Promethidion — całość
Tobie, Umarły, te poświęcam pieśni,Bo cień, gdy schyla się nad pargaminem,To prawdę czyta, o podstępach nie śni...Tobie poświęcam, Włodziu!... Słowem, czynem,Modlitwą... bliskim znajdziesz mnie i wiernymNa szlaku białych słońc, na tym niezmiernym,Co się kaskadą stworzenia wytaczaZ ogromnych BOGA piersi, co się rozdzieraW strumienie... potem w krzyż się jasny zbiera,I wraca — i już nigdy nie rozpacza!....
Tam czekaj, drogi mój! Każdy umiera...C. K. N.
........................................................................Więc pożegnałem was, którzyście chcieli,Bym nie osmucał tych brzegów zielonych,A przecież żywy-m!*...Witajcie, anieliPokornej pracy, w szatach rozświetlonych,Z zaplątanemi włosami w promienie,Jak moda świętych uczy: odniechcenie!...*O sztuko! Człowiek do ciebie powraca,Jak do cierpliwej matki dziecię smutne,Lub marnotrawny syn, gdy życie skraca,A słyszy Parek śpiew: „Utnę już — utnę!...”O sztuko, wiecznej tęczo Jerozalem,Tyś jest przymierza łukiem po potopachHistorji, tobie, gdy ofiary palem,Wraz się jagnięta pasą na okopach...*
Ty wtedy skrzydła roztaczasz, złoconeW świątyni Pańskiej oknach szyb kolorem,Jakby litanje, cicho skrysztalone,Co na aniołów czekają wieczorem.*Tak jesteś czasu ciszy; czasu burzyTy się zamieniasz w ton, czekasz w trybunie,Aż się sumienie kształtem wymarmurzy,Podniesie czoło, i fałsz w proch aż runie!*Tak jesteś czasu burzy; czasu gromuTyś bohaterstwa bezwiednym rumieńcem,Z orłami hufce prowadzisz do domuI nad grobowcem, biała, stajesz z wieńcem...
Taka rozmowa była o Chopinie,Który naczelnym u nas jest artystą:
„Co do mnie, polski ja w nim zamach cenię,Nie melancholię romantyczno-mglistą,I, chociaż małe mam wyobrażenieO sztuce, przecież wiem, co jest muzyka;I może lepiej wiem od grającego,Jeśli mi serce bierze i odmyka,Jak ktoś, do domu wchodzący własnego.”..................„Jest to zapewne wiele” — rzekł Bogumił —„Lecz jabym główniej myśl artysty badał,
I czy dosłownie naród on spowiadał,Czy się nie wstydził prawdy i nie stłumił,Mogąc łatwiejszy oklask zyskać sobie,Mogąc być prędzej i szerzej uznanym,Czy, mówię, prawdę na swym stawiał grobie,Czy się jej grobem podpierał ciosanym?”„Cóż te morały do rzeczy należą?” —Konstanty na to ozwał się z młodzieżą —„Albo cóż prawda tam, gdzie jest udanie,Tam, gdzie jest wszystko przez naśladowanie?Albo muzyka coby mi znaczyła,Żebym ją musiał jak hieroglif, badać,Lub, wedle onych pojęć Bogumiła,Żebym się musiał w mazurku spowiadać!Co pięknem, to się każdemu podoba,I konfesjonał na to niepotrzebny.„„Ho! hop — koniku mój, rwij się od żłoba...Ho hop!!”” Cóż na to Bogumił wielebny?”
Tu się rozśmiało wielu, co już znaczy,Że najzupełniej prawda okazaną,I, że mówiący pięknie się tłumaczy,I już o sztuce tu nie rozmawiano.
Tylko grający, stojąc przy pulpicie,O kompozycji mówili warunkach,O tem wcieleniu życia w sztuki życie,Gdzie kałkuł w duchu i duch sam w rachunkach.Więc znów rozmowa własną prawdy wagąW nieśmiertelniejszej powracała zbroi,Bo są nieznane siły, które nagąMyśl, gdy już o nią dumny człek nie stoi,Na niespodzianym stawiają świeczniku.Bo jest, powiadam, w słowa określniku
Architektura taka, jak te gmachy,Gdzie, któryś z mędrców starożytnych mniema,Że duch się jego mieści, to na dachyWstępując płaskie, to pomiędzy dwiemaKolumny w sieniach stając, to w piwnicy.Więc i z rozmowy duchem tak się stało.
