Podróż po Adrjatyku
Na sine piaski morskiego wybrzeżaFalą rzucona koncha srebrno-lśniąca,A przez rybaka czyli też pasterzaPodjęta, pierwsza śpiewem ucho trącaI temu, co jej pieśni słuchał głosów,Wypowiedziała tak wiele tajemnic,Co się tam dzieje w głębi wiecznych ciemnicI jakich ludzie doświadczyli losówPłynąc po morzu, i ci, co koraliI srebrnych pereł w dnie morskiem szukali.O, kto nie słuchał w posępnej zadumiePieśni błękitnych pałaców mieszkanki,Nie wie, jak wiele ona mówić umie,Jak ona płacze żalami wygnanki,I westchnieniami jakby z stron rodzinnych,I westchnieniami jęcząc ze stron innych.Słyszałem, siedząc na nadmorskiej skale,Wszytkie tej konchy srebrnej tęskne żale,I taką boleść wyzwały jej tony,Iżem zrozumiał, że w takiej to chwiliŚpiewacy lutnie o skały rozbili.I zrozumiałem śmierć greckiej Safony,I żal i rozpacz, a morze płynęło,A umartwienie ku morzu ciągnęło.Inną do ręki, inną wezmę lutnię,Precz mi z tą konchą, co śpiewa smutnie,Bo uprzytomnia tamtych, co dalekoBiedne swe życie wśród tęsknoty wleką.I wyspa Chio i skała FingalaHomer i Ossjan w mych oczach stanęli,I zdało mi się, że ich niosła fala,Że w jednej łodzi obadwa płynęli,Trzymając arfy ze struny złotemi,A tłumy duchów ciągnęły za niemi,A oni siwi i ślepi starcowieGwiaździste wieńce na swej mieli głowie.Ach, gdyby jedną z tych arf dzierżeć w dłoni,Możeby dusze ze snu się zbudziły,Możeby, męskiej znowu pełne siły,Zagrały życiem — tak, jak grali oni?Znikło widziadło, nie dla nas stworzone.A więc uderzę znowu w inną stronę.Tłum trubadurów szedł z lutniami w ręku,Powietrze, pełne miłosnego dźwięku,Drżało tonami, a wgórze nad niemiCudne dziewice, turniejów królowe,Wiewały we mgle szatami białemiI wieńce z laurów rzucały na głowę...Precz, mdłe widziadła! Niech was kryje chmura!Z śmiechem rzuciłem lutnię trubadura.I otóż kościół — jakiś głos nieznany,Jakby anioła, co tych murów strzeże,Tak mię unosi, tak za serce bierze,Że ręka pragnie uderzyć w organy,Uciec od świata i na świątyń proguKlęczeć pokornie, a modlić się Bogu,W ustach mieć tylko modlitwę natchnioną,Źrenicę blaskiem niebios ołzawioną,Patrzeć się zgóry z uśmiechem przebaczeń,Jak ziemia tonie w zbrodniach, w nikczemności,Być niemym świadkiem tych ludzkich przeznaczeńI Bogu tylko składać dań miłości...Senne marzenia! Lecz, złączony z światemMimo złe ludzi, wszak jestem ich bratem!Pienia anielskie... O królu psalmisto,I wy, co po nim śpiewaliście psalmy,Słyszę pieśń waszą świętą, uroczystą,I że nie mogę z wami śpiewać, żal mi.Lecz pieśni moje tak w życiu podzielę,Że ich połowę usłyszą w kościele.I zniknął kościół, tylko głos nieznanyBrzmi, jak pod ręką Cecylji organy.Duchu, co wiedziesz mnie po świata drogach,Dajże mi strunę przy wieczności progach!Stoję nad morzem smutny i zbolały.Struny — lub w przepaść rzucę się ze skały!A wtem głos nędzy z pod słomianej strzechyWyszedł i zimnem wskróś przewionął duszę.Wam to, ubodzy, wielką pieśń pociechyChciałbym zaśpiewać — i zaśpiewać muszę —Wam, co w sieroctwie i nędzy żyjecie,Których nieszczęście własnością na świecie.Witaj więc, liro, ty, coś w BetlejemieWitała Zbawcę, gdy zstąpił na ziemię!Z Bogiem i z tobą idąc między swemi,Może znów Zbawcę powitam na ziemi.
Taką pieśń lirnik smutny śpiewał ludu,Idąc wśród ruin, gruzów i popiołów,Śpiewał, by ulżyć ciężkich łez i truduA był słuchany — tylko od Aniołów.
Comments
Loading comments…