Polka (1934)

Dla harfiarzy dwóch wieniec jedyny,Jedyny był laur dla dwóch śpiewaków.Lud się z całej zgromadził krainyPolot pieśni sądzić, jak dwóch ptaków.

Starcy, męże, i hoże dziewczyny,I książęta w cieniach swych szyszaków,Ucichnęli — a była treść wierszy:Piękność Polki. — Tak śpiewak wszczął pierwszy:

«Nie! Ty się próżno wysilasz, przyrodo,Na tworów wdzięki, na wdzięków koronę;Fijołki, wzrosłszy nad błękitną wodą,Przy jej źrenicach bledną zamyślone.

Gwiazdy jasnością zrównałyby może,Lecz niższe barwą i łzom niedostępne;Bławatki z wstydem ukryły się w zboże,Nieznane woląc być, niźli występne!

Maliny z mlekiem tej nie dają krasy,Którą dziewicze jej lica się zdobią;Nad księżycowy blask łona atłasy,A sploty same wdzięcznemi się robią.

Pereł sznur w czystej oprawie z koraliDo jej się równać ust gdyby poważył,Zgasłyby perły, jak mętność opali,A koral pierwej tchnieniemby się sparzył.

Całego nawet pełnią arcydzieła,Wszechwdzięków nawet harmonją i zgodąPróżnobyś jej się wyrównać podjęła,Ty, najpiękniejsza, lecz po niej, przyrodo!»

Tu — zakończył on, alić wzruszenie,Rękę mając jako oklask długą,Podało mu nią laur za natchnienie:Gdy drugi wszedł śpiewak stroną drugą,Harfę wlekąc swą — czy zniechęcenie,Czy może był dnia onego chory? —Ucichnęli — i tak zaczął wtóry:

Gdzie wnijdzie i gdzie postawi stopę swoją,Nie oglądają się ludzie zadziwieni,Lecz, jak stali pierw, stoją.

Potem, niby ocknieni,Czują więcej światłości wokoło siebie,I rozpowija się im powoli w oczach,Jako jutrznia na niebie,Odbłysk na jej warkoczach.

Ale włos jakiej ma barwy? Zapomniałem;Ale oko? — Nie wiem doprawdy, czy modre;Jeśli to gdzie pisałem,To odszukam i podrę.

Wiem, że od wierzchu jej ramion do sandałuKażda fałda głównemu służy skinieniu,Jak zdrowie służy ciału,Co wypoczywa w cieniu.

Ale ile jest białą jej płeć? Ani wiem,Nawet koral ust, nie pomnę, jak namiętny!Śmiech, nim żywy słowa tchem,Pitagorejsko smętny.

Męczennicy nieco w jej skroń nakłonieniu,Ale w szerokości czoła coś Platona,Wzrok dziecka w osłupieniuZ iskrą Pigmalijona!

Coś matrony, coś wodza w piersi potędze,Jak ta Marja, co za wielkich dni Mojżesza,Podobna psalmów księdze,Szła przodem — za nią rzesza. —

Podobna Wiktorji bosej z laurem w dłoni,Co wskróś obłoków bystro bywa lecąca,Jak heroicznych koniRżenie, do blasku słońca!

Lecz skoro potocznego znów życia tknie się,Podobna do ucichłej palmy na stepie,Nieumyślny cień niesieI nie powiada: «Krzepię».

Ale jakie ma zębów perły? Nie pomnę,Ani ile jest w rumieńcach jej korali?Słowa są wiarołomne.Skończyłem! Nie wiem daléj.

I tu umilkł. Bowiem śpiewak owy,Któremu jedyny wieniec dano,Uniesiony ponad tłumu głowy,Gdzie swym laurem skinął, wraz klaskano:Starcy, dziewki, i hufiec bojowy,I młodzieńcy z tuniką rozwianą,Jako wielkie morze w słońca blasku,Szli. Aż przeszli w historji oklasku.

Comments

Loading comments…