwierającem wolę,Jeśli jej tyle przyjmiesz, jak rzemiosło —Zrobiłeś wiele, wiele, bracie miły,W tych katakumbach tej polskiej mogiły.
Niewola — jest to formy postawienieNa miejsce celu. — Oto uciśnienie...
Poczęty jestem: wiem, że skończyć muszę,Ile formalną tu bywam osobą,Więc i nie czekam, aż mi wezmą duszę,Lecz duchem formę z każdą niszczę dobą —Unadforemniam się i palę ciało,By, jako mirra, w woń się rozleciało,Przez pot, co trudom zacnym towarzyszy,Przez łzy lub czynne cierpienia w zaciszy,Częstokroć przez krew, dla celu wylaną;Tak, że nareszcie śmierć, ta form mistrzyni,Gdy przyjdzie, dusza będzie rozebranąI rzuci resztę szat do czarnej skrzyni.To niegdyś Sokrat dowodząc Atenie,Nie umarł... skończył tylko dowodzenie.
Bo wolność — jest to celem przetrawienieDoczesnej formy. Oto wyzwolenie!...
Lecz tobie w Rosji, bracie Słowianinie,Cezarską formę przynieśli z ZachoduI na rodzimej postawiono gminie,Tak, że cesarstwo masz, nie masz narodu!
A tobie, Czechu i bracie Rusinie,Cezarską formę przynieśli z południa,
Co czeskich, ruskich, gdy napotka w gminie,Bierze i sobie na carskich przeludnia —A ciebie, ciebie, Polsko, formy trzemaPrzykryto, Bogu kłamiąc, jako Kain,Iż życia więcej pod formami niema,Że się zapadły i obszary krain — —
Ale Bóg spyta — On, co sam jest celemI życiem — kto tu pustych form czcicielem?
Niejeden do was faryzeusz rzecze:«Bezformalnego niema nic, niestety!»Tak, lecz «niestety», więc już formie przeczę,Więc chcę, by środkiem była mi do mety,Więc jej używam ja, nie mnie używa;Więc poco cel mój, Boga, mi zakrywa?A Bóg mój żywot jest i zmartwychwstanie,I to jest wszystek cel, choć przez konanie.
Wiem, że i naród formy miewa różne,Jak człowiek szaty świetne i podróżne,Lecz wiem, że, formę gdy zdejmiesz z narodu,To jeszcze będzie walczył wieki całeO te, co w życiu ma, formy dostałe —A wiem, że, cesarz gdy bezdzietnie skona,Cała historja cesarstwa skończona!Że i minister czasem lub wikaryCesarstwo z sobą wywleka na mary...
Bo jest to forma tylko, co używa,Śmiertelną będąc, życiem żyjąc obcem,Gdy ja chcę formy użyć, jak ogniwaW łańcuchu dziejów, lub granicy z kopcem;Gdy ja, co wolno mi, chcę wiedzieć pierwéj,By, co nie wolnem, na boku zostałoJako wyjątek, jak konieczność przerwy,Jak ta osobność, którą zowią: ciało.Duchem ja idę przez ciała foremność,Bo tylko względem światła bywa ciemność —Lecz światło nie jest względnym cieniu brakiem.Nie-Moskal nie jest już przeto Polakiem —I nie chcę, abym, co nie wolno, wiedział,By to, co wolno, wyjątkiem zostało;U mnie jest wolność grunt — niewola przedział,U mnie duch treść jest, pozorem jest ciało.————————————Kobieto, która z harmonijnem łkaniemPrzed Matki Boskiej klękasz malowaniem,Co starła węża głowę bosą nogą,Małżeństwa formy nie uznawszy celem,Lecz jako środek, by żyć z przyjacielem,Jako konieczny dla świata wyjątek, Brudnego ciągłą rzezią niewiniątek —Kobieto dobra, miałażbyś ty czołoNie dla miłości iść przed ołtarz Pana —Lecz od małżeństwa, przez zawrotne koło,Jak niewolnica wlekąc się sprzedana,Wciąż na niewolę narzekać ojczyzny,A dzieci uczyć — czego? — tej zgnilizny!...Gdy zasnął Adam, w sobie miał już żonę,Nie tę lub ową, poza nim stworzoną,Lecz jako żebro sercu jego bliską,Miał ją — a Bóg jej dał byt i nazwisko.Przeto, nieprawość popełniając prawą,Porzuci ona własną matkę łzawą
I przed ołtarzem stanie z ulubionymPo nierozdzielność tego, co złączoném.
Niejeden powie faryzeusz na to:«Człek rzadki może być mędrcem, jak Plato,Jest doskonałość nad siły ziemiana...»Uznam to, owszem, i dlatego właśnieLudzka ułomność nie ma być wzniecana,Iż sama wznieca się — i sama gaśnie —Z kościołem walki nie pocznę ja karléj,Ni chcę familji roznieporządnienia,Lecz radbym tylko, by inaczej marli,Jak mrą — lecz, szerzej rozdawszy sklepienia,Pragnąłbym wolnych jasne widzieć czoła,Bo sporo-ć jeszcze jest dni i przestrzeniOd najczystszego z zwierząt do anioła,I niedość ziewać tu, w wielkiej tej sieni!
O Jezu, Jezu! Ty, któryś z prorokówAni z zakonu i słowa nie zmienił,Tylkoś je, nakształt chmur, nakształt obłoków,Promieńmi słońca wolności zrumienił —Prawdziwy Boże i człeku prawdziwy,Który cesarstwo cesarstw tego świataUmiałeś spożyć gałązką oliwy —Ty pobłogosław nam w poddaństwie kata.
Niech niewolniki nie będziem ludzkiemi,Bo wolność tam jest, gdzie duch Pański czuwa.Niech, jako Fidjasz, ideały z ziemiTworzym, nie ziemia piersi nam opsuwa,Bałwany czyniąc i tak kupcząc niemi,Że nie zostanie miejsca dla człowieka,Że nie zostanie dla człowieka ziemi,Choćby wyciągał dłoń po ostrze ćwieka!
Pytaniem drugiem u mnie: skąd niewola?Wroga mojego znać chciałbym do głębi;Skąd, gdzie, dlaczego łańcuchem okoląMoją szlachetną pierś? Czemu krew ziębi?Więc badam w sobie dwa pierwiastki różne,Ten, co widzialny, ów, co niewidzialny,Jakby zwaśnione z sobą dwa podróżneWoddali jednał cel jeden — moralny.A potem siebie, tak niewolonego,Znów między znaném widzę a nieznaném,Między «skąd idę?» a «idę do czego?»W sobie i w dziejach ja ukrzyżowanym!——————————I żal mi bardzo was, o postępowi,Którzy zniweczyć przeszłość chcecie całą,By łatwiej było, lecz jako żółwiowi,Orzec: «Tak wiele już ubiegłem z chwałą».Tylko że, aby drogę mierzyć przyszłą,Trzeba-ć koniecznie pomnieć, skąd się wyszło!I żal mi, żal mi was, o opieszali,Którzy zniweczyć przyszłość chcecie całą.Podczas gdy wasza przeszłość w was, bo ciało,Przyszłością waszą, duchem, wciąż się pali,Podczas gdy zwierzchnia część rozpierzcha w strugiPod tym wewnętrznym ogniem onej drugiéj —I żal mi jeszcze tych, którzy się dziwią,Że, chociaż formę tak i tak wykrzywią,Frygijską czapkę na drzewie zawieszą,Lilije z tarczy odrzucą herbowéj,Czapkę znów odjąć z gałęzi pośpieszą,Zasadzić lilje lub krzew jaki nowy.
Nietrzeźwiej z formą w osobie człowiekaPytagorejscy czynili bigoci,Umyślnie ślepnąc, by weschła powieka,Widoku róży próżna lub stokroci,Wolniejsze marzeń kwiatom dała pole,A duch, przez formy szczerb, czuł szerszą wolę.
Lecz inna — zewnątrz, przez podarte ciało,Przez nerwów siatkę kusić myśl człowieka,Co już u Drujdów, u Indów się działo,A inna — skoro duch formy te zwleka,I wyskrzydłowia się, jak orlę z gniazda,I wyobłacza się, jak z chmury gwiazda,I coraz jaśniej wie, gdzie, naco czeka.W człeka istocie niewola jest z ciała,
Skoro je za cel duch postawi sobie,W narodzie z formy, choćby doskonała,Choćby to była z form przednia na globie,Jeśli się celem, nie zaś środkiem stała.
Pytaniem trzeciem u mnie, jak dalekoW wolności trudach naród mój przestawa,Trumienne pokąd już dźwignięte wieko,Bym znał, co mogę lub na co nie stawa,Bym, wiedząc, co jest słuszne, co niesłuszne,W oczekiwanie nie upadł bezduszne.
Naród, że cierpi, więc nie jest ideją,Lecz jest wcieleniem żywém, organiczném,Istotą rzeczy. Czuć ją, poznać chcę ją...I oto z starym światem politycznymJuż od kolebki do boju powstawam,Gdyż rzekł: «Narody tworzę, bo wykrawam».
Gdyż, jako życia twórca. Bóg, powiedział:I ukaranym ma być w dumie swojej,Chociażby nie wiem jak wysoko siedział,W bronzowej choćby stał, jak Goljat, zbroi;Mówię, że kamień polny będzie wiedział,Kędy się czaszki doszukać Goljata,Niźli sam kata miecz kark zwab kata.
Bo naród cierpi, więc nie jest ideją,Jedno wcieleniem żywém, organiczném,Istotą rzeczy — Uczuć, poznać chcę ją,Uzacnić ją chcę bytem politycznym,A bytem formy tej, którą zasłużył,By nie kształt jego, lecz on kształtu użył,
By, mówię, wolnym był, nie służył ciału,Przez stopnie idąc form — do ideału.
O polityczni męże, ludzie stanu,Praktyczne głowy... wierszem do was mówię,Jak Ezop swemu wielmożnemu panu —I pytam: czemu cierpią narodowie?Kto są, że cierpią... bo-ć nieorganiczniNie cierpią — lecz są, jako wy, praktyczni — —Lub precz odejdźcie! — Nie rzekę i słowaZstępując w limby wielkiego narodu,Krzywą wam stała się najprostsza mowa,Bez epopei wam i bez rapsodu,Cezarskim, formy pustej niewolnikom,I wam, formalnej wolności sprawnikom.
Do limbów ludu wielkiego sam schodzęBez pancernego dotąd towarzysza,Bez Wirgilego z pochodnią na drodze —Jęk tylko przy mnie — płacz się nie ucisza,Mogiły tylko — gdzieś wichrami rwane,Gdzieś bez rycerzy konie rozbiegane...Czasem wygnańców bladych twarze bladeI łez niewieścich rosę krótkotrwałąWidzę — lub głupstwo czerstwe, jak dryjadęRumianą, w pląsach, w chichotaniu całą —I czczość... a wyżej, nad owym chaosem,Kometę sądu, z okrwawionym włosem.
Bo naród cierpi!... więc jest organizmem(Choćby mu formy obce narzucono)W posadzie swojej, on patryjotyzmem,Więc on miłością, więc tą bytu stroną,Która jest wiecznym przeciwformalizmem —A jako w człeku duch odmienia ciało,By mu dowoli się rozduchowniało,Ku ostatniemu formy zaprzeczeniuPrzez śmierć; — a jako naród, carstwem kryty,Choć najbezbożniej przyrwany w korzeniu,Będzie się przez grób wydzierał w błękity;Tak — jeszcze w sobie on z rzeczpospolitéj(Która niecierpi form) i z form się składa,A te niż władną nim on niemi włada —
A iż się składa z rzeczypospolitéj,Co form nie znosi, i z tych form czasowych,Więc z rzeczy sobie przeciwnych jest z wity —Przeciwnych póty, pókąd współruchowych.
Skąd, jeśli pytasz o formę rządową,Przeciwformalnej strony o to pytaj.Co duchem — w drugiej, co osobą, czytaj,Będziesz uczucie miał w pogodzie z głową —W pogodzie, to jest, w wolnem zaprzeczaniuPrzez umartwienia ku zmartwychpowstaniu.
Forma bo każda treści jest martwiącej,Koniecznej, wszakże urzeczowniającej...
Więc myślą twoją, bracie Słowianinie,O ludziach wolnych gmina gada gminie,I posły sobie ma z republikanów,Co wedle ducha są bezformularni —Faworem rzeszy i faworem panówGardzący, prawdzie wewnętrznej ofiarni.Gmina też innych nie wyznacza z tłumu,Nie rozumiejąc innego rozumu —Ci zaś są praktyk nie bardzo świadomi,Ale praktyczność z nich jedynie żywa,Bo oni, duchem prąc, jako cięciwa,Niepokonalnie w przyszłość są ruchomi.
Ci, jeśli formę mają postanowić,Muszą się oraz i zbezpostępowić,Z duchowych, mówię, praw ustąpić nieco;Więc przyobleką się w kształty niepewne,Które się lada ruszeniem rozlecą...
Rzeczy te oni z gruntu lekceważą;Grunt ich jest postęp — stąd ani człowieka,Ani ci formy wyraźnie pokażą;Stałego u nich nic, zmian wszystko czeka!
Czeka — a pędzi......Kto jest dobrej wiary,Ten już zrozumiał, że bezwarunkowoOnym to pędom czekania bez miaryNie można sprawę rzucać narodową,I że duch formy nie chce, ani człeka;Więc niech obiera duch — — reszty niech czeka.
Narodzie! Rody czcij (ile są z ducha),Ty, coś jest także wielkim rodem rodów!Ród nie jest tylko forma czcza i sucha,Ale miłości zdrój i tęcza płodów.Duch — który, nieraz przesłonion wiekami,Gruzami wieżyc przywalon sto razy,Odwezwie zczasem: «Znów my — i ciż sami!...Gdzież sławy nasze?... Gdzie, ach, nasze zmazy?»Tak był Zawisza, jeszcze stąd, po wiekach,Na nieprzyjaciół samotrzeć godzący,Tak jest niejeden i dziś, w matek mlekachBłędne lub zacne dziadów słodkossący...Bo, póki ród się handlarstwem posagówNie przeposaży na zagon szparagów,Póty jak kręty slup, ołtarz zdobiący,Póty jak wonna gromnica się pali,Albo jak włóczni żerdź z płomieniem stali.
Więc, jeśli gmina (ród demokratycznySpołeczny) w własnej cel ma formie swojéj,A przeto stan z niej żywi się praktyczny,I szpieg, i żandarm, co u bramy stoi,To ród — (ta wzamian historyczna gmina) —Iż poza sobą cel ma w duchu rodu,Ustawne z formą carstwa boje wszczyna;On na wygnaniu blednieć idzie z głodu,Albo przy taczkach kona na Syberji,Lub się przeradza w służalczej liberji...
