Poezye Cypriana Norwida — całość
Błogosławione pieśni malinowe,Błogosławione pieśni kalinowe;Błogosławione otchłanne niebiosy,Obłoki, wiatrem gnane jako stadaI kołysane wiatrem ciężkie kłosy —Duch się w harmonję męką nie układa,By w pieśni stanąć, dość stanąć pod progiem;Odetchnąć dosyć, by odetchnąć Bogiem!
Błogosławiona jest gorycz wiośniana,Wśród pękających drzew rozpowietrzana,Drzew, co od ziemi jak kolumny rosną;Gdy w niebie miękkich gałęzi obręczePodobne mają, do harf strojnych wiosnąI psalmem: «święty!» tak, że patrząc, klęczę.
Błogosławione jest i obce dalejPowietrze, które się jak myrra pali,Rozpustujące z dzikiej lauru woni;Pomarańcz złotem kapiące — i niebemPod którym każdy głaz jak Memnon dzwoni,Każdy lazaron gdy zechce, jest Febem.
Błogosławiony i step ów bez końcaOceanowej przestrzeni — na którejNie mają spocząć gdzie promienie słońca,Szmaragdowemi odpychane góry:
Z dumą żywiołu, co jak chaos stary,Mało się komu dał deptać — bez wiary!
Błogosławione są Islandskie mrokiI cichość morska, taka — że umarliNie mając w grobach zarówno głębokiej,Możeby śmierci swoich się zaparli.— Otchłanie morza i niebios otchłanieDnami tam w siebie patrzają, po za nieI fal, jakoby nie było:Cisza, co słowu nakazując ciszęZda się układać z samym Słowem-słowaŻe swoich prac nie skończyło — —Ocean taflą jedną się kołysze,Jakby go właśnie osadzano z nowa,Jakby się globu kończyła budowa;Jakby tej było chwili odpomnienie,Co końcem dzieła wzbudza zadziwienie,Nie będąc jednem ni drugiem —Tylko coś — jakby koniec i początekPrzedpotopowej tajemnicy szczątek,Ducha, wyorany pługiem.
Błogosławione jest, próżniactwo człeka,Co szuka aby mu było wygodnie;Poezya w usta by szła zdrojem mleka,Wiek się nikczemnie nie kłopotał o dnie,Natura z pierśią czekała otwartąI z swoim miękkim bogactwa welonem;By każda twoja łza była otartą,Każde uczucie było podzielonem;A ty — bezkrwawą promienny zaletąDobranych ludzi otoczony chórem;Żebyś był harfą — rzec chciałem poetąLecz mi to słowo przychodzi z oporem —
Błogosławione wszystko to — i nie to —Ale czy będę błogosławić tobie
O! miasto wielkie — serc i kwiatów grobie? —Gdzie oddychając, cudze chłoniesz tchnienia,Kroku niemocnyś zrobić pierworodnie.Myślisz żeś wesół — to nie twe wrażeniaCnoty nie twoje i nie twoje zbrodnie:Nie jesteś! — z bruku wołają kamieniePrzechodź! —
Dopiero — wśród tego milionaDopiero w takim obozie ludzkości,Dopiero tutaj, jeżeli nie skonaPieśń twa — nie skona z niedokończoności —Jeźli anielstwo jej wyżywić zdołaszNa każdą dobę, co jest przypadkowe,Rzucając na bok; jeźli nie zawołasz:«Ojcze! i niebo już nudzi mię płowe,Jako wytartej szaty wielka poła —»O! w tedy będę wierzył muzie twojej,Że bezwidnego filarem kościołaNa safirowym utwierdzeniu stoi! —
Błogosławione są i w myśli sferzeZłudzenia, którym niestety — nie wierzę —Bałwany różnych szkół i różnej doby,Nie istniejące — a możne! — i nie razWiekiem rządzące jak wielkie osoby.— Wyrazem jednym, jednym słowem: terazJakoby berła żelaznego siłąBijące tłumy, aż się im pokłonią,Aż się przed ciosem zastawią mogiłąAż się zastawią krzyżem — nigdy dłonią!
Błogosławione są te wszystkie mary,Bo kto im szyję podesłał, szczęśliwy!Miłości bole i cierpienia WiaryNieznane jemu — on zna tylko: wpływy —Mody — mniemania — i czasów-ukazy:Lecz ty szaleniec — on mędrcem sto razy!
— Jeźli więc w łunach tych ciebie zobaczęNie odmienionym i z gwiazdą na czoleKtórej ci z włosem nie wydrą rozpacze;Jeźli usłyszę cię mówiącym: wolęMówiącym kocham — chcę — jestem człowiekim:kocham — chcę — jestem człowiekiem:— Dłoń mą wyciągam, chociażby rozdartą.Z czystego złota wykowanym ćwiekiemWyciągam moją dłoń, szczerze otwartąWszystkiemu co jest zacne i godziwe» —O! wtedy powiem że pieśni twe — żywe!
Lecz nie tu koniec prób — ja wyznam — oniPoczekać zechcą na harfy rozpadek,Na spopielenie tej co grała dłoni,By tylko kamień i Bóg, był ci świadek.— Miłości-otchłań i twardość-granituBy tobie były od szczytu do szczytu,Jako monument utwierdzony w wieczność,Że kochać śmiałeś, wierzyć, konać — i tuNie była twoją Poezyą — konieczność! —
Szekspira dramat, który ma takie nazwanie:Śmierć Juliusza Cezara» czytano wieczorem,I jakkolwiek znał każdy z wchodzących w zebranieTe arcydzieło — jednak, ciszono się chórem,Jakby drżąc, albo razem znów słuchać nie chciano:I niby arfą byli przez Mistrza ograną. —Działo się to pod wieczór ciepły — otworzoneNa balkon okna, w salę brały laurów wonie;Od góry zaś, niepewną gwiazd białych koronęTej konstellacyi, która upadłszy po stronieDrogi mlecznej, zowie się tarczą króla JanaSobieskiego.
— czytano scenę — co jest znana —Scenę nocną, w samotnym Brutusa namiocie,Kiedy miał szpadą sarkazm wypisać o cnocie —Jeźli więc mówię: byli do arfy podobni —To już z Szekspira biorę, który chłopca woła,Żeby grał Brutusowi w tejże właśnie sceniePotem, ażeby zasnął i przyszło widzenie. —A przyszło, skoro pamięć czuć się już nie zdoła
Przepadłszy pierwej struna za struną — pod palcemChłopca, którego zdejma sen. Takim to malcemJakoby paziem, Szekspir porobił przyboryDo wrażeń — umilkł potem — i wchodzą upiory. —— Choć pewno pisarz o tym nie myślał fortelu,Tylko tworzył! — logika tworzenia nie naszaI dla tego tak dziwnie misterna, jak wieluŻadną się być wydaje. Tworzył, jako czaszaDo wrębów pełna, błękit powtarza wysokiI uchyla płyn z siebie, dopiero, gdy w czaręŁzy upadną, na płynem odbite, obłoki,Łzy, co nie mierzyć zwykły, lecz przepełniać miarę.— Archimedes, tak znalazł koronny rachunekWcale, nie po to idąc do łaźni publicznej —Twórczość albowiem jest to pewnik i trafunekPrzypadkowy na zewnątrz, wewnętrznie logiczny.Z sumienia, nań gdy pojrzysz, wyda ci się onaZłożoną z długich zasług, aż jest dopełnionaNiby, koroną pracy będąc sprawiedliwą;Z zewnątrz zaś Twórczość, owszem będzie ci się zdawaćDarem hojności niebios, i tą linią krzywą,Bez której prostym życia musi nie dostawać.— Linią, co w Geometryi buntem jest — lecz onaCzyni, że Geometrja jest zużyteczniona,Bo inaczej bez liter byłaby wskazówkąNiezaprzeczenie pewną w sobie łomigłówką!
Czytano więc jak twórczą rzecz, zaś, jako znanąPrzerywano w czytaniu i czytać wracano —Aż wreszcie, od Cezara przyszła RepublikaI polityka czasów, które się dotykaZ tym grzmotem słów, na razie bolesnych i mętnych,Które historja mija a realność myli:Sądem, poważnych; sercem, ludzi niepamiętnych —Czyniąc zjednanych co rok z tem, z czem się waśnili.
«Oh! Doświadczenie —» Wiesław mówił «doświadczenieCzemże ty dla nas jesteś? — przyjrzyjmy się proszę
Wszak nie będąc starcami, gdy cofniem wspomnieniePo za nas: pobojowisk sto, cztery rokoszeI cała młodość nasza przeszła na czytaniuTelegraficznych depesz o rożnem powstaniu —I mawia się wśród sinej krwi jak wśród bławatków:Od ostatnich do tylko co zaszłych wypadków —A nim wyrzekłeś onę Chrześciańską datę,Już się zmieniła! — Czasy w wypadki bogate —— Bogdajby w myśli, cnoty i dopięcia planów!— O! nie patrz na uśpione w kolebce dziecinyAni rad igrzyskami chłopiąt się zastanówAni bądź ojcem, ani licz się między syny,Ani piastunem będąc, drobne baw pachole —Bo samolubem konasz zostawując — bole!I nic więcej—»
— to rzekłszy, ręką szukał sercaSpokojny, jako chirurg, blady jak mordercaGdyż wiedział że mu na to odrzekną: «bądź bogiem!»I naprzód czuł że prawdy te są monologiem.— Chryzogon to słyszawszy pocznie w inne słowa:«Ludzkość wymaga ofiar — ludzkość jest zbiorowa,Gdy jednostkowy człowiek kona, albo choryOna idzie — silna to jest dziewka i zdrowa —Ten, owy, grób przeskoczy — odepchnie doktoryI dalej rusza — to jest realności prawo:Bogiem bądź! lub nie przychodź tu z twarzą bladawą,Jak nów katakumbowy — bo Ludzkość urosła —»«— Przyznaję» na to Wiesław «że krzepka to pani,Lubo nie mogę mniemać że czuła i wzniosła,Ani zwałbym postępem, co wstecz się pogani —Rzeczywistości nawet wręcz odmawiam zwaniaEnergii, która tylko to wie, że ugania!» —
— Jako? — cóż to jest? — nagle razem zawołanoTak rychło więc do tego doszliście już — abyO realności samej poróżnić się miano? —Jeżeli tak — to koniec. Wpierw rozmowa szłaby,
Ale, jeżeli nawet w tem się już różnicieŻe ów nazywa śmiercią, co tamtemu życie —To za wiele — czytajmyż już lepiej Szekspira
Czytajmy! — i ucichli —
— Okno ktoś otwiera,Które był lekko przywiał Wiesław — ktoś nadchodziPłaszczem okryty —
— ha! ha! straszyć nas przychodzi —Zgadnijcie kto? — to mówiąc milcząca posturaWstrzymywaną jest aby nie zdięła kapturaAksamitnego — —
— «Bądźcie spokojni panowieZawoła gość» nie zgadnie żaden! powiem ja sam,«Kaptur zaś ile zechcę zatrzymam na głowieI długo was nie znudzę — idę — nie popasam —»A słowa te powoli mówiąc siadł przy stoleRęką podparłszy głowę, gdy kaptur na czoleWywinięty, obrzucał lica jego cieniem;Łokciem zaś parł Szekspira tom ów otworzony.
Milczano z pół-uśmiechem — «Ja, jestem zwątpieniem«Rzeczywistości» — mówił ow gość nieproszony:«Jakoż, gdyby naprzykład cień królewicowiOjcowski się pokazał; i rzekł jak w Szekspirze— Dwór ten cały i orszak cały, równe snowiI wszystek blask ów co się po zbroicach liżeJak wąż — i te chorągwie i to co stanowiCałą realność, wszystko to równe jest snowi.I żeby mówię skreślił rzecz każdą prawdziwieJak ona jest — i żeby widział więc królewicJak jest — to — najprzód byłby warjatem u dziewic,Potem u wszech-pochlebców, potem u dworakówPotem u czaszek pustych — potem — i u ptakówSmętarnych — i rzucano-by kościami za nim
Wołając ideolog! — realność popsowaBo warjat jest — — i taka tragedja grobowaGrałaby się, a grała kosztem arcy tanim —Tańszym, niż ten Szekspira dzisiaj tom —
— — tu, z cichaZaśmiał się, potem ręką sięgnął do balkonuI urwał kwiat — i głowę skłonił do kielicha,Jak ten co czystą lubi woń, lub śni i wzdycha.
Tu — rzekł Chryzogon: «lampa gaśnie nam panowie!Światła!» — wraz świecznik, który na brązowej głowieSfinksa oparty, gorzał, zniknął — zadzwoniono:I po przestanku równie cichym jak niedługimSługa wbiegł ze świecznikiem takim samym drugim,Głowę mającym sfinksa — głowę pozłoconą. —
Pisałem 1847 r.
— Ktokolwiek pisze rzeczy jak one się dziejąTen stawa się cynikiem — kto, jak się dziać mogą?Ten bywa wizjonarzem, radzi się zeń śmiejąI bardzo słusznie — trzecią zaś kto idzie drogąCzyli, kto pisze jak się rzeczy dziać powinny?Ten bywa nawet zdrajcą — to niemniej jest słusznie,Bowiem zdradza nałogi. Pierwszy więc jest gminnyI płaski — drugi marzy tylko wielkodusznie;Trzeci zaś obrał drogę, dopóki żyw, brudną:Styl jego nieprzystępny i intryga nudną.
Tak więc — nie piszmy w onych trzech zboczeniach głównych,To jest: nie piszmy wcale — lecz znając usterki,
Przejdźmy z manowców sztuki do ścieszek jej równych,Z laską krytyki w ręku, jak dawne pasterki —Te zwłaszcza, które wieków temu parę lanoW powykrzywiane formy, bladą porcelaną.— Lub, co jest tem bezpieczniej dla błędnych stóp człeka,Oprawmy je w żelaza niczem niezachwiane;Tam i owdzie puszczając, gdy stanęła rzeka,Szyby swoje ku słońcu podawszy, pisane —A każda kresa na nich, jak ślad diamentuW geometryczne jasno złoży się figuryOd równoległych linii do elips zakrętu,Żadnej nie cierpiąc ohiby ducha i natury! —— Jakkolwiek powielekroć wsród takiej zabawkiNie jeden krytyk runął — lecz runął z uwagą,Że człek jest tylko marnym igrzyskiem ślizgawki —Szaty, że pęknąć mogą — prawda, że jest nagą!Co więc bynajmniej z toru myśleńca nie zbijaTy, mówisz że on upadł — on, że się omija —Albo pogląda w niebo, z ArystotelesemNatchnąć się i tem raźniej poskoczyć obcesem.
Nie ma-bo jak krytyki rzemiosło sprężyste,Na czytelników krótkiej oparte pamięci;Tudzież na smaku — dwie to bazy wiekuisteJak granit! — Chcesz krytykiem być? wystarcza chęci —— Wczoraj jeźli sarkałeś na stylu zawiłośćGłośże dziś że niejasno tłomaczy się miłość;Że cienie są potrzebne jak północna pora —By poufnego tobie zakryć autora —Chmur kilka tam i owdzie wcale nie zawadzi,Skoro chmura jak słońce do celu prowadzi —Jutro znów jasność stylu zalecisz innemuSzkłem palącym sprowadzisz mu światło na lice:Czytelnicy przepomną nim spytają «czemu?»I pióra twego wielbić będą błyskawice —Onegdaj — jeźli cynizm gromiłeś w kim innymMożesz, po jutrze książki oddzielić od człeka;Wskazać iż tchnienie Boże nie samym niewinnym,
Lecz komu chce się dawa i zasług nie czeka —Lilja, że w błotach miękkie zapuszcza korzenie;Wenus z szumowin morskich bierze narodzenie.Że błędem jest pożądać od sztukmistrza czynów,Nie zaś dzieł sztuki jego — palm, nie zaś wawrzynów.Sposobem tym — gdy pamięć czytelników płocha —Uczynisz co chcesz z sądem takiego motłochaBo tylko smak — i tylko jeszcze twój koniecznie —Dasz jemu w miejsce prawdy istniejącej wiecznie.To zaś, gdy trwa przez wiele lat, robi się po temSamo przez się jak śpiącej prządce z kołowrotemNić, idzie w palce martwe; włókno w nić się niesieNoga w takt kołem kręci i nie morduje się;A ktoby ci zarzucił że gościsz nie długoW przysionkach prawdy, jako niestały przechodzień,Westchnij i powiedz: «człek jest jednodziennym sługą,Wystarcza mu więc, gdy się niepokoi o dzień!»
W Ruinach, w nocy, mówią się i takie słowaKtóre gdzie indziej dziwnym brzmiałyby sposobem;Nie tylko bowiem z myśli jest myśli osnowa —Człowieka myślącego, postaw no nad grobemI mów z nim — a następnie, spotkawszy go w tłumieMaskaradowym, spytaj o rzeczy też same —Zobaczysz co rozumiał tam — co tu rozumie?— Wprowadź go w okowaną więzień nizkich bramęI do tryumfalnego arku, co błękitną,Z wnętrza jaśnieje szybą czystego powietrza;A poznasz wraz gdzie jego myśl pocznie być szczytną,Gdzie szybszym rytm i tęcza porównań gdzie leksza?Zali to jest mistyczne? — nie wiem — ale to wiem,
Że nie tłumaczy się to dietą i zdrowiem —Bo ani się ku temu przeziębić nie zdoła,Ani dostać gorączki — —
— W świątyni pokojuGdzie przez wyłomy sklepień gwiazdy ciekną z nieba,Gdzie bluszcz czarny gronami pełnemi się wiesza;Chodził o nocy Wiesław z Markiem. — Głazów rzeszaOgromnych, jak postaci wiele w sądnym stroju,Lub rzesza widm, tu, owdzie — sterczało głowami:Niektóre spały — inne, niby ramionamiDźwigały się, a inne pochylały skronie.— Cicho było — z daleka czerniał ark TytusaKolosseum i Forum po przeciwnej stronieI oliw sad — — Firmament jak lice ChrystusaWypogodzony bardzo, jasny od promieni,Z historycznością onych na dole kamieniZgadzał się, jako gdy jest tło stosowne z twarzą,Pejzaż z sceną dla której stanowić ma ramy.— W taki czas spyta Marek:
«— Czy się jeszcze zdarząZburzenia takie jak te co tu spotykamy —Czy ruin takich więcej zostanie po świecie? —— Takich? wątpię — całości ku temu nie mamyRównie plastycznych — wszakże, tych to ruin dziecięTejże wynik oświaty niemniej kolossalnyNaprzykłałNaprzykład naród cały skoro się obala;Potężna jest ruina zarys mniej widzialny —»Tu, zmilkli: potem Marek rzekł —
— Przyszłość ocala«Co jej potrzebne — naród żaden nie umieraTak, jako człowiek — ciało tylko się otwieraNiby trumna — następnie duch, wedle zasługiZstępuje lub wstępuje wyżej, albo niżej —Cały ciąg przyrodzenia, ilekolwiek długi,Służy ku temu — formy są jak mnogość krzyżyLżejszych, lub cięższych — w roślin przechodzi formułę
Wegetujące martwo serce — więcej czułePrzechodzi w formę ptaka, mniej czułe w minerał,Jak żył duch, tak się będzie nareszcie ubierał —Acz, są i wyższe sfery —»
«Tego nie czekałem! —Wykrzyknie Wiesław — mówisz więc że za pokutęDuch się z właściwą sobie formułą i ciałemSpotka w ciągu stworzenia — jako nuta w nutę —— Coż mi to za pokuta? — harmonia skończona —Ja-m myślał wprost przeciwnie: że forma roz-strzonaŻe duch nad ciało wzniesion i cało-widzenie,Sił życia niepowrotne — że to jest cierpienie!Gdy duch nad czasów gruzem smętnie rozrzuconymJest, jak ten oto księżyc w górze zawieszonymNad bez-harmonią ruin — i włóknem promieniNastraja ład i cierpi że nie może siłąJak za życia, oburącz chwycić tych kamieni,By złożył je w świątynię — — I tak nad mogiłąSamego siebie, siada, lamentując póty,Aż Bóg lub człek mu dogra niedogranej nuty.— Kmieć polski to opiewać zdaje się, gdy mniemaŻe ten lub ów spokoju człowiek zgasły nie ma,Dla tej lub tej przyczyny — że we śnie, na jawieW symbolicznej o pomoc kwestuje postawie —I pokutuje —»
«— Sztuka! gdyby jeszcze byłaCzuwającą, nie taką jak ją widzisz, zgniła!To winnaby w grobowcu wyświecać potrzebęZmarłego — dziedziczyłby syn po ojcu glebę —— Nie zaś one kolumny złamane, lub oneTrupie głowy. — Smętarze Chrześcian z tej przyczynyGorszą mię, co dzień mówisz: w ciała zmartwychwstanieWierzymy — lecz smętarze tak są opuszczone,
Takie bezmyślne! — staro-greckie gadaninyPojęte źle — Jonickie, Korynckie płakanieW herbach ze średnich wieków, z krzyżem jak z orderem,Przypiętym gwałtem — wszystko wyraźnie nieszczerem:— Nałóg tylko i nałóg — i lekceważenieŻycia lub śmierci — w mgliste ubrane westchnienie,Z czego, ani się dziwię ze MetempsychozęWykładasz mi, z Owida przełożywszy w prozę;Bo jeźli mniemać można że dziś ChrześcianieNie zbyt wierzą w uznane ciała-zmartwychwstanie,To nie dziw mi iż wracasz w czasy PythagoraPlatona i Owida, w tych rzeczach doktora.— Wszakże ja — ciągnął Wiesław — widzę, iż to ciałoNawet jak uczy chemia, jest z głównej zasady,Której sztucznie otrzymać nigdy się nie dałoZ absolutną czystością — że, dalej, pokładyRozliczne, doń się niosą swemi proporcjamiI że jako się w chemii ma z minerałami,Tak jest i z ciałem ludzkiem. Ileś go ocaliłCzystością, tyleś podniósł i uzmartwychwstalił. —Reszta zaś, powiedziałbym, w ogniu się odcedza,Jak rozrzucone w świecie uczucie i wiedza —Albo czyn, albo praca. — Co złe z nas zostaje,To w ustach złych w siedemkroć wraca i powstaje;My zaś cierpim, czekając aż w lepsze się zmieniPrzez lepszych — my rzucamy tu mnóstwo promieniKrzywych lub prostych — dobrzy, te zebrawszy drugiePracują, by odprościć pierwsze i zasługęW tem mają. — Trudno zatem wierzyłbym w przemianęOwidjuszową — owszem, skoro złe uczynięI płaczę, to gdy wyższym się od siebie stanę,Bo jeźli-m równy sobie, jakoż się obwinię?— Że zaś upadek podnieść nie może człowiekaWięc Łaska to sprawuje, że upadek widzę;Więc się zadłużam Temu co mię lepszym czeka,Więc z Łaski pokutuję i z Łaski się wstydzę.Gdybym zaś, jak ty mniemasz, czyniąc rzecz pająka,Stał się pająkiem, duch mój grzechu nie wyjąka
Owszem, byłby w swój prawdzie czyniąc co się tycze,Pająka — tyrumfalnetryumfalne przywdziawszy oblicze —I jako prawy pająk chełpiłby się z czynuI nawet byłby wielkim, wśród pająków gminu!— Powiem nawet, że prawie możnaby już widzieć,Skoro się duch z pokuty wyzwala czasowej;Neron, czy w Limbach jeszcze dotychmiast ma siedzieć? —— Pytanie śmieszne — wszakże z zwyczajów osnowyBacząc, czy obojętnym już? lub jeszcze kusi?Lub wzbudza żal? — poznamy, ile cierpieć musi!— A wszystko to, jak widzisz, prawie namacalneI tak jasne, że gdybym dał do PrzeglądnikaW Poznaniu, to nie wziętoby mię za mistyka:Tylkoby oskarżono znów że materjalne! —— Mniejsza o to! —
Słyszałeś, że i świętych ciała«Znajdują się w całości, jakby forma onaZatrzymana, lub na czas w duchu zachwycona,Dnia gromnego zmartwychwstań swobodnie czekała.Bywa nawet że ciało to blaskiem jaśnieje —— Tu zda się mówię brednie — tak wszelako bywa.Mniej u żywych — aczkolwiek i tu światłość dniejePromienna — coś, jakoby Mojżeszowa grzywa,Blask, podobien do tego który apostołyW czas przemienienia swemi zchylonymi czołyWitali — gdy mówili: dobrze nam tu Panie —Światłość ta, to jest przedświt już na zmartwychwstanie —— Przypomnij sobie jeźli widziałeś obliczePoczciwego człowieka, gdy myśli rzecz świętąZali nie ma tam blasku? — albo głowę ściętąW sprawie czystej? — lub może widziałeś i biczeCiemności, na człowieku co myśli rzecz ciemną,Chroniąc się od światłości iż mu nieprzyjemną.— Skra jest skrą! — lecz ta światłość w potędze ogromnej —— Nie już w odblasku — Szawła butnego obala.Kto spojrzał gdzie sam w sobie gore wiekopomny,Temu się łuną czoło śmiertelne zapala.
— Figur zaś tu nie myślę retorycznych — wierzę —W życiu, co dnia, acz tego nie oddawa słowo,Nieraz ów blask nad zacną przelatuje głowąI jeźli powiem widny to tylko zbyt szczerze —Bo jest więcej wewnętrzny niźli planetarny,Bo złowić go nie zdołasz sztuką fotografu;Bo szybszy i nie jako czas i przestrzeń, marny,Szybszy od gromu — szybszy od wszelkiego trafu,Od ścisłych czasu mierzeń — co więcej, iż przytemNiewydrożonym sumień płynący korytem.— Chciej-no go pędzlem schwycić, musisz wprzód sam w sobieZbudować się ku temu — twarze wtedy obie:Tego co kreśli obraz i jego modeluPodobne są chwilowo współ-zbłysnąwszy w celu.— Mów jak chcesz i zwij jak chcesz te słowa — a przecieKażdy, kto palcem sztuki dotknął, wyzna ze mną,Że tak jest pewno — pewniej, niż wiele na świecieNieomylności ludzkich! — i choć mówię ciemnoJaśniejsze to od jasnych wielu kontradykcyi,Co świecą dziś, lecz jutro już trza im restrykcyiNawet i kłamstw, ażeby świetną ich wymowęUtrzymać — bo rozpierzcha się jak mgły marcowe,Po których ciemne widać: błoto —»
— O! tak bracie:Katakomby tak mówią — tak tu i w dogmacie,W życiu i w wiedzy. Cóż mi są Metampsychozy?Eneasz wszedł do piekieł i wyszedł bez zgrozy,Orfeus i Pytagor byli tam niechrzczeni —Lecz mnie, ci więcej drożsi co w rzeczach potocznychTrzeźwi będąc, są przecież w wieczne zachwyceni,Treść niewidzialną z onych zgadując widocznych.Jakkolwiek wiem, iż ludzie uwzięli się na toŻeby nie iść do niebios, lecz stękać za kratą,Szwankując się i trapiąc. Wszystkie weź smętarzeI aby jeden pokaż który mi zaprzeczy:Bo inna, protestanckie one wirydarze,One ogródki — one, wcale nic do rzeczy,
Skrywanie aktu śmierci kobiercem fijołków;A inna, zamyślenie smętne pod DrezdeńskąSykstyną Rafaela, pogodnych aniołkówCo wieją jeszcze oną wolną, nazareńskąProstotą — i bynajmniej nie są przerażeniWidzeniem — ani oczu kryją jak Żydowie,Kiedy grzmotami mówił Bóg w snopach promieniDo Mojżesza — i owszem — to im jest na zdrowie —Twarzy swoich nie martwią one wyniszczeniemLecz włos trefiony mają, wzrok jasny natchnieniemI łagodnością błogiej głębiny sumienia:Grób żaden tak lekkiego nie użył kamienia! —
Nieraz gorzki mię uśmiech brał na tych smętarzachGdzie płaczące niewiasty, w batystach z marmuruMartwią się — nie widziałem w tych posągów twarzachRóżnic życia a śmierci — wszystkie jak z albomuPortrety, które mało obchodzą nas w domu.— Widziałżeś grób człowieka co umarł szczęśliwieGrób, prawie że radosny? — grób, co tobie mówiCiesz się — bo oto ludzie kończą już godziwieI śmierć podobną bywa łagodnemu snowi. —Krokiem zwycięztwa nowym nie pogardzaj bracie!Nie — oni ci postawią płaczącą figuręSiebie żałując — w trzy dni, ani wiesz o stracie.Skoro ci ząb wypadnie, czujesz miejsce próżne,Lecz często mniej gdy duchy odchodzą podróżne,A figury kamienne płaczą — płaczą z ranaI wieczór — jak najęte. —»
O! ty ukochana«Ludzkości Chrześciańska — czy taić ci o temŻe jesteś nieskończenie szanowne nic-potem? —Osiemnaście więc wieków trwasz? a taka próżniaWe wszystkiem — mało gdzie cię myśl wyższa odróżniaOd pogan, z których żyjesz —»
Czyście nie widzieliŻe mieszkacie w świątyniach starożytnych bogówI w bohaterów grobach? — że, aniby śmieliStworzyć co architekci — prócz stodół a stogów —Bez świątyń tych i grobów, z których nasze domy —— Cóż zaś, zostanie po nas?»
Tu — Marek rzekł «co myMyśleć mamy o grobach w wilię zmartwychwstania?Lada ranek, czekamy dnia ostatecznego. —»
Czekacie? — prawda — znam ja ten liryzm czekaniaUsprawiedliwiać zdolny, ależ nie każdego —Przysłowiem się on stał już tak i o narodzieMniemamy! — mając kilka błyskawic w odwodzieCzekać można, aż spyta kto: mili panowie!Rzeczono jest że ani nawet aniołowieNie wiedzą dnia tych czasów i że będzie właśniePrzeciwnie — zkądże jedni wy wiecie tak jaśnie? —Co zaś znów do narodu — zaiste, że miłoPowiedzieć sobie: na czas stanowczy się chowamAż dzień przyjdzie, gdy wszystko będzie się robiłoSamo przez się — więc k'temu rzeknę tylko to wam:Że, bądźcież bezpotomni skoro tak myślicie,Lub życiu czyńcie przyszłość, powodując życie!— Mnich gdy powie, że Pana wygląda na niebieIstnie on prawdę mówi użyteczną wielce,Bo jest tą dziewką mądrą co czuwa za ciebieI oliw tłustość co dnia wlewa po kropelce.On społeczeństwo czasu pragnienia napoi,Chleb pomnoży — lecz inna gdy tam się nie stoiGdy i bierze się z świata i światu zadłuża,A klasztornego zewnątrz używa przedmurza.Lecz dość — bo smutków wiele znam niewyrażonych,A mało słów co służyć im lubią — Mój drogi!Smutno jest — gdyby z pierwszych który umęczonychWstał teraz i z swą stanął palmą pośród drogi,
Co te do arku płaskie wyściela kamienie —Ah! drogi mój — i gdyby spytał o krwi morzeWylane za nas —»
Tutaj stało się milczenie —Droga pomiędzy nimi, jak potoku łożeWysłanego kamieniem, bardzo była pusta:Tą szli pod Ark Tytusa — gdzieniegdzie z dalekaBielał kolumny odłam, jak wisząca chusta,Lub czernił się na niebios otchłannem przeźroczu:Szli tak po głazach, kędy wracał ImperatorZe zburzonego miasta świętego — co czytajW Tacycie — i sumienia, czemu tryumfator?Zapytaj. — —
Pisałem 1849.
«O! społeczeństwo ludzkie, ty byłobyś rajem,Albo przynajmniej czemsiś pogodnem bez przerwy,Gdyby nie ta rzecz jedna co zowią: zwyczajemI druga, nie dość znana starożytnym: nerwy!— Galileusz, gdy matka w kolebkę go niosła,Czy winien był, że przed nim barbarzyńskie sędzieRoznamiętnili kodeks a klątwa z nim rosła? —I że pierw jest człowieka-wróg, nim człowiek będzie?Wróg zwyczaj, pokolenia nieważący za nic,Jakby je wszystkie najprzód znał i był bez granic.— Jemu to gdy pokażą niemowlę w pieluchach,Ceni je ledwo jako ogniwko w łańcuchach,Jak dalszy ciąg, jak wiersza zerwanego kropki —Probując, ile ramię będzie do maczugi
Ile do ostróg nowo narodzone stopki? —Aż tu, właśnie że przyszedł, czas zrzucać kolczugiAż tu broń idzie palna za kolebką dzieckaI dorósł mąż wołając: Ludzkości zdradziecka!Cóż mi ty za obecność dałaś? — NarodzeniPo Pantheizmie, który Biblię fałszem mieni,Inaczej znów w też same wstępują okowy —Człowiek nowy, swobodnie wnieść nie może głowyKu niebu — tylko zaraz przez ordzałe kratyBo zanim wyjdzie na świat, są już kazamaty.Bo jeźli woła «wierzę» pierwej jest pytanie,Czy jak to on powiedział, usłyszeć są w stanie,Czy raczej tak, jak słuchać się ponawykałoNim usta te, co rzekły «wierzę» były ciało!» —
To, mówiąc Wiesław w ciche pozierał niebiosyJak człek, którego bliższa nadzieja ucieka:Skwar był — kropelka jedna jak zbłąkanej rosyUpadła mu na rękę — zagrzmiało z daleka —Szyb drżenie i szmer kwiatów co u okna stałyI lot gołębia krzywo pędzącego na dół,Ledwo-że atmosfery zmianę zwiastowały.Jużci grom bił na niebie i deszcz lał na padół —I wielkie smugi złotych błyskawic na ścianie,Jakoby adamaszku żółtego zdzieranie,Tam i owdzie w mieszkaniu czyniły niepokójRzekłbyś, że skrzydła z siarki zagarnęły pokój.
Grzmiało tak i łyskało się zapamiętale —Wtem, kołatanie do drzwi usłyszawszy mocne,Wstał Wiesław i przebiegłszy osiarczoną salęDrzwi otwiera — lecz komuż? —
— jak, widzenie nocneGdy, w spieczonej gorączką rozbłyśnie źrenicy:Poznał nieprzyjaciela!
— «Co chcesz tu Maurycy?Ty, który nim gdzie wnijdę oczerniasz mię gniewnie?»Maurycy na to — «więcej o tem ani mowyAni myśli — czy słyszysz jak pada ulewnie? —Czas zmienił się — przepraszam cię — jestem nerwowy!»
Tu — samo się przysłowie stare napomykaMało gdzie równie trafne — że: racya fizyka!
Konna rozmowa, czasem nie jest nieprzyjemna,właszczaZwłaszcza, gdy księżycowa noc, od spodu ciemnaOd góry jasna, srebrzy drzew wierzchołki pełne,Jak runa owiec gęsto puszczających wełnę.Młyny, gdy przytem szumią na stawach, dalekie,A ku drodze się dęby schylają kalekieI jest smętno — konie zaś, z jednej będąc stajni,Strzyżeniem ucha szepcą wzajemną pociechę,Że spocząć pod znajomą powracają strzechę.W podobny czas do domu zjeżdżać są zwyczajniJerzy i Wiesław — pierwszy na siwym a owyNa jabłkowitym, perskim, który ma podkowyKute w Tobolsku, grzywę czarną, kulę w karkuIż jest od Kabardyńca kupion na jarmarku.
Jechali więc tyłami stodół, dzwonnic, młynów —A był nad nimi księżyc pełny, srebrny, cały,Jak Rzymski medal męża dojrzałością czynówZupełnego, co w tryumf przeszedł arkiem chwałyJak pieniądz srebrny z czasów tragicznych Cezara,Na którym legionisty postać z ciężarami
Wojennymi wykrągla się kształtem filara —Albo jak dawna polska złotówka z orłami —— Jechali tak w opłotach starego smętarzaŻydowskiego, co kirkuth zwą u arendarza.— Kamienie białe, z wierzchu księżycem srebrzone,Sterczały na około jak widma, gdy nocąZ murawy się podnoszą cicho i szczebiocąDo siebie, czy od ludzi nie są spostrzeżone?
Jechali tak, gdy Jerzy — z rozmowy w gościnieZkąd wracali — te słowa, z westchnieniem wywinie:«Smutno, o! smutno — wielkie rozdarcie na świecie,Na które gdyby ludzie lekarstwo wiedzieli,Ile że jest lekarstwo, ustaliby przecieRozdzierać się i męczyć. — Pan ciągle kościeliI jedna — oni, dręczyć się i targać wolą —Rany zadawać, nie jak chirurgowie śmieli,Lecz jakoby oprawce, węglem, gwoździem, soląI żółcią —» alić Wiesław odpowie mu na to— «Próżność, i wywyższenia się rządza to czyni:Zaradzić temu? — chyba że wolności stratąKonieczną — i cenzurą, co jak OchmistrzyniW opiekę weźmie — silną także dyktaturą —— Albo zaradzić temu jeszcze można chłostąSprawiedliwości Pańskiej — głodem, gromów chmurą,Najazdem, i zarazy obrzydliwej krostą.»
Więc Jerzy rzecze, dając siwemu ostrogę:«Bóg tylko, że jest wiecznym i ci co mu chwałyZaprzeczyli, obierać taką zwykli drogę —Człowiek zaś, nieśmiertelny zarówno jak mały,Nie mniemam by skutecznie tychże sprężyn użył —Dłużny jest — cóż więc? gdyby nadto się zadłużył?»To mówiąc, przejeżdżali łąkę ścieszką wązkąA konie, cugle mając z lekka opuszczoneIgrały nozdrzem z każdą po drodze gałązką.— Strzemiona na wierzch siodeł były zarzuconeNiedbale, niby obrót mowy w zaufaniu —
A było zorze, jakby tuż na przed-świtaniu —— — — — — — — — — — — — — —Lilie wonne, opodal rosły — — — — — —— — — — — — — przeto, JerzyTe powie słowa: «Gdyby, co wiedzieć należyWiedzieć chciano i pomnieć chciano wszech-przytomnie,Pomnieć i ufać temu całą prawdy siłą;To zaś jest, co te lilie mówią teraz do mnie —To zaś jest, co tym liliom powiedziano byłoPrzed wiekami, na puszczy — tam. Gdyby wiedzianoŻe, mimo rządz i miotań więcej się nie stanąNa cal jeden, nad tyle ile stać są mogą:Że, ani włosa barwy zmienić nie są w stanieAle - że biada! jeżli wsteczną pójdą drogąNie dotrzymawszy miary — O! najdrojszy Panie,Jakżeby dziś już równo było na planecieI nikt na krnąbrne sarkać nie musiałby dziecię!I aniby zdradzano, ni podstępowanoNi oczerniano, święcąc kropidłem rozsądku,Albo umiejętności — Wtedy by w porządkuPrzedwiecznym dojrzewano i zmartwychwstawano.Wtedy by odpoznano, że zazdrość bezsilnaŚlepa zawiść, praktyczność bez Boga, omylnaI że się nie zda na nic kłamać w Imię Boże;Lub zbożnieć w imię kłamstwa — że chcecie albo nie,Prawda zwycięży! choćbyś w grot ubrane słoniePopędził na nią, choćbyś na tortur ją łożeWyciągnął.»
A więc Wiesław tu wstrzyma swojegoCzerkieskiego — i czapki przed krzyżem uchyliI rzecze: «Dzięki Tobie Ojcze! — ze wszystkiegoMojego serca, iżeś tym, co się spyszniliUmiejętnością, zakrył rzeczy te — a onymProstaczkom, je objawił ciemnym i wzgardzonym.» —
Modląc się tak, wesoło do dom powrócili — —To zaś wszystko, działo się o nocy, bo we dnie
Możeby wstydem było modlić się przed krzyżemPrzydrożnym — raz, że fraszki nie dają powszednieDrugi raz, że to droga traktu z ŻytomierzemKędy powozy jeżdżą — zaś, ostatni trzeci:Że, skoro chcesz się modlić, to wnijdź do komoryI sam z przedwiecznym zostań jak z ojcem są dzieci — —To ostatni jest powód —— nienajmniejszym wtory!
XVII.«Stary był, pomnę, Zorian, się nazywałGdy go palono, cichszy od owieczkiNa lirze sobie czasami podgrywał,I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.Ani klątw rzucał — ani wydobywałGłosu wielkiego z maleńkiej lireczkiGłaskał ją tylko wyjaśniwszy lice,Niby zlęknioną, białą gołębicę.»XVIII.«Zdawał się mówić i twarzą i rękąJakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:Nie bój się liro, bo śmierć nie jest mękąAni się lękaj cieleśnego zboja! —Nie bój się moja maleńka lirenko,Nie bój się siostro, nie bój córko moja:A na toż by to nasza mądrość była,Gdyby — przed śmiercią skonać nie uczyła.»XIX.«Przyjmowano cię po domach, po chatachPókiś ty ze mną była wędrownicą;Bądź że dziś wdzięczna a nie płacz przy katach,Bo się ucieszą i ton twój podchwycą. —— — — — — — — — — — — — — —Czekaj — wstaniemy oboje po latach,Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą,Wstaniemy razem z wielką jaką zgrająHarfiarzy — co jak anioły śpiewają.» —
1.
Teleskopowa oj! kometoPrzelatująca w dzień słoneczny,Gmin cię nie witał niestateczny;Astronom ledwo z baszt, lunetą!— Ty, na padół nie trzęsiesz złotemNi groźbami — cóż ludziom potem? —
2.
Ciche zasługi są tak samoBez wczesnego gdy schodzą żalu;— Dziecię woła za piersią: «mamo!»Lecz ona w mieście jest na balu:Pierś zapiętą wsparłszy o ramię,Tanecznika, co uśmiech kłamie.
3.
O! z jakimże wołałem żalemNa smętarzach twoich, Narodzie:«Jeruzalem! o Jeruzalem!Bez strażników i wierzyc grodzie,Zawsze nie w czas, lub zawsze nie tyTeleskopowe znasz komety.
ja.
Pani — mam mówić z nią o rytmie sił,Które sprawują planet korowodyKażże mi podać wina — abym pił,Cukru i wody —I siądź — na ramię zarzuciwszy szal,Nieumiejętnie, jak nimfy szal kładą:Błękitną niechaj on harmonią fal,Jak z skały spada kaskadą! —Firankę — sługa niech odrzuci z szyb,Księżyc potrzebny jest k'temu,Naczynie szklanne, złotych pełne rybPodamy jemu.
ona.
Owszem, lecz śpiesz się, właśnie bowiem czas,Gdy Fryzier, Pinettim zwany,Przyjdzie — a za nim służebnice wraz,Mnogie przyniosą falbany.
ja.
Pani — mam mówić z nią o głosce: A,Ile przyniosła ludzkości!? —Wspomnę co mądrość? a co znaczy łza?Nadmienię też o miłości:Siądźże — i włosy swe grzebieniem zbierz,Gdy ja — przylegnę na progu;I będę jak do feodalnych wież,Śpiewał: nieznanej i Bogu. —
ona.
— Owszem — lecz śpiesz się, oto bowiem kwiat,Nie będąc na czas zrobiony,Odmieniać muszę włosów tok i szat,Wieczór mój! prawie stracony!
ja.
