Polka (1863)

I.

Dla harfiarzy dwóch wieniec jedyny,Jedyny był laur dla dwóch śpiewaków.Lud się z całej zgromadził krainyPolot pieśni sądzić, jak dwóch ptaków.Starcy, męże i hoże dziewczynyI książęta, w cieniach swych szyszaków,Ucichnęli - a była treść wierszy:Piękność polki. - Tak śpiewak wszczął pierwszy:

II.

PIERWSZY HARFIARZ.

«Nie! Ty się próżno wysilasz przyrodoNa tworów wdzięki, na wdzięków koronę;Fiołki, wzrosłszy nad błękitną wodą,Przy jej źrenicach bledną zamyślone. —

Gwiazdy, jasnością zrównałyby możeLecz, niższe barwą i łzom niedostępne;Bławatki z wstydem ukryły się w zboże,Nieznane woląc być, niźli występne!

Maliny z mlekiem tej nie dają krasy,Którą dziewicze jej lica się zdobią;Nad księżycowy blask łona atłasy,A sploty same wdzięcznemi się robią.

Pereł sznur, w czystej oprawie z koraliDo jej się równać ust gdyby poważył,Zgasłyby perły, jak mętność opali,A koral pierwej tchnieniem by się sparzył!

Całego nawet pełnią arcydzieła —Wszech-wdzięków nawet harmonią i zgodąPróżnobyś jej się wyrównać podjęła,Ty! najpiękniejsza, lecz po niej — przyrodo! —

III.

Tu — zakończył on, alić wzruszenieRękę mając jako oklask długą,Podało mu nią laur — za natchnienie:Gdy drugi wszedł śpiewak stroną drugą,Harfę wlekąc swą — czy zniechęcenie,Czy może był dnia onego chory? —Ucichnęli — i tak zaczął wtóry:

VIIV.

HARFIARZ DRUGI.

Gdzie wnijdzie, i gdzie postawi stopę swojąNie oglądają się ludzie zadziwieniLecz jak stali pierw, stoją. —

Potem, niby ocknieni,Czują więcej światłości w około siebieI rozpowija się im powoli w oczach,Jako jutrznia na niebie,Odbłysk na jej warkoczach.

Ale włos, jakiej ma barwy? zapomniałemAle oko? — nie wiem do prawdy czy modre:Jeźli to gdzie pisałem,To odszukam i podrę! —

Wiem, że od wierzchu jej ramion do sandałuKażda fałda, głównemu służy skinieniu,Jak zdrowie służy ciału,Co wypoczywa w cieniu. —

Ale ile jest białą? — jej płeć — ani wiem —Nawet koral ust, nie pomnę jak namiętny!Śmiech, nim żywy słowa tchem,Pythagorejsko-smętny. —

Męczennicy nieco w jej skroń nakłonieniu;Ale w szerokości czoła coś Platona.Wzrok dziecka w osłupieniuZ iskrą Pigmaliona!

Coś matrony, coś wodza w piersi potędze,Jak ta Marja, co za wielkich dni Mojżesza,Podobna psalmów księdze,Szła przodem — za nią rzesza. —

Podobna Viktoryi bosej z laurem w dłoni,Co wskroś obłoków bystro bywa lecąca;Jak heroicznych koniRżenie, do blasku słońca!

Lecz skoro potocznego znów życia tknie się,Podobna do ucichłej palmy na stepie,Nieumyślny cień niesieI nie powiada: «krzepię —»

Ale jakie ma zębów perły? — nie pomnę,Ani ile jest w rumieńcach jej korali?— Słowa są wiarołomne —Skończyłem! — nie wiem dalej — —

V.

I tu przemilkł — bowiem śpiewak owy,Któremu jedyny wieniec dano,Uniesiony po nad tłumu głowy,Gdzie swym laurem skinął, wraz klaskano:Starcy, dziewki, i hufiec bojowyI młodzieńcy z tuniką rozwianą,Jako wielkie morze, w słońca blasku,Szli — — —Aż przeszli w historyi-oklasku.

Comments

Loading comments…