„Co piękne, nie jest to,” — mówił Maurycy —Co się podoba dziś, lub podobało,Lecz, co się winno podobać; jak, niemniej,I to, co dobre, nie jest, z czem przyjemniej,Lecz, co ulepsza.”
„Ha!” — Konstanty na to —„Więc piękne jest to coś dla kasty jednej,Więc piękne mądrym jest arystokratą?”
„Dla dwóch: dla kasty, bo tak zwiesz ją, wiednejI dla mającej czystą serca wolę.”
„Ho — hop!... bogdaj to piosnki nieuczone,Ludowe. Ho — hop!”
„A przecież wiedz, że piosnki one,O których mówim tak, przy pełnym stole,Herbatę chińską pijąc, niezupełniePrzez nieuczoność się określać dają,I, że ich wiele jest o złotej wełnieBaranka, który za nas wszystkich ma ją,I, że ich wiele jest z głębszej krainyNad to, co o nich mówi się nawiasem.”
„Arystokracja jest bo i u gminy,Jak między szlachtą gmin też bywa czasem.”Ambroży dodał.
„Co do mnie, jeżeliTu o harmonji mówim” — hrabia rzeknie —„Ta jest z porządku. Gdzie porządnie — pięknie,Gdzie bezrząd — chaos, z szatanem anieli!Więc dyscyplina u mnie, a uczciwa,Jest tą harmonją, łączącą ogniwa.Niech zatem każdy rzeczy swej pilnuje,Ten to generał-bas harmonizuje!”
„Za pozwoleniem” — przerwie znów Ambroży —„Przeciw ogniwom, łańcuchom, obroży,Nikt tu zapewne nie ma nic. My, panie,O idealnem mówiliśmy kole,Bez względu, jakie ma zastosowanie,Czy kto zeń pierścień ślubny lub niewolę,Czy kto tryumfu ark, kościoła banię,Lub do zegarka łańcuch zeń utworzy.”
Tu zamachowy mąż: „Dzięki ci, panie,Przecieżeś przy mnie stanął raz, Ambroży!To też myślałem zawsze, żeś ludowiec.”
„Nie wprowadzajże mnie przez dobre chęciW niewybłąkany frazesów manowiec.”
Tu zamachowicz rzekł: „Ambroży kręci!”
Alić Bogumił wezwie: „Rzecz o sztuce,Elementarna rzecz, jakże dalekoUnosi? Dalej, niźli, mówiąc, rzucęSłowami, chucią... ducha może całą rzeką,Jakoby arfą dograć mającą w otchłani...”........................„Przestańmy! cyt... Uciszcie się, moi kochani!” —Władysław wołał — „Wkrótce Bogumił zaśpiewa.”
„A cóż mam śpiewać? Nie chcę być od rzeczy.Każdy o pięknem słowa się spodziewa,Więc chyba zamknąć przyszłoby rozmowęRozmowy hymnem.”„Mów, nikt ci nie przeczy,I owszem, choćby i to, co nienowe.”..................
„Spytam się tedy wiecznego człowieka,Spytam się dziejów o spowiedź piękności,Wiecznego człeka, bo ten nie zazdrości,Wiecznego człeka, bo bez żądzy czeka,Spytam się tego bez namiejętności:Cóż wiesz o pięknem?.........Kształtem jest miłości.On mi przez Indy, Persy, Egipt, Greków,Stoma języki i wiekami wieków,I granitami rudemi, i złotem,Marmurem, kością słoniów, człeka potem,To mi powiada on, Prometej z młotem.
Kształtem miłości piękno jest, i tyle,Ile ją człowiek oglądał na świecie,W ogromnym Bogu, albo w sobie-pyle,Na tego Boga wystrojonym dziecię,Tyle o pięknem człowiek wie i głosi,Choć każdy w sobie cień pięknego nosiI każdy, każdy z nas, tym piękna pyłem!Gdyby go czysto uchował w sumieniu,A granitowi rzekł: żyj, jako żyłem,Toby się granit poczuł na wyjrzeniuI może palcem przecierał powieki,Jak przebudzony mąż z ziemi dalekiej.Lecz to z granitu bryłą tenby zrobił,
A inny z tęczy kolorem na ścianie,A inny drzewaby tak usposobił,Żeby się dłońmi splotły w rusztowanie,A jeszcze inny głosuby kolumnę,Rzucając w psalmy akordów rozumne,Porozpowijał jak rzecz zmartwychwstałą,Co się zachwyca w niebo. Szłaby duszaTam, tam, a płótno na dółby spadało,Jako jesienny liść, gdy dojrzy grusza.
