Epimenides (1863)

I.

Był czas, kiedy o Grecyi rzecz, w następny sposóbWzmiankowały gazety wszystkiego świadome:«Wiemy, to jest nie wiemy, lecz od pewnych osóbSłychać, że kraj gdzie góry nad morzem są strome,Południowy, przeszłością bogaty nie małą —Kraj, który dzisiaj plemię ujarzmia bezbożne,Może mieć «szansę» — jak to wyżej się wspomniało» —Na co więc inny dziennik: — «Wieści nieostrożneO Grecyi, pod Tureckim jęczącej obuchem,Pytam się Redaktora, zkąd wzięły swe źródło? —Klnę przez Leonidasów, jakim rzecz ta duchemOżyła? — rzecz kulawa! — usuwam jej szczudło,I w piasek prę jak twardych Homera rycerzy.Podpisano: «Philwrzaskos — pisze tak jak wierzy!»Na ten głos wiele innych zrywa się dziennikówI chrzęszczą pióra — sprawie poświęcone onej,A Grek w kawiarni czyta lub u ulicznikówKupuje i uważnie czyta zamyślony;Oczy trze, czasem wstaje, i usiada znowu,Częściej się marszczy nowin niepewny połowu!

II.

Nie przeto i wśród tego gwarnego mamidłaByła prawda — ta dzisiaj znana jest wybornie;Zwłaszcza iż się wykłuwa na wierzch kształtem szydłaTem bystrzej, im ją pierwiej tłoczono upornie.

Znaną więc treść gdy minę, powiem raczej rzeczyMniejszą mające wartość i za nic podziane,Których w ów czas nie można było mieć na pieczy,Ani są gdzie w poważnej kronice spisane:Rzeczy błahe — te nowin patetycznych kordonPrzeciął, gdy sztandar Grecki wiał ku EuropieSławą nową, a śpiewał i działał Lord Gordon:Mąż umiejący zgadnąć bohatera w chłopie;Śpiewak, co brzeg rodzinny odepchnąwszy nogą,Pył z obuwia na pokład otrząsnął okrętuI stało mu się odtąd rozpaczliwie-błogo! —Syn wierny niewiernego historyi zamętu,Syn wierny społeczeństwa, co nie było warteWierności! — ta już bowiem stawała się zdradą —Syn wierny Anglji. — Dzieje, gdy ostatnią kartęKsięgi czasów przed takiem charakterem kładą,I mówią mu: «Zapisuj swoją Epopeję»Rzuca się im w zamianę karta wizytowaZ napisem: «Tom następny zawiera nadzieję»I jeźli jest do kogo, mówi się, bądź zdrowa!Tak zeszedł on; a będąc do ojców podobnyRzekł w duchu «zbójców wolę nad Faryzeusze,I wyklnę ich nad onych i stworzę osobnyZakon i wyszlachetnię, i martwość poruszę —Bo dosćdość mi płazem dotknąć dzikiego zbrodniarza,By z nim jako z rycerzem usiąść u ogniska.Jestżem albowiem Lorda syn? — czy arendarza,Co dzieje wziął na wyszynk, i patrzy jak zyska?A mówiąc to, i pieśnią tak idąc, i czynem,Bardzo nie cierpiał Anglii. — Był wiernym jej synem!

III.

Kiedy tak pięknie mylił się szlachetny człowiek,Któremu wraz szaleńca przyznano epitet:Baczni o dzień, a mężni troskali się o wiek,Uczeni zaś jak zwykle złożyli komitet.

Ten miał na celu, osłów ujuczywszy sporo,Scjentyficzną uczynić po wyspach wycieczkę,Idąc za czasu duchem, i z przyjazną porą,I z poświęceniem także z zapałem, troszeczkę. —Siedmiu ich było: każdy nazwisko miał noweI osła swego — kilku Albańskich hajdukówZa nimi szło, i namiot i łóżka poloweI nieodstępne chłopcy od osłów i juków,Których się razem z zwierzem najmuje w gospodach,Nie dba w drodze, i mało wspomina w rapsodach.A celny mąż nazwisko miał: Amphipapyron.Miał on systemat — wszystkim to było nietajne —I miał przysłowie swoje, bardzo mu zwyczajne,Które tak brzmiało: «mało-poprawny jak Byron«mało-poprawny jak Byron»I Wydał ksiąg, oprawnych dobrze, liczbę dużą.Bajkę napisał jedną przeciw systemowiLumbagiusa: gdzie żaby, skrzeczące przed burzą,Znaczą przeciwne zdania, które bocian łowi —Ten zaś bocian, nie «mało-poprawny jak Byron»Nie jest bocian, lecz autor — sam Amphipapyron. —Ktoby jednakże myślał że mędrzec takowy,Jadący przeszłość ludu wykopywać z grobu,Helladę marzy i jej biedny byt a nowyProbuje, i tradycji pyta jak sposobu,Sposobu jak tradycji — i puls baczy żywy,I popiół, i smętarne w ruinach pokrzywy.I smutny jest, szukając czy to smutek wieczny,I wciąż bada się, ile łzę ma już dziejową?A ile jest to zachwyt tylko niestateczny?A ile wiedza samą otrzymana głową?I ktoby pracy takiej ze Sfinksem łamania,Widzem będąc, pozdrowił Amphipapyrona,Nie widział by że własnej godności się kłania,Albo jest kwiatem, który trącił o strzemionaJadącego na ośle! — Mędrzec ów ma plany,Plany wyższe — on myśli sprawozdaniem jakiemZagaić ów komitet z powrotem zebrany? — —I jako przeciwnika okaże być żakiem.