Gminy więc swymi niech republikanyWybiorą rodów (z ducha znanych) duchy;Z tych jeden wstanie najpoczciwiej znany,A z tego — mąż się sam, jako z pieluchy,Najsamowładniej wywinie — i będzieBolesławowski miał duch w swym urzędzie.
Korony jemu rzymskie państwo nie da,Ale ją włoży sobie sam na czoło,Z ducha narodu w sejmu wszedłszy kołoI w kościół, co więc oleju nic przeda!...
Stąd gminy wolne kształci się sumienieI mężów, ogień czczących postępowy,Stąd pilne rodów o sobie baczenie,Stąd wolnym kościół od świeckiej podmowy,Nie zaś wolności tłoczącym nasiona...Stąd i naczelny syn rzeczpospolitéjNiehamowane czującym ramiona:Stąd i bezczelny szał w gruncie pobity.
Ten — (mniemam) cierpi organizm w narodzie,Lecz czyli formy wolniejszej już dożyłCzy w gminie prostość, czy uczciwość w rodzieNa wadze myśli ogólnej położył?Czy, owszem marzeń kołysań litanja,Za lada czasów woli pędzać manją,Wszechdojrzałości oczekując ludów —Albo łych ziemskich cudów: rewolucji.Albo niebieskich rewolucyj: cudów?...To czytelnika zostawiam solucji...Żadne bo pióro w osobności swojejOstatecznego wyrzec nic nic zdoła —2adcn bo śpiewak, co na chmurze stoi,Choćby żaglowem skrzydłem wiał anioła,Nie zrzuca z niebios prawd, lecz o nie woła!
A czas jest — czas jest — sny się na nas niosąRóżane, łzawa przetykane rosą,Sny miękkie — kajdan płód — gdy jaw straszliwy,Gdy prawda, nogą cierń depcąca bosą.Może już spyta: «Czemuś nieszczęśliwy?!»
Wierzę, że naród trwa, bo cierpi noże;Wiem, że organizm tylko krew lać może —
Wierzę, iż główną przeto powinnościąZnać ów organizm, krzepić go miłością —
Że, aby pomóc bólem złożonemu,Nie dość organizm lepszy wyśnić jemu,Ucząc, iż będzie duchem, jak spróchnieje,Lecz rany zamknąć, życia wlać nadzieję —
Wierzę, że miłość nie wtłacza ideję,Lecz że ją wciela i sama boleje —Wierzę, iż celem jest wszechdoskonałośćPrzez wykonania stopniowe po całość —
Wierzę, że ludom, gdy nie postąpienie,Lecz dostąpienie hasłem ostateczne,Tytańskie na pierś wracają kamienie:Takie ich ruchy są bezwiednie wsteczne —I — że wolności rozpołowić dwójcęJest to znieść walkę, miejsce dając bójce —
I że, gdy wolność postępu w osobieNa rzecz postępu w historji zaprzeczysz.Wielki ci stanic mąż na woli grobie,Pytając: «Czemu to ducha kaleczysz?...Ktoś jest, człowieku marny?» — a ty jemu:— Jam Brutus, chcę cię zgnieść, choć nie wiem, czemu!
Wierzę, iż postęp w historji gdy zgładzęNa rzecz postępu w osobie człowieka,Odwlekę wolność, ojczyznę przesadzęI będę cieszył się, że sprawa czeka —Lecz aniołowie z umarłych popiołuNa mój czy wstaną głos — zasiąść do stołu!?——————————Wierzę, iż w błędzie są owi krytycy,Którzy mnie rają dziś okrzętność wiersza;Na rynku owszem albo na ulicyRadzę im czytać to... iż jest rzecz pierwsza!— Szczęśni!... W ogrojcach u Bogarodzicy.Gdzie lilje złotym wiatrem się kołyszą,Przejrzystsze formy znajdą i opiszą.Nie gnani będąc siarką błyskawicy...
Dziś — nad otchłanią mar, wiejącą mgłami,Nad piramidy studnią cembrowanąKośćmi białemi, bluszczu sztandarami.Stojąc, zapuszczam lampę, choć glinianą:Powietrze badam błędnem światła trwaniem,Jak człek, co, w otchłań nim stąpi nieznaną,Dreszcz zrzuca pierwej z ramion — przeżegnaniem.
Geometrycznej nieświadom naukiWidziałem prosty lud, kładący bruki,I, jako kamień jedna się z kamieniem.Baczyłem, stojąc pod filarów cieniem —Aż żal mi było bezwiedności gminu,Mimo że wieczną on jest wagą czynu!...Więc, geometrji myślane promienie(Rzeknę) gdy z głazem złączę i ożenię,Sferyczność w drzewie wykluwszy toporem,Siłami ramion pchnę bronzowe walce,Promienne jeśli kołom natknę palce...To — któż wie...
Boskie zmysłowiąc obrysy,Archito, koturn rzucisz za kulisy,Języka lotność niebieskiego zgrubisz,Więc filozofję, Grecję może zgubisz...
O Plato! Padam przed prawdy bezkońcemI nieraz, myśli z drzewa ciosąc, płaczę,Tak wielce wszystko przesiąkłe jest słońcem,Któremu nie ty, ni ja biegów znaczę;Dlatego świętych nie zniżę arkanówAni ojczyzny krągłą tarcz wyszczerbię,Owszem: z tych, które rażą cię dziś, planów,Z kres tych na Grecji idealnym herbie,Z liczebnych równań w sił zmienionych dźwignie(Lubo promienność uroku w nich stygnie),Któż wie — powtarzam — czy lud, w sobie drobny,Bezsilny ciałem, jak wyspa osobny,Sykulów, mówię, naprzykład, siedzibaTą siły ramion zmnożywszy nauką,Nie zdoła bronić się, jak morska ryba?...
Przyjdzie i tobie dzień zwycięstwa, sztuko!...
Na sny niewieście, na jęki tułackieSkazanej pieśni próżno człowiek rzecze:«Milcz! Jestem czynu mąż, bo tobie przeczę!»(O bezojczyste pojęcia, sołdackie!)Gdzież, kiedy, czyje ostały się miecze,Bez słów, bez myśli, bez prawd i ich części?Jeśli nie miały pęknąć w rękojeści,Jak kruchy kielich pęka przed spełnieniem,Upadły dwakroć — sobą i sumieniem!
Nie — rozum tylko ten, co pieśń wytrzyma,Boleść ta tylko, co aż w psalm się leje,Tylko szał, który strun liry się trzyma,Hart, który wobec serca nie truchleje —Tylko ten rozum, ból, szał i ta siłaWarte są dziejów, iż mają nadzieję;Gdy wszystko inne — to błąd — to mogiła —To gorzej, niż błąd i niż grób... to knuty!Świat wezmą, jednej nie zdobędą nuty!
Z unij nieszczerych, w które kłamstwo kusi,Ludzkość się pryszczem obleka zjadliwym,Ran zaniedbanie kwitnie mięsem żywém,Te miecz wycinać, skra wypalać musi —Nad organ zgniły, nad soki spsowane,Przenosi miłość w zdrowem ciele ranę;I oto wojna stąd, która uderzaW najczystsze piersi prostego żołnierza.
Lecz, gdyby człowiek znał życia klejnoty,Lecz, gdyby czujnym był o wszystkiej dobie,
Z dojrzałej mówiąc wiedzy i prostoty:«Żołnierzem jestem, cokolwiekbądź robię» —Lecz, gdyby wszelkiej energji przytomnośćUmiała spożyć zawsze, co współczesne,Nie odkładając nad siew na potomność:Oh, jużby dzisiaj te rany bolesneLedwo to czuły, co zna noga bosa,Na węża głowie postawiona płaskiéj,I nikt za łaskę nie marłby już z łaski,Wołając: «Gdzież jest, o śmierci, twa kosa?!...»
Ale ruszenie takie pospolite,Taka dodatność sił nieustająca,Co, idąc ciągle, zaledwo się trąca,To jeszcze rzeczy, dla świata zakryte —Zakryte laurem, lub oliwnem drzewem,Nad ruinami przysionków bez celu,I nie ma taki minister portfelu,Któryby wiedział, co jest bożym gniewem?...
I nie są wojny, nie są uprzedzone,Aż gniew ów boży wybuchnie koniecznie,Aż gdzieś kruszcową wyszczerbi koronę,Zaświta wszystkim stanom obosiecznie,Posady wstrząśnie skłamanych pierw gmachów,Strach z śmiechu robiąc, lub śmiechy ze strachów;Byt aż wszelaki poduma o celu,Czas, o wieczności myśląc, brew nasroży,Minister szukać aż pocznie w portfelu,Coby to było tak zwany gniew boży!?Twierdząc, że jeśli epok nie ma wieczność,A miłość granic nie ma, to obiedwieTylko są bladym pomysłem zaledwie:A przeto boży gniew jest to... konieczność!
Nienalanego uczciwie kielichaMęty ostatnie, plama na dnie licha,Którą na nowo odszlachetnić trzebaGolgotą wtórą i setną Golgotą,Krwi wytryśnięciem szturmując do nieba —Oto więc wojny — skąd są, poco? — Poto.
Lecz ty, co pytasz, skąd, poco? — tyś jeszczeCzłowiek, tyś rycerz — inni, o tem wcaleNie rozmyślając, ukryli błąd w chwale,Jak kryją nicość w rymach mierni wieszcze.Oni, skądkolwiek są, zawsze Wandale,Z hordami w zmowie zbrodni telegrafem,Którego celem strach, siła jest trafem!
Z tego i słowa bywają przed wojną,Które po wojnie krew na sobie noszą;Prawda wciąż, jako Minerwa, jest zbrojną,Ani jej tylko raz w rok zbroję noszą.Szczęsny, kto z twarzą doczeka spokojną,Aż róg zatrąbi, i z spokojną twarząOdpozna siebie, że był tylko strażą!Kto w gniewie świętym bez szału ucela,Siły swe trzymać nawyknąwszy w dłoni,Ten poznał siebie i nieprzyjaciela;Zbraknie mu nieraz czasu, jadła, broni,Polegnąć może — sprawy nie uroni.
Pobojowisko za niego odstrzelaW przeszłość i w przyszłość walką obosieczną,Aż zacnych serca słusznie się zatwardzą,Miłość się cofnie z ziemi w sferę wieczną,I oto biada tym, co nią pogardzą!Tu jest dopiero dzień sądu, dzień sądu,Gdy miłość z ziemskich nizin się oddali,Wytrwać nie mogąc sobą wśród nierządu,A przeto nierząd jakoby ocaliI moc mu nada, uzna go jakobyCzemś prawowitem, jak duch stwierdza groby.
Wiedzże więc, zaco ja cię nienawidzę,Niewolo!... Wiedzcież wy, czemu, Wandale!Oto, iż dla was serce mieć się wstydzę,Od życia progu żyć nie mogąc wcale,Od dziecka musząc kląć, od pierwszej chwiliZaczątków serca już serca nie mając,Lecz coś, co jakby miecz dobyć się sili,Coś, o czem, że jest, wiem, was odpychając,Coś, co jest wielką nienawiścią pierwéj,Niźli na miłość wyróść mogło w nerwy,
A jednak taką być musi!... Przeklęci!...Wy, zacniej rozrość się nie dawszy chęci,Ducha świętego zbójcę, lub kramarze!Bogu nim wyznam to, sam pierw ukarze.
Niech wie, kto rycerz, kto człowiek, niech zna to,Co się zwać godzi rzeczywiście wojną!Sokrat był w boju, i w boju był Plato,I Archimedes z postawą spokojną;Pytagor kreślił plan potyczki walnéj,Cezar w gwałtownym marszu do HiszpanjiPoemat pisał... gdy ten wiek realnyDziś stał się jednej niewolnikiem manji.— «Nabij i zabij!» krzyki dwa... a więcéjCóż? Niezachwiany cyrkiel i rutyna,Strzaskanych ramion jakie sto tysięcy,Lecz nigdy na czas spożyta przyczyna!Wojnę z poezji zdarto starożytnéj,Nie wwiódłszy pod znak chrześcijaństwa szczytny,I — jest ni z jednym, ni z drugim sztandarem:Kongres pokoju wynajdą i zasną...Każda myśl wyższa troszkę jest ciężaremLub się utrzymać nie śmie mocą własnąW tym dziewiętnastym wieku chrześcijaństwa,Co zrobił postęp taki znamienity,Że już nie pomni nikt Druzów tyraństwa,Dla stokroć większych tyraństw między Scyty.Gładzi się jedno drugiem i jest śliskoNa scenie, która krwi wciąż pragnie nowej.Śmiałżebyś orzec, że to koczowisko,Nie zaś odwieczny zastęp Chrystusowy,Że serce ludzkie stawa się pomałuCzasów wahadłem, już nie wiecznym listem,Kazuistyczne, a bez ideału,Jak historyczno-polityczny system,Że żołnierz jest już zakonnikiem szału,W dnie, ostateczną obwołane trąbą,Gdy prozy zbytek tłustej iść nie może,A kłamstwa demon spada hekatombą...I to nazywa się historja?... Boże! —
Jest przyrodzony gniew we krwi człowieka,Jak elektryczność w powietrzu... Gniew taki,W roty ujęty, gdy sygnałów czekaMuzyką, wódką, grozą... to żołdaki!Na lat epokę młodzież on wywlekaOd matek łona — i aż wyczłowieczyTak, że pułk ojcem jej, odwach kościołem —Człowiek, co rany tam czyści i leczy,Już czynownikiem... już nie archaniołem;Kobieta żartem — przyjaźń, wdzięczność, miłość,Pojęcie każde szersze, lub myśl wzniosła,Są śmiesznym w marszach zbytkiem, jak otyłość!Oto... gdzie horda średniowieczna wzrosła!...Tam, idąc dalej, wreszcie «dalej» niema...Bo zapał święty nie rodzi się z chuci,Ni z gróźb — on właśnie że wzgardził obiema.Tam się nie idzie dalej, aż się wróci!...Lecz hordy owe, hordy pierwsze, szczere,Ludzkości żywą nie bywały częścią;Te, wziąwszy prawną na siebie literę,Pełnić jej nie chcą duchem, wolą pięścią —Literę przyjmą, by odepchnąć eręI węzeł kłamstwa uczynią takowy,Gordyjski węzeł, że wódz go poszukaKulą we wnętrzu swej szlachetnej głowy:Świat wspomni o nim, żołdactwo go sfuka!Lecz mówże z nimi o nich, lub o Bogu,Lub o ojczyźnie, gdy im dwakroć razyMyśleć nie wolno przez cynizm nałogu,Co spodla każdą treść, i przez ukazy!Na grobie Korffa dziś, jako na proguŚwiątyni, pierw, nim łzę polską spostrzeżeni,Sołdat winienby klęknąć, wstać rycerzem!...