Pani — ołówek pozwól mi wziąść ostryI ten mój album podręczny;Z natury zrobię szkic dla mojej siostry,Będę ci wdzięczny.
1.
Wiesz kto jest wielkim? — posłuchaj mię chwilę,Nauczę ciebie,Poznawać wielkość nie tylko w mogile,W dziejach, lub w niebie.
2.
Wielkim jest człowiek, któremu wystarczyPochylić czoła;Żeby bez włóczni, w ręku i bez tarczyZwyciężył zgoła!
3.
Niższym się stawszy, on zawiść poniża,A zawiść w czwałyLeci i czepia mu znamiona krzyżaWołając: «mały!»
4.I kłamie sobie, jak kłamała pierwejGdy on, z westchnieniem:Przyjmuje sławę i niesławę, nerwy —Prawdę, sumieniem.
5.
Ludzie więc chlubią się że wielkich znaliK' temu jedynie;Iż nie poznają się na wielkim, maliPierwej, aż zginie.
6.
Podobnież niedźwiedź, pierw trupa zakopie,By dobył z trumny:— — — — — — — — — — —— Lecz to w Syberyi, nie zaś w EuropieBywa rozumnej. —
1.
Kończy się Era starego oręża,Czas jej ucieka;Nie człowiek dziś już kuty dla orężaOręż, dla człeka.
2.
Za to i rycerz, nie lada gwałtownikLecz ów co czeka;I niekoniecznie atletą pułkownik,Prędzej kaleka! —
3.Amarantową włożyłem na skronieKonfederatkę;Bo jest to czapka, którą Piast w koronieMiał za podkładkę.
4.
I nie dbam wcale że już zapomnianoZkąd ona idzie?Ani dla czego spospolitowanoTę rzecz — o! wstydzie. —
5.
A jednak widać że znam klejnot wielkiRzeczpospolitej;Skoro przenoszę, po nad wieniec wszelki,Z baranka wity! —
1.
Pani-bo jesteś z takiego klasztoru,Gdzie ścianę z ścianąGdy połączano, to cięcie toporuZa zbrodnię miano.
2.
Podwalin nie ma, bo deptać je trzeba,Ni schodów wyżej;Ale poręcze sięgają do nieba,Poręcze z krzyży!
3.
A okna z łez są, łzy z koronek rosyTrójbarwnie szklistych;A zamiast dzwonu powietrzne rozgłosyAktów strzelistych. —
4.
A łuki z skrzydeł są serafinowychW węzły związanych;I stoją lecąc, lub czekają nowychŚwiatu nieznanych.
5.
I słońca nie ma tam — ani księżycaTylko już świeci;W obłokach cichych Chostja blado-lica:Świeci i leci. —
6.
Więc ja na sądny-dzień, pod waszej rąbekSzaty się schronię —— — — — — — — — — — —A teraz — patrząc, gdzie siada gołąbekKulbaczę konie!
1.
Jest sztuka jedna, co jak słońce w niebieŚwieci, nad wiekiem:Mieć, moc pocieszać — moc zasmucać siebieA być, człowiekiem!
2.
Trudna — bo Mistrzem jest tylko ten, któryOdszedł daleko:By kiedyś wrócił na obłokach, z góry,Światłości rzeką — —
3.
Uczeń podrzędny — i ja w tej trudnościUdział mój wziąłem,I nieraz w marmur tnę rzeczywistościZ Michał-aniołem.
4.
I oto — cieszę się — że jedną rękąDotknąwszy tronu,Czułem, jak wielką trzy-korony mękąZacnemu łonu!
5.
Gdy drugą ręką nieraz, gnany wiatremŁachman, mię witał:Zkąd w życiu wszystko to co już teatrem,Jakbym przeczytał!
6.Dla tego panię, innemi drogamiTamże zabiegłą,Spostrzegło serce me, prawie ze łzamiOko spostrzegło.
7.
Bo suknia Pani jest z tegoż zakonuDomowej przędzy:Bogactwo dało Ci znać nędzę tronu —Serce tron nędzy!
8.
I stoi klasztor nasz na podwalinachPo ludzku Bozkich,Które po Bozku są ludzkiemi w czynach,Tradycyi włoskich!
9.
Bo, z starej Padwy i z Bolonji małej,Z Rzymu ogromów,Przenieśli Ojce wiecznej odłam skałyW posadę domów.
10
I zbudowali ten gmach gdzie kolumnySą haraktery;A każdy sam jest, i że sam, to dumnyKról swojej sfery.
11.
I nie jest szczęsny on jak Serafowie,Lecz pobłażliwy;I święty nie jest, bo chełm ma na głowie,Miecz w ręku krzywy —
12.
I każdy filar tylko jest lennikiemBogu praktycznym —Pilaster każdy jest tylko setnikiemEwangielicznym. —
13.
Niewiasta każda, do Saby podobna,Lub do Debory;Stopa jej mocna, i ręka mniej drobna —Umysł nie chory.
14.
Lecz klasztor taki w obłoki nie wzleciBo ledwo wstanie;Wraz go rączkami zatrzymają dzieciJak znaną Panię. —
15.
Ta — rąbek sukni tam i owdzie zszargaNędznych barłogiem —— A czasu swego, powie o niej Skarga:Że żyła z Bogiem.
1.
Współczesnym, zacnym oddać cześć,To jakby cześć Bożej prawicy;I sercem dobrą przyjąć wieść,To jakby duch, łonem dziewicy. —
2.
Więc hołd Emirze przyjm daleki,Któryś jak puklerz Boży jest;Niech łzy sieroty, łzy kalekiZabłysną Tobie, jakby chrzest.
3.
Bóg jeden rządzi z wieków w wieki,Nikt nie pomierzył Jego łask:Chce? — to wyrzuci z ran swych ćwieki,A gwiazdy w ostróg zmieni blask. —
4.
I nogą w tęczy wstąpi strzemię,Na walny sądów jadąc dzień;Bo kto mu niebo dał? — kto ziemię? —Kto jemu światłość dał? — lub cień? —
5.
A jeźli w łzach gnębionych ludzi,A jeźli w dziewic krwi niewinnej,A jeźli w dziecku co się budzi:Ten sam jest Bóg — nie żaden inny. —
6.
To — namiot twój niech będzie szerszyNiż Dawidowych cedrów las;Bo z Królów-Magów trzech, tyś pierwszyCo konia swego dosiadł w czas! —
1.
Jak orły, w klatce zamknięte drucianejSiadują przez dzień, niewoli pamiętne,Lecz z świtem, oczy przetwierając smętne,Do lotu skrzydłem biją w twarde ściany —Aż uderzywszy, tak, co świt, o kraty,Pierze im z ramion obite, wiatr niesie,I każdy, pierzom swym dziwuje się,Na skrzydłach, krwawe oglądając łaty —
I wraca głowę, ze skrońmi płaskiemi,Odpoznawając się w klatce, na ziemi! —
2.
Tak, wy! — szlachetni, różnego naroduWolności świtów, zamknięci orłowie,Przed czasem zgaśli, konspiratorowie;Młodzieńcy w grobach, lub starcy za młodu —— Zdawałoby się że czasów zakonyWłasnymi łamiąc muszkuły i nerwy;Co potem w dziejach, to czynicie pierwejNa samych sobie — jak święty — szalony —Wracając co wiek z oczyma błędnemiDo odpoznania się — w klatce — na ziemi!
3.
Lecz oto właśnie tam, gdzie wolność samaCałą się stawa tradycją narodu,Na wskroś otwartą, z wschodu do zachodu —Gdzie dzieje nie są jak gmach, lecz jak brama:Właśnie że owdzie, w Ameryce młodej,Starzec wiekowi swoim równy wiekiem,Iż człowieczeństwem dzielił się z człowiekiem,Krętszy mającym włos, czarne jagody;Starzec szlachetny — i Mojżesz murzynów,Głowę swą idzie nieść z głowami synów!
4.
O! — ten na trumnie mu przygotowanejSiadłszy — z więziennym gdy rozmawia sługą:Słuchajcie ludy! — bo ubiegnie długoNim się buntownik tak umiarkowanyNarodzi światu — nim wódz tak ogromnyI szubienicznik tak arcy-szlachetny —Tak dzielny starzec, ojciec tak bezdzietny! —Aż się narodzi taki bezpotomny! —Że — wasze wszystkie wystawy-arcydziełNiewarte jego szubienicy i dzieł! —
5.
Wkrótce już — sędzie sami sobie skłamią,By gwiazd-dwanaście Ameryki zbladło;Sprawiedliwości przepęknie źwierciadło —Na czoło starca kapelusz załamią,Deskę usuną z pod stopy zdradzonej —On — rzeknie: amen — i nogi skinieniemJak jeździec konia swego, ze strzemieniem,Odepchnie — cały świat zeźwierzęcony! —I będzie plamą na słońcu czerwonemI plamą będzie na oku strwożonem. —
6.
Ah! Waszyngtonów i Kościuszków cienie,Mężów, co z kończyn obcego naroduNiańczyć ci przyszli, Ameryko! z młodu,By nie zwać cudzem, cudze wyzwolenie —Czy, patrząc z szczytów gdzie jest źródło wzroku;Cienie te z czasem nie zmylą się, raczej? —I wołającym o pomoc, w rozpaczy,Czarny pokażą sztandar na obłoku —A ludzie bladzi, stłumieni i cisi,Rzekną, iż: w Brownie Ameryka wisi?
1.
Kiedy się ludów obłok za obłokiemZsuwał po biodrach gór — a tajemnicaByła ich wiedzą, i sercem, okiem,Uragan władzą, z groźnym knutem swym,Dzieje, jak szczenna na zlężeniu lwica:Któż się czuł jeden? — Rzym.
2.
Moce zagarnął wszystkie i chytrości —Ludy, jak dzika oblizał wilczyca;Lecz za to pierwszy nie znał wyłączności!Pierwszy, jak orzeł, po nad światem tym,Na wszech-podniebiu dał Naród-szlachcica:On tylko, tylko — Rzym!
3.
Immolujący, jak pontifex-dziejów,Immolowany, jak dziejów ofiara,Sam przywilejem stał się przywilejów,Bo wszystko jego jest — gdy on nie swym: —Na fundamentach wyryte miał: Wiara —Pierw, nim był Rzymem — Rzym!
4.
Dla tego, burze te marne przewiejąI same tchnieniem zniesą się powtórnem,A lampy gorzeć będą, jak gorzejąU grobu, który światłość dawa im;Bo, cóż Chrystusa byłoby KoturnemZiemskim? — jeźli nie — Rzym!
5.
A ciebie, któryś jest Pańskim-obłokiem,Nim patryotyzm-chrześciański wzrośnie;Wilczęta niźli pełnem spojrzą okiem,Nim gołębięta skrzydłem wioną mdłym;Serc miliony ugoszczą radośnie,Jak zmartwychwstały — Rzym!
1.
Ty! jesteś w Europie, poważny NarodzieŻydowski: jak pomnik strzaskany na Wschodzie,Swoimi gdy złamki wszędzie się rozniesie,Na każdym hieroglif unosząc odwieczny —A człowiek północny, w sosnowym gdy lesieNapotka cię, odbłysk zgaduje słonecznyOjczyzny! co kędyś w niebieskim lazurze,Jak Mojżesz się w wodzie pławiła Nilowej,I mówi: «Jest wielkim, kto bywał tak w górzeI upadł tak nizko, i milczy jako wy.» —
2.
— Północne my syny z włosami płowemiWschodowej historyi, my śnieżne obłoki —Za kabał granicą, od razu, wprost z ziemiPatrzący na niebios przybytek wysoki;Jak Agar synowie, przez kraju istotę,Jak Sary synowie, przez ojców robotę, —My pierwej niż inni — my wcale inaczejPojrzeliśmy ku wam, bynajmniej z rozpaczy:Boć herbem gdy z wami szlachetny się łamał,Krzyż bywał w przełomie tym — i on nie kłamał!
3.
Aż oto, że dzieje pozornie są zamętGdy w gruncie są: siła i ładność szeroka! —Aż oto, że dzieje są jako testament,Którego cherubin dogląda z wysoka;Więc, znowu Machabej na bruku w WarszawieNie stanął w dwuznacznej z Polakiem obawie.
— I kiedy mu ludy bogatsze na świecieDawały nie krzyże za które się kona,Lecz z których się błyszczy — cóż? przeniósł on przecie —Bezbronne jak Dawid wyciągnąć ramiona! —
4.
Poważny narodzie! cześć tobie w tych, którzyMongolsko-Czerkieskiej nie zlękli się burzy —I Boga Mojżeszów bronili wraz z namiSpojrzeniem rycerskiem, nagiemi piersiami.Jak starsi w historyi, co ręką na dziczeKiwnąwszy z wysoka, wołają: dotrwałem!«Chorągwi się badam, nie chłopy twe liczę,Bo kiedyś był nicość, ja mleko już ssałem —Naturę, znam dawnej! — więc przeklnę wędzidła,I staniesz na koniu jak pastuch — bez bydła.
1.
Nie złoto, i nie kość słoniowaPołyskują w zaciszy mojej;Ni pachnąca belka cedrowaNa kolumnach z bazaltu stoi.
2.
Ni natrętnym komu dziedzicemStałem się, jako człek szczęśliwszy;Ni posługiwam się szlachcicemW klienta go pierw zamieniwszy.
3.
Wiarę tylko; lub skrę natchnieniaOd niebios wprost ubogi biera —Bez łaski, możnych utrudzenia,Zaściankowa starczy mu sfera.
4.
O! człowiecze, dzień po dniu idzieI księżyc się z księżycem zmienia;Gdy ty w grobowej piramidzieMarmur czerpiesz na twe przedsienia:
5.
Baii morskiej przelękłe faleCofnęły się przed twymi plany —Byś miał kędy zabijać pale,Sąsiad z progów bywa wygnany!
6.
Po ostatni raz, mąż i żona,Na ojczyste pojrzawszy łany,Załamują drżące ramionaPenaty swe, tuląc w łachmany —
7.
Gdzież nareszcie, właściwszy z gmachów,Zamieszkacie? nienasyceni!Ziemi czeluść nie ma dwóch dachów:Nędzarz czy król? nie ujdą cieni — —
8.
Nie złoto cłem na Styxie wcale!Ni bystra Prometejów wiedza;Charon czeka na was, Tantale!— Cierpiących zaś Charon uprzedza.
BYRON.Ja cię znam — bo gdy jeszcze żyłem na planecie,Nie jedno twe na płótnie spotykałem dziecię —A myślałem o mojej złotowłosej Adzie. —Że jak w skrzydła w pieluszki się bieluchne kładzieI w snu obłok lekkiego wyobraźnię skrywaI lata w niebie. — Nasza wyobraźnia męzkaW sporze jest z jawem, ich zaś, lubo przed-prawdziwaI przed-tryumfująca, zgoła przed-zwycięzka —Lecz jedność ma: albowiem jaw dla niemowlątka,Myślę że tyle tylko od snu jest odmienny,Ile prątek, na którym w klatce słowik sennySpoczął, różnić się może od tej klatki prątka.To mówiąc ostrzedz muszę ciebie RafaeluŻe mam dumania nałóg — nałóg monologu,I bywało — coś zacznę — i znowu bez celuPuszczam myśl —
RAFAEL.Po takowym poznaję nałoguCzem byłeś, a kto byłeś? pytać rzecz nie moja.
BYRON.Tassa znasz?
RAFAEL.Danta niemniej. —
BYRON.Lecz nie znałeś splinu! —
RAFAEL.Włoch jestem. —
BYRON.Co Helena? wiesz — i wiesz — co Troja? —I co miłość — z Homera ty plastykę czynuMusiałeś czuć — jam widział na freskach twych ludzi,Znoszą się sami — widza żaden nie utrudzi —Ruszają się. —
RAFAEL.Grek jest-żeś —
BYRON.O! jestem — i jestemPoeta grecki, jakich więcej już nie będzie:Bo nic nie napisałem — tylko wszystko giestemŻyciem, duchem —
RAFAEL.Kochałeś! —
BYRON.A jako łabędzieŚpiewają raz na życiu, tak i mnie się stałoW Missolunghi! — Ojczyznie mej, za chwałę chwałąOddałem — inna z Grecyą ma była umowa:Kochałem dwie — dla jednej zabrakło mi słowa.
RAFAEL.Miłość!
BYRON.A cóż powiedzą o nas? spytam lepiejCo o mnie? — ty bo jesteś przeszłości Serafiej! —Ciebie pominą — kto się do ciebie uczepi?
RAFAEL.Strzelec mylny, czy można zgadnąć w co utrafi?
BYRON.Świat jest gorzkość —
RAFAEL.Bóg — miłość; a miłość to czyniŻe się niewinny często za winnego winiI oto wzajem noszą brzemiona niewłasne —Zwłaszcza że są szerokie drogi, są i ciasne. —
BYRON.Któż za mną westchnąć może! Kto ze mną podzieliTo, co na twarzy mojej — patrz ot tak — widzieliOko w oko — a potem bluźnili na bokuI wracali i mego znieść nie mogli wzroku —Iż widziałem, że przyszła umarłych godzinaI że kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna.Kto zrozumiałym chce być, graniczy z oszczerstwem,— Boć trzeba zwiększać rzeczy, by rzeczy postrzegli;Tak bo zarozumiali, a tak mało biegli! —Kłamstwo zaś grzecznem w skutkach stało się morderstwem,Morderstwo? — tu przerazisz się mego sumieniaI ja także — — upadkiem na kamień kamienia!— — — — — — — — — — — — — — — —A ty mówisz mi — Miłość? —
RAFAEL.Czemże ci dowiodę? —Znasz mnie, z mych dzieł — czy myślisz że jestem poznany?Spójrz ku ziemi gdzie lata spożywałem młode —Świat otwierając świętej czystych form-hozanny! —Patrzeć ucząc po nad wzrok, który jak kałużaSłońce gotów by odbić i oka nie zmruża,Ale jest w sobie brudny i wiernie-bezczelny,Szczerze-płaski, jak pamflet tak zły jak czytelny.Patrz, mówię, ku tej ziemi, której me źreniceOddałem, ja Rafael — której w Pańskie ImięPodbiłem Olymp stary, Muzy zalotnice,Nimfy, Gracje, zebrałem w przed-chrześćjańskim RzymieI przeszedłem — a zbożnej piękności zenitemPrzeszedłem: i nie żadną klątwą Inkwizycyi,
Zwycięztwem tylko — tylko swobodnym przekwitem,Jak Kolumb świat odkryłem ufając tradycyi.Herkula moc w ramieniu, Apolla moc w wdziękuZwyciężywszy, jak dziecię pogańskie na rękuZaniosłem k'źródłu, które prawdy jest źwierciadłemI pochrzciłem — i Sfinksa z uśmiechem odgadłem.Patrz-że mówię ku ziemi — oh! czy mnie poznali?Patrz — oto najprzód głowę przyznawszy mi cudząSzukają potem głów gdzie dobierałem — mali!I dziewcząt Rzymskich popiół po grobowcach budzą.Mali!! — zaprawdę mali! oni by gotowiZa całą wartość piętę dać Achillesowi —Ale jak piersi jego stawiły się grotom?Zwierzyć to objaśnieniom, przypiskom i notom —Lecz błąd mój ani wiedzą co w nich uwydatni:Wielcy! w prywatnych rzeczach; w publicznych? — prywatni!
BYRON.Zapomniałeś na chwilę, żeś jest Rafaelem:Mówisz jak Byron. —
RAFAEL.— Powiedz, że: mówim i dzielemPrzez Miłość; a to cel mój był — i jest ostatni —
BYRON.Czemuż — więc miłość ludziom tak błoga i sprzeczna?Że niż do ciebie doszli, ty wychodzisz z siebieDla mnie? — a oni! — oni! —
RAFAEL.— Nie bywają w niebie. —
BYRON.Miłość zaś byważ u nich?
RAFAEL.— Bywa — lecz jest wieczna!
Ileż to razy? dobry mój AntoniZ mężem poważnym chodziłem pod ramię,W mieście, którego lew i lilja broni,A Danta szukasz czy nie spotkasz w bramie:Sztuka tam, pomnisz od Religii idzie,Jako posłane na przechadzkę dziecko,A pospolita rzecz — o! czasów wstydzie —Z murów wygląda święcie i szlachecko!
Ileż to razy więc, w Florencyi onejPamiętasz, szliśmy, rzeczy mówiąc pewne,Które nie mają treści naznaczonej,A jednak cale są i długo rzewne.Nie zapodziewa ich wola człowiekaNi czas — lecz owszem odpomnień są skłonneI myśl dosnuwa je, lub dosnuć czeka,I brzmią w powietrzu jak znane podzwonne.
Takim to treściom na pamiątkę szlę ciDziewiętnastego wieku tę legendę;Starszych niech zbudzi, ukołysze dzieci,A szczęśliw będę — — — — — — —C. N.
I.
(Wnętrze pustelni w okolicach Karpat.)
STARZEC.Dzień mię odpycha a noc mię woła.Czuję — że długo tu nie zabawię:Zostawię tobie świecę — gęśl — zioła —Świecę, gęśl, zioła tobie zostawię.Ostatnie słowo, gdy przyjdzie chwilaTchnę ci na czoło twe jak motyla:Człek bierze z ciągu rzeczy zadatek,Acz siłę brania przynosi z sobąPoczątek nie nasz, ani ostatek:Ostatnie słowo z ostatnią dobą! —
Ostatnie słowo — mój LilianieChoćby mi głosu już nie starczyłoPokażę tobie palcem na ścianieI nie zrozumiesz — lecz powiesz «było»I nieme pomnieć będziesz kazanie,Chodząc jak senny z palcem na czole;Aż w myśli tobie wyraźnie stanieJakoby duchem — i dasz mu wolęSam przyobleczesz pewności ciałem,I rzekniesz głośno to, co rzec chciałem!
Byli tu nie raz, byli tu przecieCi, co mądrości szukają w świecie.Na jesionowym tym jadłem stoleZ mężem, co dla niej znosił i bole —
Het! — z za wielkiego przybyłym morza,Gdzie chmur na niebie nie ma bynajmniej,A w gwiazdach ręka pisuje Boża.Gór tam jest sporo — a ziół jest najmniej.Był tu i z Azjej mędrzec koronny,Człowiek słodyczy wielkiej i ładu —I rycerz co się urodził konny,Pokryty łuską jak piersi gadu.Królowa jedna w progi tej chaty,Jak zachodzące słońce czerwono,Rękoma ciężkie niosąc szkarłaty,Wchodziła z swoją złotą koroną;A chłopiec za nią idąc służebny,Niósł jeszcze drugi płaszcz, niepotrzebny!
LILJAN.Ojcze! — dwóch mężów właśnie w tej chwiliSłyszę, jakoście słuchać uczyli:Z bioder się mieczów dwa im kołysze. —
STARZEC.Synu! — uczyłem cię słyszeć ciszę.Synu — kto ciszę słyszał aż do dnaTemu i trumna bywa wygodna;Ale jest nocna cisza i dzienna,Jest dno mająca i jest bezdenna —A o tej drugiej rzecz zbyt zawiła;Co nie dopowiem, powie mogiła.
LILJAN.Ojcze! Po suchym listku olszynyNiechby się pająk przetoczył siny —Słuchem —Duchem —Szlaki jego zwietrzę:I rzeczy przyszłych bladawe świty,Nim na odległe wpłyną zenityMgnieniem —Tchnieniem —Wchłonę jak powietrze.
STARZEC.Synu — zmysł młody i ochroniony,Użyty dobrze zaraz z powicia,Droższy jest niźli wszystkie miliony —A jednak któżby znał to za życia,Gdyby mu inny w czemś umorzonyTakowej wiedzy skąpił odkrycia?A przeto zmarli, a przeto zeszliNie są to jacyś co ich nie było;Nie ma ni może kiedyś być — jeźliI własną przez nich rozrządzasz siłą,Rzecz ta, wszelako zbyt jest zawiłaCo nie dopowiem, powie mogiła —
LILJAN.Mistrzu — na oko mężów już obuWidzę — bez twego patrząc sposobu —Jeden się z drugim wadzi po drodze —Są królewice, bracia i wodze:Ani za łosiem gnali w te lasy,Po żebrach koni krwawiąc obcasy;Ani zbłąkali się i chcą cienia,Ani im woda ujmie pragnienia —
STARZEC.Zgadobliwością zabiedz im drogę,Ni poznać czemu idą, nie mogę:Starcowi nie raz niższych sił zbywa;Dzień mię odbiega a noc mię wzywa —Odbiega dzień mię a noc mię woła,Czuję — że długo już nie zabawię —Zostawię tobie świecę, gęśl, zioła,Świecę, gęśl, zioła, tobie zostawię.
LILJAN.Przyszli — i stoją —
STARZEC.Wołaj rycerzy —
LILJAN.Chodźcie mężowie! staruszek leży —
RAKUS, wchodząc.Na pocisk procy, przed domu progiemNieco się wstrzymać, jest rzecz godziwa;Do grodu, zwykłem słać chłopca z rogiemCo trąbiąc, imię moje nazywa —Trąbienia sztukę zna jako mowęTak, że się straże dziwią grodowe:Panny, z lipowych patrzają alejA ja mu kiwam: trąb waszeć dalej —Tego, brat Krakus, jakby sosenkęZ rozkutym koniem zostawił w boru —Dobrze, że Ojcze, nie macie dworu —Przyszłoby wjazd nasz otrąbić w rękę —Książę brat Krakus gwoźdźmi złotemi,Gdzie konia ruszy, sieje po ziemi:A ja mam zwyczaj że koń pierw legnie,Nim się co na nim złamie lub zegnie.
KRAKUS.Wstydzisz mię bracie —
RAKUS.Sprawiam się raczej,Jak gdy kto naprzód wyszle tłomaczyCóż-bo osoba może sędziwaMniemać — gdy z jednym koniem i sługąDwóch wchodzi książąt: —
STARZEC, przerywając.Nie raz to bywaBędzie, bywało i potrwa długo —(do Krakusa)Książę Krakusie, słowy swojemiRzeknijcie za się niebu i ziemi
KRAKUS.Synowie Króla jesteśmy z grodu,Gdzie pierwej cudna władnęła Pani,Przez którą Niemce są odegnani —Lecz czar się przeniósł w serce naroduI pod czterema zamku węgłamiSmok jamę czarną wykopał kłami.
Z tym Ojciec boje ustawne zwodzi,Jak z nawałnicą leżący w łodzi.I nie raz w okna gdzie starzec drzymie,Po głazach skrzele wplusną olbrzymie,Jakoby bluszczu zielona struga:Skosisz ją — drzwiami podpłynie druga.Tak co noc! — pokąd jeden z oszczepem,A drugi z kutym stoi pół-cepemPrzy drzwiach — u okien ciosowej ramySto jasnych włóczni na czole bramy;Sto drugie pókąd w odwodzie mamy,Do póty żywot pędzimy takiJak w strzelca domu zalęgłe ptaki.Już każdej z komnat drzwi, okna, progiPosoką gadu spluskane czernią,A jeszcze żyje on rdzenio-wrogiI człony jego wciąż się bezmiernią —I końca nie ma temu gadowiAż ramie w bezwład opadać musi,Aż z wiórów trupa zgnilizna dusi,A nie ma końca temu smokowi! —
STARZEC.Któż z was był rajcą, by szukać rady?
RAKUZ.Ja pierwszy byłem!
KRAKUS.— A jam opieszał
RAKUZ.Naglić musiałem żeby pośpieszał
STARZEC.Nie będzie gadem kto zetrze gady,Gadem nie będzie kto gady zetrze —Sprawa ta stała się już dalekoZa górą siódmą, za siódmą rzeką,A tu nawiewa z owąd powietrze,A tu się tylko ostatki wleką.Dziewicy nogą w ziemi dalekiejSmokowi głowę starto pierwotną;
To zaś jest tylko odrośl kaleki:Jeźli już gnije skoro go potną,Jeźli, gdy mieczem odwalisz sporo,Nowe się gady z niego nie biorą.Byli tu tacy — byli tu przecieCi, co mądrości szukają w świecie:Na jesionowym tym jadłem stoleZ mężem, co dla niej znosił i boleHet! z za wielkiego przybyłym morza:Ten, sprawę Węża na pamięć umiałI znał co ręka z nim czyni Boża:Słuchałem długo — ażem się zdumiał!Długo słuchałem tego pielgrzyma!Co jabłoń owdzie posadził złotą;Gdzie łucznik konia waszego trzyma.Tę mówię jabłoń posadził oto,Błogosławieństwa znak kładąc na niej —A odtąd co rok owoce niesie,Wonność po całym rozlewa lesie;Ptastwo ją mija, robak nie rani —Nie będzie gadem, kto niszczy gady,Gadem nie będzie kto gady niszczy —Smok pierwszy runął i zionął jady,I to się jeszcze pryszczy a pryszczy.Książęta, jedźcie za siódmą skałę,Gdzie leżą śniegi na Tatrach białe:Za siódmą skałą najdzie się struga,Co między głazy promieniem mruga,A potem w rzeki urasta żyłę —Wodę z niej hełmem kto pił miedzianym,Bywał mu z wodą i sposób zlanym;Zdobywał fortel, zyskiwał siłęPrzeciwko smokom odwylęganym.Lubo jest rzadki, co fortel z siłąW doraźną umiał zamienić wolę,Zawsze się jedno z drugiem wadziło:Mówiłbym dłużej, lecz cierpię bole —Dzień mię odbiega, a noc mię woła.
Lilian niech wam będzie gościnnymZostawię po mnie świecę, gęśl, zioła —Świecę, gęśl, zioła: zostawię innym —(Głosem cichszym.)Książęta jedźcie za siódmą skałę,Gdzie śniegi leżą na Tatrach białe —
RAKUZ.Strugi jak pytać? i pytać kogo?
STARZEC.Cel drogi bywa z skończoną drogą,Grotem się włócznia zazwyczaj kończy,Wrębem się kończą brzegi opończy:Człek nie wie, mówiąc o tem i owem,Że słów granice są jeszcze słowem.
LILJAN.Książęta jedźcie saza siódmą skałę,Za siódmą skałę, gdzie śniegi białe —(Książęta wychodzą. LILJAN, do pustelnika.)Mężowie wyszli, wadząc się z sobą.
STARZEC.Gdzie zwada braci zdwoi rodzonych,Nie kwap się trzecią stawać osobą:Osobą trzecią braci zwaśnionychMilczenie najprzód bywa — a potemSłużalec, człowiek kupiony złotem;By zaprzestawszy swego istnienia,Dla powaśnionych był zejściem gniewu —Ten, gdyby zbywał, będą kląć drzewu,Lub z przydrożnego szydzić kamienia.Aż gniew, który jest właśnie że owemZapowietrzeniem po-jaszczurowem,Wyrozpoznawa się i wypienia!(Po chwili.)— Zmierzyłem ja ich tą siódmą skałą!Dni siedm, niech błądzą zdala od domu,By co jest marą, snem się wydało:A Bóg da resztę — jak będzie komu! —
II.
(Głęboka puszcza — noc.)
RAKUZ.Trębacza w lesie z rozkowanym koniemZostawić przyszło — dobrze! — Za nim w śladyŁucznika — dobrze! — A teraz mój gniady —Dla mnie —(Siadając na koń.)Nie dzielę się już pod-ogoniem:Braterstwa lękam się równie jak zdrady.
KRAKUS.Zdrady? o! bracie gdzież zdrada być możeTak wiele razy dzieliliśmy łoże,Jedną okryci burką noce całePo łowach, w dęby tuląc się spruchniałe —A dziś przypadku małego zrządzeniem,Może nam chwilę przyjdzie czekać jedną —Zostań! — za pierwszem puszcze cię trąbieniem.Mroki się szerzą, ale drzewa rzedną.Rakuzie! podziel się oto siedzeniem,Lub zstąp, i Bogom razem zrób obiaty —Koń, odpocząwszy, łacniej dwóch uniesie:Przymknę do siodła, do kraju twej szatyJako jesienny liść — i mało szerzejZabiorę miejsca, niż ile płaszcz leży —
RAKUZ.Naród mię czeka, ojciec stary czeka —Obiaty Bogom spraw i ruszaj pieszo!Brat się tu wcale brata nie wyrzeka,Losy się tylko więcej od nas śpieszą:Złość smoka może wywrzeć się na massy —Poświęć się bracie — i bądź zdrów. Niech BogiOdmienią losy, niech odmienią czasy —(Zawraca koniem.)
KRAKUS.Bracie! co czynisz? — krew! —
RAKUZ.To nic — ostrogi —
KRAKUS.— Ostrogą usta i serce mi skrwawił!A teraz jestem jak zdeptane zioło,Bez chleba kromki — w puszczy mię zostawił —Zdeptane zioło z wstydem wznoszę czoło.Ciemno a ciemno w koło — i nikczemno —Gdziekolwiek spojrzeć ciemno na około.Rozbrat, którego nie wiem co pojedna?I węzeł który nie wiem co rozłamie? —Żeby choć jedno serce było ze mną! —Żeby choć ręka jedna,Żeby choć jedno ramięByło ze mną! —(Postępując dalej.)Do świtu teraz hukać się nie ważęNi pacholęcia wołać po imieniu —Nixy chcą ciszy — Nixów nie obrażęBy na wstrzymanym usiadłszy promieniu,Jak pająk pieśnią z prostej zbity drogi,Groziły milczkiem — nie obrażę Bogi,Korowodami szłapiące jak straże,W szerokich wieńcach paproci zębatej —Do świtu wołać chłopca się nie ważę:(Wstrzymując się.)Jeleni łańcuch płynie rosochatyW pod-księżycowej mgle, jak tratwa duża —Kozioł na grzbiecie srebrne liże łaty,Księżyc się w bluszcze osłupione wmruża.— Cichości magją słyszę prawie drzewa,Jako lepkiemi budzą się pączkamiI widzę słysząc, jak gdy Bojan śpiewa,W świat się odległy przenosząc słowami,Które nic z miejsca nie ruszają wcale.A jednak jesteś raz w lesie, raz w polu,Na ławie siedzisz myśląc że na skale,Rannym nie bywasz, ale syczysz z bolu,
I są to wszystko tylko słowa pieśni,I dzieje się to gdzieś — skoro się nie śni —(Potyka się o głaz — a potem.)Głaz jednak, którym osłupiłem nogę,Za one pieśni słowa wziąść nie mogę! —— Czy ten głaz wiedział żem książę zbłąkanyNie zwykły tykać kamienia — jeżeliWytworniej nie jest z gruba ociosany? —(Po chwili.)Głaz zadrżał! — jako gdy proca uceli,Za rzutem kamień podrywając smagły —(Po chwili.)— Głaz wstał — i idzie — zniknął za modrzewiem —Pierwszy raz w życiu przebiegły mię jagły,Pierwszy raz zląkłem się — choć czego? — nie wiem —(Po chwili.)Głaz, widzę idzie w blasku księżycowymIdzie — legł na mchu — widzę, jak na dłoni,Kamień! choć może progiem był ciosowymLub służył we drzwiach do wiązania koni,Deptan i wiązan przez ludzkie zwyczaje,Wylega teraz — gdy ja błądzić muszę! —
PRÓG.Najniższy sługa! — książe mię poznaje? —Najniższy sługa, próg — zyskałem duszęPo rozwaleniu zamku — i gdzie mogęZabiegam teraz podróżnikom drogę —Milczałem wieki gdy deptano po mnie,Gdy w kości na mnie grywano nieskromnie;Milczałem wieki — raz przecie gdy nożeZbójców, na biodrach mych ostrzono, pomnęŻe zazgrzytałem przeraźliwie «Boże!» —I odtąd wszystko mi już nieprzytomne —A teraz progiem jestem grzędy drugiejPałacu, który gdziebym nie legł, stawa;Ten, niewidzialny jest, tyle, co długi —Niech książę stąpa, milczę na usługi:Jak niegdyś w zamku hrabiego Mścisława!
KRAKUS.— Wierzyć, nie wierzyć? — oto zapytanie! —Książe brat Rakuz stąpił-by już dawnoLub nogą kopnął i całe zadanieObrócił z śmiechem w przypowieść zabawną.Dla tego pierwszy fortelu dostanie,Dla tego smoka zwali ręką sławną,Nim ja, tułactwem i smutkiem zwątpiały,Do wtórej ledwo dowlekę się skały.— Jeszcze krew z wargi wysyssam przeciętej,A już mi nie chce się jemu złorzeczyć;Niech będzie zbawcą i na Króla wzięty,Kiedy tak umie wspaniale kaleczyć — —Może wart byłem, że jestem wyjętyZ pomiędzy mężów ulubieńszych sławie?Przyłożyć ręki nie mogąc do dzieła,Kiedy mi wszystko niedola objęła —To zrobię jedno, że — że, błogosławię!— Lecz śmiech mię bierze i łzy mi się garnąMyśląc, że ręki jedynie skinieniemDokładam na wiatr — byłżebym już cieniemMarnym, któremu rzeczywistość marną? —Czyliż do progu przyszedłszy, jakobyGdzie dotkliwego wątku już nie staje?Wyjrzałem w za-świat — poznały mię groby! —
PRÓG.Najniższy sługa! — książe mię poznaje! —
KRAKUS.— Że niewidzialne zamki są, to pewna:Rycerz mi jeden sam się o tem zwierzył;Iż go zaklęta gościła królewna.— Czarów się nie bał — ale długo nie żył —Tarczę widziałem sam, na własne oczyPrzed którą Pani ta szukać lubiłaCzystości lica i ładu warkoczy,A tarcza odtąd twarzą jej patrzyła!— Nie jestem — widzisz — lada młodzik, któryRycerskie z wierzchu tylko zna rzemiosło,
I ramię moje sięgało do góryI czoło moje wyżej dachów rosło.— Wiem, że są boje wszelakiej natury:Ani mię dziwi gościnność kamienia —Lecz, jestem smętny — i jestem ten, któryDla siebie nie chce już nic, prócz spocznienia!(Pochyla się i kładzie opodal progu.)A przeto wolę na tym mchu jałowymPrzyledz, niż świetne przyjąć zaproszenia —
PRÓG.Książe się kładziesz w ogrodzie zamkowymW Grocie bezwidnej, z drogiego kamienia;Gdzie źródło w konchy spada alabaster,Stół z niewinnemi ofiarami czeka:Mleko, owoce i miodowy plasterPodaje cisza, przyjaciołka człeka,Nie kłamająca natrętnemi słowy —(Zasuwają się ściany niewidome.)Spocząłeś Książe w grocie szmaragdowej!
III.
(U pierwszej brony zamku — Rakuz na spienionym koniu — Grodny na czele czeladzi.)
GRODNY I CZELADŹ.Z straszliwą wieścią czekamy na drodze —
RAKUZ, oddając konia.Niechaj wiem:
GRODNY.— Książe! nas opuścił Włady — —
RAKUZ.Kółko mi o tem szeptało w ostrodze:— Płaczki niech wyją, niech szlochają dziady,Stos wielki cieśle niech od rana stawią,Chorągwie niech się zbiorą i gromady —(Po chwili.)— A smok? —
GRODNY.Drabowie, z tym się czasem bawią —
RAKUZ.A Krakus, Książe, brat nasz? —
GRODNY.Ani słychu.O księciu panie młodym —
RAKUZ, na stronie.Daj go lichu! —Nie temu z bestią harcować żakowi,Ani po starcu dziedziczyć korony —Przyniosłem fortel co w wodzie się łowi,Smoka jak zażyć wiem i z której strony —Tylko mi trzeba śpieszyć się bo, kto wie —Tylko mi trzeba jak grom przed wystrzałem,Knować sam na sam, cichą rzecz —(Słychać szamotanie się i ryk smoka.)— Zadrżałem!? —(Szołom wchodzi. RAKUZ, poznając go.)Szołom! —(Przyzywa go bliżej skinieniem.)— jak stary zeszedł? niech usłyszę:
SZOŁOM.Panie! — Że, będąc koronnym RunnikiemPosiadam sztukę, przez którą rad piszęCokolwiek zechcę, tym oto stilikiemNa buku — tudzież, że się tego z nikimDzielić nie godzi iż jest rzeczą stanu:Przeto, tak dla tych co stoją za tronem,Jako i dla tych co ścielą się Panu,Spisałem słowa piórem nieuczonem —Te zaś, brzmią:(Dobywa tabliczek.)
RAKUZ.Czytaj! —
SZOŁOM, czyta.Szóstego dnia — ranoKrak, Książe Włady, chwilę zgadł bez-wtórą,I kazał aby z wierzy obwołanoŻe umrze — Lechów zebrało się sporoU łoża, które jest z czarnego dębu.
Tam książe, głowę poruszając bladą,Tak prawił: «Gród ten, z pod smoczego zębuWybawi jeden z dwóch którzy tu jadą:Który zaś — nie wiem — lecz jeden z Księżyców —I dodał — «wielu nie będzie dziedziców! —I przemilkł — po czem, gdy bardzo szlochanoJakoby młodzian porwał się z pościeliGłosem wołając wielkim: «niech powstanąDziadowie z grobów! — by jasno widzieliŻe się nie lękam śmierci» i padł — Lechy na to«Chrobryś był!» — trupa, osłonili szatąI wyszli —
RAKUZ.Tablic tych, nie dotkniesz więcejNa wieki legną, w żalnicy książęcej —Mimo — iż starzec wróżył nie dość jasno —Imiennie głosić nie raczył dziedzica — —
SZOŁOM.Człowiek, o! Panie gdy siły już gasnąJest tak, jak kiedy dopala się świeca —Dla tego poznać dobrego RunnikaPo tem — czy słowa mniej pewne przenika:Ja zaś z mej strony to na marginesieWłączyłem: «z słów tych Rakuz rozumie się»Co jednak w tekscie nie jest rzeczą głównąGdyż obu Książąt czekano zarówno —
RAKUZ.W rzeczach tych każdy Runnik doskonałySam wie najlepiej co i jak się godzi —Mnie to nie tycze — cudzej nie chcę chwały —Głównie o prawdę idzie —
SZOŁOM.O nią chodzi —
RAKUZ.A prawda cóż jest? —
SZOŁOM.— Cóż prawda jest? —
RAKUZ.Słowem.Cokolwiek streścisz aść przyjąć gotowem(Przechadza się — i poglądając ku podworcowi zamku.)Ludzie ci — owdzie — u zamkowej bronyStojący kupą, jak cygańska rzesza —Co są? —
SZOŁOM.— Z dalekiej są, o Panie! strony,Gdzie rola siejby nie zna, ni lemieszaBagna, zamierzchłe kępy ich mieszkaniem,Zkąd się Kiempowie zwą — ci więc się bawiąDziwów obławą — smoków polowaniem.Jeźli zaś wierzyć kto chce gminnej wieści,Mają i księcia w tej bosej gromadzie —Bitni są — piją, co się tylko zmieściI jak dębowe leżą potem kadzie —Wszakże, za dobre wdzięczni — i łaskawi —Historja zwie ich wszystkich: Skandynawi.Wczoraj — od ludu słyszawszy o smoku,Zboczyli nie co, dla bliższych języków;A jeden z onych, mimo bestyi rykówMniema — że potwór jest w patrzących oku: —Wycie zaś, larwy sprawują piekielne,Rade, iż w kłamstwo to wierzą bezczelne!