Jak cały system jego powali, i którePłody jego zniesławi, jak szczenięta bure.Tymczasem laur czerwony tak zamyślonemu,I orzech, i podobne coś winu dzikiemu,Cieniami swemi chłody wiały w dzień upału;Osły szły, chłopcy jukom wtórzyli pomału.Był też i historjograf w onej ekspedycyiCzłek pracowity bardzo, pilny tak dalece,Że tylko myślał naprzód o dziejów edycyi,Lecz nim gdzie dojechali, miał już wszystko w tece.Tak rachmistrz dobry który, nie czeka godziny,O wiele pierwej robiąc to co się należy,Słuszny jest — szkoda tylko że cyfry nie czyny —Lecz mniejsza — on napisał pierw — przybył i leży.Nareszcie i Graf Ponej, amator szanowny,Naraził się na podróż tę przez poświęcenie:Dedykowano jemu manuskrypt kosztownyO kształcie monet. — Miał on monet doświadczenieI kucharza — niekiedy piękny styl listowny;Tudzież to go przed wszystkiem zalecało silnie,Że bywało, jak powie, klaskają niemylnie.Trzech przynajmniej za zdaniem swem porywał w sporze:Trzech też miał sekretarzy. — Znano go na Dworze.Był też i siódmy: mędrców zdawna siedem bywaI liczba to jeżeli szczęsni są, szczęśliwa —Ten siódmy wszakże był to pisarz narodowy,Flamand z rodu, tęskniący do dżdżystego nieba,Do włosów bląd, do znanej wódki jałowcowej,Napojów, potraw pewnych, i pewnego chleba — —Słowem ktokolwiek zdala, na kiju opartyStojąc, patrzył na mężów onych karawanę,Cóż widział? — tło — — — — — — —— — — — — — Tło było, jako oko MartySiostry Łazarza; modre, łzą po-osrebrzane,Łzą morza. Ruin wiele jak grobów sterczało,Kolumn wiele, panieńskie mających kibicie,Zbłąkanych kolumn wiele, gmachu gdzieś szukało —I czczo było: czas mijał, pył padał — cóż życie? —

IV.

— Wcale nie powiem z Aten jaka wieś została?Z Koryntu jakie sioło? — przemilczę gdzie skała,Na której mech, choć dawniej był Areopag.Parthenon minę, wcale postąpię na opak,I to co opisane jest, co w sprawozdaniuNiejednem brzmiało, o czem więc pióra poprawneKreśliły, i co w wieków spoczęło podaniu:Niech lekką ziemię mając, nie będzie mniej sławne! —Owszem, na Kretę płynąc z mędrców karawaną:Pójdę gdzie oni pójdą, wstrzymam się gdzie staną,Pójdę, albowiem Muzy mojej jest przydomekSieroctwo — więc podniosę rzecz zapamiętanąJako wieszcz poniewierki, i ostatnich ziomek —I pisarz treści, co jest krzyżem przemazaną;Jako ziomek na ziemi krańcu, brzegu morza,Miedzy na grób starczącej, na szerokość łoża — —A kto me pieśni, kiedyś rzucane z za świata,I pobite jak starych urn dzika mogiła,Złoży duchem: jedna z nich będzie, i skrzydlata,Co nazywa się popiół, lecz zwie się i siła.I to zowie się życia toast — dalej w drogę!Dopóki stać na skrzydeł parę, lub ostrogę! —

V.

Ileż papieru za mną zostało? — a ilePoczernił go atrament przez lat gorzkich tyle?Tak myślałem, gdy Muzy mej szedłem polotem,Po górach, za siedmiorga onych karawaną,Marząc, że jeźli piękną spotkam rzecz nieznaną,Sam do pióra się wezmę, napiszę jej o tem —Nieba jej poszlę szmatkę, gdy na Olimp wnijdę;A grom zatrzęsie wielkim lazuru namiotem —Albo jej gwiazdę poszlę, jak Eumenidę

Złotowłosą, lub łzę jej włożę w list — a onaOdbierze łzę, gdy będzie bardzo roztargniona —— — — — — — — — — — — — — —

VI.