Jest gniew i drugi, gniew nadprzyrodzony,Który nie ze krwi powstawa szalonéj,
Ani gra w ciele, jak skry elektryczne;Gołębia kształt ma, żądło ma mistyczne.Gdy serce, dłużej cierpiąc, już byłobyNie sercem, ale podłości organem,Gniew ten powstawa — i równie jest dobyGniewem, jak serca, i razem jest stanemI czasem. Trudno odgadnąć, skąd mierzy?...Z godzin szeregu?... Z szeregu żołnierzy?...On mścić się, pastwić się on nie potrafi,Iż człeczym nie jest, lecz upadłym zgóry,Jak piorun, który popod ziemię trafi,Rękojeść mając wyżej, niż są chmury.Marek Aureli pisał o tym gniewieDo senatorów rzymskich, mądrych ludzi;Lecz senat o nim dzisiaj żaden nie wie,Pokąd się w łunach i krwi nie przebudził...
Cierpienia moje i męki serdeczneI ciągłą walkę z szatanów gromadą,Ich bronie jasne i tarcze słoneczne,Jamy, wężową napełnione zdradą,Powiem, wyroki wypełniając wieczne,Które to na mnie dzisiaj brzemie kładą,Abym wyśpiewał rzeczy przeminięteI wielkie duchów świętych wojny święte!
«Tak kościół trzyma, że, gdy Pan umierał,Na północ, głowę skłoniwszy, spozierał,— Gdyż w oliwnymGaju dziwnymWszcząwszy mękę,Skłaniał rękęKu północnym ludziom».
«Spijże, mój kształcie pierwszy, z ducha zdjęty,Świecący wdali, jak księżyc na nowiu;Upiorny, za krew wylaną przeklęty,W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu!Klątwa na ciebie, jak na dyjamenty,Na bazaltowe kolumny w pustkowiuPierwszej natury z ducha budowane,W ciemności, w chmury i w piorun ubrane...»
«Lecz ja na tobie nogę postawiłem,I dalej szedłem; jużem był boży.Morza się cofną, góry pójdą pyłem,I Świat się komet deszczami zatrwoży,Gdy duchem spełnię, co ciałem spełniłem,Duch, ukazany w pierwszej świata zorzy,Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,A lat tysiące są jak jedna chwila».
«I któżby to śmiał w księgi ludzkie włożyć,Dla sławy marnej a nie dla spowiedzi? —Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,Uderzyć w niebo tak, jak w tarcze z miedzi,Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyćI kolumnami praw, na których siedziAnioł żywota, zatrząść tak z posady,Aż się pokaże Bóg w niebiosach blady...»
Ty także sławna, że fal twoich gwaryJakoby z Niemnem w olbrzymiej rozterceGadają. — Tyś zmusiła Niemen staryWyznać, żem wielki, że w sławę płyniemy —Lecz rzekł: «Niech idzie tam, gdzie my idziemy!»Ha! hal Mój wieszczu! Gdzież to wy idziecie?Jaka wam służy, gdzie portowa wieża?Lub w Słowiańszczyźnie bez echa toniecieLub na koronę potrójną papieżaRzucacie wgórę podniesione śmiecie.Znam porty wasze — znam i znam wybrzeża.Nie pójdę z wami i t. d.
Choć mi się oprzesz dzisiaj, przyszłość mojaI moje będzie za grobem zwycięstwo!...Legnie przede mną twych poetów Troja.Twe Hektorowe jej nie zbawi męstwo.Bóg mi obronę przyszłości poruczył...»
Chodzi mi o to, aby język giętkiPowiedział wszystko, co pomyśli głowa;A czasem był, jak piorun, jasny, prędki,A czasem smutny, jako pieśń stepowa,A czasem, jako skarga Nimfy, miętki,A czasem piękny, jak aniołów mowa —Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem.Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.Z niej wszystko dobyć — zamglić ją tęsknotą,Potem z niej łyskać błyskawicą cichą,Potem w promieniach ją pokazać złotą,Potem nadętą dawnych przodków pychą,Potem ją utkać Arachny robotą,Potem ulepić z błota, jak pod strychąGniazdo jaskółcze, przybite do drzewa,Co w sobie słońcu wschodzącemu śpiewa...I gdyby stary ów Jan CzarnoleskiZ mogiły powstał, toby zrozumiał,Myśląc, że jakiś poemat niebieski.Który mu w grobie nad lipami szumiał,Słyszy, ubrany w dawny rym królewskiMową, którą sam przed wiekami umiał.Potemby, cicho mrząc, rozważał sobie,Że nie zapomniał mowy polskiej w grobie.Więc nie mieszajcie mi się tu, harfiarze,Którym dziś klaska tłum! — Precz, mowo smętna,Co myślom własne odejmujesz twarze,Dając im ciągłą łzę, lub ciągłe tętna;Wolałbym słuchać morza na wiszarzeJakiej opoki, co, wieków pamiętna,W szumie, jakoby nie w skończonym rymie,Odrzuca falom jedno wielkie imię...
«...cicha, jak baranekNa chorągwi kościelnej...»
Król-kobieta piorunem boskim zastrzelony.Zamiast w koronacyjne, bić w pogrzebu dzwony!
Rady zasięgnąć warto u człowieka,Który się kryje w tej zaciszy leśnej,Pobożny starzec —
...ku ojczystej stronieWracali niegdyś od Betleem żłobuŚwięci królowie — dwóch magów i Scyta.— Ów król północny zaszedł w nasze żyta,Zabłądził w zbożu, jak w lesie, bo zbożeRosło wysokie, jak las, w kraju Lecha.Więc, zabłądziwszy, rzekł: «Wyprowadź Boże!»Aż oto przed nim odkrywa się strzechaKrólewskiej chaty — bo Lech mieszkał w chacie;Wszedł do niej Scyta i rzekł: «Królu bracieIdę z Betleem, a gwiazda błękitnaTwoich bławatków ciągle szła przede mną,Aż tu zawiodła i t. d...
...stąd nasza korona.Zbawiciel niegdyś, wyciągając rączki,Szedł do niej z Matki zadumanej łonaI ku rubinom podawał się cały,Jako różyczka, z liścia wychylona,I wołał: caca!...
Dzisiaj, (mówi on) odrobić chcę całą pańszczyznę,A odrobiwszy całą, żyć szczęśliwyZ drogą małżonką — całą ci ojczyznęWłożę na barki, a, gdy będziesz dźwigałRzeczy i ludzi, to ja się zakopieW zamku, spokojny... Niechby mi dościgałSad owocowy, niechbym małe chłopię,Dzieciątko może na ręku kołysał —O to się modlę... Ty mi zaś co roku,Z tronu do chaty listy będziesz pisał.Niechaj raz na rok spadnie mi z obłokuBiały gołąbek i pod skrzydełkamiPrzyniesie powieść, pełną tych wielkości,Co budzą uśmiech i sen pod lipamiDają smaczniejszy...
«— O Lachy, ja, nieznany rycerz,Nie mogę przesławnemu władać narodowi;Com uczynił, czyniłem nie dla wyniesieniaGłowy mojej — czyniłem to dla szczęścia ludu.— Jam stworzony do ciszy wiejskiej i prostoty;Dla mnie za ciężką była nawet godność grafaI zniżyłem ją szczeblem, pojąwszy w małżeństwo,Zamiast jakiej królewny, ubogą chłopiankę.
...Czemu się ten rycerzDwudziestą laty pierwej nie urodził?Byłem na tronie, to kraj cały płodziłSame poczwary: jak niezdatny snycerz,Który w kamieniach szuka ludzkiej twarzy,I czyni ludziom podobne kamienie.
Ale bez duszy... Czyliż przyrodzenie,Nim stworzy, długo o stworzeniu marzy,Długo próbuje, naprzód tworząc karcze,A potem ludzi, jak Kirkor?
KOSTRYN. Dwóch językami walczyło po mieście,Lud namawiając do boju...BALLADYNA. Gdzie oni?KOSTRYN. (wskazując) Pan Burmistrz Kurjer i Pismo.
Są, którzy uczą, iż dla poezji trzeba przedmiotów, które nie byłyby suche i niewdzięczne... Poezja ta, co, ażeby była poezją, potrzebuje przedmiotów nie suchych i czeka na wdzięczne — nie należy do mojej kompetencji.
Co znaczyłaby ludzkość, gdyby ją kto zmierzył,Jak ona jest i w taką, jak jest ona, wierzył?Co onaby znaczyła, widziana tak szczerze,Jak ją znam i oglądam, nie zaś, jak w nią wierzę?Coby ona znaczyła?Dziewięćset milionówSkazanych na śmierć istot — parę zaludnionychPółwyspów... Oto wszystko — i trup w każdej chwiliZowąd — a zowąd słabe niemowlę zakwili —Oto i wszystko...Ludzkość z takowem obliczem,Lubo to jej oblicze, nie byłaby niczem,Jakby, do samej siebie twarzą poniżona,Przestawała być sobą — wszelako to onaI to własny jej obraz — i ten ją zagładza;Tak ludzkość bez boskości sama siebie zdradza,Aż dopiero, gdy w eter opłynie niebieski,Powraca jej majestat i szkarłat królewski,Aż dopiero widziana, jaką była, bywaI będzie, to, zaiste, jest ludzkość prawdziwa.
Nie inaczej z człowiekiem. Gdy nań kto poziera,Jak on jest i purpurę mu królewską zdziera,Oglądając go lichym od stopy do powiek,Jak pyłu garść rwanego wiatrem... — Cóż tam człowiek!Ale pył ów, odniesion harmonji stworzenia,Kiedy atomem swoim w gwiazdę się zamienia,I wielka rzecz stąd rośnie co godzina, co wiek,Co era — to mówimy wtedy: oto człowiek!
A jak z ludzkością całą, a jak z oderwanieUważanym człowiekiem, zarówno się stanieI ze słowem; to, wzięte odrębnie, cóż znaczy?Niewierny dźwięk, i przywieść mocen do rozpaczy,Tak niewierny, tak kłamny wnętrznemu znaczeniu,Jak zmarłego by poznać chciał kto po dzwonieniu.Lecz tenże dźwięk niewierny dostrojon otwarcieW Grecji do roześpiewu, do milczenia w Sparcie,Do mlecznej drogi proroctw gwiazdami w Judei,Do litery u Rzymian, Słowian — do nadziei...Nareszcie do słów wielkich, co na zawsze nowe,Niczyje, wszędy własne, nigdzie nie miejscowe,Skądsiś natchnione duchem... Dopiero takowąZmierzone próbą, wybrzmi ta rzecz wielka — słowo!
Najmniej-bo znaną rzeczą, lub znaną najbłędniej,Bywa słowo. Nałóg je codzienny podrzędniI rozlewa, jak wodę, tak, że niema chwiliNa globie, w której nieby ludzie nie mówili,A jako w gospodarskich zaprzętach bez końca,Nieustanniej się wody używa, niż słońca.Tak i słowo brzmi ciągle i ciągle jest w ruchu,Bardziej, niż światłość jego, promieniąca w duchu,I, gdy wciąż wszyscy mówią, mało kto się spyta,Jaki też jest cel słowa? Jak słowo się czytaW sobie samem?... I dziejów jego promień całyRozejrzeć mało kto jest ciekawy, zuchwały.
A jednak — niechno wolność mowy kto znieważy,Ten sam, co nią pomiatał, głośno się uskarży,I będzie mówił: «Jako? Wszak słowo jest wolne,To, co pierwej, jak kwiaty sam deptałem polne,I nad którem śród licznych zatrudnień hałasuNieco się zastanowić zbywało mi czasu!...»Tu cóż powiem?... I czyliż, od tych mniemań oto
Spółczesnych rozpocząwszy, snować mam nić złotąAż do świtu, gdzie pierwsze są mowy zaczęcia,Lub odwrotnie? Sam nie wiem. Szkodzą mi pojęciaO człowieku od strony, gdzie blask rajskich progów,Zaś od spółczesnej strony huragan nałogów.Z obu krańców dwie chmury; kierunkiem więc trzecim,Orfejskirm, pójdę, którym, choć wątpimy, lecim,A który nieraz w tęczę mieni chmurny temat,By ludzie o nim rzekli: «To nic, to poemat!»
Przypomnę, jak bywało za czasów prawdziwieWieszczych; co zmarłe uczczę, co kona ożywię.Lat sto tam, ówdzie rzucę, drugie zaś sto minę,Idąc za gwiazdą, która nie świeci godzinę...Rzeczy nudne wytoczę... Albowiem szanowniPoprzednicy, poeci, pisarze wymowni,Ośpiewali już wszelki dźwięk ojczystej ziemi,Źródło każde i brzozę z włosy zielonemi,Wszelaka stokroć polną, każdy liść stokroci,Tęczę — rosę — i promień zorzy, co je złoci; —Tak, że mnie nie zostało, jedno mieć na pieczyProsty, spólny interes pospolitej rzeczy
Mędrcy dzisiejsi głoszą, kto powolny słucha,Że człowiek jest następnem ogniwem łańcuchaStworzeń ciągu, że łańcuch ten wyjrzał człowiekiemPonad kryształ i koral i pierś zdętą mlekiem,I że tak się stał czlowiek, istnienie, spotkaneW logicznym ciągu rzeczy — d’une manière spontanée.Żart wywinąć z doktryny tak wielce misternejI tyle kosztującej prac, byłby żart mierny.Sprawdzić ją? Nie dopełnia się tego w godzinę,Pominąć? — Niepodobna — przeto nie pominę,I wypowiem, że stoję na polu przeciwnem.Będąc wiernym podaniom ludzkości naiwnym;Zaś, czemu wiernym jestem, nad tem się rozszerzyćZechcę, by nie myślano, że śmiem lekcewierzyć.(Lekcewierność zewszechmiar wiary jest daleka,Obrażająca godność prawdy i człowieka).
Nie!... Człowiek był wytwornym i ludzkości prologW raju jest — tam pomniki... kędyż archeolog,Któryby te dalekie, te wysokie kartyPodjął i jako napis przeczytał zatarty?Gdzie słuchacz, czytelnik gdzie?... Dotyla jest względny,By się nie dał uwikłać w tak wiedzy podrzędnej,I pomnił, że na puszczy wiatr dziś równie szuka,Jak badacz, a z ruiny czerpie całość sztuka.
