Scena Pierwsza

Pierścień Wielkiej Damy — Akt II

HRABINA. ...Wiesz zatem nieledwie, że wszystko,Lubo nadto zostawiam i notę,Numerami uporządkowaną,Tak, jak mąż mój niegdyś to czynił,Ze zapomnień mych się uśmiechając.Gdy porządku uczył mnie, jak dziecię,Dwie go rzeczy szczególniej bawiły,To jest: moja pozorna niepamięćI moja pozorna zabobonność.Tamtę i tę pozornemi zowięLub tak nazywać je sobie życzę.Co do drugiej jednakże nadmienię,Że sprawdzającemu się przeczuciuNie dać wiary jest niepodobieństwem.

Pierścień ten, rzecz zaprawdę zmysłowa,Do której nie przywiązuję ceny,Gdy zginął mnie, wraz miałam przeczucie,A którego sprawdzenie nadeszłoWłaśnie, gdy odnajdowałam zgubę.Że nie od pierścienia to zależy,Lecz w przeczuciu istnieje, to-ć wiem ja,Dosyć posiadając filozofji,By przyczyną nie nazywać trafu.

Jakiż związek ma pierścień z akacją,Którą wczora burza starła w piasek.Jakby śniegiem zasypując ścieżkęKwiaty białemi?...A oto właśnie tejże chwiliOdebrałam telegram... Lecz wróćmyDo uporządkowania zatrudnień,Tak, jak uczył mię był mąż mój drogi!MAGDALENA. (spostrzegając) Nie notatkę dałaś mnie, lecz telegram.Więc, naprzód mówimy już o tym punkcie,Zapisanym (jak widzę) w instrukcji...Cóż nauczyć chcesz mnie o Szelidze?Którego raz — kiedyś, gdzieś — widziałamI odtąd słyszałam tylko ciągle,Że wielbi cię — żeś dlań nieczułaI że odtąd zwiedza morze MartweTudzież gruzy spalenisk dokoła...Więcej zaś nic sama o nim nie wiem.HRABINA. (surowo) Mieć sobie będę zawsze do wyrzucenia,Że popełniłam coś, podobnego do kłamstwa,Ale ta Szeligi ziemska miłość.Niekiedy podobna do uporu.Dała mnie myśl nasunąć mu wieściO możliwem mojem zamążpójściuOdtąd telegram tylko raz, ze Smyrny,Przysłał mnie ten, arcynieczytelny!

«Wracając do ziemi, nawiedzę ją...»MAGDALENA. Skrócenia konieczne są w telegramie.«Do ziemi» znaczyć ma do dóbr swoich,«Ją» znaczy ciebie, nie zaś ziemię...Słowem, wraca — i zechce cię odwiedzić.Należałoby ci tylko śpiesznie«Możliwe» twe spełnić zamążpójście,

Zamieniając zmyślenie na wieszczbę.Wówczas, jak ją zowiesz, ziemska miłośćUpornego Szeligi zapewnePrzemieniłaby się w coś innego;Bo muszą też być i inne czuciaDla rozmaitości we wszechświecie,I nietylko sama, jak ją zowiesz.«Ziemska» miłość, tyle ci natrętna!...HRABINA. (zimno) — Na boku zostawmy to i wróćmyDo dziennego prac naszych porządku!MAGDALENA. — Gdyby więc pod twoją nieobecnośćSzeliga przybył...HRABINA. Przyjm jak najgrzeczniej,Lecz nie uroń w rozmowie ani słówka,Zbliżonego najmniej do nadziei!Całej to zręczności twej polecam.Nie chcę, aby mnie cobądź wiązało,Odkąd się oddałam obowiązkomI znalazłam wielkie dobro: spokój!STARY SŁUGA. (wygłaszając) Mak-Yks, panią hrabinę chce widzieć...HRABINA. Nikogo nie przyjmę przed wyjazdem —

