Emil na Gozdawiu

To nie czas twardych, w żelazie mieczników,Zamczysk, sterczących nad sioła i chaty,Chrzęstów chorągwi, sprawowania szyków,To nie epoka lechickiej krucjaty.Wstrzymano hordy wschodnich najezdników,Ludy i ludzkość w nowe cele mierzą,Zamki maleją, dowpół rozebrane.Pałace na nich z udawaną wieżą,Wały się w parków zamieniają ścianę.Śród których sarny niepłoszone leża.Woli i myśleń burze rozkiełznane,Wstrząsłszy Zachodem, tętnią nad Północą,Jakby lewjatan w obłokach się tarzał,Błyskami pod dwa bieguny migocą,Heroizmowi bluźniąc, że zastarzał!...Rozum się nie zwie siłą lecz przemocą...Nad setnie koni, dzwoniących rzędami,Które ze Wschodu ongi prowadzono.Nad lany moździerz, wleczony jeńcami,Bywało, pakę książek przenoszono —Środki że inne, gdy ludzie ciż sami...Społeczny kryształ się inaczej składa,Nie Mars już rzymski, ni Scytów wąs kręty,Lecz czoło waży i zbliża ogłada.Damy w szerokich sukniach, jak okręty,Dla dowcipnego łagodne sternika.Czerwony korek miewają u pięty,Co pod łamiącym się jedwabiem znika.Komedja czasów swe odmienia scenyI wieczna epos brzmi pieśnią syreny!

Nie z tego się pan na Gozdawiu chlubi,Ani się przeto zna grafem i panem,Iż dziady jego, od żołnierstwa grubiej,W namiotach żyli pod Sobieskim Janem.Jakim kto bogom swe serce poślubi,

Takowy odblask ma w licach i w geście.Gozdawa Rafał zwiedził kraje różne,Na edukacji był w niejednem mieście,Fertur, że kreślił wrażenia podróżne,I miał być o nich zczasem hałas spory;Muzy mu nawet bywały usłużne —Lecz żonę stracił... smętny był, lub chory...

Staranną grzeczność mając dla sąsiadów.Rzadko widywał mości dobrodziejów;Był postępowych motorem zakładów,Obcując, patrzył, kto ci, a kto owiI szkło przecierał — lecz, krom lekkich śladów(Od pojedynku), miał oblicze słodkie.Włos pudrowany i ruch tak ulotny,Jakby w milczeniu nucił lekką zwrotkę,Lub za dni pierwszej młodości był psotny.

Wzrok mając chciwem stępiony czytaniem.Nie był on łowów wielkim lubownikiem.Lecz jeździł konno i dwie osób za nim,A z temi obcym rozmawiał językiem(Rzecz, której wcale nikomu nie ganim).Nieraz widziano, jak, lekkim galopemCwałując, konia, bywało, osadzi,Podrzuci strzemię i rozmawia z chłopem,Zlepszyć coś każe, coś trafnie poradzi.Dziś się pod parku wstrzymawszy okopem.Gdzie z bożą męką stoi krzyż kamienny,Graf z konia pejczem coś ludziom wskazywał,Idącym w pole na zarobek dzienny.Ranek był wonny, skowronek już śpiewał.Droga, niewielkim chylona parowem.Wybłąkiwała się wdali lub nikła;Jeźdźcy coś o tem gwarzyli i owem —Przejażdżka zwykła, i rozmowa zwykła.

Gdziekolwiek w muru wyniosłego szczerbieSmukła zapuści korzeń jarzębina,Rzucając koral swój z wiatrem po herbieLub gzymsie, co się starością ugina,Gdziekolwiek mech się ściele niewidzialnyNa tępe głazy i barwę ich mieni,Tam śpią legendy, tam świat idealnyNieujętemi tęczami promieni.Tło myśl nasuwa, tło słowo podrzuca,Nieci uczucie, wyrażone mało;I widz sam nie wie, czemu się zasmuca,I czyli się co w takiem miejscu stało,Aż czas nareszcie podanie ocuca,Jakby niemowlę, co tam wdzięcznie spało.Bywa, iż nadto prawdziwe zdarzenie,Przychodząc w pomoc, samo się układaW harmonję, której go owiało tchnienie,A rzeczywistość unosi ballada.Tak gdyby zaszło i pod wałem onym,Na ogrodzenie parku zamienionym,Gdzie krzyż kamienny i na nim kul skazyZ pamiętnych czasów ostatniego Wazy,Nie byłbym zdziwion!......Widziano, i wieluWiduje owdzie, o nocy pogodnej,Postać, co ima krzyż. Tak gałąź chmielu,Gdy wiatr dmie suchy, a liść bywa głodny,Dotknąwszy głazu, odbiega z powiewemNa okop gęstym, wilgotnawym krzewem —A nieinaczej i kibić i ramięNiewiasty, lubo podeszłej, atoliSkładnej, posuwa się i nic nie łamieRuchem, dalekim od zła i swawoli.Księżyc, jak srebrny rycerz swojej damie.Podawa promień, niby rękę w zbroi —Już są oboje na okopu szczycie...Księżyc i ona — poniżej krzyż stoi —A kto?... Czy wiecie, poco? Czy widzicie?