Toć pasterki z Bretanji z drujdycznych napisówPrzejęły haft ubrania i szyły z abrysówNieczytelnych barwienia na gorset jedwabne,Z niezgrabnych grobów biorąc uwdzięczenia zgrabne.Ruchów wiele i wszystkie tańce narodoweSą to zmienione rytmem gesta obrzędowe;I jest pomników w życiu więcej, niźli któryArcheolog je marzył, chciwy na marmury.Bynajmniej śmieszną rzeczą znaleźć kształt mamuta,Kopiowany z natury przez spółczesne dłóta...A cóż dopiero, gdyby kto nie szukał w ziemi,Lecz w kronice, głoskami pisanej żywemi.Tu zaiste poezja czynny udział bierze,Gdy natchnienie «wiem» mówi, wiedza mówi «wierzę»I, kiedy archeolog, nie idąc za trafem,Poczyna być sztukmistrzem, a nie fotografem.
Ludom zwłaszcza północnym wielka stąd nauka:Cóż Grek w Tartarji znajdzie, jeśli, jak Grek, szuka.Swoja własna metoda jest aktem własnościBez niej nie mieć nie można, nawet dziadów kości,Nic!... Tu przerwę uczynię...Lecz własna metodaBez ogólnej, człowieczej, chciałbym wiedzieć, co da,Gdy do wrażeń tych samych nałożone okoZeślizga się po swojskiem, w nowe tkwi głęboko;I, kiedy tak jest, człowiek uwłaszczon sam w sobie,Że mówi: «Nie znam ręki, pokąd ręką robię,Ani oka, gdy silnie w przedmiot się zapatrzę».Zaiste, być aktorem, trza być i w teatrze,Oderwać się od siebie i wejść w siebie, słowém,Aby być narodowym, być nadnarodowym!I aby być człowieczym, właśnie że ku temuByć nadludzkim, dwoistym być, a jednym — czemu?
Czemu na wstępie w życie nie jest przyrodzonaDwoistość ta, tak trudna, tak nieunikniona?Lecz otrzymana sztuką życia i rozwagi,Potrzebna wpierw, nim człowiek dostrzegł, że jest nagi,Lecz napotkana później i później o wiele,Jakby, niżeli środki, wprzód istniały cele!
Czemu tak mało ziemi co krok dookołaWidzim, a niebo całe jednym ruchem czoła,I czemu człowiek, na świat wchodząc z sobą niesiePokarm matki, coś włosa, którym okryje się.Rąk dwie, jako narzędzia, dwie nóg do biegania,Zadatek wszystkich potrzeb, wszystkich — prócz mieszkania?Powiadają, że on się kształtuje stopniowo,Że stopą jest dzisiejszych, co wczorajszych głową,I że raczej upadku logiki jest echem,Niż upadku człowieka, to, co zwiemy grzechem.Jeżeli tak jest, czemu kamienne siekiery,Naczynia i co tylko z pierwszej mamy eryZebrawszy — nie przedstawia postępu kształcenia,Ani się potęguje, ni w łańcuch spierścienia?Od pierwszej bryły myśli, która (uczą) byłaW człowieku, tak, jak matka człowieczeństwa, bryła!Topór w zrobieniu swojem jest raczej odmienny,Niż mniej kształtny; artysta dzisiejszy go zdołaWziąć na wzór rzeczy wielkiej, nie beztwórczej — zgoła.Tam jest skąpstwo rzemiosła, nie jego dzieciństwo.Tam jest prędzej styl wielki, niźli barbarzyństwo.
Przy takowym toporze i tak urobionym,Jak wielka myśl bez ozdób byłem zadziwianym,Widząc kolję niewiasty z paciorków pierwotną!Więc są kolje pierwotne?... Więc człowiek naturySzukał jakiegoś piękna ponad piękno skóryZmysłowe i nie zaczął od potrzeb bez wdzięku?A mówią, że i słowo poczęło się z jęku.
Jeśli tak, radbym wiedział, skąd ludzkość wie o téjJakiejś wolności słowa, którą krwie i potyPrzez wszystkie lat tysiące okupują próżno,A która jest niewolą, wedle epok różną,I której nikt nie widział królującej święcie,Lecz kto śmiał kiedy wyrwać z duszy jej pojęcie?
Nie! — Człowiek nie dopełzał zwolna człowieczościOd nijakości jakiejś, nicości i czczczości,Od najniższej tu rzeczy — bo, gdyby tak było,Toć są globy daleko, mniej wytworne bryłą,I od naszego niższe... gdzież nareszcie atom?Najdoskonalej marny, wyrwałbym tym światom.Nie! Człowiek — całym powstał, zupełnie wytwornym,I nie było mu łatwo być równie pokornym,Bo cały był i piękny... i upadł... Dziś praca
Coś w nim trawi, kształtuje i coś mu powraca,Dziś znamy wstyd, co każe stosować się ciałuDo czegoś nieznanego... (to do ideału)OziśDziś czujemy lenistwo... (to z raju roślina,Co, bez prac radząc tryumf, tryumf przypomina).Nic z pierwotnych tych epok wcale nie zginęło.Żyją stare religje, pierwsze ducha dzieło.Do dziś są Sabeiści i do dziś Szamany,I fetyszyzm; gdzie pomnik lepiej dochowany?
Cóż sabeizm, szamanizm, fetyszyzm nam głoszą?Że religje nie z pyłu się wgórę podnoszą,Lecz z gwiazd dżdża u Sabeów — z wnętrza monologuU Szamanów — z konpunkcjji w amulecie-boguU fetyszystów — słowem, że człek tu przychodniem,Nie znał gdzie jest, poglądał co nad nim, co pod nim,A potem rdzenia własnej samotności szukał.A potem w wyobraźnię, potem w granit stukał,Aż mu wyjrzał bóg-fetysz z głuchego granitu.Ten sam, co był w sumieniu i gwiazdach u szczytu,Ten sam, co jest.Nieco poglądając dalej,Czas rozwionie, prawda się w źrenicach zapali,Otworzy się sklepienia i wzroku budowa.I oto nagle widzi-m pierwszą kartę słowa,Pierwszą widzim literę z harmonji stworzenia,Ogromne A podziwu świata i sumienia!
Litera wcale nie jest, jak tuszy niektóry,Czemś dowolnem, co nie ma swej architektury,Ani uzasadnionem na pierwiastku wiecznym;Stara, jak słowo, ona czyni je stateczném.
Tu należy znać, co jest wygłos i milczenie,Spomnieć, że: istnie niema strun, raczej strun drżenieNieustanne istnieje pewniej, niźli struny,Które się akordami wciąż niosą w bieguny.Tak, słowo jest w człowieku akordem atomu.Nieustannie człek mówi — jak milczy, to komu?Nie duchowi, ni sobie, ni wewnętrznej pieśni.Słowo, niźli narzędziem, celem było wcześniéj.I tak jest dziś. Tu słowa uzasadniam wolność:Nie przez pisarską jaką replikę i zdolność.
Dlatego to jest wolne słowo, jak stworzenie.Dlatego to wymownem być może milczenie,Dlatego nad wykrzyknik jedno mgnienie okaDonioślejsze. Jest cisza płytka, jest głęboka...Dlatego z wielu figur wymowy, na scenieNajsilniejszą przestanek — głosu zawieszenie.I cisza stąd daleko jest szerszą w swej gamieOd gromu, który cały horyzont połamie.Dlatego to nareszcie wiemy doskonale,Że, choć mówi się: «Proza» — prozy niema wcale.I jakżeby być mogła, skoro są perjody,Dwukropki, komy, pauzy? To jest bruljon Ody,Nienapisanej wierszem. Proza jest nazwiskiem,Które, jak zechcę, głosu odmienię przyciskiem.
Dziwnie wielki Mojżesza stilus w jednem słowieKreśli początek, ludzkiej założony mowie.Oto — mówi — Przedwieczny przywiódł przed człowiekaBydło, zwierzę i ptastwo powietrzne — i czeka,
Aby je wszystkie przezwał ich imieniem własném...Nie można być, doprawdy, kolosalniej jasnym!Dwie albowiem przyczyny tu w działanie wchodząSłowa się po sprawdzenie odnoszą, gdy rodzą,Swoją zaś ścisłość mierzą natury obrazem —Są prawdy, z ducha i są z litery zarazem.Wszechmądrość i sumienie, jak słońce z zwierciadłem,Rozejrzawszy się, ciska promień abecadłem...Garbate G w pisaniu starych SamarytanJest «Ghimel» wielbłąd, «nun», jest jako ryba czytan.Wszystkich języków jeden początek źródłowyDo dziś widny — bo wszędzie jedne części mowy!Długo stąd inwokacje na pierwszej stronicyKsiążek: do muz na górze i do prawd rodzicy.(Co zmieniło się potem przez praktyczność czasów,Nie muzy inwokując, ale mecenasów...Dalej nareszcie pieczęć tam siadła cenzora,A dziś miejsce to zajął portret autora).
Ślad wszystkich słowa epok i wielu tajnikówPozostawa i snowa się... I tych pomnikówNieczytelnych... lub, jaśniej powiem, nieczytanych,Lub jeszcze jaśniej rzeknę: tych niedomniemanych,Sporo jest dotąd, lubo i te coraz bledną...
Naprzód mędrzec-pustelnik wszędzie znaczy jedno!...Ten dziś w Indiach za główną tradycję uważa,Że sam sylabę świętą ustawnie powtarza,Świadcząc, iż słowo rytmi nieustannie w duchuMową — raz bliżej oku dostępną, znów uchu.Z takim to Macedoński Aleksander mówi:Ale on pojrzał w czoło Jowisza synowi,W złoty oprawne kirys i nic nie powiedział,A potem wstał, na miejsce pojrzał, gdzie był siedział.I bosą nogą w prochu poziomym zaorałI zamilkł; Grecy powieść pojęli i morał.Ten jest pomnik pierwszego słowa monologu.Gdy mniej znało się z ludźmi być więcej jak Bogu,I będąc sfinksem, światu naczas wynalazłoCiemną zagadki formę, jak hamulce na zło,Przed którym zastanowić się musiał koniecznie,Próżny człowiek nie nawykł rozmyślać statecznie.Nie było społeczeństwa — nie było rodziny. —Wgórę szło wnętrzne słowo, na poziom szły czyny:Człowiek się nic bliźniego duchem nie zajmował,Kain odparł był: «Nie wiem, gdziem brata pochował».A pierwsza śmierć wydała się, jak bóstwo nowe,Nieodwołalnie silne, i zziębiła mowę.Aż do czasów Enosa, gdy duch z monologuWyszedł i rozpoczęto zbornie śpiewać Bogu,I zabrzmiał chorał pierwszy.Tu wewnętrzne słowo,Wdziawszy na się obrządek, zakwilnęło mową,I w tym je stopniu widzim wychodzące z arki,I nie brzmiało inaczej między patryjarki,Aż do czasu, gdy coraz to szerzej zewnętrzneStawić sobie chce miasto Babelu napiętrzne,I o ile wpierw było w monologu schnące.Jako zbujale drzewo, wątpliwie kwitnące,O tyle teraz całe się nazewnątrz niesie,Już ma dość, gdy wie, jako podrzędną rzecz zwie się,Aż właśnie (podług dziwnie pięknego podania)Z wewnętrznych poszły przyczyn mowy pomięszania.
Odtąd dwie są doktryny: jedna z ojca w synaTestamentem tradycji wewnętrzna doktryna,
Druga zaś dla dalekich krewnych i czeladziLub podróżnych, skoro je w namiot traf sprowadzi.Ta zewnętrznie odbrzmiewa pierwszej, jak w orzechuRdzeń ma się do łupiny, jak słowo brzmi w echu.Podobieństwo zależne formą od ilości:Im pokolenie większe, tem większe różnościDoktryn dwóch; aż nareszcie zgodzić się nie mogąI dwie tradycje, każda swoją idzie drogą...Stąd Mojżesz, stąd Prometej, o dobie tej samejNiebieski biorąc ogień dwojakiemi bramy,Skoro jeden szemraniem ludu jest trapiony,Drugiemu sęp wnętrznoście maca codzień szpony.Stąd tam, ówdzie są mitów ciągłe podobieństwa,Walki też same, cudy, znaki i męczeństwa,Które, nie wie geograf i chronolog nie wie,Czemu jedne a różne, jak liście na drzewie.
Mąż, czoło pokolenia, nietylko już samemSłowem, przez spadkobierców obcuje z Adamem,Lecz ważne miejsce nieraz naznacza kamieniem,Gwóźdź zabija, by świecił stałem przypomnieniem,A szeregi tych gwoździ, nieraz rdzą wytarte,Inicjowany czyta jak pisaną kartę —Z tego to najwytworniej kształci się w EgipcieTa kabała, co do dziś widna w hieroglipcie.«Hiero-gliptos» tłumaczy się «dawne narycia»,Ćwiekowate zaś pismo jest od gwoździ biciaI Eklezjastes ciemne dla nas porównanieGłosi o prawdach, że są «jako gwoździe w ścianie».
Tu doszedłszy, od ziarnka słowa i literyAż do mowy i pisma i Mojżesza ery,Kiedy się z góry takiej obejrzę dokołaWidzę, że świętość słowa pierwszą jest, co woła,Celem będąc zarazem i środkiem — zaś dla niejLitera jako przestrzeń i czas wśród otchłaniI że, jak harfy niema, ani w harfie struny,Coby nie grała ciągle swojemi bieguny,Choć brzmień tych ucho ludzkie nie zna, lecz ocknieniePtaszyny, popłoch muszki, pyłu przerażenie —Tak w duszy człeka słowo i tak w dziejów tokuW biegunach globu tego, w świetle na obłokuWe wszechładzie, wszechtonie słowo nieustanneMiarkuje się i rytmi i śpiewa hosannę.Dlatego, jeśli kiedy ciężarność zmysłowaWątpi, lub nie powiada:: «Wierzę w wolność słowa»,To apostolskie «credo» podobnież nie ruszy,Że nie mówi się: «Wierzę w nieśmiertelność duszy»,Lecz, że mniej utwierdzony akt wzmacnia wyznanie,I że się mówi: «Wierzę w ciała zmartwychwstanie».
Doszedłszy tu, ten samy palec, co w BabeluUzewnętrzniałe słowo nawrócił do celu,Widzę nie już w ruinie, lecz w budowy planach;Mojżesz wywiera czynem wpływ na Egipcjanach,I dlatego Aaron ma słowa potęgę:Na zewnątrz miecz, na wewnątrz podejma duch księgę.Słowo jest odtąd pełne tem krąglej, że miałoNiezadługo już zpsalmić go w epos doskonałą,I na zewnątrz, gdzie drama lub codzienne czyny,Parabolę w kształt zwierzchniej postawić doktryny,Wewnątrz pod lekkim cieniem przeźroczystej palmyZłotą harfę Dawida, rozgorzałą w psalmy.