RAKUZ.Gadek tych ważyć nie jest ludzką rzeczą —(Słychać szamotanie się i wycie.)Kły, musząć być gdzieś jeżeli kalecząA skoro kły są — a jeźli w tej chwiliSłyszym, że draby w progach się bronili,(Po chwili.)Lecz — za dni mało, będę ja sam na samWalczył, i w obec narodu pohasam —(Po chwili.)Słuchaj! niech konia trzymają chędogo!Słuchaj! — bo trzeci wschód nim się zapali,Lud mój ze wszech stron wyruszyć ma drogą,By widział smoczy łeb jako się zwali.
— Ja rzekłem — i dość wiem co: wiem jak, czynię(Po chwili.)Tymczasem Kiempów onych Książe — za coNie jest, jak w własnej ugoszczon krainie?Pytać nie trzeba czy podróżni płacą —Z rycerzy błędnych tylko ludzie prościSzydzą — lecz gród mój znan jest z gościnności.
SZOŁOM.Słowa te — słowa te same — te same,Grodnemu wczoraj wyniosłem za bramę,Mówiąc — a któż wie? Książe Krakus możeZbłąkan gdzieś, cudze zalega rogoże,Lub deszcz z zamkowych ocieka nań rynien —
RAKUZ, przerywając mówienie Szołoma.Ludziom tym — rzekłem — wieczerza i łoże —(Szołom wychodzi.)A Książe Krakus? — on! — sam sobie winien!
IV.
Wnętrze groty szmaragdowej — w głębi zdrój — przodem stół zastawiony, przy nim usłane siedzenie nakształt łoża.
KRAKUS, we śnie.Śni mi się — śni mi — że mi się śniłoBolesne jakieś z bratem rozstanie,Które się z ziarnka piasku, mogiłąStało — jak ściana, dzieląc mieszkanie.— A ja mam cichą z szmaragdu grotęI zastawiony stół owocami —I jestem z kimsiś co kocha cnotę —Muzykę słychać — jesteśmy sami —Nic mi nie braknie — nie braknie — wcale —Tylko że pragnę (porusza się) a nie mam czary! —(Wstaje.)Więc idę śpiący i pełen wiaryGdzie słychać źródła szemrzące w skale(Biorąc wodę ze źródła.)
Brązowym hełmu czerpnąwszy garłemPiję — — a ciągle śnię: że umarłem —(Pije z hełmu.)
ŹRÓDŁO.— W miedziany kaskKsiężyca blaskNie tak upada niedbale —Jak wód mych nićPerłowa — lśnićSchodzi pomiędzy korale.
KRAKUS, wieczerzając.— A ciągle śni się — że mi się śniło —Jakby mię ziemia przyjęła w gości,Twór każdy witał — wszystko mówiło —Jakbym się bawił źródłem mądrości —
ŹRÓDŁO.Nakłonem chmurZ za siedmiu górRosnę — lecz w niebie się rodzę.Rób-że jak chcesz,Czy tam mnie bierz,Czy tu, gdzie samo przychodzę —
KRAKUS.Ciągle śni mi się jak rzecz prawdziwa,Śni mi się ciągle że nikt nie baczy,Iż w dziennym jawie, senne przędziwaWsnute są, niby na krosnach tkaczy.Lecz nić ich ciągnie się i nie zrywa,Nad światło szybka i migotliwa —Spostrzerze ją człek — a nie zobaczy!
ŹRÓDŁO.Nie jestem nic,Ni rąk ni lic:Wydźwięk mam tylko perłowy —Rzemiosło mojeOchładzać znoje,Cóż chcesz od wody źródłowej? —
KRAKUS, kończąc wieczerzać.Szczęśliwy człowiek, w śnie czy na jawieNiczego nie chce, nawet i chcenia —Brat żeby wiedział, jak ja się bawię! —Gościnność jaka jest — u kamienia —Jak wiele serca, braterstwa, ilePróg mi okazał kopnięty nogą!Nie rozdarłby mi twarzy ostrogą —(Podnosi toast hełmem.)Zdrowie twe — progu! leżący w pyle —(Wychyla napój i wyciąga się do snu.)
ŹRÓDŁO.— Dochodzić — trudA dojść — jest cud —Mniejsza, czy konno? czy pieszo?Bo jedni z wasMijają czas —Drudzy mu ledwo wyśpieszą!
KRAKUS, we śnie.Coś — coś — jakoby z pustelni słowa —Jakobym spoczął już niedaleko —Woda gdzieś jakby biła źródłowaZa siódmą skałą, za siódmą rzeką —Spocząłem w drodze — przez próg przechodzę —Gdzie próg? — gród? — Rakuz? — kółko w ostrodze? —(Po chwili.)Ojciec mój — ojciec! co oni wleką?To smoka tułów Ojcze! — to smoka —Czy słyszysz? — cisza w koło głęboka —
ŹRÓDŁO.Rycerzu wiedzŻeś przyszedł ledz,Gdzie ludzie progów nie kreślą;Lecz ludziom BógZakłada próg —Nie wszystko pełniąc jak myślą.
KRAKUS.Snu jeszcze zetrzeć nie mogę z oka — —
ŹRÓDŁO.— Więcej już nieśń,Lecz pomń, że pieśńNie tylko z rany wylecza —Sprobuj to samU smoka jam —Rymem — ah! — będzie cios miecza.(Przepadają ściany niewidzialnej groty i zamku. — Krakus na mchu w lesie śpiący zostaje jak pierwej — zorza poranna świtać zaczyna.)
ZORZA.Wstawaj Książe! — czas w drogę —
KRAKUS, porywając się.O! wiem — wiele wiem — — mogę! —
V.
(Komnata książęca na Wawelu — lampa u sklepienia mimo światła dziennego pali się.)
RAKUZ, sam.Dnie, noce jedną stały mi się dobąNim chwila przyjdzie, chwila pojedynku —(Przechadza się — staje.)Miałżeby człowiek wyścigać się sobą?Potem się gonić będąc pierw na rynku —Ciało za sobą wlec, czuwaniem zwiędłe,I osobistość spajać gdzieś rozprzędłę.Szczęśliwy kto jest tam, gdzie jest — ja wcaleNie byłem owdzie! Dziś mi cięży chmurą —Dnie, mroki, zorze — palę się a palę,Jako ta lampa — nie wiem już noc którą —I zawsze kędyś mam mój dzień słonecznyI wszelki blizki jest mi niebezpieczny —
SZOŁOM, wchodząc.Panie nasz! — płatnerz od świtu wysłanyDo kamiennego królów mogilnika,By miecz pociągnąć o grobowców ściany;
Wrócił — stal prysła —(Składa odłamy miecza.)Z urzędu RunnikaWinienem zaraz wieszczbę ztąd wyśledzić:Że o złym mieczu traf zdążył uprzedzić —Przyczem jest wniosek — że inny miecz, wtóryNie już ów pierwszy znosić ma potwory.Jakby więc — mówię — duch z grobowców wołał:Syn to potrafi co Ojciec nie zdołał! —Nie próżno bowiem Runnik jest RunnikiemSkoro zna sztukę pisania stilikiem —
RAKUZ, zdejmując łańcuch z szyi i miecz ze ściany.Łańcuch ten złoty — wam; miecz — płatnerzowi —
SZOŁOM.Panie nasz! — lud się w koło miasta mrowi,Na drogach wszystkich koczują gromady;Dawno tak wielkiej rzeszy nie widzianoJakkolwiek liczne są w dziejach przykłady,Iż śmiech opieszał, łzy zaś skorzej lano,Żałując książąt, których brak! —
RAKUZ, kładąc rękę na piersiach.Co braknie? —Kogóż tu braknie? —
SZOŁOM.— Stos — mówię — żałobny,I ciało Kraka widzieć każdy łaknie,Lech i oszczepnik, kmiotek nawet drobny —Rycerzy sporo, z krainy odległejWidziano w tłumie. Niejacy w kapturachSmętni, jak grodu zwalonego cegłyStoją, na ciężkich oparci koszturach.Inni, przysięgli zostać tak, jak legnąPóki się stosu wieńce nie zażegną,A inni lica nie odsłonić wcale. —Kobiet dostatek, w poczestniej odzieżyChórami ciągnie, pośpiewując żale —
RAKUZ.Niechże się kupią — co raz wołać z wieży:Że, niźli zorze wtóre się zapali,Rakuz sam na sam smoka głowę zwali —(Po chwili.)Kiempów wódz, czem się bawi? — niech nas widzi —
SZOŁOM.Wczoraj, o panie! chciał wnijść, lecz się wstydzi,Obówie mając ze skór ryby morskiej:— U Skandynawów to obyczaj dworski —Zaś ludzie jego do jamy smokowejRzucali nieco zatrutego jadła,Zkąd wraz olbrzymie wylatały sowy;Rzesza patrzących cofając się bladła.Wycia niekiedy słychać było z głębi,Gdy z wież, za każdym onych wyć przestankiem,Struchlałych wiele padało gołębi:Chłopcy je dotąd zbierają pod gankiem.
RAKUZ, z obłędem.Miecz czy naostrzon? —
SZOŁOM.Właśnie że go biorę —
RAKUZ.Stos czy zapalon?
SZOŁOM.Chcę pytać o porę —
RAKUZ.Pora! — ah! pora — — zawsze — zawsze poraCóż jest dziś?(Przechadza się i nagle z pomięszaniem.)Jutro, cóż wszak jutro? — wczora?Cóż chciałem mówić? — miecz niech mi wytocząKonia mi trzymać jak przed bitwą — dalej —A dalej — dalej, co się stanie — zoczą!(Po chwili.)Skoro zapalą stos, wyjdę, acz więcejNad popioł, ważę żywych sto tysięcy!
SZOŁOM.Słowo królewskie jest jak bystra rzeka —(Wychodzi.)
GRODNY, w progu.Kiempów wódz w progach Rakuzowych czeka!
RAKUZ.Gość w dom, to Bóg w dom —
WÓDZ, zbliżywszy się.Ugoszczony w grodzieKłaniam ci — jestem zaś pierwszym w narodzie,Któremu morskie wybrzeża z bursztynuBóg dał, jak krawędź kolebki, dziecięciu —«Adynoj» woła żyd — my zaś: OdynuZowiemy tego, co Bogiem jest księciu.Dziadowie moi od Fenicjan wzięliMądrość pływania po morskiej topieli;Bo nie znam więcej nic milszego BoguJak w gwiazdy patrząc, uwijać w piroguPo niezgłębionych toniach Bożej woli —(Podsuwając ławę.)To rzekłszy, siadam — by odpocząć gwoli —
RAKUZ.Siadaj Mość — — inne jest królestwo nasze,Wcale że inne, gospodarcze, Lasze —Acz, co jest morze? — wiem — i z której strony? —Runnika mając, ten zaś jest ćwiczony:Gwiazdy jak nazwać? wie o każdej porzeKu czemu, w czas swój i sypia na dworze.Łańcuch mu złoty dałem, wiedząc o temŻe wczoraj pomni, dziś zna, zgadnie potem —
WÓDZ.Mądrych się ludzi bynajmniej nie wstydzę;Wiem na co orły? — na co ostrowidze? —
RAKUZ, posuwając czarę.Pij Mość — — ja piję —(Po chwili.)Rzecz twoją o smokuKtóry mię trapi, mów — byłżeby w oku?
WÓDZ.Długa jest powieść o smoczej naturze!Ten bywa w oczach, a inny w posturze —A inny jeszcze w obu jest zarazem:Na jednych przeto użyj trąby grzmotów;Drugie: tnij mieczem, inne miecza płazem —A inne śmiechem zbądź lekko —
RAKUZ.Ten, gotówByć z onych, które są i są obrazem —
WÓDZ.Chłopy me, w jamę na wici lipowejRzucili jagnię, truciznami dziane —Jęk najprzód, potem, wylegały sowyI dziwolągi szły porozskrzydlaneZ czeluść podziemnych: a potem, a potemJako gdy burza zaniesie się grzmotem,Ale nie może całym strzelić gromem —Myślałem że się loch zapadnie z domem!
RAKUZ.Dość jest! — za mało, będę ja sam na samWalczył — i w obec narodu pohasam —Mość zaś, ze swoim pocztem niech zaczeka —Doświadczonego miło gościć człeka.
WÓDZ.Rzekę już siódmą od rodzinnych progówPrzeszedłem, błądząc przez cztery księżyce;Draśnięty pierwej od miedzianych rogówDziwa, którego wciąż śnię, że uchwycę.— Tego już moi dwakroć siecią brali,Oszczepem nie raz dotarli w pogoni;Uchodził zawsze! — a oni wracali,A ja im miodu — i znowu do broni. —— I spocząć nie dam przez młot Odynowy,Dopoki rogów nie wyłamię z głowy —Bo rękę w morzu unurzawszy słonemPrzysiągłem żonie — nie wrócić shańbionym —(Pije.)
Żony? — Mość nie masz?(Pije.)Poznaj nasze panny,Które są włosem trząsające złotym,Po piaskach morskich jak żółte dziewanny —Ciche i wielkie —(Pije.)Dużo mówić o tem! —(Pije.)W księżyca kiedyś patrząc sierp, jak w próżnęArfę, co złote wyśpiewała struny;Dokończyć przyjdzie to życie podróżne,Smętne, jak popiół i ciche jak runny —(Łuny wielkie wbiegają przez okna na ścianę komnaty.)
RAKUZ, zasłaniając twarz ręką.Stos ojca mego (do wodza) idź Mość zdrów —
WÓDZ, wychodząc.— Niech będzieZwycięztwo z wami! —
RAKUZ, nieporuszony na ławie.— — Pomnijcież nas —
WÓDZ, w progu.Wszędzie! —
(Rakuz podparły ręką, nieporuszony zostaje przy stole.)
GRODNY, w progu.Giermki po stajniach koniom obwołaliŻe jeździec umarł i że stos się pali —
(Wychodzi.)(Rakuz jak pierw nieporuszony i ręką podparty zostaje.)
VI.
(Dolna część zamku — od przodu komnata łukiem kryta — w głębi zaś, korytarz przy-podwórcowy. — Przez korytarz chóry pogrzebne ciągną — za każdym z chórów idą różne poczty osób — niekiedy chorągwie.)
PIERWSZY CHÓR.Przechodź już, wielka osobo,W powietrze inne ze ziemi —Gdzie losy nie są nad tobą,A ty nad niemi —
WTÓRY.Weź chleby, topór, pieniądzeKonie twe, zbroje i sforyNim wtóre weźmiesz już rządze,Sam będąc wtóry —
RAZEM.Lecz czemu? — powiedz — ah! czemuTy, coś stał po nad tym krajem;Przechodzisz dziś do podziemu,A my zostajem? —
PIERWSZY.Przechodź już wielka osoboW powietrze inne ze ziemi,Gdzie losy nie są, nad tobą,A ty nad niemi —
RAZEM.Lecz czemu? — powiedz — ah! czemu —— — — — — — — — — — —(Chóry przechodzą — Rakuz który za nimi postępował, zbacza na przód komnaty i zatacza się w krzesło wielkie.)
RAKUZ.Czemu i czemu?! — sto dębów widziałemNad przepaściami schylonych przy drodze,A każdy skrzypiał: «czemuż ja spruchniałem!»
SZOŁOM, bawiąc, rękę łańcuchem złotym.Panie mój! — przebacz iż nieproszon wchodzę;Lecz umiera sztukę pisania stilikiem —Zkąd radbym w smatku stać się poradnikiem;Słowy mądremi odegnać tęsknotę —
RAKUZ, nieporuszony.Ustąp! za pocztem idź — jakbyśmy samiSzli — ja, i książę brat nasz — tarcze złote,Obiedwie — z dwoma za pocztem włóczniami(Rakuz nieporuszony daje znak ręką — Szołom uchodzi — Rakuz pogrąża się w dumaniu i wyciąga w krześle.)
RAKUZ, sam.Czuwałem nazbyt! — nie mam słońca powiek!Ni ramion skały nie mam granitowej —Oprzeć się szukam gdzieś — bo jestem człowiek —(Po chwili.)Człowiek i człowiek — od stopy do głowy! —(Po chwili.)A przecież co noc podziemia się trzęsą,Chwieją się ściany w broń ubrane — drżące —Jakby wołały o krew i o mięso,Chude, zgłodniałe, i kłami dzwoniące.(Po chwili.)A przecież jeszcze i zawistnych chmura —(Ciszej.)I ten —(Ciszej.)Dość, widzę błąkał się po lesie —Blady jak szkielet, w framudze kaptura:Wątpię, czy oszczep na smoka uniesie? —Czuwałem nazbyt! — człowiek i naturaNiech wezną ze mnie co się im należy —
GRODNY, w progach.Raz wtóry, turniej otrębują z wieży.
RAKUZ.Snu — snu — —
PŁATNERZ, wchodzi na palcach z mieczem.Raz trzeci — trąba gdy zawołaMiecz ten — (spostrzega śpiącego — zawiesza miecz i uchodzi.)
RAKUZ, w marzeniu.Snu tylko — i snu — i nic zgołaWięcej — człek jestem, jak wy wszyscy — podły —(Po chwili.)Przytomność samą, cóż uwcześnić zdołaJeźli nie spokój, sumienność i modły? —(Z śmiechem.)
Wszystkich trzech razem nie znam osobiście —(Po chwili.)Słowa mi z ust mych padają nieznane —Lecz skoro padną, słyszy je, jak liścieSłyszeć powinny drzewa obnażane,Czół własnych wieńce mając pod nogami. —(We śnie.)Idź precz! — zawracam koniem i uchodzę.Idź — — bo przekreślę ci twarz ostrogami! —Słońce już wschodzi — ze słońcem ja wschodzę,Na wielkim, pianę toczącym, rumaku —Tam lud i owdzie lud — i krzyk do koła —Przede mną tułów bestyi na pół-hakuWleką drabowie — cała rzesza woła:«Rakuz, niech żywie! Włady-Tur, niech żywie!»— Lechy do kolan skaczą mi: ich czoła,Ręce ich widzę u strzemion, na grzywie —Ziemia drży — Sława w cztery trąbi strony —Sława! — (porywyając się we śnie.)Oh! Krakus gdzież? —(Po chwili.)Bardzo wzgardzonyUchodzi — krwawą plamę ma na licu —(Z obłędem — we śnie.)Podobnych braci dwóch widzę w księżycu —(W progach pokazuje się Krakus na oblicze kapturem okryty — spostrzega śpiącego i zbliża się na palcach.)
VII.
KRAKUS, stając u krzesła.Spoczął! — niech bogi ulgę mu przyniosą— Która jest dobrą panną, złotowłosą —Szlachetny Rakuz — oh! — ileś ty, widzę,Żałobą z Ojcem współ-konał sędziwym! —(Cofa się na palcach.)
Twarzy odsłonić? — poznać się dać wstydzę,Niewczesny dwakroć — umarłym i żywym!(Wstrzymuje się, pogląda na śpiącego.)Któryż-bo z zacnych trudów twych dzieliłem!Czem cię wyręczyć pośpieszyłem? — bracie! —Czem jestem teraz — i czem kiedy byłem? —Przed ojca stratą i po ojca stracie —(Z progów — gdzie zatrzymuje się chwilę.)Śpijże ty — książę! — pod pra-ojców godły.Chmura z twojego niech ustąpi czoła;Jaw, czyn, i samą przytomność cóż zdołaUwcześnić trzeźwiej, nad spokój, lub modły? —(Uchodzi.)
VIII.
(Rynek miasta. — Tam i owdzie pospólstwo w gromadach — na przodzie kilku kmietów i mieszczan.)
PIERWSZY.Ja mówię jeden — on zaś «dwóch» — a owyKrzyczy: «żadnego książęcia nie było» —
WTÓRY.Zgadujże teraz — po rozum do głowy —(Szołom przechodzi mimo.)
PIERWSZY.Osoba idzie w łańcuchu, aż miło!Dworska — lecz, któż się spytać jej odważy? —
SZOŁOM, przystępując do rozprawiających.Uszanowanie u gminu na twarzyŚwieci jak łańcuch złoty — nawet lepiej!
MIESZCZEK.Któż pomyśliłby że sam nas zaczepi —
SZOŁOM.Sprzeczka jest o co?
PIERWSZY.— On, że książąt obuWidział, powiada — on zaś: że jednego —
A on, że wcale! — i nie ma sposobuZgadnąć —
SZOŁOM.Sprzeczacie się nie wiedzieć czego!Rozstrzygnąć można tę rzecz — i niezwłocznie —(Rozstawia pytających w półkole — potem zbliża się do nich.)
SZOŁOM.Wiele tarcz było złotych ?
WSZYSCY.— Dwie — przytem dwie dzidy!! —
SZOŁOM, patetycznie.Gdzie tarcz jest złotych dwie, tudzież dwie włócznie,Tam dwóch jest książąt. Lob, gdzie włóczni paręI tyleż tarcz jest, tam, że dwóch, daj wiarę —(Uchodzi krokiem mierzonym.)
PIERWSZY.To tak, jak palców pięć i pięć — dwa razyU dwóch rąk, czyni dziesięć, bez urazy —(Oddala się gwarząc.)(Krakus przechodzi mimo, za nim Szołom.
SZOŁOM.Jeźli nie błądzę? — to dobra wiadomość —
KRAKUS, nie poruszając kaptura.Dobrze jest błądzić ile można najmniej —
SZOŁOM.Jeźli nie błądzę, to książę jegomość? —
KRAKUS.— Żebym choć złoty łańcuch miał przynajmniej!
SZOŁOM.Jeźli nie książę — to stara znajomość —Z głosu, i z wzrostu, i z giestu! —
KRAKUS.— Zaiste,Starszej człek nie ma tu gdzie wszystko zwodzi,— Co więcej, jeźli trafem w świat przychodzi —
SZOŁOM, na stronie.— Któś, co opiewa prawdy wiekuiste;Albo Szołomów ród zna od korzenia —(Po chwili.)
Gdybyś rycerzu z pod tego kapturaWłos jeden odkrył —
KRAKUS.— Jestem z pod kamieniaZ pod mchów — z narodu który skryła góra.— Tam czaszek nagość popiół grzeje szary,Włosów nie trefi nikt w kosy:Księżyc prześwieca przez szpary,Przez krople rosy —Tam jeźli jesteś rycerzem, wiesz za coKryjąc się jedni, darzą drugich blaskiem;Oklaski, ciszą się płacą;Cisza, oklaskiem —
SZOŁOM.Naród to wielki być musi — i bardzo —
KRAKUS.Granice jego granicami gardzą.(Przechodzi w tłum.)
IX.
(W głębi brama kryta łukiem — tłum się w nią ciśnie i czepia po wysokościach murów — na przodzie sceny gromady- zatrzymane gwarzą.)
PIERWSZY, w bramie.To nie on! czer u palcem wytykacie? —
WTÓRY.Byłżeby książę w tak szczególniej szacie,Kapturem z wierzchu na oblicze kryty?
INNY.Harfę ma złotą, lecz stoi jak wryty.
WIELU.Trzeci raz turniej otrębują właśnie!(Słychać trąby i wołania z wieży.)
WTÓRY.To on, jeźli już trąbiono raz trzeci —
PIERWSZY.Harfę wstrząsł, jako kiedy słońce gaśnie,Złocistsze bardziej niż gdy za dnia świeci.
INNY.Śpiewa — i przed się idzie w loch smokowy,Wyprostowanej nie ruszywszy głowy;Posągom z głazu podobny wyrżniętym;Fałd żaden na nim zmięszanym ni krętym —Osoba dziwna! —
WIELU.— Kto bliższy, śpiew słyszy —
WIELU.Ja słyszę —
MIESZCZEK.Rycerz śpiewa, bądźcież ciszej —(Tłumy się powoli uciszają.)
ŚPIEW.Chodź! — stań! — przez wiarę wiarKlnę cię, pożerco dusz —Czar twój skończony już:Czar mój, jest żaden czar —
Bóg wie, za ile win —Twarz w twarz, począłem rzecz:Broń ma, ten jeden miecz;Pieśń ma — ten jeden czyn —
Pieśń ma, to nie pieśń już —— — — — — — — — —
WIELU.Przystąpił! — harfę podnosi i ciskaW pieczary ciemność —
INNY.— Latawców mrowiskuZ dymu słupami wylatują w górę —
WIELU.Widzieć nie można, taka ciemność pada!
INNY.Tam, owdzie ptastwo błądzi w niej bez-pióre,Jak niedoperzy i sów całe stada —
MIESZCZEK.Ktokolwiek pierwszy zoczy co, niech gada! —
W BRAMIE.Co widzisz? — widać co?!
PIERWSZY.Widać — jak chmurę,I jak grzbiet nagle zbudzonej mogiły,Wydzierający się z ziemi rozpacznie!I widać — jakby moc, zmienioną w bryły,Co się wyciąga ze snu, nim iść zaczniePo przyczajonych karkach stu tysięcy — —(Po chwili.)I — widać znowu ciemność — i nic więcejNie widać, tylko jakby błysk niebieski —
GŁOSY Z DALI.Miecz księcia górą! — Górą miecz królewski! —
PIERWSZY.A teraz widać wał, że jest ochwiany,Zataczający się wał, jak pijany,A zamek nad nim stoi — a wał owyNie jest już wałem — to cielsko jest smoka —Legł! —
WTÓRY.— Oszczepnicy skoczyli do głowy:Rąbanie słychać — — słyszycie rąbanie? —
KMIEĆ.Jak gdy kto w puszczy wycinanej stanie,Gęsto rąbanie słychać — jeszcze — jeszcze —
MIESZCZEK.Jako, gdy w kuźni żelazo czerwoneMiotami biją, obracając kleszcze!
WIELU.I jeszcze słychać, jeszcze! nieskończone —
W BRAMIE.Książe niech żyje. — Mąż co zabił smoka,Jak rzekł — niech żyje! —
PIERWSZY.— Straciłem go z oka —
GŁOSY RÓŻNE.Na tarczach podnieść w górę! — Zbawcę w górę!(Okrzyki podnoszą się i uciszają i znów podnoszą. — Od przodu sceny przez tłum ku bramie Rakuz przedziera się pieszo; przy nim Szołom i poczet dworski — za pieszymi prowadzą konie — wszystko w rynsztunku świetnym.)
GRODNI, tłum rękoma rozgarniając.W lewo i w prawo — ustąp! — książę kroczy! —
SZOŁOM, głos podnosząc.Książe potykać się wyruszył!
WIELU OD BRAMY.— W porę!! —
GRODNY, do tłumu.Ustąp! —(Tłumy zaciskąją się pod bramę. — Rakuz z pocztem swoim zatrzymuje się.)
PIERWSZY W BRAMIE.— Kapturny zbawca zakrył oczy.
INNY.Nieporuszony, w kapturze zostawa!
WTÓRY.Jestże kim z Bogów? — albo żywa Sława?
GRODNY, w tłumie.W lewo i w prawo — ustąp! —
SZOŁOM.— Panie Włady!W bryłę się jedną skupiły gromady,Ruszyć nie sposób —
RAKUZ, targając włosy.Ha! — snu godzin paręDogonić, koniem po karkach tej rzeszy! —Nie sposób! — kiedyś — któż temu da wiarę? —
GŁOSY Z DALI.Górą! na tarczy górą! — Zbawca-leszy! —
W BRAMIE.Trębaczy poczet, szeregami dwomaDaje mu drogę ku nam —
SZOŁOM.O! ruchomaRzeszo, na księżyc patrząca bladawy!Słońce jest z tyłu — Rakuz, Książe czeka! —
PIERWSZY W BRAMIE.Mąż się kapturem zasłonił od sławy —Widzę go — tłum się poruszył jak rzeka,Kiedy rozpuści i idzie z chałasem.
INNY.Już i ja widzieć mogę jak na dłoni —
RAKUZ, skacząc na konia swego.Kto żyw! niech za mną rusza! (do pocztu) Wy do koni —A ktoby strzemion tykał, bić obcasem! —(Z bramy pokazują się trębacze.)
TŁUM.Górą nieznany zbawca! —
GRODNY.— Rakuz górą!(Trębacze i wielki tłum dwoma zastępami zbliżają się na przód sceny — środkiem Krakus w nieporuszonym kapturze postępuje.)
SZOŁOM, słaniając się w tłumie.Książe ma słowo z konia, do narodu —
DWORSCY I GRODNY.Cisza niech będzie! — starsi niech się zbiorą,Niech się na kijach oprą starsi z grodu!Kołem niech Lechy staną —(Koło wielkie okrąża Rakuza na koniu stojącego. — Przed nim Krakus w kapturze zapuszczonym jak pierwej. — Cisza.)
NIEKTÓRE GŁOSY.Górą! — górą! —
GRODNY.Kto górą?! —
RAKUZ, z konia.— Męże! ten, co w tym kapturzeStoi — przez wielką pogardę dla tłumu,Iż sławy nie chce, Bogom i naturzeBluźni! — Przemawiam doń, i do rozumu
Przemawiam: — Odkryj czoło zapaleńcze! —Ludowi pokłon daj, który cię sławi —On głosi; słucha Bóg — ale ja wieńczę!(Do Szołoma na stronie.)Mów dalej, Szołom! — gniew mi tchnienia dławi —
SZOŁOM, na stronie.Mój Książe dalej — już słuchają —
RAKUZ, płynnie.— — niecoPrzemilkłem — czemuż? —(Wskazując Krakusa)Ah! — by posąg owy,Poczuwszy wreszcie wnętrzności człowiecze,Nad tłum zakrytej nie wynosił głowy!Lecz —(Rzucając się z koniem naprzód.)koniec słowom! — niech rozpoczną miecze! —(Do Szołoma.)Turniej obwołać, że zaczął się —(Trębacze uderzają w rogi — Krakus zasiania się mleczem.)
GŁOSY WIELU.— Pada! —Mąż cichy —
TŁUMY.Zbawca, gdzie?! —
RAKUZ, z konia.Zbawca? kto włada! —
KRAKUS, odrzucając kaptur w skonaniu.Skończyłem! — Konam —— — — — — — — — — — —
RAKUZ, SZOŁOM, GRODNY, rzucając się na ciało i zakrywąjąc je tarczami.— Jak upadł, niech leży!
RAKUZ.Turniej, że skończył się, otrąbić z wieży.
SZOŁOM, usuwając tłumy.— Wola umarłych, jakaby nie była,Święta jest — wola umarłych jest święta:Jak kaptur ongi, tak odtąd mogiła
Skryje ten zacny proch, co zerwał pęta! —Kończę — głos szczery nie bywa rozwlekły —(Gromady, z dwuznacznem milczeniem cofają się.)
RAKUZ, z konia do cofających się.O czyny wielkie tyś się ludu kusił,Rzucam więc tobie ten miecz, krwią ociekły —(Wyciska miecz z ręki daleko.)Złamał on męża, który smoki dusił —Któż z nas rycerskiej godniejszym jest chwały?W turnieju pierwszy kto? — co żyw zostanie!? —(Gromady, z dwuznacznem milczeniem cofają się.)Mów, albo nie mów — ludu osłupiały! —
STARZEC, z tłumu.Baczę — coś jakby amoka zmartwychwstanie —
INNY.Obydwa godni są rycerskiej chwały —(Rakuz przejeżdża zwolna ku bramie, choć gdzieniegdzie gromady zatrzymują. — Poczet książęcy w pośród nich przechodzi.)
GRODNY, do Szołoma.Gromad się jedność to kupi, to sprzęga —
SZOŁOM, do ludu.Męże! — ja jestem Runnik doskonały,Pisarz koronny — który, jako księgaRamiona ku wam i serce otworzę,Mówiąc: rzeczone słowo było boże —Bożym, rzekł — mówię — słowem, Książe Włady.I liczne tegoż w dziejach są przykłady —Ja sam, stilikiem rzeczy takich wieleSkreśliłem — Teraz do dom, przyjaciele! —(Poczet zachodzi w bramę.)
GRODNY.W prawo i w lewo — ustąp! — poczet przodem —
SZOŁOM.Ludu! idź do dom —
SETNI, obwołując tam i ówdzie.— Kniaź uraczy miodem,Ktoby się w grodzie jawił przed zachodem —
STARZEC, z tłumu.— O trupie zbawcy myślcie też Lechowie,By jak ocięty Karcz, nie pruchniał w rowie —
SETNI.W prawo i w lewo — ustąp! — Runnik przodem.(Runnik i setni zachodzą w bramę )
X.(Rozłogi w okolicach bramy miejskiej. Noc. Gdzieniegdzie pokotem śpiące gromady. — Rakuz i Szołom kapturami okryci i grabarskiemi uzbrojeni łopatami. — Szołom z latarką.)
RAKUZ.Mądrości słowo, którem osłupiłemTrzysta-set ludu, dziś mię w zamian boli —Nie bacz, że dziwnie ci to wyraziłem:Lepszego nie znam wyrażenia gwoli.Boli mię słowo mówiąc: mówię o temŻe: jakbym napiął łuk i cisnął strzałęI zawróciła mi się w piersi grotem,A ja-bym czuł ją i czuł, uleciałą —I łuk trzymając lóźny, drżący jeszcze,Szukał rannego, sam śmierci czuł dreszcze! —Pisania sztukę, znając doskonałą,Powiedz mi, naucz, ażali być może,By kogo słowo rzeczone bolało? —Tkwiło i pruło jak zbójeckie noże:Słowo, o którem sam rzekłeś że Boże? —
SZOŁOM.Pisania sztuka zwie się i kabałą —Pisania sztuka ma swe tajemnice,Runnikom samym dostępne —(Rakuz upuszcza łopatę.)— Ostrożnie!
RAKUZ.Zbudził się który? —
SZOŁOM, wskazując latarką.— Owdzie — zbieraj! — świecę.
RAKUZ, podejmując rydel.Jako, gdy pola kto sierpami orżnie,Pijani, widzę, spoczęli pokotem —
SZOŁOM.Śnią się im wiadra miodu i wiwaty.Nie rozbudziłbyś tej czeredy grzmotem,A cóż dopiero upadkiem łopaty! —Radzę ją wszakże nieco zgrabniej trzymać,W ramię rzuciwszy prawe, jak motykarz:
RAKUZ.Na życiu łopat nie myśliłem imać —Nie jestżem Rakuz książę? — kogo tykasz!
SZOŁOM.Trzeba się książę, umieć znaleźć wszędzie,Trzeba mieć rozum taki, jak narzędzie.
RAKUZ, popychając ramię Runnika.Szołom! — idź na przód — nie ucz nas —(Słychać krok warty. — Szołom skoczywszy do Rakuza, groźnie.)
SZOŁOM.— Milczenie! —Łopata na dół — kto idzie?
GŁOS, mijającej straży.— Sumienie!
SZOŁOM, do księcia.Chasło, tej nocy dane przez setnika.
RAKUZ, osłupiały.Przeszli? — czy przeszli już? —
SZOŁOM, klepiąc ramię Rakuza.— W górę motyka! —
RAKUZ, oglądąjąc się do koła.Osobo mądra! — ażali z prędkości,Nie minęliśmy miejsca, gdzie trup leży? —
SZOŁOM, wznosząc latarkę.Tarcz zdaje mi się blask, albo odzieży —Bieliznę widzę.
RAKUZ.— Mylisz się, to kości,Rwane ze smoka bioder, ptastwo ciska,Lub psy roznoszą. Patrz! — za onym padłemPostacie jakieś i jakieś ogniska —Ludzie — czy widma? —
SZOŁOM.Znikli —
RAKUZ.Wiem, że zbladłem:W około oczów czuję to, na licach —
SZOŁOM.Żebra smokowe, czy widzisz, jak wielceCzernieją? — sterczą w księżycu,Podobne żebrom nawy skołatanej.Patrz tam — jak belka po belceLis pełza — owdzie kruków karawany —To się poderwą, to siędą.
RAKUZ, rozglądając się do koła.Długoż to potrwa! długoż widzieć, będą?Że owdzie zwycięztwo było —(Po chwili.)Owdzie? wszak owdzie padł? —
SZOŁOM.— Nie ma i śladu,Tarcz nawet —(Przebiegają łuny kagańców — wyświeca się na chwilę tumulus Krakusa.)
RAKUZ.— W dali coś się zaświeciło!
SZOŁOM, porywając u ramię Rakusa.Ludzie — tłum — ogień - stos i śpiew grobowy —Kaptura książę nie podejmuj z głowy —Łopaty na bok! — przysiądźmy w parowie:
RAKUZ, przysiadając z Szołomem pod wyniesieniem wału.Straszliwa nocy!
SZOŁOM.— Ciągną tu szeregiem:
RAKUZ.Drżę — — a któż jestem?
SZOŁOM.Jesteś Książe szpiegiemTajemnic, w życiu ukrytych i w mowie!Ale, i owszem, musisz drżeć —
RAKUZ, groźnie.— Runniku!Nie jestżem Rakuz?
SZOŁOM.— Trupów ogrodniku!Byłżebyś sobą, będąc za się branym? —
RAKUZ.Słuszna osobo! — czyń jak ci przystoi —Bylebym męża, co w pamięci stoi —Bylebym zbawcę, zwanego nieznanym,Do ziemi środka wparł rydlem kowanym —(Łuny wielkie oświecają tumulus Krakusa ogniami obłożony. Chóry zbiżajązbliżają się.)
STARZEC.Ktoby zapragnął czyn wymazać krwawy,Niech wstecznie kołem istności zawróci. —
CHÓR.Niechaj zawróci — a gościniec sławyPoczciwej znowu i manowce chuciPrzed zapastnikiem staną do wyboru!Nie starczy może już złego potworu,Lecz starczy mężów potwornych — niestety!
STARZEC.Skończył i skonał — o! panie nasz — gdzie ty! —
CHÓR.Gdzie ty, o, panie! — Świadomszych gromada,Duchy pogodne i wietrzyk ochoczy,Pancerz mogilny w ofierze ci składa,Przyłbicą darni ocienia ci oczy. —
STARZEC i chór, rzucając amfory.Miodem i mlekiem lśniące dzbany ciska —
CHÓR.Gałęź modrzewiu i wieńce chmieloweI mirry bursztyn kładzie w te ogniska: —I łzy, i cichą, a poczciwą mowę,(Łuny poruszonego ognia szeroko oświecają dolinę, na której kopiec Krakusa. — Chóry, podnosząc ostatnie garście piasku, stoją z ramionami w ruchu.)
SZOŁOM I RAKUZ, zakrywąjąc się w parowie i przylegając do ziemi.Ciało spalone — kurchan usypany! —
STARZEC I CHÓRY, ciskając piasek i odchodząc.Z popiołów cała i z kruszyn oręży,Ziemia krakowska niechże ci nie cięży,Sławny-nieznany! —
Na greckim rynku ludzie zgromadzeni stali,Pod łagodnego cienia rzucanemi plamyOd dziadów, którzy w błękit powracali — biali —Od bohaterów, mówię. — Niżej lud — ten samy,Jedno żyw, marmurowej nie mający ceryI mniej osobny, niźli wielkie bohatery.Był tam i wojak, bosym podparty dzirytem,Z ręką chorą, na resztce perskiej zwisłą szaty;I mąż uczony z wiadrem, tablicą przykrytem,Gdzie rękopisma nosił — był tam i bogaty —W wieńcu złotym — i mówca w czerwonej opończyI pasterz w kurpiach, które wąchał mu pies gończy.
Do ludzi tych różnego mienia i sumienia,Kiedy Apostoł Paweł z Bożego natchnieniaMówił słowem — cichości skrzydło ich przykryło:I jednym wstrząsło dreszczem — jednym zapaliłoPłomieniem: i gorzeli, i ziębli, i bledli,I czerwienieli razem, i razem przysiedliJak fala, i uklękli razem, w chórze szlochu —Aż w niebo woń z takiego Bożego motłochuPowietrzem wstała jasnem, Pawła otaczając,Co w środku stał i kazał wciąż, rąk nie spuszczając.
I stało się że fala ta nagle zagrzmiała:«Ów jest Merkurjusz. — Przyszedł tu w sukmanie z ciała,Lecz Bogiem on! — Pasterze woły niech podadzą!Niech o kolumnę topór młodzieńcy wygładzą;A panny tańcząc, pieśni niech ofiarne wzniosą!» —Tu się Apostoł Paweł przeżegnał, i płowyPłaszcz rozdarłszy — odepchnął go precz, nogą bosą:«Poganie!» krzycząc — człowiek jestem i jako wyProch prochów — i na ziemi tej błędny viator;A dla Chrystusa jeźli też poczynam dziwy,Te są z Świętego Ducha — więc Veni-creatorŚpiewajcie — bo nie kwiaty mnie — prędzej pokrzywy:I odszedł — —
W mieście jednem cesarstwa Rzymskiego,Gdy o Chrystusie Paweł Apostoł nauczał,Wzięto go prowadzono potem przed sędziego; —A biegli też kupcowie: będzież mu dokuczał —Gadając — bo szalony jest ten ChrześcianinI prawi tu — aż drogich potem nie chcą tkaninKupować. Więc i z Legiów krzykną urlopnicy:Ten jest, co pokój ludom każe — męże dzicy,Z twarzami afrykańskim miedzianemi skwarem,Prędcy do krwi wylania. — Więc i tuczne swaremPrawniki, co na forum gadając do ludu,Lubią być czczeni — żaden z nich nie zrobił cudu —Ci przeto na Pawłową zażarci wymowę,Dalej radzić: ubiczuj, albo zrąb mu głowę!I stali — i sędziego krzesło marmuroweNiby teatrum, kręgiem objęli w połowę.— A przodem siedział sędzia, obie wsparłszy dłonieNa kolanach — albowiem cesarz tak w koronieZwykł siadać — dalej rotmistrz, patrząc na upięcieSzaty zwierzchniej — albowiem carskie tam pieczęcieZ onyxu wyrzezane nosi — indziej mówcyI urzędznicy — jedni drugich naśladowcy! —
Do ludzi tych, na jedno zaklętych sumienie,Udy się pytano ktoś jest? — « Jam Paweł» powiada.«Rzymianinem — i moje nie tu jest sądzenie;Więc chcę, niech cesarz ze mną, jak z człowiekiem gada,I jak z obywatelem Rzymskim czyni rada» —To mówiąc — płaszcz na ramię gęstym rzucił zwojemI trwał pośrodku izby, jak czynim, gdy stojemNa swych śmieciach — a cichość stała się: a sędziaWyglądał jak rzemieślnik zgubiwszy narzędzia.