*
Więc stądto, stąd i słuchacz i widz jest artystą,Lecz prymem ten, a owy niezbędnym chórzystą;Więc stąd chórzysta w innej prymem jest operze,A prym chórzystą-widzem w nieswej atmosferze;I tak się śpiewa ona pieśń miłości dawna,Nieznana raz, to znowu sławna i przesławna.....................I dość: niech „„słuchacz w duszy swej dośpiewa.””..................To w niebo tak, a w ziemię jak się pieśń przelewa,Praktycznym wam i sobie, ilem jest praktykiem,Opowiem. Jak kamienie krągłe, za strumykiemKształcone falą, tak jest za pieśnią i praca,A praca — toć największa praktyczność na świecie.Tu człeka znów wiecznego zapytam, bo wieczny,Bo prawdę mówi, kłamać nie może, jak dziecię,Od pychy sław pancerzem historji bezpieczny.
*
Więc, jak o pięknem, teraz powiedz mi o pracy?
*
Prometej Adam wstał, na rękach z ziemiPodnosząc się, i mówić zacznie tak: Próżniacy!Próżniacy wy, ciekawość siły wam zatrwoży,Gdy, jak o pięknem rzekłem, że jest profil boży,Przez grzech stracony, nawet w nas, profilu cieniach,I mało gdzie i w rzadkich odczuwam sumieniach,Tak i o pracy powiem, że zguby szukaniem,Dla której pieśń ustawnem się nawoływaniem. —Więc szukał Ind, nurtując granit z lampą w dłoni,I znalazł to, z czem szukał; szukał Pers w pogoni,I dognał to, czem gonił; szukał Egipt w NiluI złowił to, czem łowił; toż Grek, i Etruski,I świata pan, Rzymianin, i Part z koniem w łuski,I różny inny mąż, których jest tylu!
A teraz wróćcie do waszej rozmowyO sztukach pięknych i pieśni ludowej,A teraz wróćcie do wyobrażenia,Że jest rozrywką znudzonej materjiOdcedzać światło i czyścić półcienia,Z bezkolorowej wskrzeszając SyberjiPozatracane Boskości wspomnienia;Że piękno to jest, co się wam podobaPrzez samolubstwo czasu lub koterji;Aż zobaczycie, że druga osobaPiękna, że dobro też zsamolubniejeI na wygodno koniecznie zdrobnieje,I wnet za ciasnym będzie glob dla ludzi,Aż jaki piorun rozedrze zasłonę,Aż jaki wicher na nowo rozbudzi,Aż jakie fale zatętnią czerwone!
*
Bo nie jest światło, by pod korcem stało,Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,Bo piękno nato jest, by zachwycałoDo pracy, praca, by się zmartwychwstało.
*
I stąd największym prosty lud poetą,Co nuci z dłońmi ziemią bronzowemi,A wieszcz perjodem pieśni i profetą,Odlatującym z pieśniami od ziemi.I stąd największym prosty lud muzykiem,Lecz muzyk jego płomiennym językiem.I stąd najlepszym Cezar historykiem,Który dyktował z konia, nie przy biurze,I Michał-Anioł, co kuł sam w marmurze.
*
Pieśń a praktyczność — jedno, zaręczone,Jak mąż i dziewka, w obliczu wieczności.Zepsułeś sztukę, to zepsułeś żonę,I narobiłeś intryg tej ludzkości,I narobiłeś romansów. A AdamPrometej: Z pracy, bez ciebie, upadam,O przyjaciółko! woła, jako w pieśni,Co nad pieśniami pieśń, próżno się wcześni!
*
O Polsko, pieśnią Pan Bóg cię zapala,Aż rozgorzejesz, jak lampa na globie!I chłop, co nieraz rąbie u Moskala,Dla onej pieśni robi, co jest w tobie,Dla onej, która to carstwa rozwala!