Mak-Yks! Jakbym też go zapomniała...MAGDALENA. Cóż ty z tego kuzynka chcesz zrobić?HBABINA. Ja nic. — On zaś sam co z siebie zrobi,Czasu nigdy nie miałam zapytać go.Dobre to chłopczysko i lubiącyNieledwie że pustelnicze życie.Raz, widząc go z brodą niestrzyżoną:«Cóżby to był za śliczny kapucynW ermitażu, pod zielonem drzewem!»Pomyśliłam...Lecz czyli to jemuPrzyjdzie na myśl kiedy przed zwierciadłem?Choć zapewne, że szczęśliwszym byłbyW cichej celi, hodując sobie kwiaty...Gdzie znalazłby dobro wielkie: spokój!MAGDALENA. To, co mówisz o człowieka losie,Przypomina mnie coś kapucynów,Które zastępują termometryLub tych, co z kart dla dzieci się robi:Tamte kaptur zdejmują w pogodę,Lubo się nią wcale nie obchodzą;Te się wszystkie społem wywracają,Skoro jeden z nich i jak się potknie.HRARINA. — Mogłabym go wreszcie i ożenić...Przecież małżeństwo, to sakrament.Lecz potrzeba wprzód posażnej panny,Tegoż wieku, wzrostu i tak samoDo cichego ułożonej życia...MAGDALENA. Naturalną znalazłszy harmonjęWzględów tylu: wieku, wzrostu, mienia,I temperamentów, i skłonności,Jak w gałęziach dwóch jabłoni jednej —Spytać chce się, czemu jeszcze wgórzePonadprzyrodzonych szukać zręczyn?

— Jaskółki dwie, całkiem równe sobie.Nie sąż przez to samo ożenione?A jakaż byłaby ludzi wyższość?HRABINA. Zawsze umiesz jakieś dać pytanie,O którem pierw z ojcem prowincjałemRadziłabym bardzo ci pomówić..

Niewiele mnie czasu już zostawa.

O czemżeto mówiliśmy dotąd?MAGDALENA. O Szelidze naprzód — i że jemu...HRABINA. Nie uronisz słóweczka nadziei.Moja luba, to jest arcyważne.MAGDALENA. I że przyjąć go mam jak najgrzeczniej...HRABINA. Jak to pięknie, że pamiętasz wszystko.

Jak najgrzeczniej dlatego, by jemuCzemś osłodzić stanowczą odmowę.Miłość bowiem, jakkolwiekbądź ziemska,Gdy ustaje, to nie jest rzecz miła!Przynajmniej tak sądzę, moja luba,Że to nie musi być najprzyjemniej...MAGDALENA. A teraz, cóż dalej?...HRABINA. Czytaj w nocie!MAGDALENA. (krotochwilnie) — Zrobiłam z niej, patrzaj, kapucyna,Który się wywraca za powiewem...

«Numer drugi: parę taneczników...»Cóż to może znaczyć? Proszę ciebie...HRABINA. Czytaj dalej...MAGDALENA. (czyta) «Zaprosiłam pannyZ całej pensji, kilku małych chłopców,I panią Durejko, ochmistrzynięZ mężem swoim».HRABINA. Wszystko jak najgrzeczniej.Zapraszalne listy jedne wyszły,Reszta leży owdzie; wyszlij i te!

MAGDALENA. (z uśmiechem) Przejrzę tylko, czyli w nie przypadkiemNie wtrąciłaś czego innej treści.HRABINA. Winisz mnie o błahe nieuwagi,A jednak może i jest niewieleKobiet mojego położenia, któreByłyby w stanie tak dużo rzeczyRóżnorodnych zgodzić i prowadzić.To, że w mojej biblji, na rycinie,Znalazłaś raz miasto przezroczegoPapieru bankowy bilet, z tegoWyprowadzasz bezzasadne wnioski.Fraszki zapomnieć mogę, nie celu.Są dnie, których godziny wszystkieMam rozrachowane, jak zegarek,I spisane rzędem w wilję wieczór.Teraz jadę na zbór miłosierny...

MAGDALENA. Gdzie w sukni rozdartej niepodobnaBrać głosu o biednych bez poddasza,Bo to wyglądałoby na komedję...HRABINA. To przypadek jest... i bez znaczenia.