Więc przed Cesarzem Paweł stawion był i jasnoGadał mu prawdę w oczy mocą Chrystusową,Na chwałę swą nie krzesząc z tego nic, bo gasnąSłowa takie, wy-mową będąc nie wy-słową —I jako odkupienie przyszło, przez męczeństwoChrystusa Pana uczył, radząc Cesarzowi:By nie omieszkał własne czynić nawróceństwo.I jak jest wolność wszelka Świętemu-DuchowiPosłuszną, który w Trójcę zwolon, acz stanowiOsobę trzecią. Rzeczy one nie samem wiedzeniem,Ale miłością, prawdy każąc więc natchnieniem,Więc dobrą wolą. Tej zaś Święty Duch z wysokaBłogosławił. Aż Cesarz rzekł: «Treść jest głębokaI mało że nie stawam się jak dziecko nowe—»I kazał Pawła więzić — potem ściął mu głowę!Więc był Apostoł Paweł pętany jak zwierzę,I jako Bóg obwołan — a wytrwał przy wierze,Że człekiem był. — Albowiem stało się wiadomo,Że człowiek zwierząt bogiem, gdy Bóg: ecce homo.
1850 r.
I.
Był czas, kiedy o Grecyi rzecz, w następny sposóbWzmiankowały gazety wszystkiego świadome:«Wiemy, to jest nie wiemy, lecz od pewnych osóbSłychać, że kraj gdzie góry nad morzem są strome,Południowy, przeszłością bogaty nie małą —Kraj, który dzisiaj plemię ujarzmia bezbożne,Może mieć «szansę» — jak to wyżej się wspomniało» —Na co więc inny dziennik: — «Wieści nieostrożneO Grecyi, pod Tureckim jęczącej obuchem,Pytam się Redaktora, zkąd wzięły swe źródło? —Klnę przez Leonidasów, jakim rzecz ta duchemOżyła? — rzecz kulawa! — usuwam jej szczudło,I w piasek prę jak twardych Homera rycerzy.Podpisano: «Philwrzaskos — pisze tak jak wierzy!»Na ten głos wiele innych zrywa się dziennikówI chrzęszczą pióra — sprawie poświęcone onej,A Grek w kawiarni czyta lub u ulicznikówKupuje i uważnie czyta zamyślony;Oczy trze, czasem wstaje, i usiada znowu,Częściej się marszczy nowin niepewny połowu!
II.
Nie przeto i wśród tego gwarnego mamidłaByła prawda — ta dzisiaj znana jest wybornie;Zwłaszcza iż się wykłuwa na wierzch kształtem szydłaTem bystrzej, im ją pierwiej tłoczono upornie.
Znaną więc treść gdy minę, powiem raczej rzeczyMniejszą mające wartość i za nic podziane,Których w ów czas nie można było mieć na pieczy,Ani są gdzie w poważnej kronice spisane:Rzeczy błahe — te nowin patetycznych kordonPrzeciął, gdy sztandar Grecki wiał ku EuropieSławą nową, a śpiewał i działał Lord Gordon:Mąż umiejący zgadnąć bohatera w chłopie;Śpiewak, co brzeg rodzinny odepchnąwszy nogą,Pył z obuwia na pokład otrząsnął okrętuI stało mu się odtąd rozpaczliwie-błogo! —Syn wierny niewiernego historyi zamętu,Syn wierny społeczeństwa, co nie było warteWierności! — ta już bowiem stawała się zdradą —Syn wierny Anglji. — Dzieje, gdy ostatnią kartęKsięgi czasów przed takiem charakterem kładą,I mówią mu: «Zapisuj swoją Epopeję»Rzuca się im w zamianę karta wizytowaZ napisem: «Tom następny zawiera nadzieję»I jeźli jest do kogo, mówi się, bądź zdrowa!Tak zeszedł on; a będąc do ojców podobnyRzekł w duchu «zbójców wolę nad Faryzeusze,I wyklnę ich nad onych i stworzę osobnyZakon i wyszlachetnię, i martwość poruszę —Bo dosćdość mi płazem dotknąć dzikiego zbrodniarza,By z nim jako z rycerzem usiąść u ogniska.Jestżem albowiem Lorda syn? — czy arendarza,Co dzieje wziął na wyszynk, i patrzy jak zyska?A mówiąc to, i pieśnią tak idąc, i czynem,Bardzo nie cierpiał Anglii. — Był wiernym jej synem!
III.
Kiedy tak pięknie mylił się szlachetny człowiek,Któremu wraz szaleńca przyznano epitet:Baczni o dzień, a mężni troskali się o wiek,Uczeni zaś jak zwykle złożyli komitet.
Ten miał na celu, osłów ujuczywszy sporo,Scjentyficzną uczynić po wyspach wycieczkę,Idąc za czasu duchem, i z przyjazną porą,I z poświęceniem także z zapałem, troszeczkę. —Siedmiu ich było: każdy nazwisko miał noweI osła swego — kilku Albańskich hajdukówZa nimi szło, i namiot i łóżka poloweI nieodstępne chłopcy od osłów i juków,Których się razem z zwierzem najmuje w gospodach,Nie dba w drodze, i mało wspomina w rapsodach.A celny mąż nazwisko miał: Amphipapyron.Miał on systemat — wszystkim to było nietajne —I miał przysłowie swoje, bardzo mu zwyczajne,Które tak brzmiało: «mało-poprawny jak Byron«mało-poprawny jak Byron»I Wydał ksiąg, oprawnych dobrze, liczbę dużą.Bajkę napisał jedną przeciw systemowiLumbagiusa: gdzie żaby, skrzeczące przed burzą,Znaczą przeciwne zdania, które bocian łowi —Ten zaś bocian, nie «mało-poprawny jak Byron»Nie jest bocian, lecz autor — sam Amphipapyron. —Ktoby jednakże myślał że mędrzec takowy,Jadący przeszłość ludu wykopywać z grobu,Helladę marzy i jej biedny byt a nowyProbuje, i tradycji pyta jak sposobu,Sposobu jak tradycji — i puls baczy żywy,I popiół, i smętarne w ruinach pokrzywy.I smutny jest, szukając czy to smutek wieczny,I wciąż bada się, ile łzę ma już dziejową?A ile jest to zachwyt tylko niestateczny?A ile wiedza samą otrzymana głową?I ktoby pracy takiej ze Sfinksem łamania,Widzem będąc, pozdrowił Amphipapyrona,Nie widział by że własnej godności się kłania,Albo jest kwiatem, który trącił o strzemionaJadącego na ośle! — Mędrzec ów ma plany,Plany wyższe — on myśli sprawozdaniem jakiemZagaić ów komitet z powrotem zebrany? — —I jako przeciwnika okaże być żakiem.
Jak cały system jego powali, i którePłody jego zniesławi, jak szczenięta bure.Tymczasem laur czerwony tak zamyślonemu,I orzech, i podobne coś winu dzikiemu,Cieniami swemi chłody wiały w dzień upału;Osły szły, chłopcy jukom wtórzyli pomału.Był też i historjograf w onej ekspedycyiCzłek pracowity bardzo, pilny tak dalece,Że tylko myślał naprzód o dziejów edycyi,Lecz nim gdzie dojechali, miał już wszystko w tece.Tak rachmistrz dobry który, nie czeka godziny,O wiele pierwej robiąc to co się należy,Słuszny jest — szkoda tylko że cyfry nie czyny —Lecz mniejsza — on napisał pierw — przybył i leży.Nareszcie i Graf Ponej, amator szanowny,Naraził się na podróż tę przez poświęcenie:Dedykowano jemu manuskrypt kosztownyO kształcie monet. — Miał on monet doświadczenieI kucharza — niekiedy piękny styl listowny;Tudzież to go przed wszystkiem zalecało silnie,Że bywało, jak powie, klaskają niemylnie.Trzech przynajmniej za zdaniem swem porywał w sporze:Trzech też miał sekretarzy. — Znano go na Dworze.Był też i siódmy: mędrców zdawna siedem bywaI liczba to jeżeli szczęsni są, szczęśliwa —Ten siódmy wszakże był to pisarz narodowy,Flamand z rodu, tęskniący do dżdżystego nieba,Do włosów bląd, do znanej wódki jałowcowej,Napojów, potraw pewnych, i pewnego chleba — —Słowem ktokolwiek zdala, na kiju opartyStojąc, patrzył na mężów onych karawanę,Cóż widział? — tło — — — — — — —— — — — — — Tło było, jako oko MartySiostry Łazarza; modre, łzą po-osrebrzane,Łzą morza. Ruin wiele jak grobów sterczało,Kolumn wiele, panieńskie mających kibicie,Zbłąkanych kolumn wiele, gmachu gdzieś szukało —I czczo było: czas mijał, pył padał — cóż życie? —
IV.
— Wcale nie powiem z Aten jaka wieś została?Z Koryntu jakie sioło? — przemilczę gdzie skała,Na której mech, choć dawniej był Areopag.Parthenon minę, wcale postąpię na opak,I to co opisane jest, co w sprawozdaniuNiejednem brzmiało, o czem więc pióra poprawneKreśliły, i co w wieków spoczęło podaniu:Niech lekką ziemię mając, nie będzie mniej sławne! —Owszem, na Kretę płynąc z mędrców karawaną:Pójdę gdzie oni pójdą, wstrzymam się gdzie staną,Pójdę, albowiem Muzy mojej jest przydomekSieroctwo — więc podniosę rzecz zapamiętanąJako wieszcz poniewierki, i ostatnich ziomek —I pisarz treści, co jest krzyżem przemazaną;Jako ziomek na ziemi krańcu, brzegu morza,Miedzy na grób starczącej, na szerokość łoża — —A kto me pieśni, kiedyś rzucane z za świata,I pobite jak starych urn dzika mogiła,Złoży duchem: jedna z nich będzie, i skrzydlata,Co nazywa się popiół, lecz zwie się i siła.I to zowie się życia toast — dalej w drogę!Dopóki stać na skrzydeł parę, lub ostrogę! —
V.
Ileż papieru za mną zostało? — a ilePoczernił go atrament przez lat gorzkich tyle?Tak myślałem, gdy Muzy mej szedłem polotem,Po górach, za siedmiorga onych karawaną,Marząc, że jeźli piękną spotkam rzecz nieznaną,Sam do pióra się wezmę, napiszę jej o tem —Nieba jej poszlę szmatkę, gdy na Olimp wnijdę;A grom zatrzęsie wielkim lazuru namiotem —Albo jej gwiazdę poszlę, jak Eumenidę
Złotowłosą, lub łzę jej włożę w list — a onaOdbierze łzę, gdy będzie bardzo roztargniona —— — — — — — — — — — — — — —
VI.
Na Kretę gdy przybyli — gdzie ziemia jest wzdętąI płyt marmuru sterczy — kopać rozpoczęto,Ufni ze żaden garnek zbity, ani jakaFibula rdzą zielona, ni złamek kołpaka,Ni stilus krzywy wymknąć się im nie potrafi,Lecz wszystko się popisze, i uparagrafi. —Kopią więc dzień: deszcz upadł, z czego Graf korzysta,I siedli przy dwóch stołach, i — zagrali w wista.Zaś historyograf kończył naprzód sprawozdanie.Styl gładząc. — Weszło słońce. — Dalej znów kopanie:A było zbrojnych w rydle dwunastu Maniotów,Którzy są ludem silnym, mówiącym niepłynnie,W śmiechu jeno, podobnym do dalekich grzmotów;Lecz chłop Ateński przy nich wygląda dziecinnie,Tak, że raz wraz gdy patrzysz na one postacie,To ci się zda że Herkul, zeszedłszy z wysoka,Przebrał się, i zamieszkał w pochylonej chacie,I milczy, aby ustrzedz się ludzkiego oka —Do dni, o których pierwej cisza jest głęboka.— Manioty kopią. — Nasi podróżni z dalekaSiedli, symbola w ręku mając naukowe,Gdy piasek, popiół, gruzy, płynęły jak rzekaCzasu. — Urn kilka, medal, ogniwa brązowe,Tu, tam, prysnęły w tydzień po otwarciu ziemi,A w dwa tygodnie izba z drzwiami ogromneni,ogromnemi,I gmach podziemny wyjrzał stawiony na skale,Groty mającej w sobie, krużganki, i sale. —I nieznanego wielkie powietrza wyziewyBuchnęły, i dni cztery szły jako kolumnyBiałe dymu, nie mając powonienia trumny,Lecz jako wiatr cichemi trzęsąc biało-drzewy,
O czem Manioty swoje przypowieści rzekli,Wyziewom onym dając Lakoński epitet;Podróżni zaś, do domów na czas się uciekliI w wista grali — przy czem złożyli komitet.
VII.
I koniec — resztę znajdziesz w sprawozdaniu onychKtórzy wrócili do dom, księgi uczyniwszy;Są zaś portretowani w kształtach zamyślonych,Wszyscy siedm — każdy z wszystkich razem — najszczęśliwszy.
Tymczasem, nad otwartej ziemi wywrotami,Księżyc wypłynął biały na niebo bezchmurne,I w gmach wglądając, krzywo zaparty wrotami,Czaszek wysrebrzał resztki, przelewał się w urnę,Bruk stary, blachą niby z ołowiu powlekał:Lis wchodził tam — i pasterz przed burzą uciekał.Gdzie przeto na wskroś wszystko było już zbadane,Objęte inwentarzem, stylem okrzesane,Lubiłem chadzać w pustkę tę po kalligrafji,Pewny, że nic nie spotkam z onego łańcuchaDziejów, co porządkuje się i paragrafiW Muzeach — że nie znajdę już nic — oprócz ducha.Jakoż bywało: pójdę między te zwaliska,O Filhellenach marząc, przez Grecyę zdradzanych,I myślę czy nie skradli im drzew do ogniska,By odprzedać napowrót po cenach zwiększanych;I myślę czy w tej ziemi dłuta i marmuruZ kilku desek postawią im pomnik u muru?I myślę: że zmartwychwstać jest bolesnym trudem,Pracą człowieka, z Bożem dokonaniem — cudem! —A kiedy tak myślałem raz, w ciemnym obszarzeKształt dostrzegłem leżący w księżyca promieniu,I ów zoczywszy jako zmarłego na marze,Kląkłem — i przeszła chwila w modłach, czy w milczeniu?Czy w trwodze? — nie wiem — —— — — — — — — — On zaś podniósł się, jakoby
Zgony snami, a łożem stały się już groby;Człowiek zaś, jakby zawsze był, i będzie-zawszeTylko odmieniał miejsce na coraz łaskawsze.Więc wstawszy tak, nie dziwił, ni był zadziwiony —Jedno mi rzekł akcentem Greckich Eumenid:«Spocząłem i powracam, bądź mi pozdrowiony,I pożegnany — mówi ci to Epimenid» —I poszedł. — A jam myślał: więc już z tej ruiny,Miary, napisy, garnki i otrzaski ćwiekaStarego — i pognile zebrawszy wawrzyny,Nic — nic nie zaniedbano — nic — —— — — — — — — — — — oprócz człowieka! —
I.
Oto zrodzonyś, maleńka dziecinoI w dni niewiele taki jesteś luby,Skoro cię z długich osłonięć wywiną,Do wanny niosą, lub na dywan gruby —Niby małego nad Nilem Mojżesza!Tylko co ówdzie bolało, pociesza. —Rodziców miłość, jak trzecia istota,Z dwóch serc ku niebu powstająca kwiatemCoś niby gwiazda, niby lilja złotaNiby światłością, niby aromatemPowietrza próżnię napełnia do koła,W kolebkę roniąc Sakrament kościoła. —Matki-dziewicy obraz patrzy na cię,Ze swoją ręką na niebieskiej szacie —Ten i ów dziadek z ram starych wyziera,Jak z okien domu kędy gość się zbliża — —Mamka za Ciebie bierze znamię krzyża:Snowa się pasmo, które nie umiera. —O! Mamko Polko, tyś istota święta,Którąbym równał córce Faraona,Przyciskającej sierotkę do łona.Tyle nie o swem dziecięciu pamiętaMatczyność twoja, bynajmniej wrodzona! —Ty nieraz, gdy już roków wiele minie,A dziecię ssące mężem, lub kobietą:Zapamiętana w oddalonym gminie,
Kłonisz się głową fartuchem okrytąDo nóg, co stopki będąc maleńkiemiPytały ciebie jak dotykać ziemi? —Ty, skoro syn twój, nie twój; twoja córa,Nie twoja: blade z łoża niosą skronieKu krewnym swoim; patrzysz w twarz doktoraI w malowaną twarz w cierniów koronie —Współ cierpiąc krzepisz jak siła cudowna,A współ bolejąc nic nie bierzesz sobie,Jako cherubin bezinteressowna,Pastuszkom blizka przy Chrystusa żłobie.Więc oto, Człowiek, takie jeszcze ziarno,Spotkał już miłość czystą i ofiarną,Która mu stopki dziecięce obmywaZ weselem służy, i o Bogu śpiewa.Znać że Pan z panów służbą uprzedzony,Skinieniem rządzi, świeci bez korony.Znać że i Kapłan, bo ileż to razy,Domowe swary godzi bez obrazy! —Znać że i Władca bo zwierz mu domowy,Pod ciosy piąstki nachyla rad głowy.Pies straszny innym, kły podawa białe,Jako zabawkę paluszkom różowym;Ruszenia kłamie senne i niedbałe,W powinnym hołdzie prawom nad-zmysłowym.A dziecię-człowiek najmniej się nie dziwi,Jakby do domu Pan wrócił z podróży,Uśmiechem samym darzy i szczęśliwi,Samym rumieńca pobladnięciem trwoży. —I jeźli nawet obejściem takowemZaciąga długi, to jako wielmożny,W potrzebach swoich słusznie nieostrożny,Ufny, że jednem nagrodzi je słowem —I jakże? — taką widząc cię istotąBędęż się ciebie zapytywał, dziecię:Czy idziesz posiąść na tym starym świecieBoleść i nędzę? — czy bisior i złoto?Czy idziesz wrzucić na ramiona młode
Sokole skrzydła poezyi wiosennejI hardo począć wielką życia Odę,Przy grzmocie letnim, przy lirze promiennej? —Czy gdzie z nie krewnych najbliższe ci łonoJaśminne pąki otrząśnie na ciebie,I będzie tobie współ niedoścignionąBliźnięcą gwiazdą na pogodnem niebie? —Czy gdzie gościńce zawezwą cię mleczneNa bohaterów stepy historyczne;A sława w zbrojnych zawierusze prawic,Poda ci szpadę z laurem, wśród błyskawic?! —— Czy będziesz jako mędrzec, wódz, generał,Bogacz, lub szczęsny patrycjusz umierał? —— — — — — — — — — — — — —O nie! — nie o te spytam cię literySłów — ciebie, ziarno Chrześciańskiej Ery!Ani zapomnę z dziewiętnastym wiekiem,Że jesteś w większem postawiony prawie.Że cię Egipskie przyniosły zórawie —Że Boga jesteś sąsiadem — człowiekiem.
II.
Więc bądź ty sobie dla tej wielkiej sprawy,W zastępy której wszedłeś na planetę,Choć po lewicy a wszelako prawy —I szczęścia inne miej, chociażby nie te,Co tyle dają radości i sławy.I pogardź więcej niż swem powodzeniem,Bo pogardź miłych ci o szczęściu marą,Przyjaciół twoich o celu marzeniem,I officjalną twej epoki wiarą— Wyżej, bo niżej, stanąwszy tej rzeszy,«Wśród nieprzyjaciół swych panuj wielmożnie»
Acz będzie chwila że cię nie pocieszyNikt, i nikt z tobą nie pocznie ostrożnie —I stu przyjaciół stanie przeciw tobie,Zmiennikiem zowiąc, iż są nieruchomi!Poczujesz swary pod nogami — w grobie —Usłyszysz jak cię szarpią niewidomi —Śmiać się nauczysz, płakać będziesz lepiej;Ziemia'ć przemieni się, Niebo przesklepi.
III.
Świat, radujący się różą miesięczną,Lub zamykanym co wieczór powojem,Dolę ci twoją obwoła niewdzięczną —Jałowym trudy twe obwoła znojem.Dziewice piękne i bardzo rzewliwe,Z których nie była żadna na GolgocieWymówki będą ci posyłać tkliwe,Kabalistyczne rzucać w twarz stokrocie.Nogi ci włosem obetrze — kto? — strumień!Kto ci obetrze pot z bladego czoła?Jeźli nie prawda, Weronika sumień!Stojąca z chustą swą w progach kościoła?! —Sakrament, poznasz, że jest jeden stały — —I samą wzgardą pogardzisz na świecie,Piękny jak świeżo narodzone dziecię;Ten sam co dawniej, niby Mojżesz mały,Nilowej lilji trzymający kwiecie. —
IV.
I to ja Ciebie zrodzonego k'temuMamże zawodną łudzić pomyślnością?Byś nieświadomość swą zwał cudzą złością,Targał się ówdzie, gdzie klaskać masz w dłonie;A gdzie masz piorun cisnąć, skłaniał skronie? —— — — — — — — — — — — — — —
Nie! — ty bądź raczej nie bardzo szczęśliwy —Pierwszym nie będziesz ni ostatnim, przetoBądź niezwodzonym! — umarły, czy żywy?Cykutą karmion, czy miodem i mlekiem —Bądź: niemowlęciem, mężczyzną, kobietą —Ale przedwszystkiem bądź: Bożym Człowiekiem.
1857.
I.
Przypłynął młodzian z górnego EpiruDo miasta Regium, na Rzymskim okręcie,Grek był, lecz matki ród się wiódł z Iliru;Krwi też dwoistej wzajem przeniknięcieNa twarzy jego dostrzedz można było,W sposób, iż profil z greckich miał medali,A w oczy patrząc skroń nabrzmiałą siłą,I włos mniej ciemny — i usta z korali.
Z Regium, jak długi brzeg ku PuteoliW konnej i gwarnej jechał karawanie.Czas to był, kiedy z Imperialnej woliPoczęto wielkie o drogach staranie.I częste mosty, z gładkiego kamienia,Skałę ze skałą wiązały ogniwem —I różni ludzie i różne cierpieniaŻelazem granit obrabiały krzywem:Adrian, cesarz w sztuce wszelkiej biegły,Doglądać lubił kamienie i cegły
Od Puteoli, po Appijskim brukuEpirski młodzian zdążał już do Romy,A Romę marzył podobną do łukuTryumfalnego, którego ogromyU samych niebios swój początek biorą,Lub samych niebios stały się podporą.
Wszakże on jeden z całej karawanyMarzył — gdy inni toczyli rozmowę,Jak świat na nowo został popisany?O ile prawo Carskie lub ludowe? —Gdzie w wstępnym rynku albo w TrastubernæOsły i konie zanocować wierne? —
Jest coś wśród wielkich miast i na około,Zwłaszcza pod wieczór, zwłaszcza dla pielgrzyma,Co wypogadza lub zachmurza czoło,Ziejąc nań niby westchnienie olbrzyma —Jest coś w tym szmerze, co pierwszy dolata,Skoro się miejskich bram rozemknie krata.To coś — Epirczyk nasz poczuwał w chwili,Kiedy się kupcy z celnikiem wadziliO jucznych osłów porządek zmięszany —O kilka assów na lampę u ściany.
Nareszcie w miasto weszła karawana,Wielkiemi juki chmurna i leniwa,Raz jeszcze widzieć dając twarz młodziana,Gdzie się ulica okręcała krzywa.A strażnik z włócznią stojący brązową«Ktoś jest?» latyńską zapytywał mową.«Syn Aleksandra z Epiru» — i dalejOsły a konie szły — i znów pytali. —
II.
Minął rok całym dni i godzin tokiem —Za Awentynem słońce czerwieniało.Przez plac dwóch ludzi szło swobodnym krokiemZbliżonych k'sobie jak dwugłowne ciało.Wieczór był cichy, cichością jedynąSamemu tylko właściwą Rzymowi.Ni wieś, ni miasto — tu cię woły miną,A tam wykwintna biga zastanowi;
Tłumy z jakiegoś wracają igrzyska,Po wzgórzach warty obchodzą wigilie —Chłopięta śmietnik zmieniają w ogniska;Cyprysy milczą — woń roznoszą lilje —
Syn Aleksandra, wstrzymawszy się nieco,Do Grammatyka Rzymskiego te słowaMówił: «Te światła, co u wnijścia świecą,Gdzie właśnie nocna przelatuje sowa,Rok temu, skoro zapalano, pomnę,Wjeżdżałem obcy w to miasto ogromne.»«Któżby zgadł?» na to Grammatyk odrzecze,«Że oto w czasie tak krótkim, zaisteNieokrzesane straciwszy narzecze,Latyńskie słowo wypowiadasz czyste!Co więcej! mądrość mający na celu,Ktoby zgadł mówię, że w wjazdu rocznicęZwiedzić już myślisz młody przyjacieluArthemidora mądrości świątnicę?» —«W czasie tak krótkim powiadasz — pociecha!Epirczyk odrzekł z westchnieniem głębokiem.
III.
I szli. — Rok minął dni i godzin tokiem.Arthemidora ogród oświecony:Fastigium domu nad skrawym obłokiemCzerni się w trójkąt; niżej biust złocony,Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło,Rzekłbyś iż chyłkiem pogląda w około.
Zofię z Knidos mędrzec miał u siebie. —Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli,Czekając: gwiazdy aż błysną na niebie —Czekając: północ aż ich rozweseliTym ogniem, tylko północy właściwym,Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywym
Ogniem wewnętrznej gorączki i drganiaPowiek, gdy ciężeć poczną od czuwania.A słów mierzonym śpiewanych akcentem,Skoro się przytem wyrzuci niemałoI subtelności nie jednej zakrętemWstecznym, skoro się dobrze naszukało — —I człowiek, w całej myślenia machinie,Poczyna czuć się zostawionym sobie,Lubując giętkość jak skoczek na linie,Starego ojca niosący w osobie. —Tej to gorączki z nałogu czekano,A co raz nową rzecz dyskutowano.
Zofia z Knidos, pośród tej drużynyMądrej, podobną była do opalu,Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny —Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu?Żalu — bo opal z łzawym błyska mętem;Skąpstwa — bo blask swój wycedza ze wstrętem.Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana,Gdyby to było nie za Adriana,Kiedy już Sybill błękitne jaskinieProroczych w sobie nie kryły trójnogów —Możeby głos jej był jako naczynieBrzmiące, dla ludzi śmiertelnych i bogów.Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to:Była więc więcej od Sybill — kobietą!Była tem samem — bo czasów własnością,Natchnieniem smaków ich — z bezświadomością!
Pod temi laury, których liść szerokiLamp różnofarbnych złamały promienie,Szaty ją wiewne tulą jak obłokiI układają na ciche kamienie —Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę,Jak rzeźba wpaja się w architekturę.
Zaiste, odłam to jakiejś świątyni,Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem —Nikt zeń całości nowej nie uczyni,Ni ją zpokrewni z cudzoziemskim duchem:Zawsze to będzie pamiątka bez-łzawa,Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.
Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczy,I powiedz co z niej pamiętasz szczególnie?Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy,Pamiętasz jakieś wzięcie się — ogólnie —I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie,Potem się kroplił jako płyn — a potemJakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem —Potem — i rylca było w nim zgrzytnięcie!Ruch też głosowi wtorował, a zawszePrędzej, w obejście przechodząc łaskawsze.
Taką to Panią mędrzec gościł w chwili,Kiedy przez salve mozajką wybite,Na progach sieni stopami zużyte,Męże dwaj cichym koturnem wchodzili.Starszy był w szarym płaszczu i tunice,A laskę przed się stawiał jako świecęProstą, o wiele dłuższą nad użytek.Każdy zwój płaszcza jego założony,Jak pargaminu pisanego zwitek,Łamał się ostro lub obsuwał w strony,W sposób, iż z tyłu widząc go o zmroku,Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku —Sprzęt świeżo zdiętą szatą obrzucony.«Mistrzu Jazonie Magu! rzekł mu drugiCzy nie raczycie prosto do ogrodu?» —A w głosie jego było coś i sługi,I przyjaciela, i blizkiego z rodu. —Starzec krok zwrócił za odpowiedź całąI weszli oba, boczną furtką małą.
Weszli — ostatni goście spodziewani.Perystyl odtąd pustą już przestrzenią — —W alabastrowej lampa stojąc baniMdlała — kolumny blado się czerwieniąOd strony światła, ciemniejąc od drugiej —Czasem słów kilka posłyszysz za sienią,Czasem leniwy krok sennego sługi.Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem,To się mozajki na ziemi poruszą,To arabeski zatrzęsą sklepieniem;Jakby gmach ciałem: ona była duszą. —
IV.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem,Płomienne blaski różowe z mrokamiWalczą, jak cnota z świata tego księciem,Mdławe, lecz ufne choć wciąż je coś mami.Pomiędzy świtem a nocą jest chwila,Gdy choże łuny z czarnemi krepamiBłądzą, aż bystry promień je przesila.Ostatnia gwiazda wtedy w niebo tonie,A słońce rude swe wynosi skronie —I perjodyczna pamiątka stworzeniaWciąż od Pańskiego kreśli się skinienia. —Pod taką dobę do swojej gospodySyn Aleksandra z Epiru powraca.Wszedł i dwa palce przyłożył do brody:Drgnął, błędną ręką płaszcz na sobie maca;Co gęstsze zwoje, to otrząsnął lepiej —I wybiegł krokiem niepewnym jak ślepi.Niewiasta, za nim patrząc z korytarza,Etruskiej lampy knot podjęła igłą.I poruszyła oliwę zastygłą,Mrucząc «czy mieszek? drachmę? nie uważa!»Tak szepcąc, w ciemność kątów pozierałaI szła, i milkła, i znów coś szeptała.
V.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciemPłomienne blaski różowe z mrokamiWalczą, jak cnota z świata-tego księciem —Mdławe, lecz ufne — choć wciąż je mrok mami —Pod taką dobę u ArthemidoraDo głównej sali wracano z ogrodu:Śniadać zbliżyła się konieczna pora,Dla gości skrzydłem poruszonych chłodu,Chłodu, co lubo letni, ostro godziłNa bezsennością gorące powiekiI trzeźwił róże mdłe a oczom szkodził,Po-rozparzanym od wewnętrznej spieki.Szli więc do sali, gdy niewolnik zasię,Do laurowego wbiegnąwszy ciennika:Zdjął lirę Zofii wiszącą na pasie,Pargaminowe zwitki z pod stolika,Pudełko z kości słoniowej z woniamiI oddał służbie stojącej za drzwiami.— — — — — — — — — — —
Nie długo, uczta u ArthemidoraZwykłemi kończyć się będzie toasty;Wszelkiej tam rzeczy osobna jest pora,I o wigilii najdalej dwunastej,Ktokolwiek salve wybite mozajkąKoturnem swoim niebacznie zawadzi,Przyjętą będzie pocieszał się bajką:Że Mistrz dyktuje właśnie, albo radzi. —Z Koryntu rodem, Arthemidor w RzymieSławy urokiem otoczył swe imię;Był nawet wzywan i do Adriana,Na posłuchania treści niewiadomej —Bliżsi wszelako — tych przyjmował z rana —Twierdzili, że był wolnym jak atomy,Że w Adrianie cesarz dlań jest człekiem,Że Amaltei napawa go mlekiem;
Że w jednem ledwo folguje mu snadnie,W Archeologii — którą zna dokładnie.
Pewna jest wszakże, iż ci bliżsi, właśnieIm więcej bliżsi, widzieli mniej jaśnie.To miał do siebie Mędrzec, tak iż w domuStawał się prawie nieznanym nikomu.Nie był to wszakże fałszerz, ni jakowyPochlebca płazki, ni umysł jałowy,Ni tajemnicą owiany mąż czynu,Arystokracyi szpieg, albo szpieg gminu. —Wcale. — Filozof był to szkoły własnej —Ta, że posady nie mając zbyt jasnej,Utrzymywała się w całości ścisłej,Przez solidarnie ukrywaną próżnię;Im bardziej uczeń w duchu był zawisły,Zobowiązywał więcej — lecz ostróżnie —Wylania przytem skąpy? czy lękliwy?Kończył iż jak się skłamał, tak był żywy!
Chcesz poznać wartość szkoły lub podania,Na ich ostatnie spojrzyj egzemplarze:Tych jeźli błędem są pocałowania,Jakaż być musi miłość pierwo-wzoru —!Tych jeźli cechą jest siła-uporu,Jakaż być musi na czele skalistość? —Tych jeźli brudem całym, szata z woru,Jakaż być musi na górze przeczystość?
Arthemidora uliczni czcicielePodobni byli do zbiegłych klientówGdy ogłuszali; rozprawiali wiele,Skoro kto przeczyć śmiał — szukali mętów,A często, naprzód czując się niepewni,Kończyli śmiechem lub milknęli rzewni.
Dla mniej ćwiczonych mieli pobłażanie,Zwłaszcza w publicznych miejscach oczywiste;Lecz jakby mówiąc «cóż mi dajesz za nie?Uderz choć czołem i wpisz się na listę.»Koryncki mędrzec mawiać zwykł: «gdzie ruszę,«Oblegają mię te Epimeusze — »I nieraz w szczerym widziałeś go gniewie,Gdy który z owych wieszał się na drzewie,Lub patrzył w ogród ArthemidorowyCo robi mędrzec? gdy nie miewa mowy —
VI.
Zofia, do siebie weszedłszy leniwo,Wśród perskiej sofy skronie utuliłaI płaszcza jeden róg, powlekła krzywoKu ramieniowi — i tak zostawiła;Nie jak kto spocząć chcący się odziewa,Lecz jak kto nie chcąc nic, co pocznie, zrywa.Ten ją owładnął woli bezkierunek —I zostawała tak, patrząc na lirę,Na skrzynkę z kości, gdzie się chowa myrrę,Na zwitki wreszcie które, przez trafunek,Pomieszał sługa z przenośnym ciężarem —I pomyśliła — co też one znaczą? —Lecz zostawała pod bezwoli czarem,Marząc: czy same do niej przyjść nie raczą? —
Słońce co raz to jaśniejszym promieniemI coraz cieplej wzierało w mieszkania,Przedmioty jedne usuwając cieniem,Zbliżając drugie przez ich wyświetlania.Na pargaminu zwitek promień żwawySpadł, jako złoty liść na ciemne trawyI błyszczał, chwiejąc się niejaką chwilę —I znikł — i nastał moment ciemnej przerwy:Płaszcz Zofii frunął zlekka, jak motyle —Wstała — i legła znów, patrząc jak pierwej. —
Kto była Zofia? wiemy — lecz czem w Rzymie? —Odpowiedź z zwykłych pozorów zawiła —Bezmężna, sama w willi swojej żyła.Nadawano jej Poetessy imię;I tę językom ludzkim dawszy stronęOsobistości swej, czuła się wolną. —«Nie darmo piorun laurową koronęMija» mawiała, gdy była swywolną.Gdy osłupienia mijały ją oweCzęste, dla których uchodziła w stronę,Lub jak niedawno na pargaminowePatrzyła zwitki — — — — — — —— — — — — osłupienia, nibyDo wyczerpnięcia wnętrznego podobne:Oczy jej wtedy szkliły się jak szyby!Zdały się szukać czegoś palce drobne:Czegoś jak gdyby strun liry zniknionej —Czegoś, jak gdyby perełki zgubionej. —
Nareszcie wstała — za nią płaszcz szkarłatnyPowlókł się, jako ciężkiej fali struga.Podięła zwitki w sposób tak udatny,Jakby kto patrzył na nią, może sługa —I rozwinąwszy, że były obfite,Ciekawość wzrosła, co by zawierały? —Lecz nie czytała — raczej jak są zwiteBaczyła, zwój ich roztoczywszy cały.Podobną będąc w tej cichej robocieDo jakiej dawnej Sybilli, gdy w grocie,Poprzekreślanej słońca promieniami,Jak w strunach złotej liry rozrzuconychDuma — a duch jej trzepoce skrzydłami,O wysokościach marząc niezgłębionych.Wreszcie, początek znalazłszy rapsodu,Czytała — — — — — — — — — — —— — «Zofio!» — greckie były słowa —Tu zatrzymała się «szkoda zachodu!»
Mówiąc «za długa rzecz; rozboli głowa — »Dalej — «Zofio!» — znaczy tu: mądrości!I śmiać się bardzo poczęła z zazdrości —Komu? — mądrości? — więc, kończąc czytanieRzekła «nie do mnie!» — z gniewu czy z radości —«Wszelako — krewne mi te wszystkie panieZ Olimpu, bądźmyż przeto jak przystoi,Na pokrewieństwo mądrzy — cóż tam stoi?» —— — — — — — — — — — — — — —
ZWITEK PIERWSZY.§. 1.Mądrości! tobie poślubiłem z dawna —I oto wzięła mię ta Roma sławnaW wielmożne dłonie swoje, mnie, z EpiruSierotę! — Ówdzie mdłą byłem roślinąNa pustce dziadów; tu — drobiną żwiru.Mniej — pyłem, może i pyłu drobiną.Z owąd próg domu zdawał mi się światem,Ztąd Epir cały progiem mi domowym.Rozszerzyłem się, prawda; idzież zatemŻe wzrosłem? — — — — — — — — —— — — — zwitkiem tym pargaminowymMożnaby ludzi otoczyć gromadęTak bo szeroki! — wszakże jednem słowemKrótszym a głębszym, wlewać można radę,Moc, rozrzewnienie, pociechę, lub zdradę! —Cóż ztąd? — —
Czy człowiek, widząc tak szerokoNa każdą chwilę swojego żywota,Ile zakreśla mu do koła oko;Doszedłby, gdzie są wszech-mądrości wrota? —I wielkich świata spotkał luminarzyTam, gdzie powinien; nie tam, gdzie się zdarzy?Czy raczej zwiedzić winien obszar cały,Nie okiem jego, lecz okiem luzkościludzkości
Skreślony jemu gdy był jeszcze mały,I śnił na progów własnych pochyłości.I patrząc, gdzie się widnokrąg zasklepia,Myślił że człowiek, skoro tam dobieży,Rękoma swymi niebios się uczepia,Wysysa nektar i jak Bachus leży? —— — — — — — — — — — —Trzebaż więc zawsze, by serce goralaPo brukach miasta pierwej się wytarłoI łza człowiecza wędrowała z dala?Tu, by samotniej niż w zaciszy marła,Twardniejąc zwolna jak ziarno opala!Złotnik, ażeby brał potem jej jądroWażył i w kolce osadzał i możeDewizą jaką naznaczywszy mądrą;Przypiął do ciżem, lub psu na obróżę —!
Nie! — tu jest czasów jakaś tajemnica.Albo tu kłamie się już jak dla rymu,Albo jednego tu nie ma szlachcica,Co by jak Scipio, sam gadał do Rzymu;— — — — — — — — — — — —Nie! — — prawdy dziwnej blizkość czuję łonem! —Ateny, przecież jak Rzym świetne były,A jednak Scyta Zamojxiz z SolonemRóżnił się niby odmienne dwie siły. —Mamże Epiru zostać Pygmalionem,Czy rzymskie jeszcze oglądać mogiłyW ogromnych łunach? i mimo ZeusaPadłe jak niegdyś Korynt za Mumiusa? —Stój! —
W rymie zdradnej płynności jest siła:Sybilla stara, co w sieniach mych dziadówSiadała jadać, pomnę, że mówiła:By strzedz się echa-słów i winogradówUpajających nie tykać nad miarę. —
Któż retoryki nauczał tę starę? —Mistrz gdzie? co onej nie szczędził przykładów —— — — — — — — — — — — — — —Nicość! — — — — — — — — — — — —
§. 2.— — Skończyłem wczora na zwątpieniu —Dziś mój Grammatyk wskazał mi cynikaSławnego w Rzymie — nie powiem imienia. —Są ludzie, których lepiej znać z ich cienia:Twarz w twarz spojrzawszy, osobistość znika.Tego gdzieś medal widziałem brodatyZ zagłębiającym się w przestrzeń wejrzeniem;Dziś mówił myślą, słowem i skinieniemNajoczywiściej — w ostatnie bogaty.Co myśli? nie wiem — co mówił? nie pomnę —Co cierpi? z płaszcza wyczytałem w łaty —Smutno mi —— — — — — Rzym, jest to miasto ogromne.
§. 3.Kto jest Mistrz-Jazon-Mag? zapytać muszę.Mąż tajemniczy a powszechnie znany —Kto Arthemidor? — o tym wiele tuszę —Kto są tak zwane w Rzymie Chrześciany?
§. 4.Adrian Cesarz wymyślił rzecz nową:Każdy wiek inną wyrazić budową.Będzie to jakby historyi zwierciadło,Będzie to jakby sztuki abecadło,Ogromne dzieło i praca niemała!Narodów różnych niewolnik zajęty —Wiek się zadziwi, przemysłowi chwała! —W prowincye nawet rozchodzą okręty:
To z robotnikiem, to z ciętym marmurem.— — — — — — — — — — — —Rzym jeden Rzymem, a świat — jego murem.
§. 5.Mistrz Arthemidor dzisiaj szedł ulicą,Trzymając w ręku liść lauru: przypadkiemUronił tenże — ucznie w raz rozchwycą.Tak niegdyś z polnym postąpiłem kwiatkiem.Tu mądrość, owdzie zachwycało lico;Tamto — to było kiedyś, i ukradkiem —Są myśli, które choć naznaczyć trzebaCzemś, jakoś — później one się rozświecą! —Zda się iż równie znachodzi je sztuka,Podobną będąc zbłąkanej dziecinie,Co nuci, patrzy i maca, i szuka —— — — — — — — — — — — —Ten ustęp, mamże pozostawić, czy nie? —
§. 6.Że to nie piszę na stylu wystawę,Naznaczyć muszę choć kilkoma słowy:Widziałem dzisiaj twarze dwie bladawe:Dwóch niewolników, dwie schylone głowy,Związane ręce — byli to zbrodniarze,Niewdzięczni panu swemu, zbiegi, trutnie,Leniwcy — wspomnieć smutno jakie twarze!Jeden uśmiechał się bardzo okrutnie,Wejrzenie widzów raniąc — drugi w krokuZdążał mu, przeto iż dłuższy był w stanie.Szli tak w kurzawy i pięści obłoku —— — — — — — — — — — —Jak mam rozumieć tygrysom rzucanie?
§. 7.Cóż jest niewolnik? — — — — — —— — — — — — — — — — — —— — — — — — — — — — — —
— — — — «W siódmym paragrafieIglicą znaczę» to Zofia mówiła,«I zwój jak długi był na powrót wiła»Potem — «doczytam i w toż miejsce trafię»Dodała, ręką przecierając czoło —Potem — «pamiętnik dziwny» — potem: «kto to?Przychodzień jakiś — u Arthemidora?Kto był? — radabym poznać go z ochotą.Mistrz-Jazon! — przy nim młodzian jakiś wczoraW cienniku bocznym przechadzał się długo;Wszelako owy, wiem zkąd rodem. Sługo!» —
Tak gdy kończyła Zofia wykrzyknikiem,Kotara boczna fałdy szerokiemiDrgnęła, rozsuwać wszcząwszy się od ziemiI Egipcianka, uprzedzona sykiemJak syka człowiek gdy igłą się zrani,Weszła, nietrudny ukłon dając pani.Zofia milczała, pismo mając w dłoni,Zaś niedoszyte płutno swe niewiastaTrzymała — wreszcie słowa te uroni —«Która wigilia?» — «wigilia dwunasta»«Dosyć» — służąca znikła za kotarą —Pani się przeszła swobodnie po saliLecz gdybyś pierwej na oną twarz starąPatrzył, a potem zatrzymał się w dali,By niewidzialnym będąc, Zofię widzieć —Rzekłbyś: zaiste! piękne straszne bywaOdkąd się człowiek pocznie za nie wstydzić.Tak' bo bezładnie na twarzy jej grałoUczucie błędne i znurzone ciało.