*
Rzecz dziwna! Wszakże jeszcze są dziwniejsze —Pieśń twa, o Polsko, przeszła już ciemniejszeI na świeczniku staje ze skrzydłamiZłotemi... także dźwięk, co gra harfamiI polonezem przechodzi Europę...I — tylko kształtu nie masz dla wnętrzności:Alabastrową jakoby kanopęDłutując, bryły zawsze nam za drobneI zawsze formy do obcych podobne...
*
Kto kocha, widzieć chce choć cień postaci,I tak się kocha matkę, ojca, braci,Kochankę, Boga nawet, więc mi smutno,Że mazowieckie ani jedno płótnoNie jest sztandarem sztuce, że ciosowyW krakowskiem kamień zapomniał rozmowy,Że wszystkie chaty chłopskie krzywe, że kościołyNie na ogivie polskim stoją, że stodołyZa długie, świętych figury patronówBez wyrazu; od szczytu wież aż do zagonówRozbiorem kraju forma pokrzywdzona wołaO łokieć z trzciny w ręku Pańskiego anioła.Niejeden szlachcic widział ApollinaI Skopasową Milejską Wenerę,A wyprowadzić nie umie komina,W ogrodzie krzywo zakreśla kwaterę,Budując śpichlerz, często zapomina,Że użyteczne nigdy nie jest samo,Że piękne wchodzi, nie pytając, bramą!
*
Kto kocha, widzieć chce choć cień obrazu,Choć ślad, do lubej wiodący mieszkania,
Choć rozłożone ręce drogowskazu,Choć krzyż, litanji choć nawoływania,Choćby kamienną wieżę, w błyskawiceIdącą, Boga by oglądać lice!
*
Bo miłość strachu nie zna i jest śmiała,Choć wie, że konać musi, jak konała;Choć wie, że krzyżów za sobą pociągaPułk, jak wiązanych arkad wodociąga,I, że przypłynie krwią do kaskad wiecznych,Czerwieniejących w otchłaniach słonecznych.
*
I wszelka inna miłość bez wcieleniaJest upiorowem myśleniem myślenia.Bo u Polaków Charitas z AmoremSą już miłości słowem niepodzielnem,Którego logik nie przetnie toporem,Jak bohaterska pierś, jest nieśmiertelnem.
*
O Grecjo! Ciebie że kochano, widzęDziś jeszcze w każdej marmuru kruszynie,W naśladownictwie, którego się wstydzęZa wiek mój, w kolumn karbowanych trzcinie,Opłakiwanej od wierzchu akantem,W łamanych wierszach na łkania zapału,I w Sokratejskiej sowie z ócz brylantem,I w całej Filos twojej — aż do szału!
*
O Rzymie! Ciebie że kiedyś kochano,W kodeksie jeszcze widzę barbarzyńskim,
Którego krzyżem dotąd nie złamano,W akademickim języku Latyńskim,W pofałszowanych Cezarach, i w słowie:Roma. To odwróć, Amor ci odpowie!
*
O Polsko! Wiem ja, że artystów czołemSą męczennicy. Tych sztuka popiołem.Ale czyż wszyscy wiedzą to w OjczyźnieI czy posiałaś sztuką krwawe żyźnie?.................
*
Pieśń masz, lecz pieśni gdzież rozgałęzianie?Toż i przywódca Konrad uwięzionyMówi-ć, że czuje jej zaokrąglanie,Że się lubuje wdziękiem onej stronyI zda się dłońmi tykać już wcielanie...Kto kocha, widzieć chce oczyma w oczy,Czuć choćby powiew jedwabnych warkoczy,Kto kocha, małe temu ogromnieje,I lada promyk zolbrzymia nadzieje,Upiorowego niedość mu myślenia,Chce w apostolstwo, czyn, dziecię wcielenia,Bohater w dzieło wielkie lub w ojczyznę,Bóg w kościół, człowiek w poważną siwiznę.
*
O, gdybym jedną kaplicę zobaczył,Choćby, jak pokój ten, wielkości takiej,Gdzieby się polski duch raz wytłumaczył,Usymbolicznił rozkwitłemi znaki,Gdzieby kamieniarz, cieśla, mularz, snycerz,Poeta, wreszcie męczennik i rycerz
Odpoczął w pracy, czynie i w modlitwie...Gdzieby czerwony marmur, cios, żelazo,Miedź, bronz i modrzew polski się zjednałyPod postaciami, co, niejedną skaząPoryte, leżą w nas, jak w sercu skały;O, tobym w liściach rzeźbionych paproci,I w koniczyny treflach, i w stokroci,I w kos zacięciu łukiem, i we freskach,O Bazylianek mówiących męczeństwie,O, tobym w drobnych nawet arabeskach,Z naturą rzeczy polskiej w pokrewieństwieNierozplątanem będących, doślepił,Że to miłości balsam bronz ten zlepił!.................