Myślałby kto, że wszystko bliskie dopełnienia,A to zaledwo pierwsze wyzwolały brzmienia;
Lud, nawykły się karmić zewnętrzną kabałą,Chce egipskiego cielca — rzeszy grube ciałoTłoczy wewnętrzne słowo i znów zamięszanie.Cóż dopiero... gdy szerzej obejrzysz się na nie!
Tam, na krańcach obszaru błogosławionegoPrometej ogień poniósł — dla kogo? Dla czego?Co dnia bok mu rozdarli, a skoro mistrz słowaTaki, jak Orfej... serce takie... taka głowaI taka pieśń powstanie, to w jednej wieczerzyRozwarkoczonych kobiet, którym naród wierzy,Zginie.
Solon, późniejszy, chóru nie zrozumie,Teatru się ulęknie, mniej mądry, gdy w tłumie,A objawiciel Sparty uzna za stosowne:Czcić to, co energiczne, hańbić, co wymowne.Fryg Ezop z obosieczną formą apologuZdałoby się, że wytrwa, bo chytry i w progu,Ale i tego widzę, że na skały kraniecPcha rzesza parazytów, pcha delficki taniec,Aż wygiął się nad otchłań i stopę usunął:Wzleciał spłoszony orzeł... bajkopisarz runął!
Gdziekolwiekbądź wewnętrzne słowo ucierpiało,Szedł potwór, który wietrzył, aż utyje ciało,Szła hiena niewoli... Niedługo czas złotyKwitnął Dawida harfy, promiennej, jak cnoty,Gdy on w pieśń uszykował poetyckim jawemTo, co zaciosał Mojżesz rutyną i prawem.Dwadzieścia cztery chórów szło z nim, jak do bitwy,Cztery tysiące głosów śpiewało modlitwy.
Żaden lud nigdy, nigdzie i nie miał nie maTakiej pieśni, jak «Psalmy». Każda przy niej niema.Niezadługo myśliłbyś, że słowo na tronieZajaśnieje: już widny przebłysk w Salomonie,Już są księgi, jak Hiob, są już przysłów zbiory,Wzamian sobie zagadki dają autory.Zdałoby się, że druku potrzeba im nieco,Alić fenickie nawy rozwioślone lecąI na cały świat niosą wiedzy błyskawice,Zarzucając alfabet i srebrne kotwice.
Homer zdala, przez wieki cenion za dni onychŻył, ale czy dotykał wawrzynów zielonych,Jeśli nie wiemy dotąd gdzie i w stanie jakim,Ani czy rzeczywiście był ślepym żebrakiem?Wszelako, że rycerskie ośpiewał herbarze.Słynniejszy od Hezjoda, co sławi ołtarze.
Tu trzeba już wziąć ściślej znaczenie wyrazu.Parabola jest obraz, pieśń jest duch obrazu;Słowo, brzmiąc nieustannie, z przestrzenią i czasemZnosi się — obraz każdej myśli jest nawiasem;Dlatego samorodnie nieraz paraboleLudowe zakwitają jak ugoru pole,Całe bowiem stworzenie sklepi się obrazem.Człowiek, myśląc, maluje i śpiewa zarazem.Wyraz «jako» jest pendzlem lub dłótem tak samoJak głoska «O» jest nutą, a spółgłoski gamą.Słowo więc całość swoją od początku niosło,Rozwinęło je tylko uczone rzemiosło.I od początku była część zewnętrzna słowaI wewnętrzna — jak wszelka świątyni budowa.Duch miał czem się nazewnątrz wyrażać, lub wgóręMonologiem podnosić — miał architekturę;Lecz budowa, gdy części w ciążeniu się miną,Czołem zapada w ziemię i sterczy ruiną.
Gdziekolwiekbądź wewnętrzne słowo ucierpiałoSzedł potwór, który wietrzył, czy utyło ciało,Szła niewoli hiena... Już po Salomonie,A ledwo jutrznia prawdy błysnęła na tronie,Zewnętrzne bałwochwalstwo znów uciska ducha,W powietrzu dźwięk daleki, jak kajdan łańcucha,I świst bicza powózek assyrskiej szarańczy.Kto słyszy — drży, kto nie śmie słyszeć — gra i tańczy.Cóż stało się z świętemi wnętrznościami słowa?Gdzie ład nastroju pierzchnął? — Gdzie słowa budowa?Gdzie mąż, niewiasta, kapłan? — Gdzie chóry i czeladź?Źródło — zdroje i puhar — i wiedza, jak przelać?Sen i jaw, myśl i forma, wygłos i milczenie,Świętym targnione gwałtem, nurtują sumienie.Dwunastoletnie dziecię powstawa prorokiemI senatorów sądzi z zaiskrzonem okiemUchodzących... To Daniel!... Jeremias, pacholeCzternastoletnie, z wielką smętnością na czoleOgląda się — dno czasów widzi, mija pozór,Grożąc, że niedaleki Nabuchodonozor!...Brody jeszcze Ezechiel nie ma między jeńceSpółświęte, umęczony przez spółpotępieńce,Którzy go popychają w babilońskim tłumie,«Bądź przystępnym — wołając — kto ciebie zrozumie?»Najjaśniejszy Izajas przez roku półczwartaNagi, postacią ciała, jak pisana karta,Głosi, by wyczytano z niemej jego twarzy,Jak ziemię i lud zniszczy tyran i obnaży.Gest — na literę, ciało swe — na parabolę,Jęk oddają na wygłos, gdy duchowi — wolę;A lud twardo im milczy, lub niewczas się kruszy,Rzekłbyś, że duszy Stwórca chce zwątpić o duszy!
Stan taki Słowa jako swe ogłosi cudy?Co dokona u siebie, pocznie między ludy?Tyran rozegna jeńce pod zakresy świata,Pomiędzy barbarzyńce pójdzie wieść skrzydlataI księgi się na grecką upowszechnią mowę,Zatwardziałości ulżą międzynarodowe.Postęp czekać nie będzie na ochotę człeka,Przejdzie mimo, niech serce krwawi się i czeka!Tymczasem wewnątrz chaos ducha tenże samy —Łamią się wodze, partje, świątynie i bramy.Patrz, gdzie zawisło Słowo! Dwa stronnictwa zbrojne,Dwoma obozy stając, znają jeden — wojnę!Ci i tamci wołają Oniasa proroka,By, śród których stanąwszy, wziął klątwę z obłokaI cisnął na przeciwnych... Zatrzymał się starzec,Pojrzał, przykląkł — i naraz odgadnął, co ma rzec:«O! Wszechprzytomny! (mówiąc) Ponieważ z tej stronySą męże Twoi, z tamtej Twój lud uzbrojony.By krwawił rzecz w rozdarciach jałowych i długich,Błagam Cię, nie wysłuchaj ni jednych, ni drugich!...»Tu przemilkł. A pocisków grad z dwóch stron uderzyłI oblicze mu strzaskał, iż go nie uśmierzył.Koniec słowom!...Na całym świecie pozostałoJedno pragnienie wielkie, by Słowo się stałoI aby wiek zakwitnął pojęcia się wzajem.Czem sprawi się to?... Berłem? Prawem?Obyczajem? Słowo już swoje wszystkie zyskało potęgiOd psalmodji wewnętrznej — do mowy i księgi.Ma pieśń i parabolę, zagadkę, przysłowie,Dialog, dramę, epos, prawidła w wymowie.Ma harangę i powieść, wreszcie romans grecki,Pamflet i panegiryk senatu, szlachecki...Raz nawet już stanęło u kresu dojrzenia:Poczuło, że jest także i wolność milczenia,Nietylko wolność Słowa... Tę zaś nową racjęLud uwiadomił rzymski przez manifestacjęNa Monte-Sacro, idąc w porządku i grozieTakiej, że epopeja zdziwiła się prozie...
A senat wysłał męża w todze, by ludowiBajkę rzekł i w tej bajce: co senat stanowi.
Gdy więc od wniebogłosów, gdy więc od natchnieniaSłowo objęło wszystkie tony do milczenia,Cóż nie powie, nie skreśli? — Czegoż nie wyczyta?Dwojga mu brakło tylko: Spiritus et vita.
Augusta wiek, tak zwany złotym, promienieje...Wszelki pracownik słowa iści swe nadzieje.Jakkolwiek do dziś jeszcze nie znamy przyczynyDla której Owid smętne nawiedził równinyBez zielonego lauru, lecz w burce tułackiej.Ani gdzie zmarł ów pierwszy poeta sarmacki.Wiek Augusta... to tryumf... to pokój... a przecieSam Horacy ze świątyń każe wynieść śmiecieI głos jest, że najeźdźca zetrze Romy głowęW popiół, na którym konia wyciśnie podkowę...Tymczasem słowo w pełni swej jaśnieje światu,Nawet ma i naczynie złote mecenatu.Czegoż mu zbywa jeszcze, skoro wynalazłoSamą prozy potoczność i użyło na zło...I wszystko ma od niebios szczytu do niziny,Gdzie oliwa zielona, gdzie gęste wawrzyny.
Przyszła nareszcie chwila ciszy uroczystej,Stało się — między ludzi wszedł Mistrz WiekuistyI do historji, która wielkich zdarzeń czeka,Dołączył biografję każdego człowieka,Do epoki — dzień każdy, każdą dnia godzinę,A do słów umiejętnych — wnętrzną słów przyczynę,To jest intencję serca... Więc zstąpił sam na dno,Zawładnął, nie jak króle i uczeni władną.
A teraz co?... Czy tylko cierń jego korony,Czy tylko wstydem słońca horyzont przyćmiony,Czy tylko szrama wielka na skale rozdartej,Grób pusty — kamień ziemi trzęsieniem wyparty,I rozetkniętych krzyżów tysiące tysięcy,I wieków dziewiętnaście... I cóż? Czy nie więcej?
Nie! Odtąd jest rzecz, światu nieznana staremu:Punkt wyjścia, szlak, i siła, i wiadomość, czemu.Wiemy odtąd, że stary świat nie postępowałAni szedł... lecz pochłaniał się i grawitował.Zmienione są niebiosa, ziemia odmieniona,Nie sama boskość, ludzkość ludziom objawiona.Ogół stał się... a słowo co ma począć dalej?Z wewnątrz nazewnątrz czy się język zapaliTak, że usłyszą wszystkich ludów pierwocinyOjców mową zbliżenie tej spólnej godziny?Słowo każdego już jest poczęści zbiorowe.Osoba jakaś wielka jest gdzieś w społeczeństwie:Czoło ma w gwiazdach, stopę czerwoną w męczeństwie.Grek mówi: «To i Grecja...» powiada Rzymianin:«To i Roma...» «I Polska» wykrzyka Słowianin.«Miecza tylko!...» Mahomet zawołałby we śnie,«Druku tylko!...» kto inny, zarówno niewcześnie,«Miecza tylko i druku!» tam i sam przez wiekiWołaliby młodzieńcy (wracali kaleki!)A twarda dziejów bryła szłaby równem tętnem,Wiecznością grożąc silnym, mądrością namiętnym.
Słowo już mnie człeka w jeden ogół zlewaćNauczyło go jeszcze razem się spodziewać,
Poczuć osobę trzecią, co z nim zamieszkała —Lecz istnieje punkt wyjścia: nie sam człowiek działa.A jako ów, co wolno po równinie chodzi,Ruchy swoje odmienia, gdy jest z wiosłem w łodzi,I chociaż niemniej woli, lecz inaczej woli,To się oprze na sobie, to się usymboliI fale gestów swoich podda żywiołowi,Spłynie z nim, potem nad nim znów się zastanowi:Tak słowo, historyczną przyjąwszy potęgę,Oprawiło się w ducha moc i w dziejów księgę.
Już w Grecji, umiejętnem pismem znamienitej,Ścielono nogom Pawła pargamin rozwity,I ołtarze mu w Listrze słuchacze namiętniStawić chcieli — już słowa grom w powietrzu tętni,Gdy mąż ów, cały prawie świat obiegłszy stary,Spór znalazł w Antiochji o literę wiaryI, takowy rozstrzygnąć że sam nie był w stanie,Szedł, gdzie Piotr, Jan i Jakób czynili zebranie,I gdzie się wolność stalej niż kiedy wysłowi,Mówiąc: «Zda się godziwem Świętemu DuchowiI nam...»Oto jest złota wolności korona!Większej nad tę nie było i niema — to ona!Słowo wróciło w ducha i stało się całeW człowieku i w zebraniu równie doskonałe.Odtąd przez wieki żadna nie błysła nam nowość,Tylko różne języki przez różną miejscowośćSpadkobierstwo przyjmują, lub szerzą dobytek.Wolność w użycie wchodzi, w prawo jej użytek.Tam, owdzie, jeśli rzuty zbrojnego ramieniaMogą przyćmić tę światłość, słońce się nie zmienia,Wszystkie potęgi słowa są wciąż działalnemi.Jak wielu strun, od niebios napiętych do ziemi;Jeśli gdzie gwałt się chmurzy, to w przejściu takowemŚwiętość słowa rycerskiem odzywa się słowem,Wnętrzny monolog cisze uprawią klasztorów,Drama chwilowo zmilknie przez doniosłość chorów,Lecz gminny żywioł łyska pozornym zamętem,Parlament nazywał się pierw «parabolmentem»Od wyrazu gminnego: i wyszedł powoliZ postaciowej sprawy — ludźmi... z paraboli!...Króle, zatargi sądząc pod dębem, śród gminu,Zeszli do przypowieści... te — do praw i czynu,I oto dziś...Cóż słowo to parlamentarneSpełnić ma?... Wielkie słowo, społecznie ofiarne,Trawiące, jak świątynia niewidzialna w tłumie,Co brak jemu, gdy ludzkość się już łączyć mnieI mogłaby nieledwie chórem zabrzmieć tkliwie?Prawda, ależ czy mnie różnić się godziwie?
Człowiek, aby się różnił, że ma zbroję całą,Nie dosyć jest — rozdarcie w sercu pozostało.Zbroją czystszą, gdy tenże razem jest znamieniem,Symbolem, z sercem całem i z całem sumieniemPonad siebie sam będąc, jak orzeł legionuSrebrny, biały i zimny, choć ma krew u szponu,Chociaż, gdzie skrzydłem skinie, tam wieńce lub włócznie,A on nad sobą zawsze w obowiązku spocznie.
Jakiż jest bowiem słowa cel i arcydzieło,Jeśli nie to, by ludzkość wszelaką przyjęło,A dotrzymało boskość i świeciło astrem,Złagodzonym wytwornej lampy alabastrem.