Nie w gwarze szkolnej chowamy czeredy,Z osobna raczej pieczą, jak szlachetni,W parku się późno przechadza niekiedySyn pana grafa kilkunastoletni.Ukochańszego ani znano kiedy...Dwóch ma przy sobie uczonych Szwajcarów,Ermitaż cudny nad strumieniem żywym,Przelewającym się w zielony parówPod drzew doborem tak udatnie krzywym,Jakby traf wdziękiem i celem był narów.Było-ż pacholę wytworniej szczęśliwém?Postradał matkę w zaraniu żywota;Lecz oto rodzic, co przemyśla tylko,By całym mężem stał się półsierota,Darów mu z każdą przysparzając chwilką,Wobec natury i pięknej, i silnejCo dnia mu głośnych udzielają lekcyj;By myśl przybrała prąd swój nieomylny,Dażnościom wcale nie kłada objekcyj.Chce graf nietylko, by stad była chlubaRodu, lecz nad to wszystko obywatel,Pomny, że widział był Jana JakubaI że z nim nawet rozmawiał w Nefszatel...

Tymczasem indziej na sposób odwieczny,Poza Gozdawiem, rzeczy szły powoli,Mierzonym krokiem, jak zegar słoneczny.

Szable na miedzy i szlachta u roli —Tryb, na niewielki obręb dostatecznyI szczególniejszą ponętny prostotą,Dworki w zieleni bzów, topól i stogów,Kładki giętkiemi wyminione błoto.Lecz zacność z chlebem i solą u progów.Właśnie świąteczne słońce oświecałoTakowy obraz idyllo-litanji,Dzień w dzień świecącej coś, jak w Boże Ciało,Gdy w modrzewiowe progi do plebanjiMatrona weszła urodna, jak mało.Czy była z gminu, czy z szlachty chodaczej,Nie pośpieszyłbyś na czas odpowiedzieć.Srebrzał już włos jej, lecz, jak czółko tkaczy,Gotowe widza postrzegłość uprzedzić,Z jawnej tęsknoty lub skrytej rozpaczyWestchnąwszy, dalsze wstrzymała wzdychanie,Słuchając stąpań księdza, który zdalaDał znak, by siadła i kończył czytanie.Zielenią była posypana sala,Obrazy wkoło i u drzwi aniołkiNad świętą wodą, jak w gnieździe jaskółki.

Wreszcie, od krańca karty doczytanejUniósłszy oko, spytał ksiądz kobiety(Znanej i niegdyś za obłędną mianej),K’czemu przychodzi — i w drewniane szczytySali poglądał spokojnie i błogo.Ona zaś, gładko kłoniąc się, odpowie:«Jak zdawiendawna, szłam o świcie drogąNa Gozdaw, gdzie był krzyż — — i każdy to wieOd urodzenia, że był — ten zaś, ponoZ rozkazu pana grafa, obalono.Kędyż jest?» rzekła ze szlochem połknionym,Oczyma błądząc wokoło, gdy nad niąBył obraz Świętej z włosem rozrzuconym,Grób pusty, zorza wątpliwe nim zadnią,I ogrodnika postać... Znów po chwiliDodała jeszcze: «Gdzież go położyli?Ilekroć w drodze ludu się natrafi,Zapytywałam, lecz mi odrzeczono:To nie jest Chrystus Pan naszej parafji,To był Gozdawski Pan Jezus — i ponoPytać się gwoli należy we dworze...Gdzie od lat tylu mnie i być wzbronione...Mnie, co, panicza piersią karmiąc... Boże!Myśliłam przecie widzieć, jak dorasta!Krzyż mnie podpierał, gdy o późnej porzeNa wał wchodziłam, ów dawny wał miasta,By chociaż zdala oglądać pacholę,Albo cień jego — jak cień i topole!...Lecz tak zwalono krzyż, jak i mnie pierwej,Mnie, zapłacone i z progów wypartę...»Tu jej szloch mowę połamał na przerwy:«Co to pieniądze wszystkie przytem warte?»Rzekła, zgarniając włos na strony obie,A potem, czoło podniósłszy otwarte ————————————«Jak ten krzyż znajdę, to stanie na grobie!»Dodała z siłą.Ksiądz dotknął jej czołaPalcem i ciche rozpoczął modlenia.Któremu wtórzył mały dzwon z kościoła.Poczem wszedł młodszy ksiądz, a na skinieniePierwszego dwojgu wszyscy szli za brzmieniemDzwonu — z modlitwą, bolem i sumieniem.

Comments

Loading comments…