Próby (1934)
Błogosławione pieśni malinowe.Błogosławione pieśni kalinowe.Błogosławione otchłanne niebiosy,Obłoki, wiatrem gnane jako stada,I kołysane wiatrem ciężkie kłosy —Duch się w harmonję mękę nie układa;By w pieśni stanąć, dość stanąć pod progiem,Odetchnąć dosyć, by odetchnąć Bogiem!
Błogosławiona jest gorycz wiośniana.Wśród pękających drzew rozpowietrzana,Drzew, co od ziemi jak kolumny rosną,Gdy w niebie miękkich gałęzi obręczePodobne mają do harf, strojnych wiosnąI psalmem: «Święty!», tak, że, patrząc, klęczę.
Błogosławione jest i obce daléjPowietrze, które się, jak mirra pali.Rozpustujące z dzikiej lauru woni.Pomarańcz zlotem kapiące i niebem,Pod którem każdy głaz, jak Memnona, dzwoni,Każdy lazaron, gdy zechce, jest Febem.
Błogosławiony i step ów bez końcaOceanowej przestrzeni, na któréjNie mają spocząć gdzie promienie słońca,Szmaragdowemi odpychane góry,Z dumą żywiołu, co, jak chaos stary,Mało się komu dał deptać — bez wiary!
Błogosławione są islandzkie mrokiI cichość morska, taka, że umarli,Nie mając w grobach zarówno głębokiej,Możeby śmierci swoich się zaparli.Otchłanie morza i niebios otchłanieDnami tam w siebie patrzają, poza nieI fal jakoby nie było:Cisza, co, słowu nakazując ciszę,Zda się układać z samem Słowem słowa,że swoich prac nie skończyło...Ocean taflą jedną się kołysze,Jakby go właśnie osadzano znowa,Jakby się globu kończyła budowa,Jakby tej było chwili odpomnienie,Co końcem dzieła wzbudza zadziwienie,Nie będąc jednem ni drugiem,Tylko coś, jakby koniec i początek,Przedpotopowej tajemnicy szczątek,Ducha wyorany pługiem.
Błogosławione jest próżniactwo człeka,Co szuka, aby mu było wygodnie;Poezja w usta by szła zdrojem mleka,Wiek się nikczemnie nie kłopotał o dnie,Natura z piersią czekała otwartąI z swoim miękkim bogactwa welonem;By każda twoja łza była otartą,Każde uczucie było podzielonem,A ty, bezkrwawą promienny zaletą.Dobranych ludzi otoczony chórem,Żebyś był harfą, rzec chciałem: poetą,Lecz mi to słowo przychodzi z oporem.
Błogosławione wszystko to, i nie to —Ale czy będę błogosławić tobie.O miasto wielkie, serc i kwiatów grobie?Gdzie, oddychając, cudze chłoniesz tchnienia,Kroku niemocnyś zrobić pierworodnie.Myślisz, żeś wesół — to nic twe wrażenia,Cnoty nie twoje i nie twoje zbrodnie:«Nie jesteś!» — z bruku wołają kamienie —«Przechodź!»Dopiero wśród tego miljona,Dopiero w takim obozie ludzkości.Dopiero tutaj, jeżeli nie skonaPieśń twa, nic skona z niedokończoności —Jeśli anielstwo jej wyżywić zdołaszNa każdą dobę, co jest przypadkowe,Rzucając na bok — jeśli nie zawołasz:«Ojcze! i niebo już nudzi mię płowe,Jako wytartej szaty wielka poła» —O, wtedy będę wierzył muzie twojéj,Że bezwidnego filarem kościołaNa szafirowem utwierdzeniu stoi!
Błogosławione są i w myśli sferzeZłudzenia, którym, niestety, nic wierzę —Bałwany różnych szkół i różnej doby,Nie istniejące, a możne i nieraz
Wiekiem rządzące, jak wielkie osoby,Wyrazem jednym, jednem słowem: «teraz»,Jakoby berła żelaznego siłą,Bijące tłumy, aż się im pokłonią,Aż się przed ciosem zastawią mogiła,Aż się zastawia krzyżem — nigdy dłonią!
Błogosławione są te wszystkie mary,Ko, kto im szyję podesłał, szczęśliwy!Miłości bole i cierpienia wiaryNieznane jemu — on zna tylko: wpływy,Mody, mniemania i czasów ukazy;Lecz ty szaleniec — on mędrcem sio razy!Jeśli więc w lunach tych ciebie zobaczęNieodmienionym i z gwiazdą na czole,Której ci z włosem nie wydrą rozpacze;Jeśli usłyszę cię mówiącym: «wolę»,Mówiącym: «kocham — chcę — jestem człowiekiem,Dłoń mą wyciągam, chociażby rozdartąZ czystego złota wykowanym ćwiekiem.Wyciągam moją dłoń, szczerze otwartąWszystkiemu, co jest zacne i godziwe» —O, wtedy powiem, że pieśni twe — żywe!
Lecz nic tu koniec prób — ja wyznam — oniPoczekać zechcą na harfy rozpadek.Na spopielenie tej, co grała, dłoni,By tylko kamień i Bóg był ci świadek;Miłości otchłań i twardość granitu,By tobie były, od szczytu do szczytu.Jako monument, utwierdzony w wieczność,Że kochać śmiałeś, wierzyć, konać — i tuNie była twoją poezją — konieczność! —
Comments
Loading comments…