To rzekłbyś widzu i dodałbyś: smutno!Patryciatowi, sciencii, epoce. —A potem łzę byś na Egipskie płutnoRzucił i nie w te uwierzyłbyś moceRzymu, pod maską wylęgłe okrutną —
I nie w te czucia, które dają noceDyalektyczne u mistrzów wymowy.
Tak zaś bolesnem poczuwając drgnieniem,Nie byłbyś zdolnym rzec jasnemi słowy;Lecz byłbyś zdolnym dotykać sumieniem.
Są bowiem drogi dwie wyrozumienia,Przez wiedzę jasną lub skryte cierpienia:Druga, na Zofii twarz rzucając światło,A światło z sługi jej przyjścia wywarte,Zmieniała pierwszą, to jest wiedzę na tło,Na zapisaną lecz czytelną kartę.Jakoż w ten sposób czytając osobę,Mylić się można sto razy na dobę;Raz wszakże zgadłszy, wie się więcej o niej,Niż żebyś rok z nią przeżył na ustroni.
Po chwili Zofia przepatrzyła jeszczePargaminowy zwój cały jak długi,Z uwagą, z jaką baczne czynią sługiO szatę pana, gdy padały deszcze.I skryte w ścianie otwarłszy framugi,W alabastrową złożyła go urnę,To rzekłszy — «kiedyś wyleję jak strugiWszystkie te razem rapsody pochmurne,Które do siebie mają że upadam,I nie rozumiem się i nie posiadam.Wszakże, mówiła tak draźliwa pani,Jak ktoś z owoców ocknięcia wesoły:«Nim się rozbudzi, właśnie świt go rani —I gniewałby się na same aniołyHumór — z którego powstają tyrani!
Nie była wszakże Zofia złą kobietą,Ani aniołem pisarz pamiętnika —Lecz stało się to przez oną ukrytą,Potęgę czasów, gdy w żyjących wnika
I aktorami czyni ich drammatu —Co się rozwija jak cierń, lub pąk kwiatu.
Po chwili jeszcze z tej drugiej potęgiSnu czy lenistwa swego, ocknęła się,I jakby znikło jej wspomnienie księgiEgipcjankę znów pytała o czasie —Którą wigilię obchodziły warty? —Lecz dlań odpowiedź była obojętną,A głos już więcej szczery i otwarty,A sługa cicha bynajmniej natrętną.
Po tym przechodnim dyssonansie onaStała się trzecią osobą — tą samą,Którą widziałeś wśród mądrego grona,Z służbą jej stojąc ukradkiem za bramą.
VII.
«Więc z nimże samym mówiłeś dziś jeszcze?Gdzie? w sali bocznej przy inpluvium, czyliW ogrodzie?» —
«Nie wiem — tylko jednej chwiliSłuchając, pomnę że na fali dreszczePatrzyłem, ruch jej śledząc ondularny;Więc — przy inpluvium dziać się to musiało —Człowiek tak z miejscem bywa solidarny,Czy myśl tak często łączy się z przestrzenią,Że jakaś licha rzecz i przedmiot marny,Przez porównanie świecą jej, lub cienią?» —
«Zaiste — na to odpowie Grammatyk —«Zkąd idziesz zgadłbym, słyszawszy ten attyk.Nie przeto jednak mało jest dziś w RzymieJak Arthemidor wymownych, i wnoszę
Że obcy nawet słyszał już to imięI że nie pierwszy ja chlubnie je głoszę —I że dość wyrzec: on!» —
— Gdy szli ulicą,Grammatykowi przerwał poczet konny,Nadbiegający z taką błyskawicąHełmów i mieczów, i dzid które świecą,I orłów, zastęp znaczących koronny;Iż skoro kużu dwie spadały fale,Na dwa przechodniów rozstępy zdziwione,Syn Aleksandra znalazł się przy Skale.Grammatyk nie mógł przejść w tęż samą stronęI niecierpliwe dawał tylko znaki,Co chce — jak młode po za gniazdem ptaki.
Środkiem zaś onych przechodnich rozstępówBiegł najprzód hufiec ów w jasnych zbroicach;Lamparcie skóry tym jak skrzydła sępówZdały się pierzem wyrastać przy licach,Dotykać ledwo bark i pływać w wietrze.Pierwszy ten szereg orły trzymał czteryI — s, p, q, r, — złocone literyNa ciężkich włóczniach. — Drugi, zbroje letsze,Sposobem partów do ciała przywarte,Welgnione w konia zagiętem kolanem —I piersi na przód swobodnie otwarteZ łuskowem kryciem jasnem, jakby szklanem.
Nad tym zastępem w trzy strome ogniwaTrzy wieńce łączą się, i w kształt tablicyWyobrażenie jaśnieje wilczycy.Dalej i Dacki smok z ogonem pływaI kręte trąby miedziane trębaczyI krzyk — odeprzeć! — kto zboczyć nie raczy. —
Za tem przestanek — jedna kużu skibaPrzepadająca w nic, jak na dno rybaI jedna chwila rytmowej cichości —I dumy pełen czy opieszałości,Czy wyróżniony przez ruchu swobodę,Pretor na koniu płowym, mąż otyłyOglądający się, gładzący brodę,Jak człek urzędu pewny, lub swej siły.
Ten zwolna jadąc, piesze wiódł szeregiDo środka w koło nieporządnie zwite,Jak cyrk przenośny z okolnemi brzegiI oś mający stanowczo nie wbitę.Tą osią, byli do pół obnażeniMęże trzej, dobrze powrozem ściśnieni,Lecz onych ledwo widziałeś niekiedy,Czoła lub piersi nagością świecące,Wśród chmur zwichrzonej do koła czeredy —To wyjawione, to zapadające.I były one jakoby członkami,Co nieraz leżą na cyrku drgająceI lśniły one za rózek snopami —Rózek, co sądy znaczą i liktorów —Jak białe lilie gęsto ogrodzone.Jak białe lilie z sadu wychylone,Widne, przez wrota szerokich toporówCo przywierały się lub zawierały,Skoro się męże niosący je wili,Ulicą krzywą, pod stopami skały.
Przed onym płotem toporów i wiciSzli i kapłani, niosąc kadzielnice:Poważni, czasem po oczy zakryci,Wyzierający tylko na ulicę,Kiedy się zmięszał porządek szeregów.Także i tłómacz, i pisarz, i szpiegów
I świadków nieco — dalej poczet drugiCiekawych — swoją hierarchię mającyPrzez onych pierwszych klijentów i sługi;Lecz mniej solenny i rozprawiający.
Do w pół, na osła pochylony grzywie,Fig kupiec mówił: «Żydów trzech powlekli!«Chrześcian!» — Gladjator odparł mu chrapliwie«Wróćmy» — ktoś inny «Choćby też osiekli»Gladjator rzecze: «nie ma po co chodzić —Nędzne to — hajże! — odrość się, odrodzić,Zawdziać się w siłę na cyrku zdobytąNie taka łatwa rzecz! — cóż? że i bito,Ale jak bito?» — to mówiąc dokładałPięściami na wiatr, okraczał, przysiadał,Wołając «hajże! — w słup — dextra! sinistra! —»«Naści lwie!» kupiec rzekł, rzucając figą —A inny drugą «moja więcej bystra»A inny «moją zawarczę jak frygą» —«Wiecie co? ja wam dopiero wyłożęRzecz, co słyszałem w kuchni Senatorskiej!Pozwólcie, ino płaszcz lepiej założę»I spluwał akcent kłamiąc oratorski«Pozwólcie — rzecz ta ciekawą być może —Pozwólcie!» — mówił po trzecie mąż mały,Z wielkiemi w uszach srebrnemi kolcami;Mówił, wśród klasku fig co wciąż padały.«Tandem, to rzecz jest, w której dosyć idzieO ogrodnika pewnego» — — «O GwidzieBędziesz mi mówił» kupiec fig zawoła«Wiem, iż powlekli tego apostoła — »«Gwidzie?» — z kolcami mąż odeprze mały«Tu jest pytanie jak wykłada szkoła?Gwido, wulgarne powieści go zwały,Że bez nazwiska był, bez nazwy — zgołaSierota, quidam zwana dalej, quidoI nieuczona gawiedź, która woła
Gwido, lub nazwę łączy apostoła,I inne — wszakże nie wiedząc zkąd idą!»
Tak mówił drugi ów gladjator słowaCo raz to szybciej — gdy osoba nowaUżyła większej jeszcze ciekawości,Mówiąc. — «Sam boski cesarz w swej mądrościDozwala bogów czcić wszelkiemu człeku,Ani wyzuwa z dóbr, praw i wolnościZa to — jak działo się innego wieku. —Sam boski, boskie cenić umie rzeczy;Ale jest prawo i to służy jemu,I jemu przeczy ten, kto prawu przeczy;A prawo trzeba znać — z czego pochodzi,Że jest ciekawa rzecz jak się to zgodzi:I czy fałszywie Gwidon oskarżony,I jako obie pokażą się strony?» —To rzekłszy, cofnął się do towarzysza,Który na boku wstrzymał się na chwilę —I szli pośpieszniej.
«Różnie się uciszaLud» rzekł Grammatyk. «O tyle o ile»Towarzysz na to — i szli. — «Przez przypadekZnalazłem się w tym zgiełku; nie sam byłem;Zginął mi uczeń» — tu uczynił spadekW głosie i nie co obrócił się tyłem —«Uczeń?» — «Jakoby — przyjaciel niejakiArthemidora, z prowincyi młodzieniec,Którego wdrożam w treść wiedzy wszelakiej,Gotując może togę, urząd, wieniec —Zresztą, nie uczeń jak to wy zowiecie» —«Różne są nazwisk użycia na świecie»Towarzysz na to. — «Jakże zdrowie Maga?»Grammatyk znowu. — Po chwili milczeniaTowarzysz na to «pochlebne życzenia! —Dzięki! — jak zawsze: taż sama powaga.»
«Więc zdrow?» — «więc» na to towarzysz odrzecze:«Vale» Grammatyk rzekł «oto ma zguba!»I okręcił się łokciami jak szruba,Gdy wraz Epirczyk dodał «nie uciecze» —Z uśmiechem także witając drugiego«Widziałem, pomnę u ArthimedoraArthemidoraI mam do Mistrza list» — «przyszły kolego»Odpowie Barchob uczeń i zdążaliMilcząc, jakby się wcale, lub dość znali. —
VIII.
— Teraca była mozajką wysłana,Przedstawującą modre pawi stado. —
Wchodnią tej ścianą jest domostwa ściana,Z trzech innych każda przejrzystą arkadą,A każda z arkad tych poopieranaNa faunach, którzy wieńce na się kładą.W sposób, iż stojąc w takowej teracy,Podobny jesteś do biustu pod łukiem,Gdy nogi twoje suną jak po tacyZ gładkim klejnotów bawiące się brukiem.
Dodać tu jeszcze należy: popstrzenieCieniami liści i różne zielenieRozlicznych krzewów, co mają stosownyTon zieloności do kwiatów swych blasku,Często i zapach, jak przekład dosłowny —A poznasz Zofii dom po tym obrazku.
Tam Arthemidor, gdy wchodził swobodnie,Zofia ruszyła iglicą kościaną:Wraz z stołu, który ma półkosze spodnie,Spadł w nie zwój pisma, ścierając się z ścianąI spoczął w mroku jak owi co leżąW cieniach, czekając póki niezostaną,Oddani rzeczom do których należą,A wtedy będą rozwici i staną.
— «Szczęśliwież wchodzę albo nieszczęśliwie?»Mówił, bynajmniej nie troszcząc się o to,Jak ten, co palec kładzie na ogniwieBrązowem u drzwi, z nałogu ochotą,I tejże treści odbiera skinienie,Jak nieczekaną odpowiedź lub echo,Pewny, że nie jest troską ni pociechą —Podobnie mówią po za Styxem cienie!
Wszelako Zofia, gdy podniosła oczy,Spadała jeszcze z nich czytania krepa,Co po mozolnej pracy chwilę mroczy;Gdy duch że czuwał, natura jest ślepaPóki się w nowy akord z nim nie stoczy —Więc rzekła niemniej mało trafnem słowem«Cóż jest szczęśliwość?»
«Dowieść to gotów'em,Acz w sprzeczny sposób, bo wchodząc nie w porę —
To ledwo dowód, że różne są doby,Organizacje, też zdrowe i chore —Lub, że nie tykać tych rzeczy — byłobyLepiej —»«Tych rzeczy?»— «Lub w inne sposoby»Zofia to wszystko do ArthemidoraMówiąc, kończyła jakoby czytanie;Po chwili wszakże rzekła: — «jestem chora!Mów mi — czy Jazon Mag nie będzie w stanie,Jak to nie jednej uczynił osobie,Przez ziół potęgę, lub przez zaklinanieWzmódz mię? i o tej czy nas przyjmie dobie?»
— «Nas? w tem wątpliwość, acz sam doń dziś idę —Nie mawia bowiem na raz z dwojgiem osób;Do Elokwencyi mając dar i sposób,Jakby kto brał się przenieść piramidę!» —
«Idź-że» mówiła, podnosząc się zwolna,A potem w dłonie klasnęła swywolnaI Egipcjance pocichu wchodzącej,Wskazała znakiem co ma ponieść za nią —Gdy Mędrzec czekał, acz wreszcie niechcącyDała mu rękę i wyszedł z swą panią.Poszli — za niemi wonie olejkoweI szat szelesty i cienie się wlekły,Jak gdy wiatr wionie w pustki ogrodowe,Gdzie skwary pierwej paliły i siekły —Lecz miecąc liście, nie odziewa w nowe.
IX.
Gdy Pretor z konia zsiadł, już przedtem niecoPo obu stronach perystylu, stałyGwardje w lamparcich skórach i co świecąŁuskami; od tych w prost na polot strzałySzerokie widzisz schody gdzie trybunaI złoty posąg Cezarski, świecący,Jak w mroku rannym pożarowa łuna.
Tam — poczet pieszy po stopniach rosnącyWkraczał, trzech wiodąc oskarżonych ludziO zbrodnię, która lud do buntu budzi.
Po krzykach, w prawo, w lewo — i po owemTo tu, to owdzie ciąganiu się tłumu,Które zdaje się ciałem tym zbiorowemMiotać, jak wielką rzeczą bez rozumu:Stało się wreszcie, iż massa ta cała,Od wierzchu schodów do schodów podnóża,Usadowiła się i wyglądałaJak zawieszona płachta jaka duża,Z rozlicznej barwy okrawek zszywana,Do wietrzonego podobna dywana.
Prócz osób głównych nikt z tych co tam biegliPrzy towarzyszu drogi się nie wstrzymałJedni się zdala zaledwo spostrzegli —Drugi dojść nie mógł gdzie chciał, lecz się zżymałNa wyrywany mu z rąk rąbek togi,Którym się druha i rozmowy trzymał;Inny szedł z tłumem, zdawszy się na bogi.
Syn Aleksandra poczuł tuż przy sobieKolumny ocios i wsparł ręce obie —I blizko rdzeni będąc, słuchał sprawy. —
Barchob, Jazona uczeń, stał daleko;Lecz rzucał okiem nie bez pewnej wprawy,A okiem zimnem — tak rzemieślnik wiekoTrumny ogląda i dwie strony mierzy,By trafnie oddać co której należy.Tak czyni jeszcze i posłannik, któryMa zdać rachunek z liczby i naturyI położenia rzeczy; ale przetoTyle jest wierny, ile oddalonyI wie co to jest? o ile? i gdzie to?Lecz w tem nie będąc, jednej tylko stronyNie zna: ta właśnie jest rzeczy zaletą!
Grammatyk nie sam stał, po jednej stronieKupca fig, z drugiej mając gladjatora —I coraz zdawał się pokłaniać skronieW prawo to w lewo — jak osoba chora,Lub niemy, kiedy mówić chce o zgonie.Pisarz te słowa jął czytać:
— «ZaisteZe świąt, jeżeli które uroczysteW obliczu prawa, to Cezarskie święto;Mąż co tu stoi tak jak go ujęto,Jak świadczą starzy, znający go zblizka,Nazwiskiem Quidam, że nie miał nazwiska,
Potem zaś przezwan Gwido — mąż zuchwałyI czeladnicy jego — gdy wieczoremWieńce i lampy, naznaczonym wzorem,W każdym się oknie Rzymskim kołysały,Nie tylko w tejże nie uszczknął radości;Lecz wyznał głośno, iż gorszyć to możeChrześcian słabszych, co w niewiadomościSą, jak Cezarskie rozdzielić i Boże?» —
«Świadczcie!» odezwał się Pretor do grupySzpiegów i świadków, stojących pod słupyDo pół okrytych cieniem, w sposób taki —W jaki się nocne kryć umieją ptaki,Skoro je światło południa zaskoczy:Że głos ich słysząc, nie widzisz osoby;Osobę widząc, widzisz ją po oczyI mógłbyś deptać nie wiedząc — jak groby! —
Jeden z tych, gdy się wszyscy odezwaliPorządkiem, jakim w cieniu owym stali«Świadczymy!» — prawił:
— «A ja, o to właśnieU siebie — biednym będąc — lampy czteryGdy zapaliłem; patrzę — jedna gaśnie!Zgroza! — Gdyż cztery miały być litery,Wyobrażone lampami czterema —Tandem, łzy w oczach mając, szukam grosza,
By nową kupić lampę — grosza nie ma!Tandem, cóż mówić chciałem — ten jest GwidoOgrodnik, który coś składał do kosza,Przed drzwiami domu stojąc — gdy ci samiDwaj drudzy, ucznie jego, właśnie idą,Idą, i mówią sobie coś czasami. —Tu ja, że widzę drzwi nieozdobioneI ciemność: lampy, że niezapalone —Nuż wołać, dalej przestrzegać, zaklinać —I jak brzmi słowo czytane wybornie,Stało się — bowiem nie chcę już wspominać —Przed Bóztwem raczej padając pokornie. —
To rzekł, i upadł, a za nim i owiCo mu świadczyli, świadkowie świadkowi. —
Upadek taki Kapłan JowiszowyWidząc, garść myrry w kadzielnicę rzucił;Toż czynił Pretor — i inny i owy,A każdy ściągał twarz jakby się smucił,Lub głową wstrząsał, lub ręce zakładał,Jakby się ludziom na migi spowiadał.I szukał ruchem co raz mniej kłamanym,Aż znajdzie w sobie głos dość wiorogodny;Bo głos mniej może niż giest być udanym,I ztąd mniej skory jest i mniej wygodny,I musi w kłamstwo pierw zagaić ruchemDrugich; aż tego się nazbiera wiele —Wtedy zaś zwie się już ogółu duchem,Wyrazem myśli w tym zbiorowem ciele.I już się nie zwie kłamstwem — lecz organem,Albo koniecznym ogniwem tradycyi,Albo przyjętym trybem nieskłamanym,Regulaminem mody lub policyi —W sposób iż człowiek kłamiący, tam będziePrzez porównanie białym, jak łabędzie:Dla tego właśnie, iż możność zachowałZbłądzić — i oną wszech-prawość zepsował.
Na tak niejasne ztąd patrząc budowy,Zrozumiesz łatwo co w nich człek wywołaZacny, cieniować gdy nie będzie mowy,Przez miłość prawdy wiecznego Kościoła.Albo do tegoż o ile się zbliżyProstak, mów swoich nie ważący zgoła;Dla ludzi patrzeć nienawykłych wyżej,Równy boleścią bólom apostoła —Acz ów zuchwalec przy wyznawcy stanie,Często toż samo cierpiąc katowanie;Dla tego tylko, by widziane było,Pokąd człek może własną dotrwać siłą —Lub aby świadczył, gdy inni kląć poczną,Aż oba w raju wieczerzać odpoczną.
Ta to różnica męczeństwa i wojny,Że pierwsze, dając krew, jeszcze ją dajeZmnożoną przez to, co dawca spokojnyCzyni, okrzętne łącząc obyczajeDo datku swego — i kruszynę chlebaTam, tak i wtedy daje, jako trzeba.Daje tem samem krew swą — więcej sobąDo szczętu siebie dotrwając osobą.Więc po-na-śmiertną obłócząc już siłę,Co zwija topór jak kartę u księgiZnanej — na skrzypców smyk zamienia piłę;A w nierozwity róży pąk obcęgi,I jeźli dziwno, że w wrzącej oliwieJan święty krzepciej niż przed męką żywie,To w mniejszym stopniu, toż samo zjawiskoJest ci zwyczajnem i znajomem blizko:Gdy obok stawisz mściwego człowieka,I tego który przebacza, a czeka,Aż chwila przyjdzie, że przeciwność w sobieZniosłszy się sama, do stóp padnie tobie.
«Gwido!» rzekł Pretor «wstręt ofiarowaniaBóztwu, tem więcej winę twą odsłania —Mów!» —
— «Za człowiekiem, szpiegiem, co przed chwiląPadł na kolana, widzę wasze głowy,Sędziowie moi! jak niemniej się chylą;Mąż ten podchwycił was giestem, mnie — słowy —Nikt z was nie wierzy w Bóztwo Cezarowe,Bo Cezar nie jest też od Apollina,Jowisza, Bacha, roślejszym o głowę —A ci że byli ludźmi, nie nowina! —Jakoż bez Boga będąc, szukacie goW wyższości męża tego, to owego;I ztąd zaiste mam ja dla was litość.Wszakże bez granic mieć jej nie mam prawa,Bom nie jest pierwszy i znam przyzwoitość;Mam wzgląd na wszystkich, których jest ma sprawa,Na tych co byli przedemną sądzeniI tych co będą, i tych co są możeTu, gdzieś wśród ciżby ludu utuleni,Jeźli zrządzenie ich powoła Boże.»
To mówiąc, pojrzał z tem skąpstwem anioła,Z jakiem chleb łamiąc w ubogiej rodzinie,Ogląda ojciec żali co nie ginie,Im chętniej dając, uważniej do koła — —«Jakoż, czci Bozkiej nie dam posągowi,Przez który kłamstwo wasze się stanowi,I strząsam szaty, nie iżbym CesarzaKlął, albo zniżał, jak indziej się zdarza;Lecz że go cenię. Wy co wart, nie wiecie;Wy uwielbiacie, cenić nie umiecie.A że z przed serca Boga wam zakryto,Zowiecie Bogiem wszelkie incognito.» —
«Na klęczki!» — Pretor głosem wrzasł takowym,Jakim się sprawia szyk w polu bojowym —Aż poszła cisza po rzeszy szeroko,Jak po jeziorze nagła wiatru zmiana,Aż w poczcie gwardyi jękło coś głęboko,Szablica jakaś spadła odpasana,
Czy trąby dwie się przypadkiem gdzie zbodły,Czy głos tak dzielny był, a tłum tak podły.
«— Czekaj! bom w ustach nie miał nic trzy doby —Ja i te zacne dwie ze mną osoby,A głos masz silny przez sytość i wprawęW komendę — czekaj, niech zakończę sprawę.»To mówiąc Gwido chwiał się i był blady,Jak gdyby mówił: czczo-mi — lecz pozierałNa dwóch co za nim stali, jak na ślady. —Gdy ktoś, co dotąd o głaz się opierałPrzy jednej z kolumn, rzucił trzos i skinąłWołając: «chleba! — hej — po trzykroć płacę!» —Co rzekłszy, tak się w togi zwój owinął,Że wraz skoczyli ludzie i na tacęWłożywszy chleby, ponieśli mu w górę,Bacząc szlachetną postać i naturę.
Syn Aleksandra rzekł: «ci ludzie, trzy dniNie jadłszy, omdleć mogą w osłabieniu,Widzę to» — «ktoś jest?» szpieg zawoła z cieniu.«Doktor!» krzyknęło trzech, a byli zgodni,Że posądziłbyś o wczesną umowę —I — tu dwa kłamstwa stały w przesileniu:Oskarżające, i to co w natchnieniuWspół-młosierdzia tchnęło trzech — ludowe.Tamto formalne, to nie obmyślone,Jak grom, co nie wiesz w którą wytnie stronę.
Gwido «Bóg zapłać» rzekł, gdy współ-skarżeniPoczęli chleb jeść, a tak cicho było,Że i najwięcej środka oddaleniSłyszeli dziękę, jakby się im śniło,Że tuż przy Quidam stali w onej dobie;Bo ciszej było tam niż bywa w grobie.
«Teraz» tak kończył Gwido «już się stało. —Teraz jakkolwiek broniłbym tej sprawy
Nie uwolnicie nas — znam, bez obawy;Więc posilone, jak jest, weźcie ciało;Bo nie zniżyłem prawd przez ich oprawy,Ni przez zuchwalstwo na szwank naraziłem;Ni wywołałem nawet urągania,Ni znikłem, marnym uznawszy się pyłem!A to są sprawy nie do wybaczania!»— — — — — — — — — — — — — —
«Dosyć!» zawołał z krzesła wstając PretorI dwakroć spluwszy rzekł: «ja tam nie retor.»
X.
Gdy w jedną stronę błysnął rząd pancerzy,A w drugą, sądom wyższym odroczonychPoprowadzono trzech, by zamknąć w wieży;Tłum się ze schodów stoczył wywyższonych,Od góry zwolna próżniejących z ludu,Co zszedł się czekać krwi, buntu, lub cudu.Które z tych zjawisk wysłannik JazonaPrzyszedł tu znaleźć, rzecz nieodgadniona.Barchob, z Judei rodem, nie Chrześcianin,Ani polityk, a tem mniej poganin —Wymowy także oratorskiej zwrotówUnikający, jak wstrętnych kłopotów;Milczący szczelnie, lub dwoistej treściSłówkiem, słuchane cechujący wieści.Patrzący chwilę na postać człowieka,Gdy odpowiedzi ten od niego czeka.Niekiedy oczy, do koła czerwone,Uchylający w tę lub ową stronę;Profilem piękny, postawą wątpliwy,Zaklęty zda się w mistrza swego ruchy,Na cień z za Styksu może zbyt lękliwy,Na męża nazbyt przejrzysty — jak duchy. —
Pytania takie szybko przechodziłyPrzez Aleksandra z Epiru ciekawość,Gdy szedł z Barchobem, który dwoił siłyPrzez towarzysza pociągany żwawość,I czuł się z wykłych giestów wyrywanyPowolnych — giestów może Mistrza-Maga. —
«Nie znałeś Gwida? —»«Gdyby mi był znanyByłbym z nim». —Słuszna zdaje się uwaga,I przeto rzekłem ci: «nie znałeś Gwida»A nie: czy znałeś Gwida? zapytałem.»
Syn Aleksandra wstrzymał się jak dzida,Kiedy osadzisz konia w pędzie całym,Wzdrygnięta naprzód i w tył —«Czy nie będzieZa późno Mistrza odwiedzić Jazona?»
— «Gotów jest mniemam i zawsze i wszędziePrzyjąć» — co mówiąc otrząsnął ramionaI wskazał ręką od Tytusa ŁukuNa bok, acz droga dłuższa i bez bruku,Dodawszy:
«Zwyczaj mam unikać huku.»— «Służę!» — towarzysz odparł mu i w cieniuDrzew szli powolniej. — Czas był ku-zachodni,Jasny, że czytać mógłbyś najwygodniej;Lecz czerwieniały już w słońca promieniuRzeczy, które są ostro rysowane:Amfiteatru szerokie profile,Trzy piętra łuków z głazu wyciosane,Wnijścia do arkad zwęźlonych zawile.Rzadko kto śpieszył ku Kapitolowi,
Tam i sam raczej błądząc, jako w porze,W której cel ruchu odda się ruchowi,A myśl i mowę że pięknie na dworze — —Usposobienie to, każdego ima,Kto w rytm idących, tak wszedłszy, takt trzyma.Tak więc wiódł Barchob z Epiru młodziana,Gdy nagle spotkał kobietę podżyłą,Służebnę — ile z tego jak odzianaI z kosza w ręku wnosić można było,A Egipcjankę — co wraz poznać z ceryI z ust, lecz pierwej z ruchów bez maniery,Uspokojonych abnegacją pewną,Dziwną — że wziąwszy się, by kosz postawićLub wznieść, mniemałbyś iż ma błogosławićI że udając sługę — jest królewną.Tę piękność wszakże co z przetartej szatyWyzierać zwykła, mijał Rzym bogaty;A retor, fałszerz daru i uczucia,Krył ją w misternie kwiecione zepsucia —I ledwo dostrzegł jaki Grek — atoliGrek, gdy postradał Grecję, więc co boli,Nie mając ziemi, zna że gdy brak kraju,Ojczyzna dwakroć większa, sięga raju! —Rzym w Estetyce był już, jak za wieleWieków Gallowie w błotach swych być mają,Albo Anglowie — gdy przypuszczę śmiele,Że ci naprzykład, świata ster trzymają.I tworzą sobie Rzymy jakie nowe,I smak i piękność wedle siebie głoszą,Nie dramatyczną — lecz bóstwo jałowe,W którym nie chodzą żywi — które nosząJak fasces, słowem coś, co jest niezdrowe. —
O Barbarzyńcach tych młodzian tak marzył,Gdy Barchob mówił z niewiastą znajomą,Aż nagle patrząc w kosz, jak kwiat się zwarzyłOwiany szronem, i tak nieruchomo
Patrzył, jak gdyby dno kosza niejasne —Czytał — zaiste czytał: pisma-własne!— — — — — — — — — — — — — —
XI.
Przez bramę miasta, przez winnic kwadraty,Furtki owiane w roślin aromaty,Którym bluszcz służy jak zwiewna zasłona,Strzegą zaś ręką niesadzone kwiaty, —Przechodzić trzeba do Mistrza Jazona.Nareszcie, skutkiem tej rozmaitości,Dziwniej niż prędzej, stoisz tuż przy murze,W który się schody zanoszą nie dużeI wisi młotek brązowy, w kształt kości.Zerdzony spodem, od wierzchu świecącyŻe go gość każdy oczyszcza niechcący.Tym raz uderzasz, i wchodzisz w ciemnicę,Bo dalszy schodów ciąg od furty pnie sięNie już do domu, lecz znów na ulicęWyższą tarasu; ten, jest jako w lesieSosn włoskich rudą kępą ocieniony —I jak sznur prostą ścieżką przekreślony.
Za tej zaś ścieżki końcem, widnym oku,Nie sterczą mury domu na obłoku,Lecz tak się mięsza wzrok wśród drzewnych alej,Że iść tam musisz by wiedzieć co dalej —Ścieżka ta bowiem, od samej połowy,Dwie strony mając, jak leśne parowy,Co raz się głębiej wrzyna w gaj sosnowy,I co raz gęściej starym świeci brukiem,Z fragmentów różnych złożonym jak smętarz:Ten, że był urną — owy, może łukiemTen sarkofagiem, biustem — ów pamiętasz,Że gdzieś w frontonie świętyni ma brata,A wszystkie dobrze zrównane i w skazieKażdej otkane mchem — zdala — jak krataZielono-złota, leżącym na głazie.
To — już podworzec; dalej — zwykłym wzorem —Domostwo, tylko, że zawsze otworem.— — — — — — — — — — — — — —
Barchob był może gdzie w drogi połowie,A Egipcjanka w domu swojej pani;Kiedy Mistrz Jazon Zofii badał zdrowie,Czy horoskopy składał jej lub dla niej,Arthemidora zostawiwszy w saliNiższej, gdzie mnogich rękopismów wstęgiLeżały w wazach i kompasów kręgiRyte, i zodjak, i bogowie stali.Fontanna w środku nizka, z brązu lana,Z gipsu popiersie nad nią Adriana.
Drzwi do tej sali, będąc otworzone,Przysionku wnętrze odsłaniały oku;Drzwi od przysionka niemniej inną stronęPodwórza w ramy swe, nakształt obłokuObejmowały — a światło, złamanePo dwa kroć, biło prosto na fontannę.
Tam Arthemidor siedząc, nie wesołoPoglądał, jako osoba znudzona,Na ogół rzeczy leżących w okołoI słuchał wody kroplistego grona,Rozperlanego wciąż w brązową wannę,Przez łkania swoje i łzy nieustanne.
Czy Mag na górze z Zofią był podobnieJak ten z fontanny szmerem zatrudniony?Nie wiem. Czy pani mówiąca ozdobnieO drobnych rzeczach, z nieznanej mu strony,O drobnych czuciach, niezmiernie żałobnie,O głównych prawdach często, lecz z ich stronyKolorowanej przez tychże opony —Czy pani przytem dziwnie ujmująca
Wdziękiem, co blado promienił jej z czołaJako Dyannie grzebień pół-miesiąca,Czy mówię Maga obchodzi? lub zgoła? —Nie wiem. — Wszelako Mistrz Jazon miał drobneSłabostki, zdala patrząc, niepodobneDo solenności, w którą się obłóczył.Baczył naprzykład, żeby wzgląd na stopnieCeremoniału chować i jak? — uczył,Domawiać lubiąc słowo to «roztropnie»Świat oficjalny nie był mu przeciwnym;Owszem powoli ocierając czoło,Zwykł był nazywać go «cale naiwnym.» —Gdy mówił «Cesarz», nie patrzył w okołoJak augurowie i filozofowie;Lecz palcem krymki dotykał na głowie,I mówił głosem — co wielu baczyło —Takim, jak Cesarz mawiał, z takąż siłą:Acz w tem najmniejszej przysady nie było.Filolog wielki! Greckiego zażywałZ Rzymiany, nie dość wyznając się wprawnymW latyńską mowę; gdy ucznia przyzywałZ Fenicka mawiał doń, lub innym dawnymJęzykiem, pełnym szeptań i przydechów.Chrześcian — znał mało, lub gdy mawiał z niemi,To o lekarskiej sztuce, płodach ziemi;Też jak z niewiasty — nie stronił i śmiechów! —Dziwny mąż! — Cesarz, że był wiedzy chciwy,Znał go, lub wiedział kto jest ów sędziwy,Ze swoją laską włóczący się długąI Charonowym nazywał go sługą. —Mistrze stopniami byli z nim w stosunku,I mnóstwo osób znało — tak — z trafunku.Wędrowni męże z za wielkiego-morza,Biedni mówili — że jest: ręka Boża,I nieraz ciche widziałeś osobyPrzed perystylem Magowego domu,Na grobów złamkach siedzące jak groby;Obce w stolicy, nieznane nikomu,
Łokciami wrosłe do kolan od brody —Gdzieś spętanego narodu — rapsody.Nie jeden leżał tak w blasku księżyca,Na nocne mało uważając chłody,Pod murem, inny w kuczkę jak kotwicaZwił się, i słońca przeliczał zachody.Mistrz Arthemidor — kto znał go już bliżej —Szersze od Maga wykładał pomysły.Natchniony nawet bywał, lecz nie ścisłyI niewątpliwie że wszystko brał niżej;Acz potrącony Jazona milczeniemLub wątpliwością dziwnie wyrażoną,Wzbierał — i takim porywał natchnieniem,Orlim, że słuchacz z żadną nie stał stroną,I gdzie przechylić się nie wiedział wcale,Co Jazon zwykł był zwać: nie-nowe ale — —
Mędrców tych bliżej badając dwoistość:Wzniosłość — Koryntczyk znał, Mag — uroczystość —I była jedna między nimi stronaNieprzełomliwa, jak czasów wyroki,Wyczerpniętemi słowy naznaczona —Po czem w dwie strony obracali kroki,Milcząc — a znali tak ową granicęCzuciem, jak mało wiedzieli czem ona? —Gmin w tem dwóch mędrców widział tajemnicę,Która ich łączy w jednego olbrzyma,Głów mającego dwie, cztery ramiona;I myśląc że to w jedności ich trzymaCo rozpychało ich lub rozdzielało,Zbliżoną napaść za jedno brał ciało.
Schodząc Mag z Zofią te jej mówił słowa:«Niewiasto zacna — to tak — w tej już chwili,Mniemam, że lepiej czujesz się — żeś zdrowa;Nie iżbym odjąć mógł — jak to robiliDla innych inni — niemoc, wyższą mocą;Bo nie ten przedmiot spotykam przed sobą.» —
Zaiste — przyszłam jakby czując po co.»Odrzekła Zofia —
«Inną może dobą» —Mistrz Jazon mówił «o księżyca nowiuDano mi będzie znać o pełnem zdrowiu —Dasz mi znać.» —
«Jako? — przyjdęż? — czy BarchobaCzy ciebie Mistrzu w progach mych zobaczę?» —
«Rzecz jest, rzecz będzie, nie ma być osoba?»A potem dodał zimno «i ja raczęO kiju przywlec się gdy przyjdzie pora.»Tu zaś obrócił się do ArthemidoraDla dwojga razem grzeczność dając jednąI wspomniał: «Wiele niech nie czyta chora —Szkoda, że stare rękopisma rzedną.Dobrze jest miewać wzgląd na autora,Kiedy się czyta — cóż za rzecz przedziwnaCzytanie! — jako gałązka oliwnaLub migdałowy kwiat.» — Koryntczyk rzecze:«W tym względzie panią ile mogę leczę.» —A Jazon dalej — «Kiedyś, wchodzi do mnieOsoba, oczów prawie pozbawiona;Ból swój i żałość wyrażając skromnie,Za nią tuż — lektor, głos mający równy,Czysty jak woda dobrze przecedzona,Nie wiem czy taki, czy inny jak ona. —Ten choć niósł pisma w torbie, nie był główny,«Bo dalej jeszcze szedł autor tych rzeczy.Dnia tego, tyle mając do przyjęciaOsób, nie mogłem dosyć mieć na pieczyIle dać kropel — jakie owinięcia? —Nie wiem, co z tego będzie? — czasem dobaPrzeszkodzi, czasem przeszkodzi osobaCzasem — » Koryncki mistrz poprawił togiA Zofia w czoło patrzyła Magowi
«Czasem — do siebie mają to i progi —Czasem wszystkiego człowiek i nie powie,Co miał powiedzieć i zgadywać trzebaJakiego komu dać o ile chleba — »To mówiąc zwolna, przerywanym głosem,Poglądał w ziemię, i gładząc siwiznęCo raz to rzucił wyplątanym włosem;A usta, jako gojącą się bliznę,Pogodnie zwijał i od brwi falamiDo góry zmarszczki mnogie podejmował,I zamilkł. Strząsnął potem raz palcami,Jakby zapomniał coś albo żałował —Akcent co długo nie dał do myślenia,Czy się już wątek nowy nie wysnował?Tak — iż Koryncki Mistrz bez omówieniaKu drzwiom pojrzawszy, najprzód wstał z siedzenia.
Zkąd Jazon wiedział że Zofia doń niosłaRękopism owy, dziwnie znaleziony?Zkąd? że i autor nie był oddalony —Bo szedł z Barchobem — ciekawość choć rosłaNieraz w słuchaczu takich Maga gadek,Nikt tego jednak wybadać nie umiał,Lub szukał w sobie — czyli je zrozumiał? —Czy nie trafiło się to przez przypadek? —Wszelako słowa te «osoba ciemnaZa nią tej lektor z rękopismem — dalejI Autor tegoż —» jako nieprzyjemnaWieść, brzmiały Zofii gdy przez gaj wracali.
XII.
Syn Aleksander, słysząc z mów Barchoba,Kto była ona służebna osoba,Także zkąd niosła drobiazgi kobieceW koszu — zkąd przez tę wracała ulicę —
Milczał; lecz w sobie pamięcią przezierałCo ów zwój, trafem zgubiony, zawierał? —I choć z Barchobem rozmawiał potocznie,Wciąż miał zwój pisma własnego zaocznie,Które że było raczej pamiętnikiemRzeczy i wrażeń niedzielonych z nikim —Do swobodniejszych odroczonym czasów,Pełnym doraźnych skróceń i nawiasów —Dośledzić nie mógł lub nie czuł się w stanieZgadnąć, co pism tych wywoła czytanie? —
W sposób, iż przedmiot jednem odniechceniemZrzucony z stołu w drobiazgi doręczne,Jednym usłużnej ręki poruszeniemPodjęty, z koszem tam i sam noszonym,Mógł się stać dwakroć większem zagadnieniem,Niż najciekawsze z zapisanych w onym.
Tak więc szli k'sobie tym samym sposobem,Z Arthemidorem Zofia od Jazona —I Aleksandra syn tamże z Barchobem:Ci raźniej — tamta opieszalej strona.
Zofia swobodniej czując się na sile,Przez ciemną sosen włoskich kolumnadęIdąc, mówiła: «Wszelką Maga radęZebraćby można w o tyle o ile,W preceptę z liczby i z czasów wysnutą;Lecz słów misterstwo i określeń dłutoI ta powagi całość, zkąd pochodzi? —Nie wiem! — z tem człowiek mniemam, że się rodzi.»
To mówiąc, kwiaty zrywała, lecz owe,Które się w parów schylając podłużny,Do rąk jej — czoła swe chyliły płowe,Jak smutne dzieci żebrzące jałmużny —I szła, co czyni nie bacząc, lecz raźniej —Gdy Arthemidor wreszcie jej odpowie:
«Jazon» tu przestał «jesteśmy w przyjaźni»Tu znowu przestał «wielu wraca zdrowiej«Od Mistrza tego do siebie; lecz małoZ krystaliczniejszą myślą powracało —Tak — iż dwie z jednej idą ztąd choroby:Choroba myśli gościa lub osoby —I dwóch Jazonów w mieście by się zdałoNa dwóch kończynach wielkiej czasów strugi,Co jest jak Tyber —»
— «Tyś jest Jazon drugi»Odrzekła Zofia —
«Pani —» Mistrz jej zada:«Jeźli zgadujesz rzeczy za StyxoweKtóż sama jesteś?»
«Wyobrażam sowę,Zwłaszcza iż słońce właśnie że zapada;I będę mówić ci o każdym z ludzi,Którego spotkam: Czem lub kim się zbudzi.»
Tu się ku furtce tarasu zbliżali,Lecz ta skrzypnęła prędszym ruchem od nich,I w ramie onej, na łunie z opali,Wśród błąkających się blasków zachodnich,Dwa kształty rosły mężów dwóch przychodnich.
«Któż jest ten pierwszy Quidam? — rzekł do PaniTowarzysz, dalej prowadząc rozmowę:Gdy wraz zbliżyli się wzajem poznani.A Aleksandra syn rzekł: — «Poniósł głowęPod topór może.» — «Co to znaczy? —Kto?» — i przez chwilę trudno zgadnąć było,Co pozdrowienie takie zagaiło,Co ten a owy w słowie quidam baczy,Co Zofia słyszy, co Barchob rozumie,Co Arthemidor — czworo — lecz jak w tłumie.