Izrael wiarą bardzo się rozszerzył,To też największą z godzin miał godzinę,Lecz póty wierzył, aż się przeniewierzył,Gdy Wcielonego zobaczył w dziecinę!To strach mnie nieraz przechodzi zimnicą(Czy może słabość), gdy tej naszej wiary,Co ma dośpiewać się zmartwychwstalnicą,Nie widzę, aby miłości filaryPodejmowały ciężką piramidę;I drżę, i, nucąc psalm, sierota, idę.
*
Gdzież idę? Idę sobie do duchowych,Co materjalnym zwą mię rzemieślnikiem,Duch u nich próżnia, form brak postaciowych,Nieowładnięcie formy treściownikiem,Duch u nich miejscem na duch. Potem idęDo świeckich, ci mnie widzą za-duchowym
I jak mistyczną goszczą piramidę.I tak przechadzam się w śnie Prometowym!.................
*
.................To dość! O pięknem rzecz jest rozwiniona.A teraz, lampę we wnątrz stawiam urny.Statuę grecką weź, zrąb jej ramiona,Nos, głowę, nogi, opięte w koturny,I ledwo torsu grubą zostaw bryłę:Jeszcze za żywych stu uduchowniona,Jeszcze to nie głaz ślepy! Jedną żyłęPozostaw, wskrzesi! I tę zrąb, zostanieMaterji tyle prawie, co gadanie!To w tem o pięknem przypowieść ma leży!I tak ja widzę przyszłą w Polsce sztukę,Jako chorągiew na prac ludzkich wieży,Nie jak zabawkę, ani jak naukę,Lecz jak najwyższe z rzemiosł apostołaI jak najniższą modlitwę anioła.
*
Pomiędzy temi praca się stopniuje,Aż niepotrzebne prace zginąć muszą.Ze zbudowania w duchu się buduje,Smak się oczyszcza i żądze się głuszą,Przyroda niema jest uszanowaną,I rozebrzmiewa czyn długą hosanną!
*
Nie on tatarski czyn, krwawa drabinaNa rusztowanie, czerwone łunami,
W cesarstwie tego tu świata Kaina,Lecz konań wielki psalm z wykonaniami!Lecz praca, coraz miłością ulżona,Aż się i trudów trud wreszcie wykona.”................Tu skończył. Jedni rzecz znaleźli śliczną,A gadaniną drudzy ekscentryczną,A inni dzieło pisać mu radzili,Ile możności grube (!) z tablicami,Którego nigdyby nie rozkupili,Czytali głośno, chwalili stronami,Któreby w Lipsku wyszło po trzech latach,Gdy może, z chleba lepiąc w kazamatach,Powstanie jaki polski BenvenutoI w orlim hełmie wyrzeźbi Rozkutą!
*
Dość jest, jeżeli z wierszy tych zostanieDwa w życiu, jeśli medalem przysłowiaW skarbonkę słowa wierszy stąd dwa wkanie...Skończyłem.Życzę-ć, czytelniku, zdrowia.
„A ja wam mówię,” — Wiesław się odzywa —„Że, co opinji głosem się nazywa,To jest... cóż?To jest Proroctwa promieniemOstatnim, z którym świat niecałkiem zrywa;To jest ludzkości wstrząśniętem sumieniem...I nie narodu tego lub owego,Wedle spuścizny i ojczyzny jego,Co tylko służy ku zespołecznieniuRóżnowyraźnych akordów w sumieniu,Ale ludzkości, ile jej dojrzewaCo wiek, co wieku mąż, co cud, co dzieło,Jeśli się w Boga obliczu poczęło!”
„To jest mistycyzm.” — Konstanty mu na to —„Lub filozofja; to Schelling i Plato...”
„To urojenie głów bezczynnych,” — dodaGenerał jazdy.„To jest może odaDo czynu”... szepnie mąż tak zwany stanu.