Na Kretę gdy przybyli — gdzie ziemia jest wzdętąI płyt marmuru sterczy — kopać rozpoczęto,Ufni ze żaden garnek zbity, ani jakaFibula rdzą zielona, ni złamek kołpaka,Ni stilus krzywy wymknąć się im nie potrafi,Lecz wszystko się popisze, i uparagrafi. —Kopią więc dzień: deszcz upadł, z czego Graf korzysta,I siedli przy dwóch stołach, i — zagrali w wista.Zaś historyograf kończył naprzód sprawozdanie.Styl gładząc. — Weszło słońce. — Dalej znów kopanie:A było zbrojnych w rydle dwunastu Maniotów,Którzy są ludem silnym, mówiącym niepłynnie,W śmiechu jeno, podobnym do dalekich grzmotów;Lecz chłop Ateński przy nich wygląda dziecinnie,Tak, że raz wraz gdy patrzysz na one postacie,To ci się zda że Herkul, zeszedłszy z wysoka,Przebrał się, i zamieszkał w pochylonej chacie,I milczy, aby ustrzedz się ludzkiego oka —Do dni, o których pierwej cisza jest głęboka.— Manioty kopią. — Nasi podróżni z dalekaSiedli, symbola w ręku mając naukowe,Gdy piasek, popiół, gruzy, płynęły jak rzekaCzasu. — Urn kilka, medal, ogniwa brązowe,Tu, tam, prysnęły w tydzień po otwarciu ziemi,A w dwa tygodnie izba z drzwiami ogromneni,ogromnemi,I gmach podziemny wyjrzał stawiony na skale,Groty mającej w sobie, krużganki, i sale. —I nieznanego wielkie powietrza wyziewyBuchnęły, i dni cztery szły jako kolumnyBiałe dymu, nie mając powonienia trumny,Lecz jako wiatr cichemi trzęsąc biało-drzewy,

O czem Manioty swoje przypowieści rzekli,Wyziewom onym dając Lakoński epitet;Podróżni zaś, do domów na czas się uciekliI w wista grali — przy czem złożyli komitet.

VII.

I koniec — resztę znajdziesz w sprawozdaniu onychKtórzy wrócili do dom, księgi uczyniwszy;Są zaś portretowani w kształtach zamyślonych,Wszyscy siedm — każdy z wszystkich razem — najszczęśliwszy.

Tymczasem, nad otwartej ziemi wywrotami,Księżyc wypłynął biały na niebo bezchmurne,I w gmach wglądając, krzywo zaparty wrotami,Czaszek wysrebrzał resztki, przelewał się w urnę,Bruk stary, blachą niby z ołowiu powlekał:Lis wchodził tam — i pasterz przed burzą uciekał.Gdzie przeto na wskroś wszystko było już zbadane,Objęte inwentarzem, stylem okrzesane,Lubiłem chadzać w pustkę tę po kalligrafji,Pewny, że nic nie spotkam z onego łańcuchaDziejów, co porządkuje się i paragrafiW Muzeach — że nie znajdę już nic — oprócz ducha.Jakoż bywało: pójdę między te zwaliska,O Filhellenach marząc, przez Grecyę zdradzanych,I myślę czy nie skradli im drzew do ogniska,By odprzedać napowrót po cenach zwiększanych;I myślę czy w tej ziemi dłuta i marmuruZ kilku desek postawią im pomnik u muru?I myślę: że zmartwychwstać jest bolesnym trudem,Pracą człowieka, z Bożem dokonaniem — cudem! —A kiedy tak myślałem raz, w ciemnym obszarzeKształt dostrzegłem leżący w księżyca promieniu,I ów zoczywszy jako zmarłego na marze,Kląkłem — i przeszła chwila w modłach, czy w milczeniu?Czy w trwodze? — nie wiem — —— — — — — — — — On zaś podniósł się, jakoby

Zgony snami, a łożem stały się już groby;Człowiek zaś, jakby zawsze był, i będzie-zawszeTylko odmieniał miejsce na coraz łaskawsze.Więc wstawszy tak, nie dziwił, ni był zadziwiony —Jedno mi rzekł akcentem Greckich Eumenid:«Spocząłem i powracam, bądź mi pozdrowiony,I pożegnany — mówi ci to Epimenid» —I poszedł. — A jam myślał: więc już z tej ruiny,Miary, napisy, garnki i otrzaski ćwiekaStarego — i pognile zebrawszy wawrzyny,Nic — nic nie zaniedbano — nic — —— — — — — — — — — — oprócz człowieka! —

Comments

Loading comments…