Naprędce proszę fioletowy stanik.STARY SŁUGA. (Mak-Yks; za sługą wchodzi sam) Mak-Yks się powtórnie anonsuje —SŁUŻĄCA. (podając stanik) Pani hrabino, nieco powolniej...HRABINA. (do sługi) Niechże wnijdzie, jeśli jest w potrzebie...MAGDALENA. Ten młodzieniec wchodził — lecz, gdy zobaczył,Że dopełniasz ubrania, cofnął się.HRABINA. Wina jego! A może jest w potrzebie?MAGDALENA. Mogłażbyś ubierać się przy ludziach?...HRABINA. To nie są ludzie. Daj, proszę, szpilkę!MAK-YKS. (który niezupełnie cofnął się był) «To nie są ludzie!» Ah, nie, o pani!...Daruj, iż podnoszę słowa twoje,Które byłbym pominął, jak możeWiele innych pominąłem mówień —To są «nie ludzie», pani, to tylkoObowiązani tobie lub arcyUmiejący cię cenić — nie ludzie!...Przy nich można sobie zapiąć guzikBez zmylenia rzędu, akuratnie...

Daruj, przebacz, pani i kuzynko!Słowom, które się z ust wydzierają,Będąc silniejszemi niźli mówca!Daruj, ale więcej jeszcze powiem:Bywa, iż ci, co dziś ludźmi nie są,Pewnego dnia i godziny pewnejWłaśnie że tylko oni zostają...Od tła to zależąc, nie przedmiotu.Gdy się tło odmienia, wraz i rzecz z niem.HRABINA. (silnie) Mak-Yks! Ile zraniłam, przepraszam.Uczyniła wyrazów pośpiesznośćSens, którego ani pomyśliłam...MAK-YKS. Miałem ci, o pani, nie to mówić —W innej treści i mało odwłocznej...

Lecz ot, pękło coś w toku myślenia,I nie jestem już w stanie dodać nic.MAGDALENA. Scenę zrobiliście lub robicieDla jednego błahego wyrazu,Dla sposobu mówienia, na świeciePrzyjętego — — a który nie jest jej,Wcale nie jej... zaręczam to panu.— To jest wyrażenie niewłaściwe,Mimowolnem przejmowane tchnieniemOd ogólnej świata atmosfery,Która bez nas naszą rządzi mową...MAK-YKS. Panie! Ja szczerości nadużyłem,Wyrzucając niewstrzymalne słowa,I, jeżeli to słabość, że muszę,Nie skończywszy rozmowy, stąd odejść,To słabość ta jest tylko ma własna,Osobista i nie należącaDo «ogólnej atmosfery świata,Która bez nas naszą rządzi mową!»HRABINA. (silnie) Mak-Yks! Ja chcę... Przyjdź dzisiaj wieczór!MAK-YKS. (ceremonjalnie) Pani — kuzynko moja — — zapewne.

HRABINA. Podaj mi kamforę i zegarek...MAGDALENA. Zaskoczona zostałaś zdarzeniem,Wychodzącem za porządek dziennyI nie zanotowanem w książeczce —Świat albowiem nasz jest coś podobnymDo tych miernych artystów, co, ledwoWyrobiwszy parę charakterów,Całą przyszłość sztuki chcą nakłonićDo zamknięcia się w ich korporacji.Utyskują, że Cezar SzekspiraZa wielki jest o głowę dla sceny;Alić kto od drugich chce postępu,Winien ciągle on sam postępować.HRABINA. (niecierpliwie) Racz mnie nie zaprzątać... Czasu nie mam!

Instrukcję ci zostawiłam całą.

Jeszcze coś... Zapomniałam mej książkiDo nabożeństwa, biorąc wzamianZeszłoroczny miejski kalendarzyk.MAGDALENA. Oto książka twoja. Dowidzenia.

MAGDALENA. (w monologu) — O ty, z zeszłorocznym kalendarzemW ręku i z rozdartą twą suknią,Lecz z oczyma niebem błękitnemi,Jesteś święta!... Umiem cię podziwiać —

Kto inny w ironję obróciłbyUsterki twe — mnie są one cenne.Wzieram przez nie, jak ów więzień, któryPrzez szczeliny jasne patrzy w okno,Czy wolniejsi są ludzie na ziemi...

Comments

Loading comments…