„A ja zaprzeczyć śmiem jasnemu panu” —Prowadził dalej Wiesław — „mnie się widzi,Że człowiek zawsze sił się wyższych wstydziI, do motyla podobny na wozie,„„Ot, jakże ciężę mu!”” lubi powtarzać”...
„Nie przeczę... owszem... choć się kocham w prozie”, —Konstanty na to — „lecz... może się zdarzać!”
„Jeśli mistycyzm jest to urojenie,Lub urojenie tylko mistycyzmem,To nie wiem, za co słowo to: sumienie,Miałby dotykać kto z was ostracyzmem.I owszem... to-ć jest urzeczywistnienieNajdoskonalsze, i może jedyne,I owszem, brylant to jest, który wagąPrzecieka, prując powierzchowną glinę,I owszem, prawda to z swą piersią nagą!
Co większa, tu się spytam generała:Czy siła, która zastępby złamałaKarabinierów konnych, jest marotą?Nie, a więc mniejsza, czy z śpiżu, jak działa,I czy jest konna, czy chadza piechotą,Jeśli przepędza zbrojnych, mniejsza o to.”
„I owszem” — na to z uśmiechem generał —Radbym dowodził takowym żołnierzem.”
„A jabym” — na to ktoś — „rad go ubierałI karmił wojsko takie...”
„Bardzo wierzem!”Krzyknięto, wielce dowcip chwaląc owy,I o opinjii nie było rozmowy........
Bo tak się w Polsce, tej najtragiczniejszejZ narodów, każda dyskusja przecina,Choćby o rzeczy z ważnych najważniejszej,Choćby o siłę szło, co sprawę wszczyna.Dowcipność lada, często bardzo krucha,Skrępowanego prawdy UgolinaDruzgoce. Cichość nastąpiła głucha,Jak po zaśpiewie na pogrzeb choralnym,Jak po zabiciu kogoś choć moralnem,Jeśli moralnem może być zabicie — ?!!„Panowie!” — Wiesław wszczął — „czemu milczycie?Czemu po śmiechu każdym taka próżnia?Czy nie zabito w lesie tym podróżnia?Czemu ta cichość, jakby po przestępstwie?Otóż znów powiem wam, ja, natręt nudny,Że to po drwinach z prawdy, po odstępstwie!I...”
Tu zaczęto zżymać się. „Obłudny...Wykrętarz...” „Człowiek, świata nieznający.”Szeptano.
„Oh, znam ten świat cudnyI przeto trzymam go tak za puls drżący,A, w chore oczy patrząc, śledzę życie...!Znam go, bom spytał was, czemu milczycie?To dość...”
Tu kilku rzekło: „Gadaj dalej...”
„Widzicie! Prawda jest, tylko się paliPod popiołami białemi, co leżą,Jako westalek chór z śnieżną odzieżą.
Owóż, opinji jeszcze onej cieniemJest i milczenie to wasze przed chwilą.Bo ona, rzekłem już, że jest promieniemOstatnim proroctw. Sny jej się nie mylą.Ona, jak chmury dotknie, to wystrzela,Ona, jak słowo rzeknie, to się wciela,Ona, jak czoło pomaże, to wstawa,I promienieje, i promień rozdawa...Bo ona głosem ludu, głosem Boga!
Tu muszę szerzej mówić, tu, jeżeliBym przerwał, krzywaby was mogła drogaTam powieść, kędy źli chodzą anieli.Tu już nie pytam was o pozwoleństwo,Sam mówię.
Skądże głos ów ma pierwszeństwo?Czemu na puszczy on ma być wołaniem?A stąd proroctwem czemu? W IzraeluSkąd są proroki? Z tem się zapytaniemPrzechadzam.
Owóż widzę ich tam wielu,Jako z pospólstwem, z książęty, z kapłanyNajuporczywiej walczą te łachmany.Któż oni? Prawo jakie ich podpiera?To, że dla prawdy każdy z nich umieraCodzień, co chwila, co słowo, co groza,Co oklask. Prawa przed nimi literaDrży, jak pod wiatrów skrzydłem żółta łoza,
I mają tylko dwa warunki zgóry,Pierwszy: że jeden ojców Bóg, a wtóry:Żeby walczyli prawdą i dla prawdy,Dziś, kiedy w ustach lud wszędzie i zawdy,Głos ludu musiał wnijść, i masz go w jury.....................