Ten tylko ma swe serce, który go używaIle ono jest sercem i tak się odzywa —Ten podobnie z energją całą może działać,Kto razem zdolny mieć ją i razem nią pałać.Nieszczerość stąd pozorna, prawda, lecz szczerota,Choć jest powietrzem cnoty, nie jest żadna cnota,Ona jedyną chwilą cnoty tryumfalną,Gdy wykrzykuje: «Patrzcie, jam dzielną i walną!»
Ten się nareszcie różnić potrafi ofiarnie,Kto i symbolem zdoła być parlamentarnie,Tem szczerszy, że w całości zdanie wypowiada,Nawet gdy nic nie mówi, powstawa lub siada,Będąc nietylko ojcem swych słów, lecz i synemI duchem — i dopiero uroczystym czynem!
Jeśli więc tak być mogło, kiedy mówców ustaZnały już wszystkie formy, za czasów Augusta,Że stał się głos, co słowo zewnętrzne zasmuciłDo wnętrznego zwróciwszy, i kartę przewrócił,Mówiąc: «Jak chcecie głosić budujące treście,Gdy w głębi serca sami niedobrzy jesteście?»Tedy i dziś, i teraz, i wszelakiej doby,Mimo druk i dzienniki (dwa nasze sposoby).Skoro ten druk — to pieniądz, a ten pieniądz — siła,Jak chcecie, by się wolność słowa rozszerzyła?...Jeśli i te wyrocznie, które prawdy głoszą,Niewysłowione w sercach niewole ponoszą,Heroizm sam jeśli jest rolą bohaterów,Nie powietrzem i szkołą ludzkich charakterów,Czytelnik jeśli czyta własne w autorze,Księgarz własne kartuje, każdy żnie, nikt orze,Pokąd, co jest na czasie, zwie się dobrem wtedy,A książki się ścigają, jak welocypedy...
Tamten powiada «wolność», ale ruchem nogiŁańcuch kryje, co wlecze mu się u podłogi.
Ów mówi «szczerość» głosem wcale nie skłamanym,Lecz ani spytał, czy on w sobie oszukanymCiosy ciężkie, na które niech nikt nie na rzeka,Bo pozorne i znane, gdy widne zdaleka;Ale, który to pisarz, księgarz i czytelnikTą się zabawi rzeczą, kiedy to nie zielnik,Złożony ze stokroci i tych roślin wonnych,Które kwitną u wieszczów w ich rytmach bezzgonnych;Kiedy to nie jest żaden z tych złotych pejzaży,Gdzie babilońska wierzba nad wodą się skarży,Dłoń załamując białą na skronie — ni owyPoetyczny dąb, ani jesion romansowy.Ani zieloność miękka, ni bluszcz grobów syty —Tylko spólny interes rzeczypospolitej!
Jako przez czasy wszystkie w sposób wielorakiCierpiało ucisk słowo, cierpi dziś: lecz w jaki?Tu pytanie, na które pełno gdy odpowiesz,Tyle więcej się wzmożesz, ile więcej dowiesz.Przeto zdala od żółci i wszelkiej przysadyPowiem treść i świadczące codzienne przykłady.A naprzód, by obłędną myśl wprowadzić na tor,Zeznam, iż dzisiaj autor i wulgaryzatorSiły dwie, dwa kierunki i dwa jak wiek wiekiZamieniwszy na jeden, jest jeden kaleki!Jeden głównie kierunek, żeby jak najskorzejOświecić masy — tanio, jak można, choć gorzej,Choćby zrubasznić prawdę, lecz uczynić wziętą,Zniżyć o sto, to będzie sto więcej pojętą!...Zniżona tak, zaczerpnie namiętności kału.Potem się wyprze ojca swego, ideału,Lecz szeroką się zrobi, jak pożar, a iluPojrzy na łunę, rzeknie: «Co za jasność stylu!»
Aż śmiech bierze (podobny Annibala śmiechom)Przyznawać autorstwo — komu? Pieśn echom.
I dowiedzieć się, ile wiadomość jest nowa,Że nie są jednem słowem dwa odmienne słowa,Że przepisarz, opisarz, spisywacz, stenograf,To nie autor, rzeźbiarzem, że nie jest fotograf,Ani mówcą lakońskim każdy abrewjator...Dwie to ręce — autor i wulgaryzator!
Autor, słowo greckie, ciemne i magiczne;Wulgaryzator, rzymskie, jasne i uliczne.Nie idzie o to, które z kolebki lub trumny,Lecz że to są dwie struny. I że muzyk umnyNie naciąga dwóch w jedną, tylko człowiek dzikiBrzdąkający, jak Marsjas lub pijane z Frygji.
Powiadają, że boski Mistrz równie był jasnyDla mądrych i maluczkich (dopisek to własnyDo ewangelij czterech, nie wiem, z której wzięty).Któż mniej od Zbawiciela bywa tu pojęty?I czy On wszystkich uczył równo parabolą?...Dziś w ewangeljach nawet czytają, co wolą,A czego wcale niema — lecz co tak się czuje,Tak czyta, jak się puści i zwulgaryzuje.
Autor idzie w ciemność, by wydarł jej światło,Wulgaryzator w jasność, by rozlał ją na tło.Dwa kierunki, pozornie różne i czasowoSprzeczne, jako litera praw i duch jej: słowo,(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,Że, gdy jedni jasności, ów ciemności szuka).Szczęśliwi, którzy z rąk dwóch jedno skrzydło robią;Prac widać dokończywszy, zasnąć się sposobią;
Lecz, kto tworzy, ten wielkim i samotnym losemNiesiony jest, gdzie twórczość, więc blisko z chaosemDwoma ramiony w cienie nieustannie godziA ile rozdarł, łyska coś, grzmi, coś się rodzi!...To autor... i tak byli wszyscy bez wyjątku,Do dzisiejszego twórstwa od twórstwa początku!(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,Że, gdy jedni płytkości, ów ciemności szuka).
Wulgaryzacji celem jest tak wielce jasność.Że ono ginie w cieniu, całą tracąc własność,I znika tam, gdzie światła gotowego braknie,Łaknąc wciąż; jej też słuszna dawać, gdy kto łaknie,Ale ona nie sama przez się nie stworzyła:Ona — to przemysł prawdy, nie skarb jej i siła!...Ona, by dziś dogonić zapóźnione krokiPostępu mas, przysyła im ukłon głęboki,Lecz, kłaniając się, patrzy na obuwie rzeszy,Czy w nagleniu dotrzyma sandał i pośpieszy.Cel jej, gesta i grzeczność, i jej popularność,I konieczna jej prawda, i cała jej marność —Są skądinąd, gdzie indziej, i nie z tego świata,Ku któremu niewdzięczne autorstwo wzlata.
Cóż powiem? Że te pierwsze, te elementarnePrawdy są dziś nowością... Jakże zdania marne,I niechaj to da obraz uciśnienia słowa,Gdy rzeczy tak widoczne, tak jawnie się chowa.Dalej, by skreślić całość, pójrzmy na metodyNauczania, tworzone jako parochodyIle możności szybkie, ponętne — dla ludziPraktycznie zatrudnionych, których książka nudzi,
Lub zabawne metody dla szczęśliwych, którzyBawić się chcą, więc których praca głębsza nuży.Oto obraz — i wierny!...Jakoż teraz słowoPojęte jest technicznie, zamiennie, wekslowo,I tylko jako środek. I o żadnej dobieJako cel... i już niema gdzie zmodleć się w sobie.A jako cel nie będąc dosyć poważone,Bliskie jest stradać cechę jedną, cechę onę,O której w umiejętnym świecie ani mowa,Powiedzieć chcę, że bliskie stradać świętość słowa!
«Świętość słowa?» — zapyta akademij członek,Dziennikarz, opowieściarz lub nadzorca czcionek,Słowom cała Minerwa — o tym przymiotnikuSłowa nie wyczytawszy w spółczesnym dzienniku.Autorstwa pojęcie i wulgaryzacji,Bez różnicy zmieszane, to wagon na stacji,Karmny wodą i ogniem, co wzajemnie pryszczą;Zżyma się, aż źrenice mu czerwono błyszczą.«Gdzież nie pójdzie!» tłum woła.Ani na cal dalej,Tylko pokąd mu drogę ręką wyrównali.
Poniekąd złudna szybkość w tem upowszechnieniu,Które ogółu nie zna, gdy mniejszość jest w cieniu,I choć się większość boskim uświęca tytułem:«Vox Dei» ona większą częścią, nie ogółem.Gdyby zaś była onym, to w swojej całości,Pytam się, co zastrzegła dla głosu mniejszości,Który nie ustał nigdy, ni kiedy ustanie,Z niego to bowiem, z niego jest początkowanie,I dnia, którego mniejszość straciłaby mowę,Dosnułby się kłąb dziejów, lub skłamał osnowę;Nie z większości-bo promień inicjatyw świta,Ani z wielmożnej dłoni, lecz z tej, co przebita!Z trzech przeto stron dziś cierpi słowo — i trojako:Jako świętość, jak mniejszość, i nareszcie jakoOgół, który ogółem nie jest, lecz odłamem.Tak dzisiaj słowo cierpi ujarzmione kłamem!Dopiero ze swej strony rządowe rękojmieKarcą wpierw te zdrożności, nim ogół je pojmie,Stanowiąc prawa tłoczni, co wchodzą w działanieWzględem płodu, którego tak wątpliwem drganie.Oto jest bezprzysadnie skreślon obraz rzeczy;Niech go pełniej wypowie kto, słusznie zaprzeczy!
Najmniej wszelako rządy, lub w ostatku, ganię;Wierząc świętości słowa, nie liczyłem na nie,Lecz chcę, by obywatel czuł u swojej wargiCoś nad rządów rękojmie lub niewczesne skargi.Chcę, by pióra dotknięcie, żeby ust otwarcieNie na wiotkiej się prawa osadzały karcie,Lecz same niosły z sobą umocnienie swojeOd pierwszego w świat kroku, jak Minerwa zbroję.Widzę, że skoro wolność słowa jest w ucisku,To, co jej wzięto, cynizm daje pośmiewiskuI ironia to bierze w opiekę macoszą,Mówiąc: «Nie znieśli prawdy, niech poświst jej znoszą!»Zaś cynizm ma poważną przeszłość i ma szkołęStarą: jak to, że dziecię w świat przychodzi gołe,Ani zapomnieć słuszna, iż wykwintne oweMyślenia, co korony nosiły laurowe,I stopę miały złotym promienną koturnem —Musiały się gdzieś spotkać z czemś prostszem, mniej górnem,I że cynizm w ateńskiej wiedzy PanteonieBył Herkulem!...Ci błądzą, co mają ironję
Za zło ludzkiego serca... Ta lewica marzeńNiekoniecznie stąd idzie... Jest ironja zdarzeń,I jest ironja czasów. Obie się nie rodząZ woli serca jednego, ani w jedne godzą.Prawda, że rząd nie może być palcem wytykan,Że nie znosi działanie ustawicznych szykan,I że stworzeniu wstrętną jest języka żywość;Lecz cóż lepsze? Czy głucha, niema podejrzliwość,Zimna, jak pian powierzchnia, nim bałwany wstaną?Podejrzliwość czemże jest? Milczącą szykaną.
Nie! Znam ja coś gorszego nad uśmiechy krzywe,Nad cynizm, nad ironję: znam serjo fałszywe!I gdy byłem w Neptuno, gdzie łaźnie Nerona:Wypłukuje z wiszarów fala zapieniona,Bijąc w takt nieustannie i z wielkim spokojemObłamuje mozajki i ciska, jak swojem,Różnobarwnemi głazy i ciągle je śliniPianą, i zaokrągla, i równemi czyni,I, jak kulami, rzuca ten tyle potężnyŻywioł, jak malec jaki lub kto niedołężny.A pomyśliłem wtedy, że fałszywe serjoRuchem tych fal, że kolor morza jest liberją.I że to społeczeństwo jakieś niewolniczeBawi się tu, więc czyni, co się jego tycze...I odszedłem od brzegu morskiego...Nie chciałemIronji, ale ona szła, jak cień za ciałem,I tarzała się w piasku, gdzie stąpiłem nogą,Jak padalec, stała się obuwia ostrogą,Choć ani mogłem myśleć o niej, ni myślałemTam, gdzie się stokroć łatwiej spotkać z ideałem.
Inny przekląłby morze, jam wielbił te słowaPsalmu: «Naśmieje się z nich kiedyś sam Jehowa!»I poznałem, co to jest ironja zrządzenia,Które nie wyszło z serca ludzkiego ni chcenia.I spomniałem to serjo fałszywe, okrutne!Gdy ludzie, prawdę widząc, czczą kłamstwo wierutne,Niewolniki tych, którzy dzierżą, i zgnębionych,Nie śmiejący nic stworzyć, pyły form stworzonych,Służebni zawsze, zawsze żadni.. Czy ich słowoPrzeczy lub twierdzi? Równie krągłe jednakowo,Bo myśl ich jest tym piaskiem brzegu, który psujeFormę swoją, tym kształtem, jakim morze pluje,Pieniąc się i popycha stopą fali białąTen proch, jak księgę jaką pustą i zbutwiałą.Pogardziłbym — i zmilkłbym!Czy serjo takowe,Gdy, jak wąż najedzony, oślini ci mowę,A społeczeństwo jemu więcej, niż przyklaśnie,Bo przemilczy, lub, w słońce poglądając, zaśnie,Jak Dulcinea silna, leniwa i czerstwa —Lub ogół w asocjację zmieni przeniewierstwa,I między wszystkich rozda po cząstce nałogu,Żeby się wydać pełnem społeczeństwem BoguI okrągłem i całem...Czy takowe serjo,Któreby niebo swoją okryło liberjąI zapięło na guzik cynowy księżyca,Lepsze jest od ironji i pewniej oświeca?Czy takie serjo, które od wieka do wiekaZjedna sobie na zimno genjalnego człeka,A potem go utuczy mową pogrzebową,I postawi mu grubą figurę bronzową,Na której ptak wypocznie i bluszcz pójdzie do niej,— Czy serjo takie wiele czulsze od ironji?...
Wszelako taki ogół, co tak się osklepi,Nie ironja, nie cynizm wybudują lepiej.Jedna i drugi, istną nie będąc przyczyną,Trwają tyle, ile są społeczności winą,Lecz któż niemi cokolwiek zacnego postawi?Nikt, choć niemało złego i gorzkiego strawi.
Gdzie przeto całe trzeba sklepienie rozpękać,Gdzie przeto wolność słowa musi w poród stękać,Tam, to jest u samego roboty poczęcia,
Pytam się: który przymiot swe zachował wzięcia?...Czyli wiedza? Czy talent? Czy wielka wymowa?Nie! Tam charakter człeka, a więc świętość słowa!