Jeden więc płochy żart myśli niewieściej,Niedosłyszenie jedno i nazwiskoMęża — co świeżo oddan jest boleści,Zrobiły zamęt, który stał już blizkoSprzeczki; albowiem pomięszał powagi,O ile prawdy nie znosiły nagiej. —
Mistrz Arthemidor czuł się może niecoWypartym z blasków, co jak Febu świecą,Czyniąc go zawsze stojącym wspaniale.Utwierdzonego na słonecznym wozie,W nieodpoczliwej swej apoteozie.
Zofia też, którą, jak Safo, na skaleGmin przywykł mniemać wiszącą u liryDłońmi, a rąbkiem ledwo szaty nikłejW nieodgarnięte zaplątaną żwiry —Czuła się w roli swej zachwianą zwykłej.
Barchob pojmować nie mógł, że wypadekMoże mieć miejsce — a jego towarzyszStał, jako powód sprawy i jak świadek —Co jeźli dobrze, jak zaszło tu, zważysz,I zwiększysz w postać takiego ogromuJak Rzym. Odpomnisz niejasne powieściO Chrześcianach, iż są plagą domu,Który ich ciche osoby pomieści;Tudzież o znaku linji dwóch przeciętych,Co tych przeklętych strzerze czy tych świętych —O cieniach zmarłych i nazwisk ich sileTakiej, że wzmianka sama zrobi tyle —Tyle niesmaku i roz-spółecznienia,Dla jednej nazwy — mniej — dla nazwy cienia!— — — — — — — — — — — — — — — —Tak się i stało — przy onem spotkaniu,Gdzie wyraz: «quidam» ład pomięszał cały,Aż po stopniowem myłki sprostowaniu,Postacie w formy dawne powracały.
Tylko zbliżone lekkiem przypomnieniem,Że jednem błąd je raz ogarnął cieniem.Więc — zapewniwszy że się od-zobaczą,Do miasta jedni szli, drudzy do Maga,Lecz Zofia odtąd zgadywać się wzdragaKto są przechodni ludzie i co znacząTam, gdzie wszech-duchów zawisnęła waga. —
XIII.
To już dwa wieki od Grecyi pogrzebu,Gdy biały duch jej podniósł się ku niebuW szlaki dokonań, dzielone na stacjeGwiazdami dziejów, między konstelacje:I stał tam z lirą w przestronym lazurze,Na resztę dziatwy patrząc rozproszonej,Co tu i owdzie przy pękłym marmurzeStojąc, liczyła tryumfy i zgony —I czekał, jako narody zabyte,Aż wszystko będzie do szczętu spożyte —Aż Grek ostatni przymiotem lub winąZginie, i myśli same się rozwiną,Wpisując w tejże porządek litery,Ile są wieczne — Greków drugiej sfery,Zrodzonych może u krańców północy,Co jak rodzeństwo, zbiegną ku pomocy. —
Rzym wtedy swym się Adrianem cieszył,Mniej bacząc co się między gwiazdy działo;Sto razy na dzień bok duchowi przeszył,Greckiemu Rzymski, w swe go strojąc ciało;Lecz najswobodniej mężniał sam w tej sile,Co wolna marzeń, sypia na mogile;Sile wyższego coś mającej może,Lecz przez zakryte jej widoki Boże.
Więc rzymski szlachcic jeszcze rad był GrekaW bibliotece chować, g'woli rzeczyPiśmiennej, która wolnej chwili czeka,Albo z ckliwości w dni deszczowe leczy.I słuchał bajek spisanych w Homerze,Tak — jak komedyi przeciw-sokratejskiej,Dowcipnej, że aż śmiech nieledwo bierze:Lub stawiąc łaźnię, czy ratusz gdzie miejski,Grekowi radził zmieniać KapiteleKolumn — ten środki że znał — a ów cele. —
Grek przeto młodzi prawił o Sokracie,Myśląc o Rzymskich podatków zapłacie,Lub tryumfalny stawiąc łuk — — KolumnyPrzepraszał w sercu i dłuta czuł zgrzyty,Gdy duch mu Grecyi szeptał: «nie bądź dumnyLecz cierp — ulecisz za mną na błękity.Tyś mistrzem ziemi tej — a Tybru glinęNa posąg w ręce wziąłeś — nie zaginę!» —Inny — syrenę tę, z pół-rybiem ciałem,Bez wrzących pulsów, odepchnął daleko,Idąc — za coraz nowym ideałemCoraz nowego mistrza: co ci rzeką?Posłyszeć — chwilę rozgorzeć — «skonałem —Wstałem» zanucić radośnie, lub w dobieTrudnej z Zenonem pomyśleć o grobie —
Nie był to wszakże czas Rzymskiej potęgi;Bo już Rzymianin znał się że realny,I zapisował porządnie do księgiEdykt ten albo ów perpetualny,Ciesząc się więcej edyktów porządkiem,Niż rządem — najmniej ciesząc się ich wątkiem.
Niewolnik chyba lżej posuwał kroku,Czując, że ręką ktoś go wiedzie w mroku;
Lecz zali Cesarz to był? lub właściciel?Nie znał — i wietrzył — jak spóźniony mściciel.
Żyd — milczał w izbach zawartych jak trumny;Chrześcianin znikał, lecz jawnie i w czynie,Jako przy świetle kagańca, kolumnyTeż same zawsze, czy je olśnisz, czy nie — —
A jako bywa wśród ległych ogromówMyśli lub ciała, że w proch się trą nikły —Tak już, rozgłośnie systemy-atomówBrzmiały: te zawsze jedno znaczyć zwykły! —Znaczyć — co znaczy na zimnej miednicyPopiół, gdy mirry braknie w kadzielnicy.
Ci, co wchodzili do Mistrza JazonaUjrzeli rękę jego wyciągniętąNa znak, by siedli. — Lampa zapalonaPrzeciw fontannie płomień niosła kręto,A blaski onej rosą odkroplane,Drżącemi światły wbiegały na ścianę. —
Mistrz siedział, nogi mając wzdłuż podane,Jak się na nizkiem spoczywa siedzeniu,Lecz nie odmienił nic w swm zamyśleniu,Tylko niekiedy dłoń podnosił k'czołuSzerokim łokciem przypartą do stołu,Jak człek na pierścień gdy patrzy — lub mniemaŻe czas już powstać, ale woli nie ma.Po chwili w stronę gościa wzruszył głowę,Lecz do Barchoba wraz zatoczył licaMówiąc: «co zaszło?» —
— «Zdarzenie mniej noweNiż smutne» — odrzekł, patrząc jak na świecęNa wzrok Jazona, który nań promienił.
«Chrześcianin Gwido mówił — to i tyle» —Tu zmilkł i blade lica zarumienił. —
«Cóż oni mówią?» — Jazon rzekł powoli,Bez pytajnego akcentu, ni soli:«Cóż?» — odrzekł Barchob, jak echo gasnące —I była chwila ciszy, która boliJak głośne kłamstwo, lub prawdy ginąceW czasie, gdy wszystko mają, oprócz woli —
«Mówił — gość rzecze po niejakiej chwili —Że Bogi więcej od Cesarza czczone,Jako: Apollin i Bach, ludźmi byli —Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone —»
Kiedy to zdawał gość głosem nierównym,Mistrz Jazon, głowę uchyliwszy w stronę,Słuchał, lecz widno sens mu nie był głównymPrzedmiotem treści, tak wypowiedzianej —Lecz słuchał, jakby kto? mówi sens znany.
I znów fontanny tylko łzy perloneBrzękły — czy Barchob cofnął się do ściany.
— «Że są prawdziwe rzeczy i zmyśloneJest fałsz — i prawda.» Jazon zimno doda —Patrząc, jak kropli się w fontannę woda:«Zkąd rodem jesteś?»
— «Z górnego Epiru.»«Szkoły?» —
«Różnego zażywałem steruI oto pismo mam Arthemidora.» —
Wziął je, i patrząc do okoła sali,Wyciągnął rękę ku bazie CastoraZ Polluksem — rzucił — i pojrzał ażali
Legło? — jak człowiek lekarstwo ważący,Niby roztropnie i niby niechcący —Potem rzekł:
«Cesarz!» — jędrnym głosem wcale —«Panuje mądrze nad szerokim krajem,W którym są ludy jednym zjęte losem.Różne i różnym żywe obyczajem —Obyczaj jeden — trwa lat sześćset, trzysta;Inny znów ośmset lat — człowiek nawzajem,Obyczajowi służy jako może,By przecie robił coś! acz jest chwilowy« —To zaś litośnie poparł ruchem głowy —«Więc trzeba cenić, gdy dziecię po wzorzePisząc, dokłada i swój trud jałowy!» —— — — — — — — — — — — — — —Tu przetarł włosy i sprysnął palcamiI rzekł: — «Innego dnia będziemy sami —Teraz już późno.» — Wstał — Barchob na stronieKu lampie miał się. —
— «Zrodzona w SycionieCzy w Knidos? — Jest tu poetessa pewna:Grecja do siebie ma że była śpiewna.» —Mówiąc to tonem żegnalnego słowa,Mistrz Jazon ginął w mroku wielkiej sali.Syn Aleksandra czekał aż ta głowaSiwa, od lampy oświecona w dali,Zmierzchnie i jako meteor się schowa:Potem — stał jeszcze, jakby słuchał niecoCo zmówi powieść wody różańcowa,Skoro ją blaski księżyca oświecą,Już niełamane od ognia promieni;A potem westchnął i wyszedł. — Noc byłaWidna; podwórzec usłany z kamieniBielał; lecz w każdym pierwsza myśl ożyłaZkąd był? do czego złamkiem swym należał?I każdy z głazów tych, zdało się oku,Że przypominał się znajdować w tłoku
Wstrzymany, ale nie ówdzie gdzie bieżał —Ztąd niemy lament między temi brukiCzułeś i różnych wytężeń splątanie:Co Aleksandra syn baczył, jak wnuki,Gdy legend poczną skwapliwe czytanie,Słysząc chód znany, szelesty i stukiI nieuważne mieczów potrącanieTakie, że rzekłbyś dziady szli ku tobieW miarę twojego zaczytania w treści;Lecz wstrzymywali się, chowając w grobie,Ilekroć brałeś rzecz ich za powieści,Lub zmianą ruchu wypocząłeś sobie.Szedł więc ostrożnie, jak wśród rzeczy żywych,Przez on podwórzec ku parowu jamie,Plamami cieniów pstrej od sosen krzywych,Wiodącej ścieżką swą ku znanej bramie;Tu — ówdzie — bacząc leżącego w ciszyMęża, co w śnie się przewraca lub dyszy,Albo półsennej modlitwy domawia;Płaszcz strząsa, kamień pod skronią poprawia.Ci wszakże goście senni — byli jemuBynajmniej dziwem; każdy ich widywałI mijał — myśleń aby nie przerywałLub snu, lub mowa ich że cale innaOd Rzymskiej albo, że postawa gminna!
Syn Aleksandra owszem myślił raczej:«Oto tu Zofię spotkałem — tą drogąSzła — cóż pomyśli skoro mię zobaczy? —Co mi odpowie i z jak wielką trwogą —O pamiętniku gdy wspomnę zgubionym?»Dalej — «jak wspomnę?» — myślał jeszcze dalejChwilę «co było? w pamiętniku onymŻe radby przejrzeć go, że potem spali —Acz wiele mógłby dopełnić miejscami.»I tu mu Gwido stanął przed oczamiI Mag. — Postacie te mało podobne,Pamięci próbą nieco oddalone,
Rozjęły mu się w kształty dwa, osobne:Wspomnienie Gwida ściśle określoneCzynem, w jasności dokonanym dziennej,Żywotny miało blask, bynajmniej senny;Szczegóły wszystkie dośrodkując w czynie,Po lada fraszce przypomnieć się dało,Jak chleb, ten samy smak ma i w drobinie,Co w bułce — albo jak toż samo ciałoW ćwierciach na cyrku, gdy męka już minie —Wszakże nie mając strony tajemniczej,Nikło jak zwykły fakt, bo niezwodniczy! —Wspomnienie Maga było, jak tych rzeczyKosztownych, z miasta spalonego wziętych,Które dopełnia wzrok i patrząc leczy:Posągów takich gromami pociętychNie zapominasz jak roboty własniej,I jasny ci ich kształt, gdzie był niejasny,A ciemny ówdzie gdzie w pełnej trwał sile;W sposób, że ileś włożył w nie, znasz tyle.Mistrz Arthemidor w przeglądzie takowymWspomnień, mniej więcej został jednakowym;A Zofia co raz w myśli się wtrącała:Jak rzecz zgubiona ciekawa choć mała,Którą odnaleźć gdy się człek usadzi,Nie idzie o nią, lecz traf ją sprowadzi?
Tak marząc, nagle w pobocznym rozstępieDrzew ku księżycem olśnionej płaszczyźnie,Usłyszał łoskot — jak gdy skrzydło sępieBije, jeżeli wąż się w gniazdo wśliźnie —Łoskot w przestanki porwany gniewliwe,A dalej słowa zgryzione namiętnie,I znowu łoskot — jak w ciało nieżywe —I echa tętno liczące po tętnie,Tępe jak kropel rzucanych po ścianieSpadki, lub suchej gałęzi trzaskanie.Tam więc skwapiwszy się, gdy patrzył chwilę,Ujrzał naprzeciw biustu Apollona
Postać jakoby męża w wieku sile,Wzruszającego raz po raz ramiona,Tam i napowrót kroczącego gniewnie,Jak gdy kto swego fuka niewolnikaLub klnie, tylko że sługą był tu pewnie —Kamienny bożek bez sił i języka.Tego więc plwając, pokoić się wracałOn mąż i siadał chwilę na uboczy,I znów przypadał doń, pięściami macał,I milkł — i siadał znów — zakrywał oczy —Scena ta, zwłaszcza przy świetle niepewnem,Zatrzymywała wzrok na chwilę długą,Uczuciem widza nie przejmując rzewnem.Czasu gdy nieraz krwi gorącej strugąCucono rzesze na cyrku znudzone,A rzadki wierzył — i trza było możeWierzyć, by kopać wizerunki boże! —
Syn Aleksandra patrzył w stronę owąDługo, nie wiedząc równie co to znaczy,Jak co ma począć? — aż sam sobie mowąPrzerwie «co to jest!» — i głośno zahaczyO tuż leżące suche drzewa łomy,Jakby ostrzegał: jest ktoś niewidomy.Czego gdy echo zabrzmiało do koła,Znikał on smagacz nie rzekłszy: kto woła?A Aleksandra syn, z śmiechem czy bolem,Szepnął «jestżem mu Gwidem czy Apollem! —Z śmiechem czy bolem? — ciekawość albowiemW sumienia względzie bolesną jest rzeczą,Której najczerstwszem nie poradzisz zdrowiemCiała — ni środkiem którym ciało leczą,I fraszka nieraz mała — gdy zapytaSfinksowym głosem — na długo myśl chwyta:— «Któż jest on gniewny smagacz Apollona?I czemu w nocy — w ogrojcu Jazona —
Jeden z tych cichych mężów, co przy domuSiadywać zwykli w wędrownej gościnie,Czy i sam Jazon, nieznany nikomuZ wiary swej — jest w tej ceremonii czy nie! —Czy to hebrajskich mędrców jest robotą,Chrześćjan czy także nie winują o to? —Lecz Arthemidor tak blizki z Jazonem,Wtajemniczony w Maga wszystkie sprawy.CecarzCesarz go ceni; Gwido zaś — ten zgonemWłasnym, na jawie walczyć umie z tronem.Nie! to szalony ktoś, lub dla zabawy,Lub który z chorych doktora JazonaWybiegł, księżyca opętan promieniem;Lub nieszczęśliwy czciciel ApollonaZa liche wiersze mści się nad kamieniem. —
To myśląc i tej gdy doszedł swobody,Która mniemania daje wyjaśnienie,Syn Aleksandra szedł jak człowiek młodyW powietrzu które nagaba sumienie,W powietrzu, zwianym z przedświtem EpokiNowej, z mętami starej — z siarką, z solą,Z szeptaniem kształtów nikłych jak obłoki,Z bitw gwarem, które mają być, a bolą;Powietrzem, które czujesz, że się możeZapalić w koło, jak pomiotło Boże,I kometami rozstrzelić — miast wieleZmazać, i ludzi porównać w popiele.
Spocząć! ach spocząć! serce wtedy woła,Szukając w koło gdzieby się oparłoNa piersiach czyich — lub progach kościołaJakiego? — wątpiąc czy jedne umarłoCzy wszystkie zmarły, a jedne nie zdoła! —
Noc to, w czas której ten i ów powstawa,Nucąc lub klątwy rzucając niewczesne;A prawda ludziom zda się jak zabawa,Zabawa jako strapienie bolesne:
Słowo jest ogień — milczenie jest lawa —Jakoż szczęśliwy, kto wstawszy gdy ciemno,Nie dotknął liry swojej nadaremno;Przedświtu blasków doczekał, a potemWytrwał i dniowy jaw jakkolwiek szarpie,Wytrzymał burzę co przemija z grzmotem,I skubie tęczę — dla serca — na szarpie.Jakoż szczęśliwszy, kto nie posiał solą,Mimo że słonych łez niemało strawił. —Lecz nie tu koniec z uprawą i rolą:— — — — — — — — — — — —Kto siał gorczyczne ziarno, zgorzknił, zbawił:Gorczyczne ziarno liche i pieprzowe,Prochowi równe, który noga zwiewa;Lecz wyżej serca urasta, nad głowę,I tak się staje podobieństwem drzewa,Że ptak niebieski gniazdo na niem miewa.
XIV.
Lucias Pomponius Pulcher, pod tę porę,Najzawołańszym młodzieńcem był w Rzymie:U niewiast, które szaty różnowzoreNoszą, czarownie zwykło brzmieć to imię:U niewiast, które zaniechały pallę,A włosy w rąbek ku górze od skroniZgarniając, cztery na raz mówią: vale!Imię Pomponius brzmiało jak: «do broni!»W legiach — lub jako — o! publiczny wstydzie —W zebraniu tłumnem poszept «konsul idzie.»
Pomponius ród swój szlachetny wywodziłPrzez senatorskie krzesła. — Za TrajanaZ Pliniuszem młodszym jeden z nich gdzieś chodziłW Egipcie, drugi jadł u Domicjana —
Inny posłany był w Panońskie szlakiJako generał, zkąd koni i sianaSprowadził na raz tyle, że żołdakiZ prowincyi i lud, sprawy tej spektator,Już, już, wykrzyknąć chcieli — Imperator! —
Lucius Pomponius Pulcher nie był wieleĆwiczony w rzeczach mądrości i prawa;Lecz miał do siebie to, że mawiał śmiele,I to, że Rzymska kochała go Sława. —Urzędem żadnym jeszcze się nie bawił;Lecz znane było, iż w willi-pomponiiOgrodowemu bogowi postawiłŚwiątynię; wszakże nie uczęszczał do niej,Filozoficzne swe mając mniemania,O których z czasem miał napisać nieco.Co wszakże słuszne zwlekły odkładania,Aż się te rzeczy utrą i rozświecą —Tymczasem Cyntie słały mu spojrzenia,Gdy do teatrum wchadzał w swej chlamidzie,Zębionej złotem — i coś nakształt drżeniaZausznic kolii, brzmiało: Pulcher idzie —
Bywało nawet, że senator siwyZa Pulchrem widząc rzesze i pochodnie,Śmiał się i palec podnosił leniwyW kształt V co znaczy «witaj» i jest modnie.
— Mistrz Arthemidor, starych idąc ślademZwał go niekiedy małym Alcybiadem;Pomponius zasię, słysząc te wyrazy,Zwykł był pokłaniać pedum kilka razy —Pedum, bynajmniej gminne, z jakiej śliwySuchej, lub krzywej wycięte oliwy.
Lecz wyrzezane z zęba słoniowego,Złotemi ćwieki misternie upstrzone,Z napisem L. P. P. wreszcie do tego,Jak włócznia, laska, tyrs, lub stil, noszone.
Nigdy sam, zawsze chadzał on ze swymi,Którzy mniej więcej byli mu podobni,Ten z szat, a owy gesty udanemi:Ci swoi wszakże mniej byli ozdobniI mniej bogaci, i rodem nietyleŚwietni, i wziętość mieli mniej motylęPomiędzy Cyntie, Lidie i Kamille —
Pierwszy z nich Florus, longinem nazwany,Za Pomponiusem jak cień uwiązanyChadzał — a głowa jego nad ramieniemPrzywódcy, była, jakby dopełnieniem,Którego oko nawykłe szukało,Bacząc czy całe jest dwugłowe ciało. —
Lucius Pomponius zamierzył oddawnaUgościć Zofię w villa-pomponiana;Lecz nie z powodu że ta była sławna —Raczej, że sławną będąc, była znana.Nie iżby liczył w sposób małogodny,Iż ztąd dwa razy tyle będzie modny,Do tyla cale nie będąc fałszywym,By się wyręczał środkiem niewłaściwym —Lecz że to wszystko mimo woli jegoW powietrzu miejskiem znajdowało spadkiTakie — iż najmniej nie dodając egoCzyniłeś, raz się w te wpisawszy kratki;I byłeś takim nie przez swą osobę,Lecz że nijakim byłeś w taką dobę,I gdybyś widział że to drugi czyniTylko byś winił go że się nie wini.
Już wiele razy na przechadzce tłumnejPrzez via appia, gdzie w chłody wieczorne
Przejeżdżał senat i patrycjat dumny,Matrony, dziewki, i rzesze pokorne;Pomponius Lucius, rydwanem czerwonymTocząc jak Neron, Zofii szukać lubił,Nie iżby kochał albo chciał być czczonym,Lub jak Chrześcianin wzrokiem ją poślubił,Lecz że nic k'temu nie ma ani przeczy,Że to się dzieje tak — z natury rzeczy.
Ta zaś natura rzeczy jest następstwemRytmu wypadków, nieujętych niczemGwoli celowi — i nie jest przestępstwemW bezprawnej sferze, z Janusa obliczem —Bo tam przestępstwa nie ma ani zdrady,Ani przykładów nie ma — tylko ślady! —
Hołdy te Zofii nie były natrętne;Lecz kto ją widział je odbierającą,Dostrzegł że lica jej byłyby smętne,Stalszemi będąc — tak kwiat, gdy potrącąPrzechodnie w sposób nie zbyt pogardliwy,Odprostowywać się zwykł harmoniamiSłodkiemi, trzciny swej, choć niecierpliwej. —
Któż bowiem kochał, jak to później zwie się,Jeźli to stałe ma gdziekolwiek imię! —Któż bo lub raczej któryż? kochał w Rzymie,Co pierwsze dziewki gwałtem sobie niesieZ teatrum do dom — lub jak koturn zmieniaBez obrażenia i bez przeproszenia:Pomny, że inne czucia są olbrzymieA inne karle, i dumą tam sięgaGdzie się krew w ducha rozprzęga czy sprzęga.
Zofia, inaczej — ona z Rzymu brałaMoc niemyślenia że gdzieindziej wzrosła;
Resztę zaś kratą liry zamykałaI wtedy była czy straszna? czy wzniosła?Nie wiem; tak klatkę lwa, gdy z nim zadrżała,Wydążasz forty zatrzasnąć podrywem;A choćbyś sam był lwem, wiesz jedno: «żyw-em!»
XV.
«Obyczaj — wolny jest od obrażeniaW czasie, gdy wszystkie, równe mają prawo.» —Mówiła Zofia — «ja, dziś do jedzeniaSiadam, a tobie, gdy chcesz, służę ławąI jeźli zwyczaj masz, wieńcem bluszczowym» —Co Aleksandra syn słysząc: «Gotowym»Odrzekł «czemkkolwiek darzy przyjąć od niej,Mimo iż bluszcz mi skroni nie ochładza —A róże? — może, bez wieńca swobodniej;Może stosowniej — kwiat albowiem zdradzaUpadkiem —»
«To jest stary przesąd wschodni.»Odrzekła Zofia, gdy głowy goloneDwóch niewolników, ku niej pochylone,Słuchały ciszej rzeczonych rozkazów,Jak wyciosane kariatydy z głazów.«Więc przyjmę lauru wieniec lub dębowy.Pierwszy, ażebym z odkrytą był głową,Jako ty jesteś — drugi, iżem głowyNie oddał treści słów twych piorunowej.» —«Młodzieńcze!» Zofia na to mu odpowie«Jesteś przyjemnym bardzo biesiadnikiem!Rzecz coraz rzadsza, tak, iż w krótce, kto wie?Może nie będziem jadać albo z nikiem.»
«Zaiste, co raz mniej umieją gościć»Syn Aleksandra prawi biorąc jadło,«Aż to, co zowią Chrześcianie: pościć,Znacznie się w biedny lud w Imperium wkradło»«Znasz więc mysteria onych?» — «Podróż mojaŻe filozofię wszelką ma na celuCzyni, żem dotknął nie jednego zwojaPism, i moralnych precept mistrzów wielu —«I — ?» rzekła Zofia z pół-uśmiechem, któryCoś nie-żeńskiego miał. — «I ztąd powziąłemWiedzę o różnej praktykach natury.O onych» mówił dalej «co popiołemChleb posypując, zstępują aż na dnoCałości człeka-zbiorowego w czasie,I tam tykają prawd — tykając władną.O onych» mówił jeszcze «którzy za sięPrzenoszą mądrość czerpać z rządzy sławy,I są współczesnych zwierciadłem promieni.O onych, którzy z natchnienia jak z lawyWulkanu, cacka robią dla zabawy,Albo są skrzydły orlemi noszeni — —O onych jeszcze, którzy ważą pyłyNa szalach myśli i są jak mogiłyEtruskie, dzbanów pełni rysowanych,Brązowych złamków, tudzież łzawic szklanych,Wyschłych, zielonych po kroplach co zgniły —»«I — » Zofia jeszcze dodała z uśmiechem —«I — oto twoje Pani, piję zdrowieA pijąc będę przypuszczeń jej echem,Że jak z ucztami, tak z mądrością, kto wie?Czy ta się w oczach naszych nie pogrzebie;Lub każdy mądrym będzie sam dla siebie.»«Tego mniej dzisiaj niż kiedy-bym chciała.»Odrzekła Zofia tonem bez znaczenia:«Pani — to wszystko same przypuszczenia,Które jak płonne są, to pewna mała
Okolicznostka mogłaby okazać. —I tak: elegiak pewny zapominaNaprzykład notat z tabliczek wymazaćI gubi one» —
— «Więc wraz, nową wszczynaElegię, zgubę opłakując —»
«Przeto,I mądrość niemniej, gdy się zapomina,Może jej służyć to za szczeble noweJak te elegie i tabliczki owe —Lecz —» Aleksandra syn głosem odmiennymDodał, wpatrując się w Zofii wejrzenie:«Czy o zdarzeniu jakiem bądź codziennemMowa? —»
Gdy mówił to, zasłony drżenieI kroków echa zwiastowały gości;Co bacząc Zofia obróciła lica,A Lucius z gestem dobrej znajomościWeszedł i Florus znany z swej długości.Pierwszy, zwyczajem Rzymskiego szlachcicaZimno, acz grzecznie wstęp uczynił mały,Ku Pani domu zwrócon i gościowi;Drugi przyświadczał jak człowiek mniej dbałyDo kogo? o czem? mowa, lecz kto mówi.Obydwa siedli — Pulcher był odzianyW przejrzystą szatę, a Florus w płaszcz tkany.Sposobem zwykłym, te szaty przejrzysteW Cos wyrabiane są, a rzecz ta droga,Dla tego że jest lekka jak mgły dżdżyste,Zazwyczaj zowie się vitrea-toga
Jakoż mąż w szacie takiej jest podobnyDo rzeczy w szklanną pochowanej skrzynięOgółem-kształtu; bowiem szczegół drobnyFałdami bywa zamglony, i ginie,Zwłaszcza iż muchy złote albo gwiazdyPorozrzucane są po tej tkaninie.Krótka to była szata jak do jazdy;Więc i na ręku płaszcz on miał — niechcącyZwojem o pedum zaplątan kościane —Czerwone ciżmy, w księżyc zamykaneZłoty — literą C, zdala świecący.
Tak strojny usiadł, folgę dając ciałuJak duch, co swego dobiegł ideału,A w palcach pedum obracając giętko,Coś do Florusa poszepnął przez ramię;Potem na ciżmy pojrzał, strząsnął piętkąI umilkł — Florus, jak dąb, gdy go złamieBurza i czołem ku ziemi zawróci,Rękoma z krzesła ciężył żylastemi.
«Mieliśmy kwestię z filozofem gościem.»Zapowie Zofia — Pulcher przerwał:
«Zgadnę!»»Mów —»«O czas, przestrzeń, nudę — miłość —»
«ŻadneZ zadań tych, których wyboru zazdrościm»Więc Aleksandra syn rzecze — «PytanieByło, ażali wkrótce umiejętnośćDawania uczty, całkiem nie ustaniePrzez suchość serca, skąpstwo i namiętność —»Tu Pulcher, jako gdy kto własne zdanie
Usłyszy, znacznie spoważnił obliczeI rzekł — «na kwestyi takiej rozwiązanieWięcej niż mniemaćby kto mógł, dziś liczę.»Zdawna albowiem miałem w PomponianieUgościć kilku przyjaciół i Panię —Tak — iż by zamiar ten objawić, właśniePrzychodzę —» mówiąc to, Zofii wejrzeniaSzukał, jak kiedy z drgającego cieniaWnosisz że lampa ci przedwcześnie zgaśnie,A jesteś w ciągu twego zatrudnienia.«Czynem więc ma być kwestja rozwiązana?» —
«To jest w naturze mojej» Pulcher rzecze«Tak się rozstrzyga wszystko w Pomponiana»Florus rzekł: «węzły gordyjskie a miecze,Spotykać winny się — to jest logika,Przed którą bodaj wszech-syllogizm znika,Co tak dalece w filozofii mojej,Jako warunek sine qua non stoi;Iż zczasem portyk stworzę k'temu nowy,Widząc do ila czcze są szkoły wszystkie.Kierunek każdej krzywy i niezdrowy:Tylko — mam jeszcze pierw do zbycia z głowy —»Tu zamilkł — potem rzekł: «Nową artystkęWitał Rzym wczoraj na Flory wyścigach.Diwa Elektra!» — K'czemu Longin doda:«Gra w cymbał, przy tem na dwóch tańczy bigach.»— «Musi być bardzo młoda?» — «Bardzo młoda.» —Odpowie Pulcher Zofii a ta znowu:«Więc, do pańskiego wróciwszy systemu —By przerwy temi nie być wstrętną jemu —»Tu Pulcher przemilkł nieco, gdy gość dawnyPodpowie «Portyk jeszcze nie jest jawny?»«Zaiste, dotąd, o tyle, o ileSwobodne na to pozwoliły chwile,
Mniemam, iż wszystkie próżno nudzą tory,Jakiemi mądrość jest poszukiwana.Bierzmy z Wielkiego Aleksandra wzory:Ten gdy mu była jedna z prawd nieznaną,Tycząca bogów — tak zburczał kapłana,Że odkrył mu ją na drugi dzień rano» —To rzekłszy Pulcher Pomponius, dwa razyDotknął się palcem najdłuższym wielkiego,Jakby miał chłopca wołać i rozkazyDawać — lecz w gieście tym było coś złego.Syn Aleksandra słuchał przez obliczeZofji — ciemne to może wyrażenie,Ale jedyne i najmniej zwodnicze.Zofia, słuchała jak przez uprzedzenie,To jest, przed końcem każdego perjodu,Co ma nastąpić wiedząc bez zachodu.Florus, nie widząc by płynność się rwałaW przemowie Pulchra, czekał z zaufaniem,Aż piękność treści wysłoni się całaI nikt już z nowem nie wstanie pytaniem.Więc tylko szeptał czasem «Pulcher! chwała!»— Mistrz Arthemidor w ciągu tej peroryWszedł, cichem ogół skinieniem powitałI siadł, tabliczek dobył i coś czytał —Potem rzekł —
«Inna, mniemam, jest brać wzory,A inna: wzór brać —» i zamilkł.
— Te słowaDwulicej treści, ogół zaniemiłyI stron przeciwnych uwagę zwróciły,Jakby tam postać weszła Janusowa.Co gdy Mistrz spostrzegł, zwracał się ku Pani,Niby rozmowę chcąc przetworzyć dla niej —Gdy ta, nie słowem lecz giestem zapyta,Jako sentencja niejasna się czyta? —
I było cicho — Mistrz rzekł: «Tenże samyZa przykład wzięty Aleksander, jadałWieczerzę leżąc — do obiadu siadał.My, co na różny sposób dziś jadamy,Jakoż powiemy? — ja siadłem, gość leży —Ten i ów sposób do wzoru należy —I tak: gdzieindziej żydowscy kapłaniCzynią, iż najmniej mąż ów ich nie gani;Przyjmują nawet hołd od bochateraDla rzeczy którą prawda ich zawiera.Jakkolwiek powieść — powyżej wspomnianaPrzez dorodnego mówcę a młodziana —
Prawdą jest — wzór więc siebie sam zaciera?Nie — Aleksander rozliczne miał doby,Acz tenże samy w treści swej osoby.Wzór przeto biorąc, przedmiot się wykłada,Gdy wzory z siebie na przedmiot się składa.» —«Wzór jest to ogół przedmiotu, gdy wzorySą to usterki, przymioty, lub pory,Wzięte tak czasem iż cel się zaciera;Bo wzór się bierze gdy wzory dobiera —Jakoż — młodzieniec w wyrażeniu skorySłusznie wniósł: bierzmy z Aleksandra wzory!»— — — — — — — — — — — — — — — — —
To Arthemidor gdy rzekł, cisza trwałaTylko niekiedy Florus szepnął «chwała!»Syn Aleksandra zrozumiał sól rzeczyI ile chwaląc mistrz, tem bardziej przeczy.Gdy Zofia lekkim ku słudze skinieniemNapełnić czary kazała. — Po chwiliChłopcy dwaj z lirą weszli i z siedzeniemOsobnem; które cicho ustawiliI wyszli, krokiem Kamillów mierzonym.Zofia powstała na pół z odniechceniemNa póły z giestem dobrze obmyślonymI amiculę z ramion odrzuciłaIdąc — osobne zajęła siedzenieA lirę do-rąk wziąwszy, coś marzyłaNa nieumyślne strun patrzając drżenie. —— — — — — — — — — — — — —
Po chwili, czoło wzniosła okazale,Struny tem silniej drasnąwszy iglicą;I jęła mówić, z początku niedbaleJak iskier rzuty — dalej błyskawicą
Te tak ciskane słów iskry wstawały,Twarz oświecały i nad czołem drżały. —
1.«Czy z Olympu to? gdzie są abrysy świataRzeczą harmonijnej kłótni bogów:Czyjś upuszczony stil, na ziemię z brzękiem zlata,Śmiertelnych, dziwowisko progów? —
2.Nie stil, nie — choćby Dedalów dziełoNie narzędzie kruche, pism iglica;Lecz twój o mistrzu głos i co się zeń przejęłoW myśl — i co krwią błysło na lica. —
3.Bo inna pojąć wzór i cało-dźwięków tworuW po-za-jawie słuchając, nad światy,Samemu kwiatem wzrość, ku prawdzie pierwowzoru;A inna — wieniec wić — lub rwać kwiaty — —— — — — — — — — — — — — — —Jak ja» —
— Dodała wieszczka, kładąc lirę,Głosem, co echa nie miał, lub nieszczere,Gdy strun ostatnie dźwięki co raz letsze,Strofę tę jeszcze powtarzały w wietrze:
— «Bo inna pojąć wzór — i cało-dźwięków tworuW po-za-jawie, słuchając, nad światy,Samemu kwiatem rość, ku prawdzie pierwowzoru;A inna — wieniec wić — lub rwać kwiaty — —— — — — — — — — — — — — — — —
Syn Aleksandra, bardzo zadziwionyPatrzył, na Zofii postać niepodobnąDo siebie samej, gdy za nią te tonyRzuconej liry, na ławę osobną,
Odbrzękiwały jeszcze w cztery strony.A postać wieszczki z nich rosnąć się zdała,Jakoby z kręgu fali poruszonejI szła, ku gościom, blednąc — przytem drżała,Lecz nie przez dziewcząt obawę gołębią,Raczej jak drzewa gdy wiatry je ziębią,Jesieni skrzydłem odmiatając w stronęLiście ich, co już żółte i czerwone.
Drżenie zaś takie, że jest z wysilenia,By drugim swego udzielić natchnieniaI podnieść massę słuchaczy ku sobie,Szybko się innym udziela; lecz czyni,Że podnieść mogła ich, o ile w grobieUmiała własnym pierw być jak mistrzyni.Więc spiesznie k'wieszczce nawrócili licaGoście — na sposób każdemu właściwy:Pomponius z giestem Rzymskiego szlachcica —Florus, jak człowiek gdy chce pytać «czemu?»Lecz na obecnych pierw pogląda lica:Syn Aleksandra, wieniec zdjąwszy z czoła,Powoli, liście obrywał zielone.Gdy Arthemidor-mistrz, w pośrodku kołaStanąwszy — pojrzał w tę i ową stronę,Na ramię potem rzucił płaszcza koniecI już miał usta na w pół otworzoneBy mówić skoro zawołano — «goniec!»
Był to posłannik Maga — postać chora,Wchodząca krokiem wstępu i odwrotu,A włos mająca zlepiony od potu;Ten ręką z listem do ArthemidoraSkinął i pismo oddał — i znikł w sieni —Gdy mistrz, to czytał zwitek, to szedł w stronę —A goście byli nieco zadziwieni,Sięgając myślą w list i za zasłonę.
Po chwili wszakże, dawny spokój wrócił —Z nim przedmiot dawny czuć się dał w rozmowieWięc mistrz, ująwszy prawy płaszcza koniec,Na ramię lewe układnie zarzucił,Jak człowiek ufny że dotrzyma w słowie.Gdy nagle głośniej obwołano: «goniec!»— Gońcem tym Liktor był z CecarskiejCesarskiej śwityDzierżący kartę pisaną czerwono.Stając jak dobrze z marmuru wyryty,Mars lub gladjator z zwycięzką koroną —Tak, iż pomiędzy goście cisza wiała,Gdy Arthemidor brał list, chyląc czoło —Florus sam jeden poszepnąć chciał «chwała!»Lecz usta przyciął patrząc na około;A Aleksandra syn te rzeczy ważyłJawnie — zaś jawniej o odejściu marzył.
Noc była — księżyc w przysionek otwartySzerokie składał promienie, jak kartyKsięgi, z głęboką uwagą czytanej. —Cienie dwa wielkie, ucznia i rabbiegoZ podłogi czołgać zdały się na ściany,Wśród takiej ciszy, w której i niczegoZląkłby się człowiek taką zdięty ciszą;Gdy — że już koniec brzmień, myśli się słyszą —Ta zaś, acz próżna, łamać się zdawałaSama, na pewne akordy i spadkiRwąc się — i ducha ruch wywoływałaNa słowo, jakiejś sfinksowej zagadki.W przerwach tych, uczeń Mistrza śledził oko,Poprawiał lampę, lub wzdychał głęboko.
Mag po fenicku mówił do Barchoba:Który w podróżne zawity odzienie,U nóg mu siedział i ramiona obaKu piersiom zgięte mając, tkwił wejrzenieW każdy ruch wargi starca, w oka mgnienie.«Przejezdną kartę, i na statek prawoWnijścia, z Cesarskiej woli się otrzyma —Jedziesz» — tu Barchob błysnął okiem łzawo;Co Mag zoczywszy dodał: «tego nie maZ postacią?» — «Nie ma!» Barchob mu odpowie,Stwierdzając krymkę podróżną na głowie,A potem, lampy światełko czerwoneKrzepił, strącaniem popiołu na stronę —Więc Mag, znów rythmen jaki się używaBy czas przeczekać natrętny długością,Mówił:
«Ten i ów rodzi się — a bywa;Ci duchem — tamci, zbliżeni są kością,A tamci głosu dźwiękiem — a ci mieniem,A owi jeszcze głębszą wzajemnościąBytów i onych spowinowaceniem.Zastępy z tego ciągle sprawowane,Że urastają w to co Grek nazywaDrammą; prawdziwe rzeczy to i znane.Lecz jest szczęśliwa rzecz — jest nieszczęśliwa!»Tu westchnął — palcem poruszył siwiznę,Tak ciągnąc dalej:
«Dramma też a dramma —Grek, a Rzymianin, a Żyd, nie taż sama —Zobaczysz jeszcze — będziesz miał ojczyznęW dłoni — ja, może, skończyłem nad tobą —»Tu Barchob czoło skłonił:
«Mnie, zostanieJak z wizerunkiem twym zostać, z osobą,Której odbyło się w przyszłość skonanie —
Gdy ty siedm skrzydeł uniesiesz odemnie,Bo może jesteś ów — może — to chybaSprawdzi mąż, który wszystkie odgadł ciemnieI — żem nie zmylił się, powie AkibaWtedy —»
Tu porwał Barchoba za ramię,Ale mu w czoło wzierał tak głębokoJakby pisane tam dopatrzył znamię.I spotkał się mistrz z uczniem oko w okoMilcząc — — — — — — — — — —
Gdy nagle po płaskich kamieniachPodwórza szybkie zabrzmiało stąpanie,Rosnąc, a dalej i w przysionku cieniachMąż się pojawił nie nadspodziewanie.Był to bynajmniej posłannik ów z miasta,Lecz, o dziw! był to Barchob — Barchob drugi,Tak samo wiotki, ni mąż ni niewiasta,Młodzian, a z czołem pooranym w smugi!Też same oczy, różowo płomienne,Znużone z wierzchu i niby pół-senneWewnątrz, orlemu podobne wzrokowi. —Taż sama młodość, stucznie starta wiekiemSkłamanym — — obraz takowy widzowiZdawał się dwoić tym samym człowiekiemTak — iż domowy Barchob uczuł drżenie,Gdy postrzegł gościa tego czy widzenie.Jazon zaś — zimno patrzył nań z tą siłą,Z którą ogląda rzeźbiarz dzieło swoje,Tąż samą formą odlewane w dwoje;Co? gdzie? udało się, lub odmieniło.Uczniowi potem wskazawszy przybysza:«Oto» rzekł «ten jest który cię ucisza«I jako płaszczem od ludzi zasłania. —Za trzy wigilie, masz się ku Judei —
On, tu czasowe pedejrzeniapodejrzenia zgania —To rzekł — tablicę wyjął z M. B. C. I.Kościaną, w głoski te bitą złocone;Na piersi ucznia zawieszając onę.