Opinjo, ojczyzn ojczyzno, twe siłySą z głosu ludu! Głos ten wszakże wtedyPozarastane otwiera mogiłyI jest ogromnym głosem Boga, kiedyJuż tylko głosem i bez swojej siły.Kiedy orzeka prawdę, by ją orzec,Jak w nieczłowieczem ujęciu toporzec.Kiedy jest przeto na puszczy wołaniem,Gdy musi żebrać, aby go słuchano,Choć mógłby bawić tęcz umalowaniem,Kiedy jest ducha ostatnią wygraną,Kiedy, bez kształtu prawie i bez linji,Głos czegoś... nie wiem... głos jakiejś opinji.....................
To strach! — — Milczycie teraz, strach to wielki,Ten głos, przez potów, krwi i łez kropelkiOciekający w sumienia naczyniePod narodami, jak w mistyczną skrzynię,Jak w wór bajeczny Greków z morskim wiatrem,Jak w ściek pod męczeństw tu amfiteatrem...
*
To mówiąc, słuchać każę, każę nato,By nie ociekła i stąd kropla za to...”....................
„Ho, więc prorokiem jesteś? Nie wiedziałem!” —Konstanty wrzaśnie, a inni z zapałem:„Przestań!” A inni: „Mów!...”
„Już powiedziałem!Więc, co jest prorok, wiecie, a co wieszcze,Przestańcie gwarzyć, pokrótce obwieszczę.Jako więc prorok, wychodząc z sumienia,Prawdą dla prawdy gore w kształt promienia,Tak wieszcz z piękności wychodzi poczucia(A piękność kształtem prawdy i miłości),Więc od snowania wchadza do wysnucia,Określa profil... Stąd zalet całościSzukamy w wieszczu, stąd wszyscy wieszczowieRozpoczynali piękności podziwem,Stąd nieraz wiecznych się z nich rzeczy dowieTen tylko, kto wie, że ogniw z ogniwemZłączenia właśnie są przez przeciwności,Że za profilem prawdy i miłościTegoż profilu całość jest odjemna,Przeciwna, jakbyś wystrzygł nożycamiZ papieru i część odleciała ciemna,Część tła, co w profil się szczerbami plami.Tę część na niebo kładąc, wieszcz powiada:Oto błękitnej prawdy jest plejada!Gdy prorok, owszem, część istotną bierze,W nadziei razem, w miłości i wierze,Bo prorok idzie, wieszcz po próżni lata,Unosi, częściej zachwycać potrafia,A wróżbiarz z fatów, z przypadkowań łata,Nie idzie, ani ulata, lecz trafia.
I tak, w Italji, tej mojej macosze,Tak pięknej, wieszczów laur na gruzach szumi...
I tak, u matki mojej jest potroszeProroctwa, choć je car i głupstwo tłumi,Car, bo rozumny, głupstwo, bo tchórzliwe,Zamiast oczyszczać, depce serca żywe!
*
I tak wróżbiarze, z trafów się karmiący,To są dzisiejsi świata politycy,Kuglarze, fatum słudzy, czarownicy!Tym wieszcz i prorok miecz to gorejący!”................
Tu kredą koło zakreślił na stole,A potem z środka promień wywiódł w koleI mówił:„Środek, który centrum znaczy.Znaczy i sposób w tym polskim języku,Który ma w sobie i w ludziach słuchaczy.Owóż, to jeden sposób! O, mistykuNajwiększy, Piaście stary, tyś to wiedziałOd złotowłosych pielgrzymów z za świata!”................
Tu zamilkł. Potem rzekł: „Ta cała krataPromieni, w formy strzelających przedział,To są prorocze wnętrzności narodu,A wieszczów wieniec to linja obwodu,A wnętrzny koła astr, skąd są promienie,To przenajczystsze narodu sumienie!
Stądto natchniony kmieć na trafowników,Na powierzchownej prawdy udawaczy,Ma ono mądre słowo carowników.Car w ludzie jest to, co le prestige znaczy.
Więc niechaj prawdą dla prawdy walczącyWpierw rozczarują czar ów carujący,Car ów, co władzy zewnętrznem kłamaniemWięc nie od Boga władzy pochodzącej,Niech go odgarną dziś, a dziś powstaniem!Dziś jeszcze wstawszy stąd, od tego stoła,Gdzie zasiedliśmy w podobieństwo koła..................