Jak przeto czyni owy budownik katedry,Że nie pierwej związuje na poddaszu cedry,Ni obleka ich blachy tarczą, lecz odwrotnieDziała, w głębię się mając z taczkami samotnieI, aby wzniosłe stawił, grzebie pierwej w menuA potem mur utwierdza cegły czerwonemi,Powtarzając zasadę budowli — pomału —Nareszcie czaszkę sklepi z okiem bez kryształu,Acz w zaciosach ciąg trzyma jeden i ten samy,Od posad do kolumny, trzęsącej liściami,W sklep idącej gałązek nerwy, aż co dalejStawiąc, gdy się już wszystko skostni i ustali,Na jeden raz w ostatnią ująwszy wieżycę,Całego gmachu obraz w niej trzyma, jak świecę,I zapala u słońca blach rozmaitościąStrzałę wieży, jakoby duch błysnął nad kością —Tak od świętości słowa rzecz snować poczęta,Zestrzelona w charakter, staje, jest dopięta.
Człowiek, który na wstępie nieustannie mówił,Milczy i pisze naraz, gdy się zastanowił,Naraz milczy i pisze, bo zastanowienieOgółu jest objęciem, więc jest określenie,Więc to jest forma. Przeto: litera i słowoZ wewnątrz nazewnątrz całą zakwitnęły mową.
Alić, gdy słowo w ślepe zmieniono narzędzie,Zginął plan, opuszczono rusztowań krawędzie,Pomięszanie wewnętrzne, znaczeń słów przemianaI ruina, nim Babel była zbudowana!Dwie się tradycje odtąd głównie rozpierają:Poufna i zewnętrzna; kasty tu powstają,Ale zarazem pismo i ruch dramatyczny,Pełny, gdy równie święty, o ile praktyczny,Przełamany, gdy praca wnętrzna zaniedbaną,Lub w kajdany okuty, gdy ta zapomnianą.
Odtąd znów świętość słowa przez prorocze ustaOdklina, co zaklęła nicość lub rozpusta,I szeregami ludzi ukamienowanychPozywa świat do źródeł przed stopy rozlanych,Aż gdy ostatnią kroplę rozetrą pod piętą,Woda się w krew zamieni, nie będąc pojętą!
Nareszcie słowa świętość w majestacie całymGore, lecz nie zewnętrznie głośnym ideałemI, niźli spostrzegł, pierwej świat jest zwyciężonyOd wewnętrznej zarówno, jak zewnętrznej strony.Równowiednie się słowo stanowi i czyta,Tworzy charakter, coś jak «spiritus et vita»,I siłą jest — jak pierwej w świecie starożytnymSiła się tylko słowem mieniła zaszczytném;A wielkie charaktery, słynne przez klasyków,Winne wielkości pomiar ciszy niewolników.Odtąd, mówię, charakter nie jest już wypadkiemCudzego upodlenia, jeno prawdy świadkiem.
Parabola wraz stręczy rękojmie zbioroweHarmonijnej dyskusji i z błędu wymowęCzyni, zaś z kłótni daje dialog bogaty,Z uniesień deklamacje... Tu rozejma światy,Przez dany cel niskiemu światu niskie bierzeI podnosi, jak słusznie uprzężone zwierzę.Zawiść na bodziec mieni, zazdrość czyni biczemSamej siebie, chełpliwość z krzykiem jej zwodniczymZamienia na te gzymsów wyskoki, co sameSą nic, lecz arcydzieło ubierają w ramę.I, nie widząc go, służą mu, a sobie rade,Dmą w pełność własnych kształtów i w złota paradę.
Zło, zaiste że w dramie słowa rozwiniętejStrawione jest i gniewu oścień jest połknięty.
Mąż, co na prawdzie stoi, jako heros nagi,Ma już wszystko, gdy dość ma czasu i odwagi.
Takowa to oś skoro wzięła utwierdzenie,Stało się w dziejach miejsce, nie miejsca widzenie,Wołające w etery proroczego ducha —Miejsce pewne, garść ziemi dotkliwa i sucha.Stąd graniczność, stąd ludów przestanki i mowy.Konieczny bezinteres międzynarodowy.Ciała nowe, nie z bioder samych gór powstałe,Lecz i ze słów, o ile jaśnieją dojrzałe.A ktoby mi zaprzeczył doniosłości słowaI że nie wstaje przezeń istność narodowa,Ni stworzyć to parlament, co historja, zdolny —Ten wszystko może umieć i znać prócz, że wolny!Nie rodzimość to bowiem języka zrobiłaW Ameryce parlament, ale słowo-siła,Tworząc świat cały nowy, jak niebieskie ciałaZa dni pierwszych, gdy twórczość byty wymawiała.Nie język przenajczystszy genezą korzeniWaszyngtonowi orła dał i garść promieni,Lecz Ten, co ze wszech figur i ze wszech przymiotów,Ze wszystkich tkań, ze wszystkich uciszeń i grzmotówCzyni ogromną aurę wolności sumienia:Wysokość sfery słowa, nie wartość korzenia!
Zarody i roślinne języków wartościePróżna jest, gdy wzajemnie ściągają zazdroście.Żaden sam z siebie nie był i nie jest dostatni;Dziś wziętszym ten, co szczegół kreśli akuratniej,Skoro o pracę idzie i o krajów miedze;Głębszy stanie się wziętszym, gdy pójdzie o wiedzę.
Proszę hebrajska mową pisać fejletony,Po parysku dotykać dawidowej struny,Skandynawskie marzenia wyłożyć na mowęRzymskich legistów, kształtne fraszki lucjanoweNa braminów dialekt. — Zewsząd będą straty,Każdy język okaże się w czemś niebogaty.Lecz, jeżeli mąż, członek narodu, już stoiTam, gdzie o swe słabości człowiek się nie boiI gdzie ze stron ujemnych urabia się nowaBezstronności potęga, dodatność zbiorowa,Niechże narodu język strony swe mniej chwalneZna i prawdzie zeń łuki wiąże tryumfalne.
Polskiemu językowi na czem z rodu zbywa?...Na literze! To jego strona jest wątpliwa.Nie na słowie, ni słowa duchowem bogactwie,Ni jego włóknach srebrnych, raczej na ich tkactwie.
Litera u nas słusznie nie była pojęta,(Może Achilles winien, lecz to jego pięta)Litera za rzecz była uważana szkolną,Kiełznającą umyślnie, nie bezwłasnowolną,I ani jeden głos się nie podniósł z otwartąMyślą, że ona częścią słowa równie wartą.
Do dziś, zaiste, wyznać trzeba, choć boleśnie:Późno wychodzi książka, czyn wzamian przedwcześnie,Gdy na wyścigi takie prac, co nieład wadzi,Patrzą smętnie i mówią: «Kto kogo przesadzi?...»Do dziś ze wszech historyj tą, która utrafiaW serce sprawy, byłaby książki biografia.Wszelako bez słusznego litery uznaniaCiągu niema i toku, lecz fazy i drgania.Fazy, przez same następstw wywołane starcieChemiczne, nie zaś z ducha czerpane otwarcie;Próżne myśli i woli odbrzmiewania czasów,Które ledwo być winny kreskami nawiasów.Namiętne dziś, dopokąd odpór jest ich siłą.Jutro puste, pojutrze ani wiesz, co było.
Tchnąć możesz bez litery i bez jej uznania,Ale dać nic nie zdołasz: ona rękę skłania.Ludy, chociaż mniej zdolne, choć płytkie natchnieniem,Skoro literze wierne, zgłuszą cię swym cieniemI przejdą mimo twoich uroszczeń, bo oneDawać mogą, nietylko wskazywać koronę.
One dzierżą ujętą własność i podzielną,I mogącą się drobić, jak bułkę kościelną,Gdy ty z głębiami słowa w niedosiężnej studnie,Bez wiader ku czerpaniu, strawisz się odludnieI jeszcze szemrać będziesz, zniechęcony nader:«Ja mam źródła, on pije z suchego dna wiader!»
Moc miejmy obejrzenia się na braki które,Ujemne będąc, kreślą całości naturę,I są jakoby twórczą narodów pokorą:Pozornie krzywdząc, one dlań skarbią i biorą.Z rodu, rzekłem, polskiemu językowi zbywaUznania, iż litera jest ciągiem ogniwa,I że, jakkolwiek jasno każda perła świeci,Przestawa być litanią różaniec bez nici.Dość jest spojrzeć na szereg typów, co, gdy staną,Więcej rzekną nad słowa lub księgę pisaną.
Benedyktyn milczący w jaworowym lesie,Za nim posąg Jadwigi, który w ręku niesieModel Jagiellońskiego Uniwersytetu...Jezuita, ksiądz pijar, filozof francuski...A potem: w stronę jednę sybirskie powózki,W drugą pielgrzymi kostur... Oto są posągiTych epok, jak się one nastawiały ongi.Dziejów sąd ma u siebie tę straszną potęgę,Że może słowa nie rzec i utworzyć księgę,Skoro, nie gwałcąc zdania ani rzeczy biegu,Postawi tylko trumnę przy trumnie w szeregu,A wiatr kątami onych zawiśnie w te słowa:«Nie rzekłem nic!... Czytajcie, co zmówił Jehowa!...»
Powiadają, że «Księgi Pielgrzymstwa» śród krzyżePorzucone z kartami, które wicher liże,Jak pianę fal, są arcypotężnem zjawiskiem,Że duch bywa materji marnotrawstwa bliskim,Że, zaiste, jest wielkiem natchnienie wulkanu,Ptak je wietrzy, drży jemu grzywą kark kurhanu,Firmament się zanosi łkaniami Sodomy.Coś dzieje się, wracają niedopękłe gromyWe chmur wnętrza, jak poród, co uląkł się siebie;Coś się na ziemi dzieje, stało się na niebie.Miasta, jako ich mury pobladły wapienne,Bruki placów jak piersi podnoszą się senne,Gmin szemrze... potem naraz czerwonysłup łuny,Przekreśliwszy firmament, rozdeszcza pioruny.Rolnik pług załamuje w skibę rozżarzoną,Jak krzyż w zachodu blaskach. Król chwiejną koronąMaca po drżącej ziemi, gdzie państwa granice,Zgładzone burzą w karty piasku bladolice,A poświst wichru równa ludzkość cichym pyłem...Mówią, że to jest wielkie! — Ufam!... Ja tam byłem!...
Wszelako, acz jest piękne wulkanu natchnienieI, trzęsąc harfą nerwów, ma coś, jak sumienieDoniosłego — być może, że i Nilu łonoSzerokiego, co z swoją palm rzadkich koronąNa równem czole, w płaszczu safirowym wodyWraca rocznie, pamiętny, by ukrócić głodyI rozwiniętą szanty lazurowej połąOtula pierś narodu, jak matka pierś gołąNiemowlęcia, by wstał jej syn zdrowy i sytyPojrzeć na dobroć Boga, na zbóż aksamity:Myślę, że i ten cichy co rok widok łanuMajestatycznym bywa niemniej od wulkanu.
Bawi mię, gdy dziennikarz albo publicystaKlnie średniowieczną ciemność, z której wciąż korzysta;Ta ciemnota musiała nieźle być użyta,Gdy się, jak świeca, topi, a przy niej się czyta.Ciemnota, która mimo niezgrabne praktykiStworzyła arcydzieła, stworzyła języki!
Tych się nie tworzy sennym natchnienia polotem,Zboże po burzy wstawa, lecz nie siane grzmotem,I raczej praca długa a wierna literzeCałokształty takowe urabia i strzeże.
Trzeba było łacińską, czeską lub niemieckąPiszące ortografją ustatkować dziecko,Mowę zrównać, uczynić bogatą w nazwiskaPłodów ziemi i uczuć, dać jej grom, co błyska,I dać jej ścisłość słowa statutów i głębieBiblijne, i niewieście gruchania gołębie;Słodycz, i moc, i prawdy ciesielski sznur, potemTłumaczeniami stwierdzić — i jeszcze błyskotemBieżących wdzięków zwonić, jak ślubny strój żeński,By się po polsku uczył dwór andegaweński!
Trzeba było mieć tłocznię i drukarską czeladźWytrwale pracującą, by ducha w rzecz przelaćNie na dzień, nie na jeden pamflet zaułkowy,Lecz na wieki przed ludźmi i źródłem wymowy.Praca, której nie pełni się między gawędkąA gawędką, ni ciska konwulsyjnie, prędko.
Trzeba było, jak Ojciec Niebieski, na długoUkochać, trzeba było być duchem i sługą!...Zwycięstw takich, dlatego, że takich, i właśnie,Żaden nie zniszczy mocar, on pierwej sam zgaśnie,I żaden żandarm, ani cenzor, ni pachołekOrderowy, bo to jest tron, nie lada stołek.Trzeba było być duchem, pokorą, i pracą,I siłą, i nicością — trudem, nie lada co,Żeby ów polski język nie opłonął naraz,Lecz, jak twierdza zupełna, jak obronny tarasRuś, Litwę, Prusy objął. Zarówno w Siewierzu,Jak w Królewcu wybrzmiewał, albo Sandomierzu,Gminny, sielski, uczony, kmiecy i królewski,Ten kasztelański Jana język czarnoleski.Język, który na sądzie popiołów zawoła:«Uwity jestem z nerwów skrwawionych aniołaI sadzę was od stopy do włosa, bo jestemWszystkich was razem duchem i moralnym chrzestem!»Lecz dlaczego, lecz przez co to słowiańskie ciało,Duchem możne, w litery pracach opieszałoTak dalece, że sama nazwa Słowianina,Nie znane mu, co głosi ni skąd się poczyna?Jakby owy, co nigdy nie był ścisłym w mowie,Nie wiedział zato, czemu, ani jak się zowie.Treści te, aby słusznie odczytać, godzi sięWrócić w czas, gdy kowano litery w napisie,I dopiero, epoki powietrzem owiane,Wygłosić, jako były w pamięć zaciosane.