Wszystko to szeptał mag fenicką mową,Giest równy mając i twarz jednakową;Tak, iż z daleka przybysz zatrzymany,Barchoba nawet nie widział profiluIle że, twarzą zwrócon był do ściany:Przybysz w oddali, jako innych tylu,Czekał znak k'temu odebrawszy niemy,Że gdy ten wyjdzie sami pomówiemy —Mag uczył dalej:
— «Lista tych, z którymiKiedybądźkolwiek mówiłeś, zostanie —Toć i on Barchob! spotkawszy się z nimi,Przez stopniowane toż samo podanieUtrzyma w ciągu, a zerwie to zerwie:Tyś może zorzy-synem. — Koniec z tobąNie mojej odtąd, jak mówią, MinerwieSłużysz — z twą drugą zostać mi osobą;Coć powie wielki Akiba na górze.To i ja wyznam, usłucham powtórzę —Jam cię nauczył tylko abecadłaI wiesz jak, która wzrosła treść, lub padła.»Tu — już po Rzymsku mówić począł głośniej —«Rzym śni — jak wielki mąż — śni — i dośniPotężny geniusz!» —
— Romulus, na wszczęciu«Praw — rzuca zaraz ojczyste puklerze
I już wybiera jak mąż, acz w dziecięciu,Argijskie woli tarcze i te bierze,Które też szersze są ku zasłonięciu. —
Łuczniki Rzymskie, zazwyczaj są z Krety,Okręty z Rodu — do pchnięcia sztyletyNa miecze Gallów praktycznie się mieniZ Etruryi teatr, z Grecyi bogów lica —Bogów — których się ratuje z płomieniBy nie zginęła sztuka — ta — dziewica!» —Tu Mag splunąwszy głośno, dalej rzecze:No — filozofia także, także niecoKwitnie! — Greccy to stoicy jej świecą,Ku piersiom uczniów zawracając miecze. —
Prawo? — przypomnij proszę samo prawo:To nie w dziesięciu wierszykach spisaneKrótkich, że mógłbyś ręką je wziąść prawąI w torbę schować, lub przybić na ścianę. —To ksiąg folianty; to bibliotekiTakie, że gdyby barbarzyniec któryTybrowi oddał je licznemi wory,Skąpałby miasto przez sam wylew rzeki!Zaiste szczęsny, komu się udałoWidzieć, wszechświata i państwa stolicę —Lecz — gdzież jesteśmy?» — —
Domówił to z siłąI wielką rzucił okiem błyskawicę,Wstając, a potem z powszednim spokojemRzekł — «oto jeszcze chwilę razem stojem.»I rękę kładąc uczniowi na czoło,Które do kolan biegło jakby wagą«Idźże —» domówił i patrząc w okołoZe zwykłą ciszą, ze zwykłą powagą
Wyszedł — przez ramię dorzucając słowo:«Posłańca spotkasz z kartą przejazdową —Twoje, zaś, gościu, jutro się rozpocznieZowiesz się Barchob — wiem — niech Barchob spocznie»— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —
Ten raźno wyszedł, owy toż do siebieWziąwszy, z podróżnym wychodził tłomokiem.A po północy było już na niebie,Przez księżyc obłok sunął za obłokiem.Co raz to wietrzniej i mniej uroczyście,Mdławo i piersiom duszno jak na burzę —Ze ścieżek suche podfruwały liście,Lub szeleściły kładąc się przy murze.Wiatr bez kierunku, tu tam nagle rwący,Suchymi w parów pryskał gałęziamiI znowu ciszy moment, acz niknącyWracał i znowu wiatr miotł obłokami.Wierzchami sosen obracał leniwo,Księżyca promień chmurą łamał krzywą —Widnokrąg cały zaciemniał się nieraz,Błyskawicami migocąc od spoduTak, że wciąż myśleć mógłbyś: «oto terazUderzy piorun.» —
— Barchob nasz, z ogroduWyszedł, do miasta kwapiąc się ulicą —Co czuł? wysłowić tego niepodobna:Ogromna przyszłość, rzeczywistość drobna —Żar — bo nie zapał — żaglem, trud; kotwicą —Powrót po latach trzech nauk Jazona,Judei w dali miasteczka błękitneI mrok — i znowu otchłań rozwidniona.Myśli, niepewne kształtem, treścią szczytne —Rzym pod nogami, ile razy jeszczeMagowe słowa o nim pomnił wieszcze,Co całą państwa sił architekturę,Porozsuwały mu w myśli jak górę
W teatrum, z płutna, rozsuniesz klejoną,Szczyt jedną wiodąc a spód drugą stroną.
To zwłaszcza śmiech mu do warg przyzywało,Jak zakazany owoc — albo w mocyStawiło takiej, że miotałby skałą —Gdy — nagle strażnik bram strzegący w nocy,Krzyknąwszy właśnie przeraził go nieco:— — — — — — — — — — — — — —Tak to, nie wszędzie równie gwiazdy świecą! —
Na plac z rozbiegu ulic wydarzonySzerokie wrota pracowni rzeźbiarzaOtworzył człowiek pyłem ubielony —I jak gdy słońca kto obieg uważaWigilie licząc, od wschodu do zmierzchuBaczył — a potem, włosów wstrząsł kędziory,Po sobie pojrzał i z rękawów wierzchuOwiał pył — — ziewnął — wraz wyjrzał i wtóry,Niemniej w tuniki fałdach ubielony,Jakby z posągi gdy bywał, wziął na sięObyczaj bozki Olimpijskiej strony.Tracąc go, w miarę jak schodzi żyć w czasie —Za niemi dwoma, z cieniu wyzierałyAntinousa biusty marmuroweSmutne — jak gdyby płakać wiele miałyLecz, nieskończony mając wzrok i głowęZapominały albo nie umiały. —Gdy żywi, taką toczyli rozmowę:«Dioskifilos biustów robi dwieścieAntinousa — dwadzieścia Cesarza —Co będzie potem? — rozesłał po mieścieLudzi: z tych każdy chodzi a uważa
Gdzie brak? i zaraz z posągiem tam idąLub, że przyjść mają zapisują kredą.» —«Fidias — czy robił tak?» ozwał się z cieniuGłos, jakbyś dłutem śliznął po kamieniuGreckim, kryształy w swej mającym mące,Podobne soli, stal odbijające.Co rzekłszy wyjrzał: był to człowiek blady,Ale bez-barwą czerstwą i przytomną:«Nie mam w Fidiasa dziś wstępować ślady»Najstarszy odrzekł z wykwintną skromnością.Choćby dla tego «młodszy wraz dopowie»«Że Fidias bóg był, gdy my, nie bogowie!» —Sens tego słowa bóg, to jego nutaPokąd o bogach mowa — lecz, co pewnaTo to, że Fidias-bóg używał dłutaTudzież marmuru, złota, kości, drewna —Dalej — że pono za cel nie brał owejNatury — albo z drugiej ją połowy,Zachodził, która, że jest idealna,Więc nieskończona i niewyczerpalna —I ztąd, mógł robić wieki — do dziś może!»«Komu?» «Tym, którzy byliby innemi!» —Tu dał się słyszeć szmer i gwar na dworze,Lektykę bowiem stawiano na ziemiCiężką, z wonnego budowaną drzewa,Pstrą miedzianemi gwiazdy i gwoździami,A jako ptasze z gniazda, nim zaśpiewaWychyli głowę; z takiemi ruchamiElektry-diwy wyrastały lica;Zaczem Pomponius rękę poniósł prawąKu niej — pierścieniem Rzymskiego szlachcicaŚwietną — i Florus ze swą, niby z ławąSzeroką skoczył: lecz Elektra zgadłaObu i niźli spostrzegli wysiadła.«Sto biustów warta!» — Lucius rzekł, a owiKtórzy lektykę nieśli; zawołali
Pot ocierając» niechaj żyją zdrowi! —«Sto biustów warci!» — Rzeźbiarze witaliGości, lecz rozruch w pracowni był taki,Iż mało baczył kto, gdzie, posąg jaki.Ciskane tylko słychać było słowa:«Zeus! — Antinous! — oto Zofii głowa! —Pies-Alcybiada! — Venus krótko-szatna! —Natchnienie! — znawstwo! — amator! — spektator —Ten ów, filozof — sztuka niepopłatna —Bez-plamny marmur — divus Imperator! —— — — — — — — — — — — — — — —
Puste mieszkanie, z Epiru młodzianaOtworem stało jak wszystkie gospody,Wytartym freskiem każda z czterech ścianaPrzedstawowała, jako Bachus młodyZ nimfami, sprawia winobrania gody.— Obrazy one, w czterech medalionachOdpowiadały sobie jak źwierciadło,Też same, poznać dając po ramionachOsoby, których indziej twarz odgadło.Arabeskami, medaliony oneByły jak roślin zwojem oplecioneMającym w liściach swych i inne tworyPoprzewijane owadem w gadzinę,Gadziną w zwierzę, a zwierzem w upioryFantazyi — w sposób: iż zaledwo trzcinęPostrzegłeś, ta się wyślizła ci wężem,Wąż w ptaka plwał się wyrzucając ślinę,
Tej skrzydła w szatę nikłą — szata, mężemBrzmieje — mąż, na hełm wytryska liściami,Których kwiat tarczą a pręty orężem —A pąki, iskier tlejących gwiazdami.— Przy łożu skórą lamparta okrytym,Z rękopismami stała cicha urna,Na której jawił się mąż być wyrytym,Gdy lampa wyżej świeciła poczwórna.
Tę na świeczniku prostym a wysokimStawiała właśnie gospody służebna:A był czas, kiedy słońce bez-obłokiemNagie, dotyka jak rzecz niepotrzebnaI między zasłon rozdarcia lub szparyDo domów wpadłszy, ozłaca filary.Lampę oczyścić, poprawić posłanieI kurz gdzieniegdzie otrząść, przynieść wody —To całe służby wewnętrznej staranie,W progach stojącej otworem gospody.Jakoż krzątała się tak, dziewka owa,Gdy weszedł człowiek, kosz mający w ręku;Blady był, cera ta jednakże zdrowaNie ujmowała powagi i wdziękuProfilom, linią szorstką rysowanym,Twarzy i ramion, i nagich goleni;Ten kosz stawiając rzekł «został przysłanym:»«Od kogo?» — zamilkł i uszedł do sieni;Co widząc, dziewka rzekła «mów! bo wydamŻe jesteś niemy zalotów służący.» —Na co odchodząc człek ów, jak niechcącyZ uśmiechu bladym przebłyskiem rzekł: quidam.Dziewka przed koszem stanąwszy na chwilęPoczęła kwiatów dziwić się ozdobie,Co jako senne dyszały motyleNa strunach prętów — tak pieśni są w grobiePoetów, w strony lir pozaklinaneKwitnąc, acz ciche i niezrozumiane. —
Czy to myśliła ta Sabińska prostaGóralka? — Nie wiem. — Lud jest zawsze możeNa równi z wiedzą, chociaż jej nie sprostaWypowiedzeniem, ni pojąć jej może. —Lecz drgnieniem serca jednem wie, co ludzieW umiejętności otrzymują trudzie.Ci jednak innym oddawać to mogą,Jakoby w rękach mając swe zdobycze;Gdy lud, iść tylko, wydeptując drogąŚlad — powolniejsze kroki — mniej zwodniczeI mniej zwycięzkie — ciche jako strumień,Płynący równo, po zieleni sumień —
Wyszła — — przy łożu leżał zwój pisanyW następujący sposób:
JEDEN ZE ZWITKÓW.
§. 1.«Samotność znowu — każdy mi już znany —
§. 2.Mniejsza, co ona w pamiętniku moimWyczytać mogła — czytam to z niej samej —Może na drodze równie błędnej stoimOboje — wszakże ja, choć szukam bramy,A skoro mylę się, mylę trudami. —
§. 3.Jeźli świat cały z starców, mężów, dzieciI niewiast złożon, za typy nam dajeMaga, Luciusa, Zofię — zwłaszcza trzeci —!Jeźli, obyczaje — — — — — — — — — —Są, pomnożeniem typów w zbiorowiska;To jakiejż ceny wart on i nazwiska?
§. 4.O Magu — że jest milczący, wiem pewno,Arthemidora — znam, lecz subtelności —
Pomponius — jest to wytoczone drewnoDo osadzenia włóczni lub gry w kości;Zofia? — bez liry w ręku — — — —
§. 5.Z lirą w ręku —Nie ona! — z kimże żyję? jeźli żyję?
§. 6.Eureka! — wiem już, czemu trzeba jękuI krwi — i widzieć jak z lwem się kto bije;Albo na ostrze piersią paść otwartą? —By, nie zapomnieć żeś żyw.
§. 7.— — — — — — — — tyle wartoTo wszystko.» —Dalej wiersze przekreślone.
Kwiatów woń izbę napełniła całą —Słońce plamami w tę i ową stronęNa ściany biło nimfom w modre oczy,Do złotych promień niosło im warkoczyLub malowane, nieme usta, grzało.— Cisza nadobna — cisza, która kłamieŻe można spocząć na świecie bez winy —Która upewnia, że Bóg jest, co trzcinyZłamanej, mimo idąc, nie dołamie.Mistrz, Pan i Sędzia — znający człowiekaNim był — litośne tak mający ramię,Że — równie wiecznie i sądzi, i czeka! —
Nieme — bezkształtnie widne — tym podobneUczucia nieraz, młodzieniec z EpiruCzuł i na miejsca uchodził osobne.Szukając prawdy — i ciała jej, miru —Będąc — jak dzisiaj nikt być już nie może! —Nie chrześcianin bowiem, nie poganin:Przez filozofii wpływ, wątpiący może
O samej bajce olympijskich tkanin;Tem mniej, osoby wyznający boże.
W śmierć wierząc — jako, w szczelnie zwarte wrotaW miłości napój wiosenny i w wiedzęMatematyczną — i w dźwięk słowa: cnota,Blizko znaczący wyrazowi: zdrowieI wyrazowi siła — rzecz podobnaDo zaklęć, których jasno nikt nie powie,A która wszakże jest i jest osobna. —
Błyskami także zórz nieznanej doby,Widywał czasem kraje wyobraźni;Gdzieś po nad groby, czy gdzieś po za grobyI czuł pogódę jakoby przyjaźniW wiosennych wiatrach nieznanego kraju —I rytm, muzykę jakąś — obyczaju!To co i Plato, w ciche kiedyś nieboPrzez liście laurów patrząc, czuł potrzebąI słyszał — pojąć zdołał — dać nie umiał,Wysłowić nieraz mniej, niż sam się zdumiał!
Nie jasna w mieście krążyła wiadomośćO niepokojach w prowincyi czy wojnie;Czy że wyjechać ma Cesarz-JegomośćW nocy — wyjechać, jak można, spokojnieBy tłum przywyknął czuć go i z dalekaLub czcić w postaci zwykłego człowieka.Inni twierdzili że wieść ta źle głosi,Na zwykłe bowiem łowy się zanosiPrzeto iż dawno Cesarska prawicaOszczepem w puszczy nie raczyła śledzićGdzie lega niedźwiedź lub gdzie zlega lwica:W czem, nie rad Adrjan dawał się uprzedzić.
Inni nareszcie, tę powietrza zmianęW zamku, i co zeń wywiało za ścianę,Przypisywali wschodnim pewnym gościom;Lub z okrętami przyszłym wiadomościom. —Wieść każda w Rzymie, niż gdziekolwiek, więcejMa różnokształtnych ust swych sto tysięcy:Które brukową najprzód tętnią wargą;W jaśniejsze potem urastają głosy,Oklaskiem dalej stają się, lub skargą,Myślami Cara, i zowią się: Losy.Acz bywa, że nim tę przebiegną gammęNie poznawają się i niszczą same.Cesarz, jak zwykle, w bukszpanowym chłodzieZ odkrytą głową, spoczywał w ogrodzie.Obyczaj, który w dnie najmniej pogodne,Chował, nie znosząc nic na nagiem czole —Zkąd poruszenie głowy miał swobodne:Nie takie wzroku, iż szukał kryć wolę;Draźliwość, w spokój mędrca przyoblekać;Także, iż lubił zgłębiać i nie czekać —Dwie żądze, które zgodzić z sobą trudno:Było to wszakże, gdy wszech-wiedzę państwaZdobył — część jego ludną i nieludną,Używającą prawa i poddaństwaNaocznie zwiedził, w wielkich dwóch podróżach —Wolę i ludzi poznał wewnątrz żywych,A o okopach myśląc i przedmurzachŚwiat tworzył, linii nie nawidząc krzywych,Przeto iż dłuższe, a ceniąc je bardzo,Jako uczeńsze i słodsze w swych ruchach.Więc był, jak którzy chwalą to, czem gardzą. —Przy tem — nadeszła i wieść o rozruchach —Te Adrian ważył mało. —
— Na marmurzeStołu przed ławą, gdzie Cesarz spoczywałLeżały zwitki, tabliczki i różeBiałe, a widno że idąc je zrywał,
I w palcach miesił, co może czas skraca —Stał także kubek Syciońskiej roboty,Z tetrafarmaku resztką, złota tacaNiżej — miednica i nalewek złoty.Sam był do kolan obrzucon opończą,Której brzeg strzępy z nici złotych kończą.Gdy Arthemidor za znakiem mu danymSiadał na stołku kością wykładanymI zdał się słuchać, lecz uważał szczerze. —
Cesarz tak mówił: «Jako w Antimaku,Z Kolofon więcej czytam, niż w Homerze,Dziejów zaś szukam od pierwszego znakuHistoryi — nie zaś od Salustiusza;Tak lubię z gruntu każdy przedmiot badać,Nie lada połysk brać do animusza.Wiedzieć albowiem, na to, aby władać,Inna jest, niźli dla wulgarnej sławy —Zkąd samej nawet astrologii męty,Nie są nam obce — ani jakie wstrętyPłaskie mieliśmy, dotknąć się tej sprawy.»
Tu przemilkł — rękę wyciągnął ku tacyBawiąc się jadłem, jak to czynią ptacyW klatkach, mający smaki pogardliweDla zbytku strawy — lub syci próżniacy. —Że jednak skromny był więcej w jedzeniuNiż w duchu; rękę powrócił leniwo,I mówił dalej —
«— Ten — chodzący w cieniuZ laską, nieledwie długą tak jak krzywąCharonowego posługacz okrętu —Jak się ma?»
— «Jazon» — wyrzekł nie bez wstrętuKoryntczyk «wczoraj wiedzieć dał mi nocą,Iż niespodzianą złożon jest niemocą —»Tu przeszła chwila milczenia — aż znowuCesarz pół sobie, pół do gościa rzecze:«Hellada! — wy ją znacie, tak, z narowuJam odgadł — ja ją podnoszę i leczę.» —Mistrz Arthemidor pobladł — «jeźli komuLiteraturę poznać dawszy, skryjąZiarna jej — gości — jak przyjaciel w domuI je — wie, jaką rzecz, lecz nie wie czyją;Grecja-bo nie jest kilka świątyń, aniPieśń jej —» Koryntczyk, jak góral z otchłaniZnanej mu, ale, bardzo niebezpiecznej,Wychylon — wzrok niósł w koło niestateczny.«Grecyi ja uczę ludy: od EufratuAż do Brytańskiej wyspy — ja to starąHelladę dzisiaj pokazuję światu!» —«Przez-nią jest światło» Koryntczyk rzeki z wiarą.— — — — — — — — — — — — — — — — — — —«Egipt?» — tym samym Adrian akcentemCiągnął — «przykryta rzecz, czasowym mętem:Egipt jest wcale nie to! — w księgach JudyGdzie różne baśnie są — także i cudy,O Abrahamie mówią, iż ten synaMiał ofiarować. — Są, co byli dalejW ofiarowaniu —»
Tu mu poszła ślinaDo ust i kaszlnął mówiąc «cóż? — ażaliAntinousa krwi nie poświęcono?» —
Tu wstał — i znowu legł, lecz inną stronąI znów obrócił ciałem: — «by znać rzeczyLudów, trza każdy mieć jak swój na pieczy.» —Więc Arthemiodor na to — «Mało komuDano jest mieszkać wśród wielkiego domu,Niezostawując próżni.» —
— «Są studia ciekawe,W których powołam was, filozofowie,By kilka kwestyi wytoczyć na ławę —Tylko mi jeszcze wstrętnem bywa zdrowieWątpliwe» — przy tem, dodał od niechcenia:«A lubię rzeczy wywodzić z korzenia —A te mi Żydy bredzą swe marzenia —A nie tą drogą iść ma — jest u ŻydaTo, że niesforny umysł ma i krzywy,I nieporządny — nie zna inżynieryi,Ni planów — jakoż do prac jest leniwy.Zwierz dziki, gdy go zamkniesz w menażeryiI jeść mu dawasz dobrze — zwolna — zwolnaTruchleje — jednak, drga w nim chuć swywolna —— — — — — — — — — — — — — — — —Mniemam — że i ta Chrześcian doktrynaNie jest w swej pierwszej legendzie. — MożebyI tego dotknąć przyszła już godzina,Bacząc, gdzie błędu wina, gdzie potrzeby — —W Jeruzalemie, miejsce zmartwychwstaniaJupiterowi należy właściwie:Ten jest, albowiem który się nie kłaniaMocny-bóg — dalej, i to bez-treściwieO wykonaniu Chrystusa co bają,
Tam Venus miejsce mieć ma — a powoliUobyczają się i przyzwyczają —Nim tnę, uważać zwykłem ile boliI pokąd? — bystrzy tak lekarze krają —Cóż? — czy nie kocham Hellady?» —
— Te słowaLubo donośniej rzekł, głos mu nie służyłI sam to może poczuł że nadużyłGłosu — więc sięgnął gdzie go boli głowaPrzymrużył powiek i powstał leniwo:W czem, Arthemidor zdążył mu co żywo,I poszli długim ciennikiem z bukszpanuCo raz, to ciche zatrzymując kroki. — —
O myśli ludzka! — ty, co przeczysz Panu,Świadczyć mu musisz przez błąd swój głęboki!A ty, coś prawdę poprawiał lub winił,Gdybyś na skryte jej popatrzył cele,Spytałbyś siebie, zfrasowany wiele,«Ja, com pracował tak — cóżem uczynił? —
Czekaj — z Venerą twoją w BetlejemieAż wół i Łukasz i te RafaelePrzyjdą — położyć się czołem na ziemię,Wdzięki waszego zniósłszy ideału,Nie ukazami — lecz, twórczo, pomału —Tak — że by Fidias przed familią-świętąRafaelowską stanął — a Jupiter
Świętego Pawła głowę baczył ściętą,Spokojną — Merkur, druk składany z liter;Neptun Kolumba co w krzyżowym znakuKotwicę znalazł na morza nieznane,Na Ewangelią burze pokiełznane.Pallas, Joannę d'Arc, żeby w szyszakuJej zobaczyła z mieczem na rumaku —Herkules, żeby pary-wynalazcęUjrzał — Eskulap, z wężem swym na lasceMojżeszowego węża zoczył z miedzi —Wszystkie by siły wasze, najporządnej,Do mimowolnej doszedłszy spowiedziZnikły — pozostał rząd — i pył nierządny —
W czas, gdy firmament ciemno-safirowyWielością jasnych gwiazd oczy zawraca,A cały urok nocy południowejŁagodzi zmysły — iż pamięć ukraca:W obecność jakąś przenosząc nieznanąMyśl, wrażeniami za dnia pomiataną. —Lub daje wiary chwilę, przez znużenie,Nawet zbrodniarzom, w kajdanach wilgotnych,Że — jeźli nie kres, rytm ma ich cierpienie —Samotność, że ma swoich współ-samotnych.
W czas perjodycznej ciszy — której mowaUtula trzeźwych, niepoczciwych zwodzi —Zastaje w domu, albo nie znachodzi,Na drzwiach im rosą pisząc zimne słowa:I dłoń, przed świtem klamki szukającą,Omywa szasemczasem z krwi — lub krzepi drżącą. —
W czas tajemniczej bladości księżyca:Syn Aleksandra wrócił do gospody —Jak światło, co mu olśniło jagody,Takie wejrzenie tęskne miał — i licaPełne takiego bezmiaru pogody,Co przez głębokość swą, że jest wątpliwyMniemasz — lub śmiało, zwątpiłbyś czy żywy? —
Zwątpienia czczość mu serce rozłożyłaI ciężar siebie poczuł nieprzytomny,Po świecie idąc, co choć ślepa bryłaI bez-zmysłowa i taki ogromny,Nie traci przecież ciężkości swej środka:Równo się toczy choć kometę spotka. —
A on — na onym ogromie malutkiChromiał, że mdłe go wydrożyły smutki!
Więc niby mówiąc «czczo mi» — do gospody,Wszedł — — Woniejące wraz mu na twarz chłodyJakoby chustę pot ocierającąRzucając — dziwnie bardzo otrzeźwiły —I mimowolnie wspomniał twarz cierpiącąGwida — gdy tak go odchodziły siłyPrzed twardym sądem ludzi bez sumienia:Lecz te, uboczne, pierzchły wraz wspomnienia —Ciekawszem było, zkąd kwiaty? dla kogo? —Lub jaką weszły do mieszkania drogą.
Ciekawość wszakże skoro już zgadywa,Przestaje sobą być i chociaż nie wie
Że zgadła: wszakże, myśleń ciąg urywa,Lub, dalej idąc, siebie nadużywa —I taki czyni zamęt jaki w śpiewiePrzez rytmu zbytek, przez nadmiar perjodu;Czyni się — pisząc śpiesznie, lub za młodu.Chwilę więc myśląc: od kogo są kwiaty?Już miał zapomnieć syn AleksandrowyOd kogo ulga, przez ich aromatyDo ociernionej ludziom wnika głowy;Tak — rzeczywistość niewdzięczna jest treści,Lubo z niej żyje przez to że ją mieści —
To zaś — dopóki człek wywikłać możeNiepodobieństwo by szczerze narzekał;Chyba już takiej niewoli doczekałIż chwili nie ma — by pomyśleć: Boże!I zastanowić się: gdzie prawda szczera? —Gdzie zaś to co ją jawi i zawieraPozornie sprzeczne, choć wierne — litera. —
Balsam to wszakże, wówczas tyle skryty,Ile pomijan dziś, lub nadużyty —Ból zaś młodzieńca — oh! mniej zrozumiały,Niźli dzisiejsza bywać może boleść:Siły go z progów rodzimych wyrwały,Te, co dziś o nich prawi ledwo powieść —Sierota wprawdzie — lecz któż swoich nie ma! —W świat poszedł szukać prawdy i mądrości:Dziś już nie chadza się tak za obiemaRazem — ni pragnie się ich — ni zazdrości —Jak to bywało w onych czasach dawnychDla myśli jednej, od sławnych do sławnych,Z Grecyi pod cienie piramid trójkątneIdąc — do Grecyi z Chin, w głuchem milczeniu
Na głośne lekcje, na szepty pokątneNa inicjacje i ciemne, i w cieniu. —
Jakoż te trudy a radości one,Nieznane już są po dawnem imieniu,Zaniewiedziane albo przemienione. —Że jednak władca, będąc doskonałyW zniszczeniu nawet ocala i tworzy,Więc wszystkie rzeczy są, które bywały,Acz w tryb ujęte co raz więcej Boży —Jeźli więc one szukaczy boleściTrwają — to inna je sfera dziś mieści.
Energie bowiem, wszystkie Pan ocala —Stworzeniem jego będąc znakomitym;Tylko usterka ich sama się zwalaNajściślej słusznym sądem, nieodbitym —Ale też same dzielności uczucie,Co Aleksander lub Annibal miewał,Trwa — w prostotliwszej, w doskonalszej nucie,Iż je ból zczasem wytworniej dośpiewał. —Taż sama prawdy radość SokratowaGdzieindziej dziś jest — ale jest — i nowa!Pan bowiem jest i Mistrz — a rzekłbym prawieI uczeń — trud tu równy już zabawie —I ztąd jest owa niespożyta dzielnośćŁaski — i ztąd jest w śmierci — nieśmiertelność.
Z Epiru młodzian, wśród czasowych mętówZawiei, mroku pełnej i łyskaniaNie znał był jeszcze onych diamentów,Co do kolebek dżdżą dziś przez podania. —Nad piersią matki paciorkami wiszą,U nianiek nawet uszów się kołyszą —I pod dziecięcia ochrzczonego stopyŻe położyły się raz jako snopy;Urasta zczasem człek do tyla dziki,Iż nogą depcze zbłoconą te skarby,
Co mędrce w pocie, we krwi męczennikiPowykreślali i ubrali w farby —— — — — — — — — — — —
Acz — może w zamian — może, mówię nie maDziś onych zbójców podłych i leniwych;Co nieraz mędrca rękoma obiemaRwali — co skrycie pytajników krzywychJakoby haków wręcz tak używali —By wiedzy dostać bez własnego trudu —Aż się i kości nieraz doszukali;Aż domacali się pod kością — cudu. —Wśród sępów takich z dziobami krzywemi,Na urągowisk szczudła podniesiony,Nie jeden stawał nie tykając ziemi,Wszech-skrytykowan i wszech-opuszczony;Konając w sobie z pragnienia i głodu,Współcześnie plwany i współcześnie czczony,Jak na pal wbity na dumę narodu. —Ci zaś, co prawd mu z serca dobywali,By wiedzy dostać nie spociwszy czoła,Nie znali biedni — ach! — że kryształ soliKażdy ma prawa swe — i Archanioła,Co mu pogwałcić tych praw nie pozwoli. —
Tych zbójców ducha, tych sępów próżnościByła to właśnie jedna z pór — zkąd jedniNie dopuszczali do poufałości,Drudzy się w cieniu kryli będąc biedni.Innych raz poraz na plac wyciągano,Wieńczono, plwano i zapominano. —Lecz nikt całości tej tak cichej sprawy,Krwią co raz więcej pijanej, nie baczył:
Księżyc ją tylko oświecał bladawy,Czas tylko zgony na klepsydrze znaczył —Cichoście tylko, po zgonów odstępachRaz wraz jak nieme czaty przechodziły;Krwi tylko czasem plameczka na sępachLśniła — gdzieniegdzie lampy się paliłyGliniane, biedne — oświecając kartyPism, lica zwiędłe, przy nich płaszcz wytarty.— — — — — — — — — — — — — —
Takie bez-barwne, bez-plastyczne tylePobojowiska! — takie Termopile!Któż mógł odgadnąć? czyj wzrok mógł dośledzić,I jakie serce przeniknąć te bole?Których nie dotknąć ani wypowiedzieć,Ani okrzyczeć i wywieść na poleTeatru — w trąby pozłacane trąbiąc —Wskazując giestem, w cymbał laską rąbiąc?! —— — — — — — — — — — — — — — —Zwłaszcza, iż żywot tak ze wszech miar party,Stawał ci nieraz jako księga zpsuta,Rozwietrzająca przed oczyma kartyTak, że cień ledwo zostawał i nuta,I nuty echo. — I bywał jakobyPowietrza upust z płuc, pod nogą groby —Czczość, jakby tchnienie ci wpierw rozebrano,Niż mogłeś westchnąć podnosząc się rano.A któż podzielić i dostrzedz mógł boleNiewidne jako półmisek na stole? —— — — — — — — — — — — —
Chyba-by pierwej wszystkiemi żywotyNajboleśniejszej treści i istoty,
Jako ostatni wygnaniec na świecieŻył — a miał pierwsze prawo na planecie! —A był zniweczon tyle, ile w sobieWszech-pacierz całej tej tragedyi skupił;I nad człowiekiem był w człeka osobieI tak zmordować dał się —
I odkupił —Kobiety może serce by to zgadło:Ta jednak, wówczas była jeszcze niczem —Dla wielożeństwa, nie istniało stadło:A która żyła sama — była biczemPrzelatującym od ręki do ręki,By ogniem chłostać, pociągając wdzięki —Ubogi nie miał i takiej — bo droga!Najpowabniejsze, z góry zapłacone —Mędrzec niewiastę, co go jak rarogaNie pojmowała, odsuwając w stronę,Pozostawały jak ulga, a rada —Traf wyjątkowy — stoicyzm — i szpada!
Syn Aleksandra przezierał to w sobie,Gdy wonie kwiatów skronie mu oblały,Jak posągowi na samotnym grobie —Więc bardzo czuł się osobny i — cały. —I począł Zofii odnawiać wspomnienie,Pieśń, za śpiewaczki przyjmując sumienie:Lirę na postać — i z tej dwoistościSilił się jedność utworzyć — napróżno!Rozdwajała się w ręku, bez litościNa pieśń i postać, jak z dniem ciemność różną!I czuł — że kłamać począł, acz niewinnie.I czuł — że działać począł dobroczynnie —I umęczył się bardzo tą robotąBez-narzędziową —
I wstał — kosz wziął w ręceNa łoże sypnął nim, z ową pustotąNiezgrabną, którą, giesta niemowlęce
Psują rzecz, cale nie troszcząc się o to —— — — — — — — — — — — — —Lampa u schyłku promień niosła drżący —On legł na kwiatów stos, jak człowiek śpiący. —
Wieści, co pierwej krążyły po RzymieW sposób nie dosyć jasny i czytelnyZaczęły postać przybierać i imię:Z Bretanii pono generał naczelnySeverus Julius wrócić miał niebawem,Także legiony zdawna niewidzianeCesarza wolą ściągano, czy prawemNowem? — Te nocą, nieraz jako ścianęRówną, księżyca bielmem wyjaśnionąNapotykałeś, ustępując z drogi,A czułeś ścianę gmachu poruszonąMierzonych kroków massy szmer złowrogi. —Orły, co w bramę głową pochylonąSzły na chorągwiach, wojenne machinySkrzypiące w marszu: cały system żywyEnergii, tudzież zagład i perzynyElastycznością swą, miarą i siłąPrzerażał, wszystko co się doń zbliżyło —Tak, że widz w sobie powtarzał zdumiony:Bóg to Rzymianom wymyślił legiony! —Niektóre domy wraz drzwi zamykałySame, lub wiatru osobnym podmuchem,Nim żołnierz otarł je ramieniem z skały.Innych na dachy legion ciągnął duchemPorywał oczy, kwiaty z rąk padały. —Moc jakaś pierwej szła przed szeregamiTych obnażonych kolan i tych ramionI grzyw na hełmach — a wodzowie sami
Zdali się trzymać ją w literach znamion,I magnetycznie giąć temi członkami,Kutemi w miedzi błyszczącej obręcze;Zbierać je w chmury, w grzmot — rozwijać w tęczę. —
Drammy aż naszej osoby to czuły:Zofia nieznośną była dla służebnej —Struny się liry nietykanej psuły,Mag z lekarstwami swemi tak potrzebnyJak niewidzialny, dla ciężkiej słabości;Barchob, zmieniony jak nie swa osoba —Odprawujący niemo natłok gości:Mistrz Arthemidor, wzywany co dobaDo Cesarskiego gmachu lub ogrodu —Pomponius nawet, odwłoką zachoduOkoło uczty w Willa PomponianaZmieniony nieco —
Więc — Elektra-divaSama — wśród tylu ruin niezachwianaTylekroć więcej świetna — i szczęśliwa!
Nikt wszakże jasno nie widział przyczynyTak niefortunnej odmiany powietrza —Mag tylko mówił — słychać — «są, godzinyRóżne — ta cięższa godzina, ta letsza;Ta ma rozedrzeć, ta znów złączyć może.»To mówił starzec, skarżąc się na łoże — —
Syn Aleksandra stał przed Zofii łożem,Grecki mającem kształt — perskie kolory,I te jej słowa mówił:
«— Mag jest chory —Któż może zdrów być? — sami często mnożymChoroby, to jest chcę mówić — cierpienia.»
Zofia rzuciła okiem na służebnęA raczej bielmem oka bez wejrzenia:Czy szyje — rzecz jej cale niepotrzebną —Zwyczaj to wszakże, od czasu, do czasuNa niewolnice okiem tem spozierać,Jakoby pracę śledząc, bez hałasu —Nie — by się na tej czujności miał wspieraćInteres życia, jak gdzie w domu biednym —Lecz że się zwyczaj taki stał powszednym.To Egipcjanka czując nim się stało,Sunęła żwawiej swoją ręką małą.Syn Aleksandra, błędnym okiem rzuciłCzy tuż stojącej liry nie wywrócił? —I wyszedł — Zofia, na to bacząc małoZasnęła —— Chwilkę, ktoś idąc zanucił:(Śpiew przechodnia.)— — — — — — — — — — — — —«Tam Hektor, gdy swojej nie znalazł jedynej,Ku progom znów wrócił służebnic wołając:Ej! mówcież mi dziewki słowami szczeremi,Andromaka gdzie znikła łabędzio-szyja? —U mych-że sióstr? — w szaty świąteczeświąteczne ubranych,Czy gwoli próśb wyszła z Trojanki drugiemiUkoić gniew, bujnie-warkoczej Atene? —Ej! — mówcież mi dziewki słowami szczeremi — —»
Zofia, gdy pierwsze usłyszała słowa,Do sługi rzekła «— stało się wybornieIż gość odeszedł, bo jestem niezdrowa.» —Tu Egipcjanka kłoniąc się pokornieRzecze: «Udatność, naśladując bogówNa palcach sunął od łoża do progów.»I szyć poczęła z niezwykłym pośpiechemGdy pani uchem szła za pieśni echem.
Lucius Pomponius leżał od niechceniaNa łożu skórą lamparta przysłanemI piórem pawiem lekkie rzucał cieniaNa twarz Elektry — ta, wygiętym stanemŁączyła, swego poduszkę siedzeniaZ krawędzią łoża, jak owca znużona,Kiedy spoczynku szuka na pustyni,Klękając przodem. — Wieńców miała kilkaNa ręku — długie bardzo zausznice —Jaskrawe oczy, dziwnie pełne liceI wargi jakby je spinała śpilka. —
Słowem — że gdyby nie pewne ruszenieRamion, i silny śmiech; z diwy takowejByłoby bardzo przystojne stworzenie —Lucius, tak mówił: «nie czuję się zdrowy» —I pogardliwy giest dodawał nogą,Jak ze złym koniem wjechawszy na rowy,Przeskoczyć wątpiąc, uderzasz ostrogą —«Niezdrowy jestem» — i giął pióro pawieChwiejąc nim: «chory nawet jestem prawie.»
«Pracujesz nadto w poetyckiej szkoleU onej sławnej Zofii» rzekła diwa —Pomponius na to: «czytasz mi na czole;Trudzę się — śmierć ztąd — ale śmierć szczęśliwa!»Tu — piórem pawim pociągnął po stole.Elektra smutek skłamała na licach:Pomponius rękę podał jej leniwo;I w dwóch — bez ognia — błyśli błyskawicach —Bądź mi szczęśliwy!» —
«Bywaj mi szczęśliwą!» —Pomponius, tymże Elektrze rzekł tonem;Ale co dalej mówić? — nie wiedzieli,Iż osmuciwszy się zawczesnym zgonem,Zbyt blizko czuli siebie i widzieli.
Więc — była chwila milczenia — po onejPomponius wina wychyliwszy czarę,Zarzucił głowę w tył, jak wywróconyKonaniem. — Rzeźby nam podają stareTwarz Aleksandra gdy konał i szyję,Gdzie krew ścinając się, w żyłach się wije.Owoż, okropny mniej, jakkolwiek wieleZbliżony, widok Pomponius przedstawiał;Niedocieczone k'temu mając cele,Lub drammy miłość, iż w ową się wprawiał.
Elektra z strony swej chciała podobnieUsmętnić lica — i niemniej nadobnie —Gdy tak Pomponius rzecze: «UmiejętnośćI Zofia — albo: sciencia i ona;To życia mego dramma i namiętność —Miłość jednakże ma jest-że dzielona?Jest-że pojęta? jest-że zrozumiana?»To mówiąc piórem oznaczał akcentaMowy jak retor, gotując się zranaDo wystąpienia w ciągu dnia — «pojęta?Nie wiem — dzielona? — zaiste —Zaś zrozumiana? — mniej niż oczywiste —Słowem — Elektro luba — !»
«— W twem mówieniuJest coś, co nie wiem —» Elektra odrzeczeZ iskierką blasków niezwykłych w spojrzeniu.Na co wręcz Lucius Pomponius: «nie przeczę.»
I wstał, lecz widno było mu z tem raźniej,Iż czuł że zazdrość tej aktorki draźni.
«Czekaj! — nie wyjdziesz! — zawoła wraz diwa,Przegiętą ręką dzban kłoniąc ku czarze,W którą się wina lała wstęga krzywa —«Oto i świeży wieniec przy pucharze,Na koniec uczty zgotowan umyślnie —Pij — i o Zofii mów! — to cię uzdrowi.» —Tu jak syrena, z fali gdy wybłyśnie,Ramiona białe mknąc ku żeglarzowi,W ogrzane słońcem aby zeszedł fale;Ku Luciusowi ElektaElektra tak samoAmfi-serdecznie, tak samo niedbaleZ przewyższającą go poczęła drammą —
«Jestże ta Zofia piękna? — Że uczona,To wiem — jakie ma oczy? — i ramiona? —»Co wszakże mówiąc, usta jej znikałyW drżeniu, iż rychłe czyniła pytania,Gdy Lucius więcej zdawał się niedbałyKu odpowiedziom i baczył te drganiaJak rybołówca śledzi pióro wędki;Tem lepszy w sztuce swej, że nie zbyt prędki.
Scenę tę, w ścisłem znaczeniu wyrazówScenę, chód przerwał znany, głośny echem,W przysionku z gładkich budowanym głazów;Tylko z niezwykłym gościowi pośpiechem —I w rozrzuconej upięciach zasłonyFlorus się jawił wołając «nowina!» —«Cóż? wyrzuć z togi?» — «Janus otworzony!»I tu uśmiechnął się — «jeźli nie — to winaTwoja!» — Pomponius odpowie mu luźno«Żeś wojnę przegrał przychodząc zapóźno!» —
«Owszem, tryumfuj ty i wszystko twoje,Quod felix faustumque sit —» to rzekł do diwy;
«Przynoszę wszakże wieść, iż niepokojeW Judei wymiar biorą wielki — niewzgardliwyCoś rzeczywiście podobnego wojnie —Acz Janus może spoczywać spokojnie.»
— Pomponius, który przed gościa przybyciemZdał się pogardzać i śmiercią, i życiem,I zalotami divy, i istnieniem,Jak nadużyty człowiek, w onej porzeKiedy jest blizki odwionięcia cieniem,Tam gdzie nic nie chcąc chcieć, wszystko się może:Skoro jednakże słuchać począł wieści,Nie własne w niego wstępowały drgnienia —Acz nie dla jakiej ztąd wysnutej treści,Któraby wskrzesić miała ruch sumienia;Tylko, że szlachcic Rzymski najmniej dzielny,Jest politycznie człowiek nieśmiertelny.
Więc i ton jakiś nastroiwszy nowy,Pytał o źródła zamorskiej powieści;Ile w niej prawy głos? ile ludowy?Brzmieć mógł. — «Bez Bogów wychowany cześciLud, jako Żydzi są, bez bogów, mówię,Uznanych prawem w sposób przyzwoity;Ani bez wiedzy, która w swej osnowiePrzez ogólnego głosu sens wykryty,Za ster i stylu nam iglicę służy;Cóż wyda? — oto wzburzy się i zburzy!»
To, gdy powiedział, sam usłyszał potem:Tak nieumyślnie wyrzekłszy przysłowie,Spostrzegasz później czy służyło mowie? —Czy cudzym trafnie uderzyłeś grotem? —I dodał: «Gdyby mi służyło zdrowie«Ściągnąłbym rękę po stopień ojcowy,Zawdziawszy pancerz nabijany złotem.»Mówiąc to, macał się po wierzchu głowy.