A czar ów w nas jest, kiedy się drapujem,W niewiastach, kiedy anielskości kłamią,W duchownych, w których ducha mało czujem,W konspiratorach, co sztylety łamiąNa wykrzykników trupie, w mężach stanu,Co w oknach lampy palą przez noc całą,W poetach, ile zaślepieni chwałą.Najjaśniejszemu (?) ci wciąż służą panu,Bo on, to papież czaru.Czar papieży,Ile z zewnętrznej pochodzi przyczyny,Z szat drogich, pawich piór i pajęczynyKoronek, również do niego należy,I przez to tylko łączność tam być może,Nim wojnę prawdy Polska wygra w sobie,Nim przed oblicze miecz przyniesiem boże,A On odpowie: „„Dość jest. Resztę zrobię.””
O Polsko! Granic twych nie widzę linji,Nic nie masz oprócz głosu, tak uboga!Istniejesz przecie, tyś córą opinji,Tyś głosem, który jest to, co głos Boga!
*
O Polsko! Twojem proroctwo wyznaniem,Bo jedna-ś dzisiaj na puszczy wołaniem.
*
Tak wierzę, tak jest, ile człowiek może,Że jest, powiedzieć, tak jest, wielki Boże!..................
A teraz wróćcie do waszej rozmowy,Do rozłamania głosu na koterje,Gdzie w drobnych kółkach coraz genjusz nowy,Powstając, ludzkie za sobą mizerje,Osobistości, będzie wlec dopóty,Aż i proroctwa nie stanie... na buty!”
*
Tu przestał, słowo hamując ostatnie.Jedni mówili: „Prawdę ma!” A drudzy,Że się tłumaczy niedość akuratnie,Że demokratą ni arystokratą,Że mógłby wody dolewać, jak słudzyNa Galilejskiej Kanie, Wiesław na to:
„O! bracia! Wino jeśli silne dawam,Nie małobaczny piwnic jam niszczyciel,Tylko, że w wierze o winie przestawam.Jak zbraknie, wody dam — zmieni Zbawiciel!”
*
Tu przemilkł. Potem rzekł: „Prawdy powietrzePóki jest czyste, wszystko się rozwija,Weselsze kwiaty, liście w sobie letsze,Jaśniejszy lilji dzban, smuklejsza szyja,Wolniejszy człeka ruch i myśli człeka...
*
To zbrudź, to zamąć — liść, kwiat, człowiek czeka!
*
A chcecież widzieć tego, który mąci?Oto, patrzajcie tam, stoi ten krwawiecI mówi: „„Jam jest, który Pana strąciZwysoka, jako zepsuty latawiec,Jam jest, któremu msze się także mrucząW każdem pochlebstwie sobie, każdym swarze,W teatrze pychy własnej, w pychy farze...Jam jest, któremu nieraz dzieci ucząNa księży, wdzięczyć nakazując twarze,Stygmatyzować fałszem, bledzić, krasić,Któremu palić świece nie nowinaI nie nowina zapalone gasić,Któremu poszczą nieraz, ba, i biczemTną się, by o tem wszystkiem trąbić niczem!Któremu stroją się w ornaty złote,Krok udawając, co nie z tego świata,Albo i w chłopską, dziurawą kapotę,Albo i w mądry biret i w stygmata...Jam jest on wszech-fałsz zewnętrznego świata!””
*
Ten, ów, widzicie, mąci, mąci tyle,Że gdy do walki wyjdzie z nim gladjator,To nieraz bracia, co wątpią o sile,Wpierw mu jak Jowisz murem staną Stator,Albo rozszarpią i uczczą w mogile!
*
Ileż to razy za piękne on stawiłPotworne? Peruk piętrowaniem bawił,Bo mu do rogów były podobniejsze,
Lub nadętością szat, bo tem próżniejsze!Albo wspinaniem się na korki twarde,Jak kopyt róg, lub musem na postawy hardeI rozrzucenia bohaterskie włosa,Zmrużenia powiek wgórę podrzucenia nosa,Schylenia powiek nakształt dojrzałego kłosa!To on, mąciciel, który mszy tych i kantykówZdaleka słucha póty, póty, tuman czyniąc,Aż mają uszy, a nie słyszą krzyków,Aż Boga przedać idą gdzie za pieniądzI przepijają szaty Jezusowe....................
Aż złe i dobre miną, wezmą nowe!”
Comments
Loading comments…