Wyraz Slavus mógł znaczyć i sclavus. (WyrazyPrzeistaczają brzmienia, powielekroć razy.Jak Bułgar jest od brzegów rzeki Wołgi — aleI od vulgus; tamtemu to nie przeczy wcale).Sclavus, sława i słowo — tak są zgodne mało,Jak hańba i jak tryumf, jak wiszące ciałoNa szubienicy podłej i wieniec laurowy.Tu jest klucz tajemnicy, tu dwuznaczność mowy!Krzyż, tak samo, jak piętno niewoli, promieniłSińcem ciała, a potem w błękit się przemieniłI rósł, i oto jego ostateczna stacjaDziś nad tropikiem świeci: krzyża konstalacja.W ósmym wieku znak owy weszedł, jak narzędzieAdoracji mistycznej, i jął zbawiać wszędzie.Z czego przezwisko właśnie że dotąd haniebne,Sclavus, rzadsze się stało, mniej jawnie potrzebne,Aż swej niesławy całkiem nareszcie pozbyło,Kiedy się w dziejach świata słowo stało siłą.I dlatego w przezwisku tem jest sens ciekawy,Że sława ta oznacza zbycie się niesławyPrzez rozbrzmienie śród ludów tej dobrej nowiny,Że stawa się już słowo, nie ukaz i czyny —I że Mówca, że jakiś Rzecznik świat wybawi,
Nie już mocar; to czuli Spartaki i sclavi,Czuli to nie już mocni, lecz słabi — bo słowo«Słabi» jest slavi, tylko zmienione wymową.Słabi — Sklawy — i Sławni — i Słowo: to całaJest treść dziejów, jak dziejów oś się obracała!
Gdy do ludów tych cichych, rzewnych, do tych głuchoPragnących doszło słowo, podjęło je uchoDo zagonów schylone, co słyszy grzmot wdali —Słabi — chrobrymi, silni — słabymi się stali —«Pauperes spiritu», «Mites» «qui lugent» ci SklawiUsłyszeli, że dziwny Pan im błogosławi,Że co haniebnem było, stało się bezgannem,I że samo pojęcie sławy zwarjowanem!Do dziś znać, że Słowianin wyglądał, czy wdaliZorza się jakaś nagle światu nie zapali;Mag narodów wyzierał gwiazdy nie na niebie,Lecz w sercu i w goszczeniu i w łamanym chlebie;Od rdzenia więc stanowczą poruszony erą,Czuł on słowo, niewiele bawił się literą.Słowianin też i pisma nie miał, ile wiemy;Druk już mając, jeszcze go znał kształty gockiemi.Tak litera mu zawsze była obojętną,Jakby coś dowolnego, jakby zwierzchnie piętno.Nigdy podobno onej poważyć nie umiał,W literaturze mało, mniej w dziejach rozumiał,Zaś w dogmacie była mu niby nałóg staryDziecku, co obudziło się w objęciach wiary.
Błądzą, którzy spółczesne odnoszą warunkiDo niepowrotnej z epok, do epok piastunki,I nie pomną, że prawdy grom się rozniósł prędzej,Niżeli dziś u Słowian kurs cudzych pieniędzy.Przyczyny dwie tę lotną promienność zrządziły,A każdej dziś niejasne są drogi i siły.Pierwszą nazwę przyczyną, że wieść roznoszonaNajdoskonalej była w sobie dopełniona;Drugą zaś, że nietylko Izrael, świat całyPragnął, i serca były wyschłe, jako skały,Chciwe dżdżu. Dzisiaj ledwo ucichła kobiéta,Która sakrament usty bezplamnemi wita,Pojąć może pragnienia owe w całym świecie:Poganin je uczuwał i drujd — mąż i dziecię,Jak kto mógł... Przyrodzenie, nastrojone w jedno,Symboliczniło nieraz lada myśl powszednią;Sen pomagał godzinom jawu, jaw się zlewałZe snem przez wieszczą siłę; kamień się spodziewałI nerw, cisza, i echo... Pod taką to dobęSklawus, gdy słowo uczuł, uznał swą osobę,I że od rdzenia swego opromieniał erą,Czuł słowo, niekoniecznie się troszcząc literą.W Chinach jest do dziś zakon, który ma uznaneZa cnotę, żeby świstki szanować pisane,Podejmując je z pyłu, który wicher miecie,By się litera marnie nie nurzyła w śmiecie.Myśl niejedna, u Słowian w niedojrzałym czynieSpełzła, byłaby książką dojrzałą w Pekinie!...Dlategoż zawdy Chińczyk ten sam, jako wieczność,Dla owego — u Słowian luźna niestateczność.U Chińczyków stąd idzie w rzeczy najdrobniejszejStaranne dopełnienie, lubo zapał mniejszy;Prace ich do flamandzkich podobne wyrobów,Mimo różnicę pojęć i zapas sposobów.
Nieraz się księgozbiory w Polsce podnosiły,Lecz jak twierdze obronne, nie jak wczesne siły;Praca litery nigdy nie była jak funkcja,Ortografja wątpliwa, mętna interpunkcja...Do dziś terminologia obca lub uboga(Owoc niedbalstwa głośno składamy na wroga!),W polemice tak mało formy urobione,Że trudno jest się różnić, łatwiej zejść na stronę,I nie mogąc do głębi każdą kwestję zbadać,
Rwać się nie w czas, lub nie w czas do snu się układać.W społecznych formach wyleźć nie można z praktykiRobronów: «Jaśnie», «imość», «pani dobrodziki»Że Liviusa manuskrypt o dobie tej samejWszedł do Polski, gdy ledwo co w ojczyste bramy,Albo Makiedońskiego Aleksandra listy,Lub nieznany dziś klasyk — mało rzeczywistyStąd tryumf. O tem wszystkiem i z dumą i chwałąWiemy, że to, gdzieś będąc, gdzieś się zapodziało.Tak, wszystko jest... gdzieś... jakoś... — i się zapodziewa,I że ginie, przeto się wszystkiego spodziewa,A ktoby winił chwiejny ludu temperament,Nie zgadłby nic... Któż może wykonać testamentChoćby najczulszej z matek i sam bardzo szczery,Skoro nie ma pojęcia ważności litery?
Jest więc punkt, gdzie nic serce nie pełni, gdzie zapałNic nie dawa, lub w ognie się omylne złapał,Błędu nie wie, z najdroższych skarbów czyni zamętI nie może mieć ciągu, bo ciąg — to testament!
Oto moja messeńska, moja tyrtejowaPieśń i boleść: skończyłem «O wolności słowa».A teraz kędyś palma ze stepu mię wzywaI Oazis, bogdajby choć ta niekłamliwa!Spocząć pragnę, iż błędną rzeczą nie uwiodłem,Pragnę spocząć — i pójdę spocząć — i poszedłem...Gwiazdy przede mną, za mną gwiazdy dżdżą złotemiKresy, gdy lecę, niebu odrębny i ziemi,Jakbym sam trzecią rzeczą był między obiema...Piasek mówi: «Przeleciał!», wiatr: «Już go tu niema!»Lecę — i ani zgadnąć mogę, setnie jakieLat — i mil — i atomów tykało kulbakę,Pianą dzierzganę białą — ni drogi jak wieleUbiec musiałem, prawe upatrując cele,Porzuciwszy świat, na dwie partje rozłamany:Między tytany szału i flegmy tytanySam przez pustynie lecąc, wybladły, że prawieLitowały się mego pragnienia żórawieI pluły mi dziobami wilgoć, a ja dalejPędziłem, by mnie bliźni sucho nie żegnali.Bym nie zbył reszty serca pierwej, aż się cegłyNad trumną zaczerwienią, iż miłość dostrzegły!...
Zdala, zdala, nim stopa ma dotknęła piasku,Zawołałem sam: «Tadmur!» przy księżyca blaskuKolumn tysiąca więcej widząc, których chórySzły tam i owdzie kiedyś w myśl architektury.Co gdzieś albo istnieje, lub stała się siłąMyśli ludzkiej i widzi, w niczem jak coś było.I było cicho pośród ruiny ogromnej,Wkładającej na niebo profil wiekopomny,Cały szczerby swojemi, jakby się o ramięBoga oparło czołem miasto, gdy się złamie.Patrzyłem i wydziwić się nie mogłem onejCałości rzeczy, w całość ruiny zmienionej,Pięknej ogółem, który powstał ze zniszczenia,Z potrącenia, zdeptania i z lekceważenia,Gdy rzędy kolumn, jakby skamieniała liraNiewzruszenie a ciągle śpiewały «Palmyra!»Księżyc stał za strun owych skamieniałą kratą,Bluszcz dopełniał, gdzie linję czułeś zbyt szczerbatą,I, jako dłótem ryty, szedł przez blade łomy,Lekszy od ornamentów, równie nieruchomy,Nakreślony harmonją tak, że niepodobna,By zeń bez szwanku gałąź odprysnęła drobna;Kto zaś nie barbarzyniec, ten w ruiny tumie
Bluszczu nie tknie, lub całość mniej odeń rozumie!«Całość» rzekłem we wnętrzu ducha — i struchlałyDodałem: «Taka, że jej nie wypowiem całej...»I nie wiem czemu ręką chciałem kamień drobnyPodjąć, lecz nie jak fragment wydał się osobnyPalcom moim... Zadrżałem i ramię cofnąłem,Czując, że za część jedną rzeczy pełnej wziąłem...I natychmiast szepnęła do mnie myśl ostrożna:«Patrz! Oto i ruinę nawet popsuć można».A jam jej odpowiedział: «Zaprawdę — ruinaJest całością!... I nową twórczość odpoczyna!»A, patrząc dłużej, rzekłem: «Jest kres taki, któryNie ruiny już tycze, lecz architektury!»I począłem się w duchu tą myślą dziwować:«Szczególniejsza, że można ruinę zepsować!...Że więc dzieło zniszczenia i dzieło tworzeniaHarmonijnie się kędyś łączy i spierścienia...»W tym momencie dotknąłem palcem zmartwychwstanieI wymówiłem słowo: «Jestem!» niespodzianie,I chciałem ręką wtóry kamień podjąć z ziemi,Lecz zdał mi się ogółem łączny ze wszystkiemi...Zadrżałem znów, gdy orzeł rzekł, jak trąba grzmiąca:«Kto tu trąca ruinę, ten principium trąca...»
Odtąd już, w jakąkolwiek się przeniosłem sferę,Zrozumiewałem całość słowa i literę.
Mówią — że to jest wielkie; ja wiem:ja tam byłem.«Rzecz o wolności słowa».
«Szlachetne pragnienie musi się w naszapalić do przyczynienia się także datkiemz własnych zasobów, aby powiększonym byłowy bogaty spadek prawdy, obyczajnościi wolności, który odziedziczyliśmy...»Schiller.
TEKST.
BOGA RODZICA, DZIEWICA, BOGIEM SŁAWIONAMARYJA — U TWEGO SYNA HOSPODYNAMATKO ZWOLONA,MARYJA — ZIŚCI NAM — SPUŚCI NAMKYRJE ELEJSON TWEGO SYNACHRZCICIELA ZBOŻNY CZAS,USŁYSZ GŁOSY, NAPEŁNIJ MYŚLI CZŁOWIECZE,SŁYSZ MODLITWĘ — JENŻE CIĘ PROSIMY,TO DAĆ RACZY — TEGOŻ PROSIMY:DAJ NA ŚWIECIE ZBOŻNY POBYT,PO ŻYWOCIE RAJSKI PRZEBYT,KYRIE ELEJSON.
Boga Rodzica dziewica!Bogiem sławiona Maryja!(u Twego Syna hospodyna)Matko Zwolona —Maryja!...Ziści nam — spuści nam:Kyrie Elejson...Twego Syna, Chrzciciela, zbożny czas.
«Usłysz — Głosy...«Napełnij — Myśli...«Słysz — Modlitwę!
TEKST.NARODZIŁ SIĘ DLA NAS SYN BOŻY,W TO WIERZYI, CZŁOWIECZE ZBOŻNY,IŻ PRZEZ TRUD — BÓG SWÓJ LUDODJĄŁ DJABŁU Z STRAŻY.PRZYDAŁ NAM ZDROWIA WIECZNEGO:STAROSTĘ SKOWAŁ PIEKIELNEGO.ŚMIERĆ PODJĄŁ, WSPOMNIAŁ CZŁOWIEKA PIERWSZEGO.JESZCZE TRUDY CIERPIAŁ BEZMIERNE,JESZCZE BYŁ NIE PRZYŚPIAŁ ZA WIERNE,AŻE SAM BÓG ZMARTWYCHWSTAŁ.
TEKST.ADAMIE! TY BOŻY KMIECIU,TY SIEDZISZ U BOGA W WIECU.DOMIEŚĆ NAS, SWE DZIECI, GDZIE KRÓLUJĄ ANIELI:TAM RADOŚĆ, TAM MIŁOŚĆ, TAM WIDZENIETWÓRCY — ANIELSKIE, BEZ KOŃCA!...
TU — SIĘ NAM ZJAWIŁO DJABLE POTĘPIENIE...
TEKST.NI SREBREM NI ZŁOTEM NAS Z PIEKŁA ODKUPIŁ,SWĄ MOCĄ ZASTĄPIŁ.DLA CIEBIE — CZŁOWIECZE — DAŁ BÓG PRZEKŁUĆ SOBIEBOK, RĘCE, NODZE OBIE.KREW ŚWIĘTA SZŁA Z BOKU NA ZBAWIENIE TOBIE.WIERZŻE W TO, CZŁOWIECZE, IŻ JEZU CHRYST PRAWYCIERPIAŁ ZA NAS RANY.SWĄ ŚWIĘTĄ KREW PRZELAŁ ZA NAS CHRZEŚCIJANY.
JUŻ NAM CZAS, GODZINA, GRZECHÓW SIĘ KAJACI,BOGU CHWAŁĘ DACI,ZE WSZEMI SIŁAMI BOGA MIŁOWACI.MARYJA DZIEWICA, PROŚ SYNA SWEGO.KRÓLA NIEBIESKIEGO,ABY NAS UCHOWAŁ ODE WSZEGO ZŁEGO.WSZYSCY ŚWIĘCI PROŚCIE,NAS GRZESZNYCH WSPOMÓŻCIE,BYŚMY Z WAMI PRZEBYLI,JEZU CHRYSTA CHWALILI.TEGOŻ NAS DOMIEŚCI, JEZU CHRYSTE MIŁY,BYŚMY Z TOBĄ BYLI,GDZIE SIĘ NAM RADUJĄ JUŻ NIEBIESKIE SIŁY.
AMEN, AMEN, AMEN.
AMEN, AMEN, AMEN, AMEN.TAKO BÓG DAJ,BYŚMY POSZLI WSZYSCY W RAJ,GDZIE KRÓLUJĄ ANIELI.
Krugulce święte wypłoszył z gaju,Sprowadził bóstwo z obcego kraju,Jednę rai towarzyszkęMieć na całę ścieżkęOd wiosny... do Marzanny!
Już nam czas!... godzina...grzechów się kajaci,Bogu chwałę daci,Ze wszemi siłami Boga miłowaci...
«Maryja Dziewica! proś Syna Swego,Króla Niebieskiego,Aby nas uchował ode wszego złego...»
«Wszyscy Święci proście»
«Tegoż nas domieści, Jezu Chryste miły!»
«...Tako, Bóg daj,Byśmy wszyscy poszli w Raj,Gdzie królują anieli».
Comments
Loading comments…