Jako gdy hełmu poprawia wojownik,Ramieniem przytem robiąc, jak pułkownik.
Diwa mu płaszczem piersi obrzuciła,Coś Andromaki mając w tem ruszeniu;Florus zaś, puchar jej, że nie skończyłaNa raz wychylił — i siedli w milczeniu.«Ty przywiozłbyś mi wschodnie zausznice,Ty byś ornaty przywiózł mi z kamieni.» —Mówiła — licem w Pomponiusa liceKłoniąc się jako róża na jesieni.«Ja Żyda nie znam żadnego — co oni? —Czy są tam ludzie porządni w Judei? —Bogaci w sługi? — czy każdy ich stroniBrudnych, gdy taczki wodzą po kolei,Po drugiej Tybru głębokiego stronie;Mularzom służąc i drapiąc się w skronie? —
Żyd mię nie kochał żaden — czy wy znacieŻyda, do rzeczy?» — te rzucała słowa,Tu tam biegając, w krótkiej swojej szacie,Ta nieskończenie wdzięczna białogłowa.Gdy Florus z pulchrem milczeli — po chwiliDrugi rzekł «Mag mi na pamięć przychodzi.»A Florus za się «Mniemałżebyś, czyliTen — jeźli Żydem jest — jeźli nie zwodziGłos ludu — mógłby wieści zgadnąć wagę?» —Elektra na to: «Mag! Mag! czy się godziŻe nie znam! — będę sobie mieć za plagę,Jeźli mi tego nie sprowadzisz Żyda,Któremu matron senatorskich tyleZwyczaj ma, wolne swe poświęcać chwile.Mądryś — mnie więcej uczoność się przyda,Mnie, że nie jestem w filozofię wprawna,Jak która inna stara — chcę rzec — dawna? —— — — — — — — — — — — — — — — — — —Ale — tyś nie rad mnie pokazać — jemu?Ale ty może nie jesteś z nim blizko?
Aleś ty smutny — chory? — spytaj — czemu? —Maga się poradź! — odmień mi nazwisko —Przebierz mię — powiedz że twa jestem krewna;Chcę znać go — poznam? — poznam — jestem pewna.»
Politycznego jeden obrot wiatru,W ciele tym, ściśle politycznej treści,Naszego scenę odmienił teatru —Tak, że powrócić gładko do powieści,Byłoby ująć z prawego jej toku.Domy, na piasku lekkim budowanePowodzi pluskiem odjęte są oku;Tylko, gdzie skała podtrzymuje ścianęNad mętnej fali trwają szaleństwami.Podobnież z ludźmi i społeczeństwami!
Kto słaby, chorzał, a kto nie był choryCierpiał — i zdały się rządzić humory,Które są, jako cugi powietrzaneDotykające, lubo niedotkliwe —Po bólach tylko otrzymanych znane:Krzywe na proste, a proste na krzyweParaliżując w człowieku zbiorowym —Co — że zapomniał się nim — jest niezdrowym.— — — — — — — — — — — — — — — —
Do kogóż wrócić w tej powieści całej,Gdzie wchodzą ludzie a nie ideały? —Na łożach jedni, drudzy po za sobą —O wszczętej inni dyskutując wojnie,Obecną, rzekłbyś, iż wzgardzili dobąI odpoczęli w ruchu, niespokojnie:Jakoby pierwej chcieli rozstrzygnięciaRzeczy, bynajmniej ich nie obchodzącej,Nim do powszednich powrócą zaczęcia.
W mowy oglóeogóle, w ogóle pojęciaFałsz jakiś, zapał jakiś nie-gorącyRządził i ludzie bywali chwilami,Jakoby sobą nie władnęli sami. —Ten to powiadał co zasłyszał mętnie,Zuchwale broniąc, bo nie swojej rzeczy;Ów, że to uczuł, słuchał obojętnie —Ten obojętność, mniemał iż mu przeczy;Więc wieść podwajał by zrobić wrażenie,Wywoływając tem większe zwątpienie.
Gniew ztąd w powszednie wmięszał się pożycie,Jako element potrzebny koniecznie —I darło się to zewnętrzne okrycieŁadu — co ufać radziło bezpiecznie.Nie — iżby rozruch w prowincyi dalekiej,Mało ważony nawet przez Cesarza —Zagrażał państwu — lecz, że dni i wiekiCzęsto niewielki wypadek przetwarza;I większość sobie obracając na tło,Całej epoki garnie na się światło.
Prawda to cudem czyni, ale — bywa,Że i ironia w ten się płaszcz odziewa;Ta siostra prawdy urzeczywistnionejGłupia! — w zazdrości swojej dla natchnionej,Podrzeźniająca giestom jej w mniemaniu,Że uwielbienie podda urąganiu. —
Acz jest to siła! — lecz dwojakiej treści:Bezwłasnowolna — przez ucisk powstała,Która się rodzi z nadmiaru boleściI współ-łez, niema, bo się przecierpiała.Współczucie tylko ma złączone z racją;Zimna i pewna w zasadach, jak skała —Tudzież ta, która władnąc fascynacjąGore, a zawiść z nią, sztuczna z nią chwałaSamozwaństw, chcących być arystokracją —
Fascynacja zaś składa się, nie rodzi —Czem zaś jest przez się? — nie wiem, ani zgadnę;To tylko jedno dodam: że pochodziOd fasces — jest to coś, tragicznie-żadne.
Przez labirynty te, nie budowaneGłazami, z ludzkich uwiane żywotów,Hieroglifami pozapisywane —Duch, jako powój środ chruścianych płotów,Gdy się przewinie raz, umierać gotów,Tak żal mu własnej siły, że dotrwała!— — — — — — — — — — — — —Duch zaś — gdy umrzeć chce, to pragnie ciała. —
Od progów Zofii syn AleksandrowyNiósł się jak drzewo z posady wyrwane,Gdy Akwilonem jest podejmowaneI idzie, wieniec otrząsając z głowy:Upadku miejsca błędną szuka nogą,Zniszczenie mając i celem, i drogą. —
«Czemu? — że jedno zimne go spojrzenieJak włóczni poszturch na skróś nie przebiło —Czemu? — że nie ją, jej ukochał cienie —Albo nie znalazł w niej, co mu się śniło —
Lub chciał, ażeby te wiedziała rzeczy,O których mniemał, że wiedzieć powinna —Mąż nierozsądny! — I któż go uleczyZ rany, co tyle krwawa i niewinna? —Miałaż więc ona zgadywać te słowa,Których się brzmienie powierza kamieniom,Iż serc nie mają — a ludziom się chowaIż mają — mogą mieć? — które sumieniomSą, jako morski żwir strusia wnętrznościom,A jako zbroja ordzewiała, kościom? —
Nie rozsądniej-że było wziąść na stronęNiewiastę onę? — — — — — — — —— — — — — — i syllogistycznieRzec jej: uczucie dałaś za mammonęI mniemasz, że ci z tą zamianą ślicznie —I jesteś głucha na okolne bole,Na mozajkowym oparłszy się stole,Któryć odbija łokci alabaster —Jako strumienia dno, pstre kamieniami:A pieśń twa słodka jest — a miodu plasterZ nietylu kwiatów, nietylu pszczołami,Nie tylu kręgi lotów ich, uwityWdziękami, ilu rym twój znamienity. —
To, gdyby była dosłuchać łaskawaDo końca treści, możnać by i dalejTłomaczyć: ile? jak? i gdzie ta sprawaSerca, płomieniem się niszczącym pali.Wątpliwość każdą wyjaśnić przykładem,Ominąć każde wewnętrzne ziątrzenie —I tak przepoić się jej własnym jadem —— — — — — — — — — — — — — —A własne jednak dotrzymać sumienie:I — stać się dla niej wydeptanym śladem,Po którym nawet i nieme kamienie,Bez krzywych zboczeń mogłyby się sunąć —A potem — jad ów, wyssany tak, splunąć. —
I — że się ciężar przestało już nosić:Upaść mu jeszcze do nóg — i przeprosić —— — — — — — — — — — — — — — —Wtedy — o! wtedy ona by widziałaWszystko, prócz ceny prawd — i wszystko w tobieCeniła — prócz twej krwi i twego ciała!»— — — — — — — — — — — — — — — —
Słów tych wewnętrznie młodzieniec domawiał,Jakoby obca, rozsądna osoba —Gdy w gruppie ludzi potrącił Barchoba,Który z rzeźnikiem stał: drugi oprawiałBaranka, białe zeń ściągając runo,Krwią do okoła rumiane ciepławą;Jak gdy okrycie kto rozłącza z ławą,Pierw do siedzenia miękkiego zasłaną,Lub naklejone obicie ze ścianą. —
Było to bowiem miejsce, Placem zwanePrzedajnym — gwarne, wilgotne, zaulneW upały nawet — że nie zamietane,Temperaturę mające szczególnąI coś szarego w powietrzu jak pyły. —Tu, tam, wnętrzności leżały na brukuIndziej się kwiatów wieńce czerwieniły —Ptasząt śpiew wmięszan do powózek huku,A do cięć głuchych w mięso, ludzka mowa,Dawały temu obrazowi całośćDucha, w rozpaczy, gdy wyczerpnął słowaI zaniepoznał co radość? co żałość?A widząc rzeczy-różnicę, nie rzeczy,Gdy twierdzi nawet coś, to wstecznie przeczy. —
Barchob, od kupna od wróciwszy lice,Napotkał oczy przechodnia ku niemuZwrócone, jako letnie błyskawice,Lecz te, wraz giestem pytającym «czemu?»
Usunął, sprawę swą kończąc z rzeźnikiem. —Dziewczyna jakaś przeszła między niemiNaczynie niosąc bełtające mlekiem —Jak łani, ledwo że tykając ziemi.Ta — zawołała «Quidam!» za człowiekiem,Który szedł koszem do pół osłoniętyA ziół i kwiecia woń powiała w kołoOstra, jakoby woń koszonej mięty:Syn Aleksandra schmurzył blade czoło,Nie mogąc pojąć milczenia BarchobaI szukał okiem, zali się nie myli? —Gdy ruch się zrobił w tłumie — tak, że obaZa tłumem, w jedną stronę się zwrócili.
W głębi zaś placu powstała rąk chmura:Lud, na bez-sprzężne powskakiwał bigi,«Wół! wół!» wołając «święty!» — przytem «hurra!» —A podbiegając z krzykiem na wyścigiKapłańskie sługi, w podkasanych szatachZ stryczkami w ręku sunęli po kwiatach;Po koszach, w błoto ległych z owocami,Kapłańskie sługi biegli ze stryczkami.Gdy wśród zwichrzenia tłumu, rogi złoteByka, co onę rozganiał chołotę,Jakoby księżyc zaledwo wschodzącyNa ziemię zleciał, toki nierównemiSiekły przez obłok ludu pierzchający,Od ziemi w górę i z góry do ziemi.
Policja Rzymska w tę wmięszana sprawę,Organizować poczęła wyprawęGłosząc: «schwytany ma być! jest schwytany!»Włóczniami tłumy cofając do ściany.I wraz, porządek gwałtem rósł, gdy szpiegiSkoczyli niemniej szykować szeregi —Czas, w którym człowiek z toporem na rękuUderzył w ramię młodzieńca z Epiru —
Szukającego w gwarze tym współ-jęku —Tknięcie to, wzgardy pełne, twarz nieznanaMęża z toporem onym, tak dobodłyPoniewieraną wrażliwość młodziana,Iż ściągnął k'niemu leniwą prawicęLeniwą wargą drgnął i wyrzekł «podły!»Ale już wtedy, gdy go jak kotwicęZgiętego rzucił o ziemię:
«Prze-bogi!!»Tłum, zaczął wołać «morderstwo Kapłana!» —Zwłaszcza iż wołu właśnie złote rogiUjęto stryczkiem, a rzesza wezbranaNie miała ujścia chuciom ani drogi.
Policja z swemi skoczyła włóczniami,Gdzie Aleksandra syn trzymał pod nogąMęża — a jakiś ogrodnik słowamiŁagodził rzeszę pachołków złowrogą,Co krwawe stryczki nosi i kadzenia,Ilekroć żertwa jest gdzie do spalenia.«Puszczaj!» zawoła setnik, gdy młodzieniec«Niech zaraz rzuca topór!» k'czemu za sięOgrodnik dodał «z toporem szaleniec!»A setnik ręką skinął — w tymże czasieKapłański sługa wyrwał się — a potemBrązowy topór jak ptak z rąk mu sunął,Powietrze skrzydłem swym przekroił złotem —Padł — Aleksandra syn zadrżał i — runął.
Krwi sute pasmo fontanną wraz krzywąZpoczątku bystrzej, potem szło leniwo,Kolana widzów pieczętując nagie,W około trupa ciepłego zebrane —Utrzymujące ciał tych równowagę,Które traf skupił i ułożył w ścianę.Trup się po bruku przeciągnął płaszczyźnie,Podając rękę ku niebu, jak w chwili
Gdy naciągany łuk ci się wyśliźnie —I rzekł: «Na targu — konać — jak w ojczyźnie«Konać — wyśmiewa się z siebie ironia.» —Coś jeszcze mówił gdy doń przyskoczyli,Lecz oderwała słowa ust agonia,Których świat nie wart, a śmierci są łupem:To zaś, co podjąć jęto, było trupem.
Ogrodnik tylko, obecny tej sprawieWyciągnął rękę, i rzekł — «BłogosławięDuszy twej — a wy! co znaczy skonanieMłodzieńca tego, kiedyś się dowiecie —Którzy jesteście ślepi Kainanie,Rozbijający braterstwo, na świecieObrazy stawiąc, własnego zbłąkaniaCzynami, z których każdy was odsłania —I jako scena w teatrum naucza,Do prawd zakrytych by szukano klucza —Bóg, gdy ofiarę nożem czynić mianoNa niewinnego młodzianka wzniesionym,Nasunął owcę w ciernie uwikłaną,Krwią ludzką nie chcąc aby był chwalonymI wolał przenieść ofiarne skonanie,Nad krwi wylanie. — —Ale wy — byka minąwszy toporemW człowieczej krwi się chłodzicie — szaleni!Tym, mówię, czytać gdy poczniecie wzoremPisanie, co się w powietrzu czerwieni,Padniecie na twarz —»
Precz z nim! — co on rzecze?Wołano — ktoś jest ponury człowiecze? —«Czytać» ogrodnik ciągnął, patrząc w góręJakoby w pisma zwój «czytać żywotówI skonań księgę, czytać chmuręI światłość czytać, zapisanie grzmotów —Tak jest —» po chwili dodał. Grecy, z tłumu
Wołali: pół-bóg że zstąpił? — a mężeŻydowscy: ktoś ty? a Rzymscy: człowiek bez rozumu!Rota, gwałtownie wstrząsnąwszy oręże,Kazała milczeć lub z placu uchodzić —Ogrodnik rękę wzniósł ponad zwłokamiI szepcąc, począł w powietrzu nią wodzićJako gdy w rolę rzuca kto ziarnami —A szept ów, służył jemu za nasienie —Gdy mąż, libertyn pod-setnik, co wszczynaMarsz, gdy w szeregach równają golenieZawołał «człowiek ten szepcąc przeklina! —Chrześciański to pies!» — a kapłańskie sługiStryczkami k'niemu puścili krwawemi,Jako gdy brudne wiatr ogarnie strugiZ dachów i luną z tak równym hałasem —Że z góry nie wiesz trysnęły, czy z ziemi? —I — niezadługo — w zawierusze tłumuWidziałeś Gwida skroń lub ramię czasem,A czasem sznura tylko silne drgania;Co tu i owdzie chwilowo rozganiaJak, gdy przewoźcy ciężar wleką promuNierównym chodem, po nadbrzeżnym piaskuPrzy upominań się wzajemnym wrzasku. —
I niezadługo na tym placu gwarnymZamknięte tylko kupczących szałasyStały, szeregiem milczącym i czarnym.— Zachodu słońce, purpurowej krasyW błota się szybach mętnych odbijało:Młodzieńca cichy trup leżał, okrytyKwiatami z koszów gwałtem wywróconych —Pies jakiś wietrzył krew — — jakieś kobietyPrzechodząc, kilka róż mało zbroczonychPodniosły — cicho było i zielono,Na bruku który właśnie opuszczono,
Podobnym, z barwy, miejsca i wspomnieniaDo wag-rzeźniczych — te, z urządzeń zmianą,Z ciężkiego nader że były kamienia,Do nóg męczeńskich gdy przywiązywano —Krwi nieraz świętej bywał na nich napis,Zkąd kamień wag tych, zwą: martyrum-lapis.
Jak przez czasowe gdy kto wieczne słyszyI folgę daje obecności gwarnejBacząc, czy odgadł gdzie jest? bacząc w ciszy,Której treść wielka, lubo pozór marny —I próżen rzeczy znikomych kwapieniaPróbuje tylko ile mu jest danoI wolno swego uchylić sumieniaZa cyrk, gdzie jeszcze walk nie dokonano:Tak Jazon, wieścią choroby okryty,Samotnie wschody liczył i zachody —To przed domostwem siadując jak wryty,Niewiele baczny na wieczorne chłody —To od przysionka przechodząc wzdłuż sali,Gdzie drży fontanna i lampa się pali.
Zamorskich mężów mniej już zachodziłoDo drzwi Magowych pukać i przed domemCzuwać — i jakby się coś dokończyłoW teatrum, pierwej co chwila ruchomem —Znikli. — A jeźli pomnił kto osobyDo tyla ciche, to gdy sam był w stanieUciszyć niemniej własny zmysł i doby,Która się raczej miała na wezbranie —I obfitością trafów, mniemań, wieściRadziła owszem wybiegać po za nie:
I szukać, czego szuka się w boleściKrzykiem, lub czego myśl pożąda w czasie;Lecz co jedynie w duchu spotyka się — —Więc, co pierw było, skryte jest zasłonąPewniejszą, niż by z głazów ją robiono:Zdziwienia nawet nie zostawującą,Jak nie zostawia zdziwienia na świecie,Że starzec umarł — zrodziło się dziecię.
Przechadzkę swoją po izbie, niechcącą,Prowadził starzec krokami równemi,Gdy w drzwiach otwartych stanął mąż nieznany,Bosy — że Jazon podniósł wzrok od ziemi,Spotkawszy nogę obcą mu u ściany —Tak, już był przywykł ufać iż nie innyKto? jeno Barchob u niego gościnny.
Mąż, że z daleka szedł, że w Rzymie świeży,Po samej łyżce z cytymskiego drzewa,U pasa jego wiszącej, z odzieżyTakże, poznałbyś — «Akiba się miewaDobrze — odgadłeś gwiazdę i jej syna —Krew już płynęła — ta jest ma nowina.» —Jazon ramiona wzniósł — uścisnął potemPrzychodnia, pierwej wysłuchawszy mowy,Jakby odległym jawiła się grzmotem —I zaczerwienił się w sposób niezdrowyI zbladł — i rękę otarł jednę drugąI rzekł — «spoczniemy — dziś — potem na długoSpoczniemy — może» — i siadał wygodniejNiż to zwykł czynić sam — a ręki giestemWskazywał by toż zrobił mąż przychodni.I siedli — Jazon rzekł — «słuchaczem jestem.Mów — a spokojnie — bez zdawania rzeczy,Co już obyło się w poselskich słowach —Jak odpasanych brzęk coś mówi mieczy,Kiedy zatyka się je w łoża głowach.
Tak mów, bym czasu powietrza i ziemiUżywał z ciebie oddechami memi.To mówiąc, rękę kładł na męża ramię,Skrzydłami nosa robiąc jak człek młodyI poprawując nieuważnie brody:«Mów — Posłannika, jak zgadnięto znamię? —Wielu ma z sobą?»
«Set było niewieleKonnych, co zwie się Machabejska jazda;Piechoty tysiąc, lecz dziś, rzekłbym śmieleDwa razy tyle wiedzie za się gwiazda,Po drogach tkanych w gałązki zielone —Bareochebas! wątła wprawdzie świecaKiedy się jawił — ta, rzekłbyś dziewica —Pacholę — rzekłbyś, mało doświadczone —«Zmężniał» — podpowie Jazon —»
— «Rudo-grzywy!»Przychodzień rzecze «ku Jaboku stronie,Ku Dekapolis, gdy grano w cięciwy,Zakłuto pod nim numidzkie dwa konie.Trzydziestu za to wraz na placu kładzieZ pancernej jazdy Rzymskiej co najlepszej —I nie masz w sobie dorównywać szpadzieI nie masz od swej horągwi być krzepszy? —Zwłaszcza że nie swój, ale prawie owyPierwszy obyczaj MachabeuszowyTrzyma — we skrzydła dwa robiąc konnicą,Łuczniki środkiem: a sam nakształt głowy,Z ogromną ręką prawą, też z lewicą —Z obiema zaraz po modlitwie wszczynaPieśń — a z trąb niźli się odleje ślina,To krew się pierwej na toż miejsce rzuca,Iż jest przeklęta krew — krew poganina!» —
To rzekłszy, ziemię bosą zatarł nogą —Gdy Jazon pojrzał na około — potemWstał — wyszedł — Barchob, że nadchodził drogąK'niemu mistrz płaszcza połą jak namiotemWionął i giestem rzucił polecenieI jako pierwej siadł — było milczenie. —
Po chwili weszło pacholę służebne,Miednicę stawiąc z płuciennym ręcznikiem,Toż sprzęty obce, do uczty potrzebne:Drewnianą konew z winem, konew z mlekiem;Stół, jakich w Rzymie nie ma, arfę złotąSchowaną w kaptur z Sydońskiej purpury —I piasek, którym sypało z ochotąNa różnobarwne posadzki marmury;Gałązki przytem mając oliwnemiTak odmienioną powierzchowność ziemi.
Wyszło — szeroki słońca promień z góryW fontannę upadł, prysnął o marmuryI tęczę wywiódł sztuczną co na ścianieSzukała przyledz jako malowanie;Gdy Jazon włosy zarzuciwszy białe,Do nóg przychodnia miał się. — «Być nie może!»Zawoła pielgrzym «— a — broń że mię Boże!» —I począł nogi swe okrzemieniałeCofać i ramię odsuwał Magowe —Czego mistrz prawdę nareszcie poznawszy,Usunął ręce, siwą otrząsł głowęI prawie rośmiałrozśmiał się jak dziecko — żwawszy — —A potem, z dziwnym na twarzy wyrazemKu arfie poszedł czerwono okrytej,Mówiąc «gdyby się serce stało głazemMiałoby taki kształt!» — i pojrzał w szczytyDomostwa, rękę wyciągając prawą,Jak gdy kto burzy nadchodzącej słucha.Usta mu barwą zabiegły bladawą:Cichość się więcej uczyniła głucha —
Przychodzień nie śmiał kropli zwiać w miednicęI zamiast nogi swe, ocierał lice,Tając że tai łzy, płacz tającemu:Tak wzajem bali się pytania «czemu?» —Ciszę tę świętą, przerwał głos od dworuZabiegający, wyraźny głos sporuMiędzy Barchobem a gośćmi — głos, któryCichł i podnosił się i milkł w parowieDwojakiej zda się płci albo naturyGłos, jaki w serio tragediach faunowieMogliby jedni wywtórzyć na fletni,Lub w czasie smutnym ludzie nieszlachetni —Jakoż, Pomponius był to z swą przebranąElektrą — — Barchob ostatnie rzekł słowoI słychać było że się drzwi ze ścianąZwarły, aż młotek uderzył na nowo — —— — — — — — — — — — — — —
«Oto» — Mistrz rzecze — «masz ich — to — Rzymianie!Pompejuszowi wnukowie — któremuMacicę winną ze złota na ścianieZawiesił Judzki król lat nieco temu —»I dodał — «z chwili samego wyboruCzy nie odgadłbyś fasces i toporu? —O! ty co zamiast głupiej krwi bedlęcej,Antiochowych zbiłeś pięć tysięcy,A powracając do Jeruzalemy,Zastałeś kościoł chwastami zarosły,Niemy — i ołtarz mchem zarosły, niemy,I drzwi spalone w zuzel — gdzie się osłyTarzały podłe — ty jesteś tu blizko —Czuję cię przez łzę i urągowisko!» —
«Uszczknijmyż nieco i w jego radości»Przychodzień rzecze, a jako dni osiem
«Postanowił-był osiem dni światłości.Tak osiem godzin niech wesele znosim —Znosim!» — bo rzecz jest nie cała — i krwawa —K'czemu siadając Mag rzekł — «owo strawaNa jaką stać mię» i chleb począł łamać. —Ale solenność odeń odchodziła,Jak gdy natchnieniu kto dozwolił skłamać,Nie mocen doprząść tymże samym tonemTreści, co albo zupełnie wątpliwa,Albo wątpliwość stracić ma za zgonem —I chociaż szczera jest, kłamie, bo żywa.Tak bowiem swego Mag BarchoebasaZa czekanego uważał Messiasa,I wielbił prawdę; lecz przez opóźnioneZłudzenie, jako przy zachodzie słońcaPodziwiasz nieraz za dnia pominioneOkolic wdzięki — iż blizkie są końca! —— — — — — — — — — — — — — —
Skoro baranka napoczynać mieli,Barchob z podrzędnym usiadł pacholęciemI jedli służąc, słuchając z zajęciemRozmów, jakoby onych treść wiedzieli.Zkąd chwile były tego zapomnienia,W których gdzie znika, a myśl ze wspomnieniaObecność tworzy — chwile przywołaniaPrzeszłości w jawność, lub czasu przyszłego,Który się jeszcze oku nie odsłania:Coś przynoszące upajającegoPrzez oderwanie się od współczesności,Bozkości nieco mające i czczości.Chwile, co dają nieśmiertelność tchnieniem,Uobecniając treści niedotkliwe;A niepokoją wewnętrznie sumieniem,Szepcąc: że nikłe są — że nad-prawdziwe — —
Więc, takie, wina popiwszy kielichem,Godzisz się wreszcie z myślą żeś jest lichym —Nie iżbyś szukał zniżenia się w źwierzę,Lecz że nie będąc duchem, twierdzisz «wierzę!» —A twierdząc, konasz rozumem doczesnym,Stając się wiecznym, ileś nad-spółczesnym.
Tak ludziom na śmierć idącym się dajePuchar — i w innych też chwilach solennychStwierdzają prawdę oną obyczajeLudów, bynajmniej sobie nieościemnych.
Właśnie tak Jazon kielich wzniósł — gdy z dworuStuk młotka zabrzmiał, a potem ten samy —Lecz już jak cięcie obuchem toporu.A dalej poświst zawias, co od bramyWypartej, darły się wstęgą brązowąI tupot skorych nóg zmięszany z mową — —Mistrz wstał, lecz w chwili gdy miał się ku sieni,Liktorów weszło dwóch i znaczna rota —Co widząc: «Bądźcie albo pozdrowieni» —Rzekł «albo — niecnie zmyliliście wrota —Cesarz-że pisze do mnie?» — Liktor na toPierwszy: «litera którą trzymam, złota,Mówi, że skazan jesteś na wygnanie,Ty — filozofy — tudzież chrześcianie»Co rzekłszy zaciąg czynił straży zbrojnej,W przysionku stawiąc szepczących żołnierzy;Jak człowiek swoje gdy pełni, spokojnyI zimny — pełni to co się należy —A łatwość w tem ma utrzymania rzeczy,Iż sam nie wątpi i nic mu nie przeczy.
«Kończmy!» Rzekł Jazon i puchar wychylił,Ale ust nieco kielichem omylił
I do setnika palec niosąc — rzecze:«Kajus» — posłuchaj służebny człowiecze —«Cezar, czterykroć zwan Imperatorem —Pierwszy raz konsul — także DyktatoremNazwany wiecznym, księciu HirkanowiW umowie głównej głosi i stanowi:Iż, skoro posły Żydowskie przybędą,Z senatorami na igrzyskach siędąPatrzeć, jak rzymski chłop się w cyrku bije.A gdy zaniosą skargę do senatuTedy — jeżeli Rzym trwa, Cezar żyjeI jak panować ma, panuje światu —Dnia dziesiątego po listów złożeniuDyktator, albo pułkownik konnicy,U żydów onych stanąwszy w przedsieniuZapyta, czyli chcą z nim iść lennicy —Rzym-że trwa jeszcze? Cezar, jak się miewa?To, mówiąc kaszlać począł nieprzytomnieI chwytał łyżkę z cytymskiego drzewa —I obracał ją w ręku — —
— «Ile do mnieRzecz ta należy?» zawoła przychodzień«Jam nieznajomy gość tu — wam zaś — zbrodzień!Jam jest z powstańców mąż — obcy magowi.Czyńcież co czynić macie — czyńcie zdrowi.» —
Mistrz Jazon słowa te słysząc wzniósł rękęI popychany żołnierstwa poskokiemWołał — «coś w wietrze czuję — jakby mękęCzłowieka — krzyże — pod ciężkim obłokiem,Przy Jeruzalem — na trupich-głów górze —I padł po piaskiem zasłanym marmurze,Skroniami miecąc gałązki oliwne,Co zdały mu się uwieńczać siwiznę.
«Tyś winna:» mówił Pomponius do diwy,Że oto dzień ten tyle nieszczęśliwy.»I łamał pedum kościane jak trzcinęNa co raz więcej drobne kawałeczki —A kość parskała i złote zeń cwieczkiWylatywały jak skry. — «Wina winęPowiększa» diwa na to mu odpowie:«Gniew, pedum niszcząc, nadweręża zdrowie»— «Koniecznem było, zamiast starca budzić,Napisać raczej do Zofii słów parę»Pomponius mówił. —
«— Zamiast palce trudzi櫣amaniem kości — pisz! — lub czekaj: stareTam są, od różnych patryciuszów karty:Wybioręć sama list» — co rzekłszy, z śmiechemWybiegła — niby stając za zasłonąPobrzmiewającą wszakże kroków echem —Tak, że Pomponius w głos zawołał «żarty!» —
I chęć mu przyszła niespodziankę onąPrzedłużyć, wiary dziecinnej udaniem,Gdy diwa z twarzą wbiegła rozjaśnioną,Mówiąc — «posłałam — krótki list — z wyznaniem«List twój i kwiaty — po drodze ich wieleZakupić można? — prawdaż? —W rzeczach tyluŻyczenia twoje i pragnienia dziele —Czemuż mam obcą być i w tem —?»
— «Motylu!» —Pomponius z zimną ufnością odpowie«Gdybyś zrobiła to!» —
«— Gdybym zrobiła!» —I wieniec rąk nań białych zarzuciła,Wśród pocałunków poszeptując «kto wie» — —
W podróżnym płaszczu, z ogoloną głowąJako niewolnik, lub człowiek ubogi,Mistrz Arthemidor wchodził w Zofii progi,Postawę nie swą mając, raczej ową,W którą się rzeźbiarz stroi, kiedy bogiPrzedstawiać każą mu śmiertelni ludzie,Hojni dość, nie dość rozmyślni o cudzie.
Zofia kończyła właśnie swą rozmowęZ posłańcem, który miał doń list, a lekiI kwiaty z willi przyniósł niedalekiej.Od Pomponiusa list, rzeczy nie nowePowiadający, tem szczególny w sobieŻe zdał się innej należeć osobie —I nic o lekach nie mówił od Maga.Rzuciła go więc, rzekłszy «nieuwaga!»Skinieniem słudze dając pożegnanie.Gdy Arthemidor siadł i jak w koronieKról, za majestat swój, mając wygnanie,Mierzonym głosem te jej mówił słowa:«Bądź zdrowa! — więcej niż kiedy, bądź zdrowa —Wybrzerza Galii dzikiej, niezadługoPrzyjdzie mi oczy oglądać tęsknemi
Rzymie! wołając, sławo i zasługo!Zniknijcie — ziemio, wracaj się do ziemi!Laury! suchemi rozmiećcie się pyły —Brak środków, dwakroć uolbrzymia siły.»To rzekł — lecz jakby mówił to już pierwej,Nie dawał uczuć aby krócił żale,Lub poruszone uspokajał nerwy —Swobodny owszem, i przytomny wcaleNim, Zofia z swem się współczuciem ozwała;Kwiatami począł bawić się niedbale,Każąc by leków swych nie przerywała,Solennie nagląc, by niebył natrętny;By napoj wzięła zbawienny acz mętny —Co też doraźne dało porównanieIż niemniej gorzkie, a przyjął — wygnanie! —
Więc Zofia leżąc rękę mu podawszy,Chyliła do ust maleńką amforę;Rumieniec mając co raz to jaskrawszyJak, gdy weselą się osoby chore. —
I obraz to był za prawdę ciekawy:Wygnańca, gdy się z ręką tej kobietyLeżącej bawił, wzrok mając bez-łzawy,Lecz nieobecny, po za miejsce wryty —I tej, z rumieńcem swoim horobliwymNadobnej, co mu rękę swą podała —Leżąc, pomiędzy człekiem nieszczęśliwymA lirą, która z drugiej strony stała —Pijąc coś, wzrokiem iskrząc, piersi drganiemCo raz to silniej odrzucając szaty. — —
Obraz, nie wiedzieć czyjem pożegnaniemNapiętnowany, zwłaszcza, że tuż kwiatyI list rzucony najniedbalej leżał;Jakby tam przeszedł jeden z onych smutków,Co od nikogo z ludzi nie należał —Ani należał komu — owoc skutków! —
Po chwili, puste rzucając naczynie,Ścisnęła ręką dłoń ArthemidoraI przechyliła k'niemu blade skronie,Mówiąc coś, jakby osoba nie chora,Lecz jak się dzieci bawią w swej pościeli —Rękoma, włosy zgarniając na oczyZ kwileniem płaczu, to, znowu weselejDo rozpierzchniętych gadając warkoczy,Jak gdy kto z żywem bawi się stworzeniem —«Bądź zdrów!» wołając i znowu «bądź zdrowa.»Liry mi z sobą nie unieś, bo jęknie —Podsłyszą szpiegi, co się w lirze chowa,Rozbiją na krzyż, że każda z strun pęknie,Spadkami pękań tych wyrzekłszy słowaWszystkiego — co jest na świecie coś warte —A ludzie patrzeć będą, jak ta mowaOdleci w lazur, pierś mając rozdartą.I jeszcze o drachm założą się parę,Czy też do Grecyi szczątki jej dolecą? —— — — — — — — — — — — — — — —Oh! tak jest — mówię ci — kolosy stareZ gajów swych cicho wyzierając, lecą —Orfeusz, Homer! — Patrz —»
I wskazywałaPalcem w zasłony cienie purpurowe —«Sokrat, z motylem czy liściem na czole —Pokazuje mi coś — amforka mała —
A taki wielki świat! — tak wielkie bole! —I śmierć — sen — sen — śmierć — —»
I skonała —«Oh! niźli pójdę precz» wygnaniec rzecze«Trzebaż mi było ostatnią z HelladyPożegnać pierwej? — Eheu! — nie miecze,Lecz poniewierka już, a skryte jadyNarodu resztom następują w ślady!» —Co że zawołał głosem rozpaczliwym,Służebne wbiegły, Egipcjanka z niemiI rozpoczęły nad ciałem nieżywemSzlochać — list, flaszkę, kwiaty brały z ziemi —Noc nadchodziła: sąsiednie osobyWchadzały, mimo niegościnnej doby.Pochodni kilka, tam i owdzie — długoNoszono — szepcząc, gdy Mistrz w swej opończyWytartej, stał się pogrzebowym sługą:Przyjaźnią, prawdą i bolem okrytyNie myśląc jak z nim pocznie wieść i skończy —Wygnania nawet zapomniał — łez syty.
Po za murami, po za czerwonemi,W około wzgórza sypanego z ziemi,Jako, gdy ogień wzniecają pastuchy,Ludzie się jacyś krzątali czy duchy? —
Gdy wiatr jesienny, idąc po Kampanii,Skrzydłami swemi stos poddymał suchyI słowa imał śpiewanej litanii,Smutki swe do nich mięszając stepowe —Dym, zwijał w kłęby, albo zażegniętePorywał z stosu wieńce cyprysowe,Okrągłe — ciskał dalej, rozwinięte —Bursztynowemi polewan aromy,
Palił się stos ów czworobocznie stromyA gruppy ludzi odeń aż ku bramieW zbliżeniach różnych stały. Było rano,Chłodno — — Mąż jakiś, obrzucając ramięGęstemi płaszcza fałdami, za ścianąAppijskiej bramy, w którą właśnie bigiWchodziły — szepnął ku towarzyszowi:«Niedługo, konne zaczną się wyścigi —Jezdnych.» — Co ledwo skończył, ludzie nowiOd miasta cwałem ku bramie zdążali.Jeden z nich, Łowczym był Cesarskiej świty;Drugi, jakkolwiek w pół twarzy zakrytyOd strony, gdzie się stos na wzgórzu pali,Dawał się po swej poznać wykwintności,Że był Pomponius. — «Fatum nam zazdrościW wyścigach — owo stos i trup na stosie.» —Łowczy rzekł. «Fatum wstrętne filozofii,Hippice, za cóż ma uwłaczać w losie?» —«Przysiągłbym bowiem, że to resztki Zofii!» —K'czemu Pomponius chyląc się na grzywę,Przeto iż cugle legły, a koń skramiRażony, szyję podejmował krzywę:«Nie mięszajże mnie» odparł «z wygnańcami.»I ręką chroniąc wzrok od wschodu słońca,Trzeciego zdał się upatrywać gońca —— — — — — — — — — — — — —
Po za murami, po za szerokiemiDroga się w wąwóz zakrzywiała czarnyZ kamienia, miękkość mającego ziemiZmarzłej — lub jako zuzel jest pożarny,A kamień taki tuffo się nazywaTopora cięciu echem nie odzywa.
— Tam w czeluść groty mimo blizkiej drogi,Wnosili męże trzej rzecz płaszczem krytą,
Gdy jeźdcy nasi, w kształt konnej załogiWąwozu czarne mijali koryto —Niesionej rzeczy błysły w cieniu nogi —Że je z pośpiechem uchodząc, odkryto,Białość i zmarszczki mające sędziwe,A jako zmarły kwiatu pąk, nieżywe. —
Mąż, co je spuszczał w grotę ręką lewą,Podrzucił prawą ku jeźdcom jak drzewo,Kiedy je skręci wiatr i za rumakiemPulchra, coś wołać wszczął tej ręki znakiem;Jakoby mówić chciała ta osoba:«Pomóż grześć starca, odpoznaj Barchoba!» —Gdy grzywy poświst i szelest klamidyZdawał się odrzec: «nie znałem was — Żydy!» —
— Co dzień woda w okręt ciecze,Nogą z łoża ani stąp;Co wieczora — o! człowieczeW górę rękaw! — i do pomp.
Pożegnałem, co kochałem,Upominek złączy nas;Ręką jedną, przestrzeń dałem,Drugą ręką dałem czas. —
Co dzień woda w okręt cieczeNogą z łoża ani stąp;Co wieczora — o! człowieczeRękaw w górę — i do pomp! —
Pożegnałem, co kochałem —Upominek złączy nas:Jedną ręką przestrzeń dałem,Ręką drugą dałem czas.
I.
Dla harfiarzy dwóch wieniec jedyny,Jedyny był laur dla dwóch śpiewaków.Lud się z całej zgromadził krainyPolot pieśni sądzić, jak dwóch ptaków.Starcy, męże i hoże dziewczynyI książęta, w cieniach swych szyszaków,Ucichnęli - a była treść wierszy:Piękność polki. - Tak śpiewak wszczął pierwszy:
II.
PIERWSZY HARFIARZ.
«Nie! Ty się próżno wysilasz przyrodoNa tworów wdzięki, na wdzięków koronę;Fiołki, wzrosłszy nad błękitną wodą,Przy jej źrenicach bledną zamyślone. —
Gwiazdy, jasnością zrównałyby możeLecz, niższe barwą i łzom niedostępne;Bławatki z wstydem ukryły się w zboże,Nieznane woląc być, niźli występne!
Maliny z mlekiem tej nie dają krasy,Którą dziewicze jej lica się zdobią;Nad księżycowy blask łona atłasy,A sploty same wdzięcznemi się robią.
Pereł sznur, w czystej oprawie z koraliDo jej się równać ust gdyby poważył,Zgasłyby perły, jak mętność opali,A koral pierwej tchnieniem by się sparzył!
Całego nawet pełnią arcydzieła —Wszech-wdzięków nawet harmonią i zgodąPróżnobyś jej się wyrównać podjęła,Ty! najpiękniejsza, lecz po niej — przyrodo! —
III.
Tu — zakończył on, alić wzruszenieRękę mając jako oklask długą,Podało mu nią laur — za natchnienie:Gdy drugi wszedł śpiewak stroną drugą,Harfę wlekąc swą — czy zniechęcenie,Czy może był dnia onego chory? —Ucichnęli — i tak zaczął wtóry:
VIIV.
HARFIARZ DRUGI.
Gdzie wnijdzie, i gdzie postawi stopę swojąNie oglądają się ludzie zadziwieniLecz jak stali pierw, stoją. —
Potem, niby ocknieni,Czują więcej światłości w około siebieI rozpowija się im powoli w oczach,Jako jutrznia na niebie,Odbłysk na jej warkoczach.
Ale włos, jakiej ma barwy? zapomniałemAle oko? — nie wiem do prawdy czy modre:Jeźli to gdzie pisałem,To odszukam i podrę! —
Wiem, że od wierzchu jej ramion do sandałuKażda fałda, głównemu służy skinieniu,Jak zdrowie służy ciału,Co wypoczywa w cieniu. —
Ale ile jest białą? — jej płeć — ani wiem —Nawet koral ust, nie pomnę jak namiętny!Śmiech, nim żywy słowa tchem,Pythagorejsko-smętny. —
Męczennicy nieco w jej skroń nakłonieniu;Ale w szerokości czoła coś Platona.Wzrok dziecka w osłupieniuZ iskrą Pigmaliona!
Coś matrony, coś wodza w piersi potędze,Jak ta Marja, co za wielkich dni Mojżesza,Podobna psalmów księdze,Szła przodem — za nią rzesza. —
Podobna Viktoryi bosej z laurem w dłoni,Co wskroś obłoków bystro bywa lecąca;Jak heroicznych koniRżenie, do blasku słońca!
Lecz skoro potocznego znów życia tknie się,Podobna do ucichłej palmy na stepie,Nieumyślny cień niesieI nie powiada: «krzepię —»
Ale jakie ma zębów perły? — nie pomnę,Ani ile jest w rumieńcach jej korali?— Słowa są wiarołomne —Skończyłem! — nie wiem dalej — —
V.
I tu przemilkł — bowiem śpiewak owy,Któremu jedyny wieniec dano,Uniesiony po nad tłumu głowy,Gdzie swym laurem skinął, wraz klaskano:Starcy, dziewki, i hufiec bojowyI młodzieńcy z tuniką rozwianą,Jako wielkie morze, w słońca blasku,Szli — — —Aż przeszli w historyi-oklasku.
Comments
Loading comments…